19.09.2016

Na ziemi ojców - Willkommen in Stettin


Oderwałem się od klawiatury na dobre. Ożywczy, aczkolwiek niezamierzony, odpoczynek od ermaka sobie zaaplikowałem. Zdaje się niemożliwe, a stało się. Widać tak potrzebowałem. Dwa tygodnie bez komputera, ale gwoli sprawiedliwości, nie internetu. Telefony mogą dziś wszystko, a moja płyta grzewcza funkcjami i wielkością wyświetlacza ermakowi niewiele ustępuje. Dziarsko mi go zastępowała. Okazuje się, że potrafię się obejść bez codziennego mielenia i przeglądania tego wszystkiego, co zwykle wydaje mi się z niezmiernie ważne.

NA ŁONIE RODZINY
Do Szczecina w końcu i po długich przedbiegach się wyprawiłem. Dawno nie byłem, a poza tym dentyście pojechałem się ukłonić. W Szczecinie Pani Wanda Dentystka urzęduje, od 18-tu lat naczelny strażnik mojego uzębienia. Dentysta rzecz nie byle jaka i ważne aby mieć do niego zaufanie. Wystarczający powód żeby gnać taki kawał.
Zatrzymałem się w mieszkaniu Siorki i Szwagra Krzysztofa, ponieważ dzielenie przestrzeni mieszkalnej z Danutą Matką i Józefem Ojcem bywa męczące i rodzi konflikty. Po miłych początkach nasze dziwactwa się nie zazębiają. Ponadto, Danuta Matka posiada niezbadaną zdolność doprowadzania największych optymistów na skraj przepaści. Najbardziej opornego potrafi pchnąć w czeluść, a wszystko w jego dobrze pojmowanym interesie. Taka to Danuta Matka, przy pakiecie niezaprzeczalnych zalet jak sos z kurek przygotowany dla dawno nie widzianego syna, czy gołąbki z prawdziwkami. Dlatego zmieniłem zwyczaje i umilam czas Siorce i Szwagrowi Krzysztofowi. Zatrzymuję się u nich od pewnego czasu. Taki układ jest zdrowszy dla wszystkich stron. Siorka dba by młodszy brat nie chodził głodny, brudny i obdarty. Identycznie jak w chwili kiedy miałem 10 lat. Wciąż jest tą samą starszą siostrą która nie da zrobić mi krzywdy. W czasie swojego pobytu jestem niejako substytutem Siostrzeńca Kuby, który porzucił Szczecin na rzecz Wrocka, gdzie studia uprawia.
U Danuty Matki i Józefa Ojca natomiast, pojawiam się na obiady, kawę, herbatę, świeże pączki, z przyjacielską wizytą. Wystarczająco by nie nadepnąć sobie na odcisk, a wszyscy są zadowoleni.
* * * 
Pani Wanda Dentystka gdy tylko się pojawiłem paszcze mi rozdziawiła. Straty oszacowała. W oczekiwaniu aż morda mi stężeje po szprycy znieczulającej, pogawędziliśmy do chwili gdy morda mnie stężała na tyle, że powiedzieć nie byłem już w stanie nic. Lewa dolna szóstka po godzinie została nareperowana.

SZCZECIN FAJNY
Pogoda była moim sprzymierzeńcem, a słońce grzało jak we wrześniu 39-go. Zelòwy zdarłem na szczecińskich trotuarach, przemierzając go w każdą możliwą stronę, lecz nie zamierzam narzekać (za bardzo) na to co widziałem. Słońce potrafi pomalować wszystko przyjemnymi barwami. Tym razem Szczecin wydał mi się zadziwiająco przyjemny, mimo swoich widocznych szkaradności.
To ładne miasto. Kto był, kto widział, tego nie trzeba przekonywać. Niewiele jest miast poròwnywalnych urokiem. Miasto niewykorzystanych i niewykorzystywanych szans, które jeśli nie popadło, to popada w prowincjonalizm. Wciąż jednak może być miastem przyjemnym. Miastem, które atakuje nie tyle intensywnością życia, ale spokojnie bijącym rytmem miasta na weekendowe wypady. Miastem, które poleca się z ust do ust jako cel kilkudniowych wizyt.
Fajnie, że ożywają ulice kiedyś uznawane za nieciekawe. Rayskiego, Mazurska, Śląska. Coraz więcej tam knajp, gdzie można zjeść, napić się. Niektóre może ciut pozerskie, inne nieco zbyt hipsterskie, ale każdy ma hipsterów na miarę swoich możliwości. Nie mniej są. Knajpy oczywiście. Fajnie, że odnowie poddano zdewastowane, ale piękne kamienice na części Śląskiej. Fajne są Jasne Błonia, gdzie biegałem wcześnie rano, gdy Szczecin ruszał do pracy.
Fajnie, że Szczecin odkrył lody. Lody własnej produkcji. Trafiłem w kilka miejsc, niektóre z polecenia, niektóre strzały w ciemno, z zajebiaszczymi lodami. Ustawiające się po nie kolejki są dowodem, że lody w Szczecinie się wstrzeliły. Jako lodziarz, mam nadzieję, że to nie tylko sezonowe zachłyśnięcie i trynd przetrwa dłużej.

SZCZECIN NIEFAJNY
Ten sam Szczecin jest ròwnież qrwa brudny, osrany i obskórny. Miejscami ciągnie uryną. Zalepiony starymi plakatami. Postrzępionymi i wyblakłymi. Nawet na uznawanym za reprezentacyjny dla Szczecina deptaku Bogusława. Nad sklepami dominują brzydkie, każdy na inną modłę, tworzone w garażach, szyldy i pseudo neony o wątpliwych walorach upiększających. Zabutkowo i jarmarcznie. Dwie dominujące galerie handlowe skutecznie udupiły życie i ludzki ruch na ulicach. Jak w polskim filmie. Nic się nie dzieje. Nie trudno zliczyć w dowolnym momencie ludzi przechodzących ulicą w zasięgu wzroku, bo jest ich tak niewielu. Handel poza galeriami nie istnieje lub istnieje w minimalnym stopniu. To one pełnią rolę kulturalną, rozrywkową i miejsce spotkań towarzyskich. Poza tym, ceny w niektórych knajpach wydają mi się ciut za wysokie jak na możliwości mieszkańców. Myślę sobie - przysiądę gdzieś w lokalu, sałatkę jak królik wrąbie. 25 złotych. Sałatka taka sobie, raczej bez historii. Zsumowałem zawarte produkty i wyszło mi mniej więcej 10 złotych. Energia, koszty pracy, zusysrusy, głupi nie jestem, ale mimo wszystko, chyba trochę za dużo. Z drugiej strony, te same lokale funkcjonowały kiedy byłem dwa lata wcześniej, w ubiegłym roku i teraz, więc chyba jakoś się to godzi. Co ja wiem o zabijaniu.

POŻEGNANIE
Dziewięć dni i było minęło. W weekend pomoczyliśmy jeszcze pięty ze Szwagrem Krzysztofem i Siorką w bałtyckiej solance, zdążyliśmy się skuć, wytrzeźwieć i już musiałem przygniatać kolanem samsonaita żeby się domykał. We wtorek obściskałem się ze Szwagrem Krzysztofem, obcałowałem z Siorką na pożegnanie i pięknym prawie nowym szynobusem pomknąłem wprost na lotnisko w Goleniowie. Szynobus kursujący wprost na, i z lotniska. Takie dziwy tylko w Szczecinie. Mniej więcej dwie godziny później samolot z niewyobrażalną ilością polskich dzieci - Dżesik, Aleksòw, Sandr, Brajanòw - powracających do angielskich szkół, niósł mnie ku dostojnej Brytanii. Czy Wielkiej? Za dwa dni, samolotem tych samych linii ciachałem niebo kierując się w stronę Sofii, gdzie na lotnisku czekali Diana i Nico.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

24.08.2016

Awantura o pierś - karmić, czy nie karmić?


Lubimy toczyć wojny. Bez nich nudno. Naród polski najwyraźniej tak mieć musi, że jedną wojnę kończy, nową zaczyna. Naparzamy się po głowach z podziwu godną regularnością. Dymiły latem działa wycelowane w Januszy Bałtyku, pobrzmiewały salwy w bitwie o parawaning. Żadnych jeńców. Kultura w walce z prostactwem. Rozlało się na dobre poza wybrzeże, a błahe z pozoru problemy zyskały wymiar sporu narodowego. Kraj, co stało się już zwyczajem, podzielił się na dwa zaciekle i ziejące do siebie pogardą przeciwne obozy.
Nawet aura miała już chyba jednak dość. Lato się wypięło i zabrało upały, a spór rozstrzygnął samoistnie. Letnicy wyjechali; problem zniknął. Powstał nowy. Równie istotny i podobnie jak poprzedni, wymagający wzajemnego okładania się inwektywami. Karmienie piersią w miejscach publicznych. Spór w sprawie, Bałtycki Janusz kontra reszta, zaangażował w słowne przepychanki proletariat oraz klasę aspirującą wspieraną przez zaciąg celebrycki. Problem karmienia natomiast, nabrał rangi nie tylko społecznej, ale i politycznej. Nie dość, że trafił na wokandę, ale i pobudził do dyskusji elity z Wiejskiej.

Ktoś niezorientowany i przyglądający z boku, mógłby uznać Polskę za kraj dostatni i ustabilizowany. Polaków zaś, za szczęśliwych i spełnionych, bo tylko w ten sposòb można wytłumaczyć istnienie równie idiotycznych sporòw. Znudzeniem.
Nakręca nas dziwna energia powstająca z prania po pyskach. Łączymy się we fronty i opozycje. Okopujemy na liniach podziału i walimy do siebie czym popadnie. Tworzymy rodzaj sektowości. Matki karmiące piersią przeciw niekarmiącym. Matki chustowe przeciw niechustowym. Wszystkie matki, przeciw tym co nie mają dzieci. Zmotoryzowani przeciw rowerzystom. Rowerzyści przeciw zmotoryzowanym, ale i biegaczom nie odpuszczą. Biegacze przeciw wszystkim, którzy nie biegają. Każdy musi mieć cel do napierdalanki. Dzień za krótki by wyliczać. Potrafimy się porozumieć i połączyć w dążeniu, tylko przeciw czemuś, ale nie za czymś. Jałowe spory, kiedy do rozwiązania wystarczy kroczek wykonać.
* * *
Polska to wciąż miejsce, gdzie większą wagę przykłada się do głoszenia idei niż ich respektowania. Na poziomie deklaracji bywamy spełnieni. Jesteśmy tolerancyjny, pełni empatii, zrozumienia, otwarci, przepełnieni troską.
Realia trochę się rozjeżdżają. Ciężko w naszym kraju być matką karmiącą, niepełnosprawnym na wózku, bez wózka, ojcem chcącym czynnie uczestniczyć w wychowaniu pociechy i każdym, kto wystaje poza nurt uznawany za normalność. Przesrane ma nawet staruszka szukająca zbyt długo drobnych w portmonetce przy kasie. Czasem to wynik przepisów prawnych, innym razem mentalności, czy bezmyślności.
Opowiadał mi niedawno kolega, młody tata, jak przyszło mu się przedzierać przez zasieki chujowej organizacji i nieprzychylności. Potrzebował przewinąć syna podczas spaceru. Przyjazną toaletę znalazł w centrum handlowym. Przewijak owszem, ale niestety tylko w toalecie damskiej. Już sama zmiana pieluch w terenie była dla chłopa stresująca, bo maciejkami syn się nie zrąbał, a tata nie zabrał wacików, którymi woń tamuje wkładając je na okoliczność do nosa. Najgorsze były podejrzliwe i przepełnione agresją spojrzenia kobiet, które wcale nie widziały w nim rozczulającego samotnego ojca. Widziały intruza. I te niejednokrotnie przepełnione miłością matki, zwracały mu uwagę, jakby był idiotą i nie dostrzegał w jakiej toalecie się znajduje. A co ma taki qrwa ojciec począć będąc na basenie z córką? Zabrać ją do przebieralni męskiej, czy bezpardonowo wkroczyć do damskiej? Niewielkie problemy, do ktòrych rozwiązania zbyteczne powoływanie komisji, czy ingerencja sejmu. Dlaczego zatem problem karmienia się tak zmutował?
* * *
Przeciwnikiem karmienia piersią w miejscach publicznych nie jestem. Więcej, jestem z nim całkowicie po linii. Nie znaczy to jednak, że nie czuję się nieswojo w restauracji, widząc obok siedząca matkę, ktòra piersią karmi dziecko. I nie chodzi bynajmniej o widok piersi, chociaż w pewnym stopniu również. Gryzie mi się koncepcja. Istnieją miejsca gdzie nie zakłada się nóg na blat, popuszcza zwieraczy oraz nie wyciąga piersi by karmić. Nie odmawiam prawa. Nawet do tego, by robić to w restauracji, czy gdziekolwiek, ale może się to odbywać w nieco inny sposób. Niekoniecznie przy stole. Zachowanie dostosowane do okoliczności.

Jak zwykle niewiele w sporze racjonalności, dużo młócki, jeszcze więcej chęci postawienia na swoim. Moja mojsza jest najbardziej moja. Zwolennicy, by nie klamrować ich w grono wybitnie damskie, uprawiają swoją naparzankę jak dla mnie zbyt ostentacyjnie. Rodzaj agresywnej manifestacji - mam prawo, więc czemu nie.
Rzucam kamieniami w media społecznościowe, dołożę i teraz, bo to one przekrzywiły nieco obraz tego co dopuszczalne. Zamazały granice dobrego smaku i taktu. Porody, karmienie piersią, nagie pośladki. Co jeszcze? Kopulacja? Wszak to równie piękny i ludzki akt. Udostępniamy publicznie wydarzenia uznawane do niedawna za intymne. Dość opacznie rozumiane - nic co ludzkie nie jest mi obce.
Bez obawy, dostrzegłem istnienie rekwizytòw pozwalających matczyną pierś zamaskować. Mimo tego, nierzadko owa pierś karmiąca na widok publiczny bywa wystawiona. Jak dokonać rozgraniczenia, kiedy pierś występuje jako obiekt seksualny, a kiedy jako magazyn pokarmu? Czy w innych okolicznościach ta sama kobieta poproszona o obnażenie piersi, spełniłaby prośbę?
* * *
Nie nawołuję do chowania się po krzakach. W całym problemie przeszkadza mi, jak zaznaczyłem, jedynie ostentacyjność nie dopuszczająca innego rozumowania. Wiele czynności, które wykonujemy są równie ludzkie, a jednak nie w każdej sytuacji odpowiednie. Rozumiem cud życia, piękno, naturę, ale różne sytuacje, przez różnych ludzi, są różnie odbierane. Nie narzucajmy nikomu swoich wartości uznając, że są jedyne i lepsze. Dawno temu usłyszałem, że kulturalne zachowanie to umiejętność niewprawiania drugiego człowieka w zakłopotanie. Jak dla mnie dobre.
Wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Granice bywają płynne, a prawo nie jest w stanie i nie powinno wszystkiego regulować. Poziom ewolucji jaki osiągnęliśmy jako ludzie pozwala nam radzić sobie z podobnymi kłopotami w oparciu o zwykłe kontakty międzyludzkie, dobre chęci i zdrowy rozsądek. Z pominięciem wyższych instancji. Pomiędzy „absolutnie tak” i „kategorycznie nie” istnieje coś jeszcze. Rozwiązania należy więc szukać w zasadzie złotego środka. Chciałbym bardzo, ale nie wierzę, że do tego dojdzie, bo my to się lubimy tak pookładać bez sensu.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

11.08.2016

Czy i jak drewniana podłoga potrafi ujebać mylne wyobrażenie o posiadaniu władzy?


Długo zmagałem się z brakiem pomysłu. Z pomocą przyszła mi para stojąca przede mną w kolejce do sklepowej kasy. On, archetyp męskiego zachowania. Nadęty i chyba obrażony. Ona nadskakująca. Zdecydowałem, napiszę o mężczyźnie. Nie tym konkretnym, lecz ogólnym wzorcu zachowań. Poniższy tekst miał być więc częścią większej całości, ale okazał się zbyt obszerny. Powstał jako osobny twór. Opracowania dotyczącego mężczyzny w szerszym aspekcie nie porzucam, a jedynie odsuwam w czasie. Dziś historia pół prawdziwa lub taka, która mogła się gdzieś wydarzyć i jakich wiele w mieście.
* * *
Stereotypy oraz silnie zakorzeniony patriarchat sprawiają, że mężczyzna lubi trwać w przekonaniu trzymania pieczy nad domową konsolą dowodzenia. Coś pomiędzy jestem bogiem i numero uno onczo. Często to same kobiety utwierdzają swojego wybranka w teorii. Wygodne rozwiązanie, które upraszcza proces manipulacji, kiedy mężczyźnie wydaje się, iż to on podjął decyzję, a nie rozwiązanie zostało mu podsunięte. Mężczyzna jest jak działo strzelające na wiwat. Czyni dużo hałasu, z którego często niewiele wynika.
* * *
Życiu towarzyszą schematy. Mężczyźnie również. SUVem jeździ, bądź dopiero przygląda mu się w salonie z zachwytem. Syna spłodził. Atakuje próg klasy aspirującej i rzuca nowy krzyż na garba. Buduje dom. Dom stoi, kredyt w przypływie szczęścia się spłaca. Lecz generalnie nie jest tak zajebiście jak mężczyzna opowiada znajomym, że jest. Finansowo z budową nieco przeinwestowaliśmy, a na bankowym rachunku od kilkunastu miesięcy jarzy się czerwona lampka. Dom jednak stoi i trzeba go wyposażyć. Na scenę wchodzi partnerka mężczyzny. Zasadniczo byłoby gicio, bo mężczyzna nie zamierza zbytnio ingerować. Woli się oddać wtorkowo środowym wieczorom z Ligą Mistrzów, ale w kwestii wydawania pieniędzy kobiecie zaufać nie można i mężczyzna o tym wie. Nakreśla rygor finansowy, który zamierza nadzorować.
* * *
Zgodna para, z ustalonym budżetem trafia do atelier podłóg drewnianych, które jeszcze niedawno zwano by sklepem, ale czasy się zmieniają. Atelier, wybranka mężczyzny namierzyła do spółki z Monią z HaeRu.
Państwo wchodzą, rozglądają się. Mężczyzna ma twarz napiętą w uwadze i czujności jak samuraj. Sprzedawca będzie chciał go wydymać, naciągając na coś zasadniczo niepotrzebnego i drogiego. Musi być gotòw by temu przeciwdziałać. Zanim się jeszcze odezwał, sprzedawca już zdołał wqrwić mężczyznę. Jest szczupły, przystojny i wysportowany. Świetnie prezentuje się w sportowym garniturze, podczas gdy mężczyźnie zaczynają ciążyć niedostrzegane dotąd, zbędne kilogramy w pasie. I Anka jakaś mięka się przy nim zaczęła robić. Postanawia się podleczyć i pokazać, kto tu gra pierwsze skrzypce.

ON: Dzień dobry! Interesują nas podłogi drewniane. Nie panele, ale deski! Nie zamierzamy zostać bankrutami. Mamy ustalony górny pułap cenowy. Niech mi pan oszczędzi opowiadania o jakości i wciskania marketingowego kitu. Widzę, że ceny macie z kosmosu, ale się zapytam, czy znajdziemy coś u pana? Szczerze, bo nie chcę tracić nerwów. Nie zamierzamy wydać więcej niż powiedziałem. 

Tyrada imponująca i uny jest z siebie dumny. Wzrokiem zwycięzcy omiata atelier dizajnu i sprzedaży podłóg drewnianych. Już na początku usadził sprzedawcę Arkadiusza, który nie wygląda w tej chwili tak dobrze w swoim odpicowanym garniturze. Ustalił porządek i wyznaczył linię podziału. Ja pan, ty Kunta. Tak się unemu wydaje.
Sprzedawca Arkadiusz odbył cykl niezbędnych szkoleń z zakresu sprzedaży, akwizycji i kontaktu z klyentem namolnym. Wyraża pełne zrozumienie i aprobatę. Prowadzi mężczyznę w półki. O qrwa, chyba nawet się uda znaleźć coś taniej niż sądziłem - myśli mężczyzny mkną jak błyskawica, ale nie zdradza swojej euforii - żeby tylko Ance się spodobały. Sprzedawca Arkadiusz wqrwia go coraz mocniej, dlatego jeszcze raz postanawia włożyć mu palec w oko.

ON: To wszystko?! Niewiele tego. Byliśmy na Kruczej w „Wyśnij swoją podłogę” i mają więcej do zaoferowania. 
Sprzedawca Arkadiusz kiwa potakująco głową, równocześnie bacznie obserwuje pole poczynań szanownej małżonki, cichej kury.
ON: Podoba Ci się coś, czy idziemy?

Pani Ania przechadza się z karteczką niezauważona po stylowo oświetlonym atelier. To notuje, to przymierza testery kolorów ścian do podłóg. Mówi niewiele, zadaje proste pytania, słucha odpowiedzi, kiedy On grzmi.
Sprzedawca Arkadiusz nie na darmo przechodził swoje szkolenia. Zorientował się, że w tej armii dowodzi cicha pani Ania. Uny zaś, to przysłowiowy jebaka teoretyk. Sprzedawca Arkadiusz poprawia rękawy marynarki (co on się tak pedał uśmiecha do Anki?!). Postanawia przejść do ataku. Porzuca Jego, by zająć się Nią. To od jej słów zależy na co się zdecydują. I sprzedawca Arkadiusz jest tego świadom. Mówi do nich, ale zwraca się do niej.

AS: Chciałbym państwu coś zaproponować. Proszę mnie wysłuchać do końca. Coś państwu pokaże, ale to państwo oczywiście podejmą decyzję końcową.

Pierwszy hak jest. Decyzję bez względu na okoliczności podejmuje zawsze klyent, ale kto by o tym pamiętał w świetle tak emocjonujących wydarzeń. Pani Ania jest mocno zainteresowana i czuje się bezpiecznie. Przecież nie musi się decydować, jak zaznaczył ten miły sprzedawca. Chce tylko zerknąć.

AS: Otóż - ciągnie sprzedawca Arkadiusz - to jest podłoga w pierwotnej cenie wielokrotnie przekraczająca państwa budżet. Obecnie jest przeceniona. Wprawdzie w dalszym ciągu o kilkadziesiąt złotych na metrze przekracza państwa założenia, ale… to jest jakość z najwyższej półki. 
ON: To czemu jest przeceniona? - mężczyzna chce wrócić do gry na swoich zasadach i atakuje. Czuje, że jego pozycja traci na znaczeniu, a poprzez manewr oskrzydlenia wykonany przez sprzedawcę Arkadiusza jest odsuwany na boczny tor.
AS: Niech pani spojrzy. Świetnie pasuje do koloru ścian, które ma Pani na próbkach. 

Tym zagraniem sprzedawca Arkadiusz całkowicie autuje unego i jednoznacznie wskazuje z kim zamierza prowadzić rozmowę.

AS: Rzeczywiście jest przeceniona, ale to dlatego, że nie znajduje popytu. Jest zbyt ekskluzywna i nie znajdujemy wielu chętnych na taki poziom jakości, co za tym idzie i cenę. Wycofujemy się z jej sprzedaży. Sprzedajemy zapasy z magazynu i dlatego obniżka. Natomiast w aktualnej cenie, to istna rewelacja. Od kiedy wprowadziliśmy promocję, czyli od wczoraj (w rzeczywistości od dwóch miesięcy) sprzedaliśmy prawie cały stan posiadania. I nie wspominałbym państwu o tym, ale… zostało jeszcze akurat tyle metrów plus niewielki zapas, ile państwo potrzebują. Nic więcej od siebie nie mogę dodać. Gdybym miał odpowiednią gotówkę, sam kupiłbym, aby tylko sprzedać w internecie niewiele drożej i zarobić bez żadnych kłopotów. Jeżeli mogę tylko coś doradzić. Proszę się szybko decydować, bo tylko dzisiaj odebraliśmy zamówienia od kilku osób. To końcówka. 

Pani Ania płonie z pożądania. Ekskluzywność podłogi działa jak magnes. Dokonała wyboru. Nikt w biurze chyba nie ma takiej podłogi.

PANI ANIA: To co? Wprawdzie trochę drożej, ale może zaoszczędzimy na armaturze? Baśka mówiła, że jej mąż ma znajomości w tej hurtowni, to zawsze coś taniej się uda. A tu, za taką jakość (Pani Ania za tą jakość dałaby się pokroić) taka dobra cena. I to już na lata. Nie musimy wymieniać za rok, czy dwa. Bierzemy, nie...
ON: Skoro Ci się podoba… - Świadomy, że przegrał batalię. Odbije sobie w domu na dzieciakach (Ciekawe czy smarkacze już lekcje odrobiły?) i jeszcze raz na Arkadiuszu sprzedawcy.
ON: Ale transport mam rozumieć darmowy?!
AS: Oczywiście. To co, może przejdziemy do komputera, wypiszę rachunek?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

27.07.2016

Zamach w sensie wymach, czyli zamach zamachowi nierówny


Sezon ogórkowy w pełni. Ludzie do kin nie chodzą, w teatrach nie siedzą. Mój umysł też jakby gdzieś migrował i przesiaduje chyba na rajskiej plaży, bo w głowie mam pustkę. Niemoc trwa. Zapaść twórcza trzyma i nie odpuszcza. Klawiatura parzy. Ostanie dni, najchętniej kontemplowałbym leżąc ze skrętem w zębach. Nawet zrobiłem stosowny risercz w szafach celem odszukania czegokolwiek co by się nadawało i w przybliżeniu gwarantowało podobny efekt. Niestety, jedyne do czego dotarłem, to skarpetki, które jeszcze w lutym powinny były znaleźć się w pralce. Przynajmniej wiem, że odrzucający zapach w szafie, to nic groźnego.
Wracam powoli do śledzenia prasy nie tylko sportowej, w której jeżeli pomijać politykę niewiele bywa do czytania. Zerkam z nieśmiałością na Kindelka, czy aby go nie przetrzeć z kurzu i pajęczynki pozbawić. Powracają kolory życia, zwyczajowa złośliwość i sarkazm w komentowaniu realiów życia. Pustka pofutbolowa odchodzi w zapomnienie.
 * * *
Wakacje w pełni, dlatego zamierzałem dzisiaj nie szarżować i z lekkością tematu pojechać. Nie całkiem mi się chyba sztuka powiodła. Następnym razem skreślę coś bardziej na plażę. Dzisiaj natomiast o ćwierć nutki poważniej poklepię, co nie oznacza, że bez cienia ironii. Lato w ubiegłym tygodniu zaatakowało Londyn. Wiem, brzmi równie absurdalnie jak specjał kuchni angielskiej, ale nie ma co drwić. Prawda odnotowana przez kroniki. Nie przymilało się, nie kokietowało. Wtargnęło wyważając drzwi i było. Deszcz, siąpiący niezmiennie od stycznia czmychnął, zza chmur zaś wychynęło słońce. Po raz drugi, i trzeci, i czwarty, i piąty, i szósty tego roku temperatura przekroczyła 25 stopni, by w kulminacyjnym momencie wspiąć się na magiczny pułap 32 stopni Celsjusza. Wydarzenie rzadkie i szeroko komentowane w lokalnych mediach.
 * * *
W piątkowe późne popołudnie, z tylko nam znanych powodów znaleźliśmy się z Nati w miejscu, które nigdy nie zasypia więc i nigdy nie musi się budzić. W okolicach Soho. Bez wcześniejszego planowania, przypadkiem, bo tak jest najfajniej, trafiliśmy do pabu na przysłowiowego jednego. Jednego nie mieli, więc zostaliśmy na kilka. Pogoda dopisywała, londyńczycy po męczącym tygodniu wylegli rozkoszować się prawdziwie letnim wieczorem. Tłumy, a pośród nich my. Nim na dobre zagościliśmy w lokalu, na imponujących rozmiarów wyświetlaczu telefonu, który mogę odblokowywać liniami papilarnymi, odczytałem wielki tytuł - STRZAŁY W MONACHIUM! X OSÓB ZABITYCH! X OSÓB RANNYCH! TRWA POLICYJNA OBŁAWA!
Podzieliłem się z Nati informacją, po czym pozostawiłem na ławce przed lokalem i poszybowałem w stronę baru. W lokalu gwar, śmiech i zabawa. Otrzymałem co chciałem i dzierżąc w dłoniach pokale, manewrując między skupiskiem ludzkim, wszedłem na kurs powrotny. I kiedy wydawało się, że operację zakończę sukcesem, na drodze wyrósł mi wysoki lecz nie jakoś imponująco szeroki, choć wystarczająco, ochroniarz. Stanowczo namawiał mnie na pozostanie z glasem w lokalu. Wyjaśniał że oni, znaczy lokal, koncesji na spożywanie alkoholu na zewnątrz nie mają i on mnie prosi. W innych okolicznościach być może i podjąłbym polemikę, ale mając dwie ręce zajęte i damę u boku, nie próbowałem. Zawsze to ochroniarz i co chłopu robotę będę utrudniał. Poderwałem ślubną z ławki nakazując wejście do lokalu. Pod sufitem wielki plazmowy ekran, czerwony pasek, brejking nius i wiadomości z Monachium.
- Patrz Miś, my sobie pijemy, ludzie się bawią i mają wszystko w dupie. A tam wariat strzela i ludzie giną. Nikogo teraz, tutaj to nie obchodzi. Nikt nie ma zamiaru przerywać sobie zabawy tylko dlatego, że gdzieś tam dzieje się tragedia. Takie życie. Świat kręci się dalej.
Monachium jeszcze przez kolejny dzień utrzymywało się na czołówkach i czerwonych paskach do chwili aż stało się jasne, że to jednak nie kolejny atak terrorystyczny. Eeee…, zwykła jatka. Kogo to obchodzi. Nikogo poza ofiarami i ich bliskimi. Pojedynczy wariat strzelający w centrum handlowym przedstawia aktualnie mniejszą wartości medialną niż zamach terrorystyczny. Spirala nie została nakręcona.
 * * *
Nazajutrz po zamachu w Nicei rozmawialiśmy z Nati o wydarzeniu, gdyż mamy taki zwyczaj - zanikający wprawdzie - konwersowania przy śniadaniu. Nie omieszkałem zagrać swoją tradycyjną kartą, szyderczą ironią. Zastanawiałem się, ile osób zdążyło już przyozdobić swój fejsbukowy profil flagami Francji. Tu nasze drogi rozumowania się rozeszły. Nati bowiem uważa, że jest to element wsparcia i solidarności; ja, że być może i owszem by był, ale nie wyrażany na fejsbuku, co w moim odczuciu przeradza się w lans i pogoń za byciem fajnym, a nie rzeczywistymi odczuciami. Odbyliśmy jeszcze kilkuminutową wymianę poglądów i w w miarę pokojowych nastrojach zakończyliśmy śniadanie, choć wcale nie bardziej przekonani do racji, ja do Nati, Nati do moich. Przez kilka kolejnych dni media żyły wydarzeniami z Nicei, aż do granic absurdu. Nieistotne detale opisywane i omawiany wielokrotnie i do znudzenia. Terroryzm stał się zdaje czymś, co nas podnieca. Film Hiczkoka w realu. Boimy się, ale nas fascynuje.
Nie drwiłbym, bo sprawa wybitnie poważna, ale...
... 3 lipca Bagdad, w zamachu giną 292 osoby, a prawie drugie tyle odnosi rany. Nie przeczę, prasowe nagłówki odnotowały zdarzenie i nawet przez chwile na czerwonym tle, ale nie zauważyłem by fejsbuk był jakoś szczególnie wstrząśnięty. Historia w zasadzie przeszła bez echa. Z Nati nawet słówka o tym nie zamieniliśmy. Przypuszczam, że niewiele osób zanotowało w pamięci wydarzenie. 292 osoby! To jakby średniej wielkości samolot się spierdulił. Gdyby dajmy na to samolot szanowanego europejskiego przewoźnika rymsnął na ziemię byłaby chryja. A tak, nie ma tematu. Czyżby więc tamto życie było mniej warte?
23 lipca Kabul, 80 osób zabitych, 231 rannych. Tu również fejsbuk nie dekorował się afgańskimi barwami. Za oboma zamachami podobnie jak w przypadku francuskim stoi ISIS. Sytuacja więc analogiczna. Jednak zamachy tam, daleko, budzą w nas mniej współczucia. W sumie niewiele nas interesują. Nie potrafią przebić się do świadomości i utrzymać na czołówkach.
* * *
Na koniec by namieszać całkowicie, garść tego co rzuciło mi się w oczy. Atak tu, atak tam. Aresztowania i udaremnienia. Media w Polsce bombardują stanem zagrożenia. Odnoszę wrażenie, że zaczął podążać za tym pewien stopień wyczekiwania. Nikt pewnie się nie przyzna, ale kiełkuje we mnie przekonanie, że istnieją osoby myślące, iż fajnie by było gdyby i w Polsce coś wyleciało w powietrze. Nie tu gdzie znajduję się właśnie ja, znaczy porąbany w swej logice rozumowania iksiński. Nie, gdzieś daleko, ale żeby było w Polsce. W głowach wielu byłaby to miara naszej europejskości. Polska stałaby w jednym szeregu, na równi z Anglią, Francją, Niemcami, Belgią. W gronie państw zagrożonych terroryzmem. Państw na tyle ważnych i europejskich, że wartych zaatakowania. Może się to wydawać bredzeniem wywołanymi angielskimi upałami, ale coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w wielu głowach pojawiły się takie myśli.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

08.07.2016

Peter Jackson, od pierścieni do mojego telefonu


Gdybym się uparł, dzisiejszy tekst w trzech zdaniach zdołałbym upchać. Standardowej długości tekst z prasy skierowanej do mężczyzn. Może i dobrze? Po co wysilać zwoje na koniec tygodnia. Apatia twórcza dopadła mnie całą mocą i wcale nie ma zamiaru odpuszczać. Można powiedzieć - zawiesił się. A to jeszcze nie koniec.
Futboliści nadal zapamiętale biegają za piłką, jak ja zapamiętale nie odpuszczam prawie żadnego meczu. Pozostał jeszcze jeden. Mam szczęście. BBC darmowo raczy mnie całością francuskich mistrzostw. Na bok zeszło wszystko co istotne i nieistotne. Od miesiąca książki nie tknąłem, od miesiąca nietknięte gazety w domu zalegają, które Nati z Polski przytargała. Klepanie w klawiaturę idzie mi po grudzie. Niemoc.
Orły odpadły, pochlipałem, ale nie odpuszczam. Bo czemu? Teraz na spokojnie, bardziej jako koneser, ale oglądam nieprzerwanie. Dni bez meczu w imprezie pustkę w moje życie wprowadzają. A co będzie w niedzielę, gdy sędzia ostatnim gwizdkiem całkowicie imprezę zakończy? Syndrom odstawienia straszy. Będę sobie musiał życie na nowo układać.

Dzisiejszy tekst nie jest analizą. Nie skłania do podsumowań, nie nasuwa wniosków. Temat spłynął na mnie nagle i uznałem, że warty wyklepania kilku słów, akurat na przerwanie niemocy, bo jest dobry i pozytywny. Ostatni poniedziałek ogłosiliśmy dniem lenia. Żadnej pracy, obowiązków. Nic. Siedzimy, palimy długie papierosy, pijemy drinki z cienkiego szkła. Rano podniosłem się żeby iść pobiegać, bo to żaden obowiązek, a dobrze mnie stroi na resztę dnia. Nati w tym czasie dosypiała. Wczesnym przedpołudniem opuściliśmy mieszkanie by cieszyć się rzadkim w Londynie słońcem. Słońce, słońcem, ale moja lniana koszula na garbie okazała się mocno na wyrost. Przynajmniej świeciło. Jeszcze.
Przechadzka po dzielni, mały lancz zjedzony na skwerku, potem czarity szop, kawa w kafejce i kino. Prawie jak w piosence śpiewanej przez Eugeniusza Bodo. Przed kinem zaszliśmy do operatora, by mój telefon wymienić. Biedak już ledwo dawał radę. Mam nowy. Drwiłem ja, będą drwić ze mnie. Stałem się posiadaczem telefonu wielkości grzewczej płyty indukcyjnej. Być może mam nawet aplikacje, która pozwala podgrzewać garnki na telefonie? Sam wybierałem, do nikogo pretensji mieć nie mogę.

Zakup telefonu okazał się proceduralnie zawiły. Nic to, mieliśmy sporo czasu. Chłopak, który się nami zajmował wykonał w tej sprawie więcej telefonów, niż ja w miesiąc. Nie wiem gdzie i po co dzwonił. Nieważne. Nazywał się Peter Jackson, co wielkimi literami widniało na identyfikatorze przypiętym do piersi. Podobnie jak to, że jest nowym pracownikiem przez co może popełniać błędy. Niestety, a może stety, nie był to ten Peter Jackson, reżyser sagi o pierścieniach. Chociaż na pewno w dechę by było móc powiedzieć, że telefon sprzedał mi sam Peter Jackson od hobbitów.
Więc nie reżyser Peter, wspierany przez Caren, która każde zdanie zamiast kropki puentowała „fantastic” lub „make sens?” starali się zaspokoić nasze potrzeby. W takich momentach odlatuje. Za dużo danych do przyswojenia. Ja po prostu potrzebuje telefon, z którego będę zadowolony. Czy to mało precyzyjne zdefiniowanie potrzeb? Czemu zadają mi tyle pytań? Szczęśliwie jest Nati. Ona zawsze jest czujna, na sprzęcie się zna i zabijcie mnie nie wiem skąd wyciąga te wszystkie praktyczne pytania. W tym samym czasie ja na pewno nie wyglądam na twardziela. Odjeżdżam na krzesełku, wzrok mam maślany, powieki opadają mi jak buldogowi. Letarguję.
Nie reżyser Peter, co zauważyła Nati, w obu uszach umieszczony miał implant, co w połączeniu z widoczną bądź słyszalną wadą wymowy, sugerowało, że jeszcze do niedawna był osobą głuchoniemą. Pomyślałem sobie - Kurcze, facet był głuchoniemy, a teraz może pracować i to w miejscu gdzie jest ustawicznie wystawiony na werbalny kontakt z ludźmi. Jednak ludzkość robi czasem coś pożytecznego. Przy ogromie chorób, trwającej wojnie z rakiem, czasem potrafi człowiek odnieść małe słuszne zwycięstwo w walce z naturą, które przynosi pożytek. Może za bardzo odjechałem, ale to budujące. A Peter nie reżyser był naprawdę zaangażowany w to co robił.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

29.06.2016

Czy czterdziestka może być atrakcyjna?


Może!

Rzuciłem się na żywioł. Sprawy damsko męskie. Kołek w sprawie jestem aż boli, dlatego sam przed sobą się wstydzę, kiedy myślę co z tego wyniknie. Ale co tam. Przeczytałem niezliczoną ilość artykułów w prasie fachowej. Nadkruszyłem świadomie niepoliczoną ilość serc niewieścich. Drugie tyle zdeptałem nieświadomie. Uzurpuję sobie więc prawo do wypowiedzenia się.

OD NASTOLATKI DO CZTERDZIESTKI
Przychodzi chwila, gdy nastolatka przekracza próg, za którym lata liczy się dziesiątkami. Już nie dziewczyna, wciąż nie kobieta. Świat nadal wydaje się piękny, a życie cudowne. Nic nie wróży kataklizmu. Lecz on nadchodzi niezauważalnie, kiedy (już) kobieta dobija trzydziestki. Niebo gubi kolor błękitu, życie traci sens. Kobieta przechodzi fazę - Co mi z życia, stara dupa jestem.
Czas, który dotąd mknął nie przeszkadzając nikomu - zwłaszcza kobiecie - swą prędkością, kobieta chce przyhamować. Zaciąga hamulec, który nie działa. Wpada zatem kobieta w trzydziestkę rozpędzona jak Kubica na zakręcie, z tą różnicą, że on zwykle z zakrętu gdzieś wylatuje, a kobieta trzyma się drogi jak przyklejona. Okazuje się, że dzień po trzydziestce niewiele różni się od dnia przed, a każdy kolejny jest nawet fajniejszy. Dramy nie ma. Ona, ta kobieta, przeistacza się w świadomą swej seksualności istotę, o której tyle w amerykańskich filmach. W zagranicznych zresztą też. Trzydziestka okazuje się nie taka straszna jak głosi plotka.
Czas płynie banalnym tik-tak i dycha oznaczona trójką z przodu dochodzi do dziesiątki zaczynającej się czwórką. Kobieta dociera na linię startu z numerem czterdzieści. I tu już następuje ciężki dramat. Cztery dychy, jak żyć? - No spójrz tylko. Zmarszczki pod oczami, no i jaką ja mam cerę. W dodatku te wypryski na czole. Tyłek mam wielki i jeszcze ta skóra na ramionach mi tak wisi. A w spodnie, pamiętasz te jasne (bezpieczniej powiedzieć, że się pamięta), to już w ogóle się nie mogę wcisnąć. 
No i chuj. Dzień czterdziestych urodzin mija, dzień po jest taki sam jak dzień przed, a każdy kolejny, podobnie jak dekadę wcześniej, jest jeszcze fajniejszy. Choć ręczny hamulec czasu, który kobieta stara się zaciągnąć nadal nie działa i nie ma co się z nim szarpać, bo to nie czas kradnie kobiecie piękno. Do dziesiątki piątej nie dojadę. Nie przeżyłem organoleptycznie i brakuje mi materiału poglądowego.

JENNIFER
Skąd mi się w ogóle wzięło, że zacząłem o tym pisać. Trigerem po raz kolejny był nius wyciągnięty z prasy internetowej. Jennifer Aniston została obwołana przez magazyn People najpiękniejszą kobietą świata w roku 2016. Artykuł do dupy, ale nius znaczący. Porażka młodości. Oczywiście nic samo się nie robi, ale niekoniecznie trzeba się nakłuwać igłami z kolagenem jak akupresurą. Rzecz gustu. Podoba się, nie podoba. Na jednych wdzięk i powab aktorki działają, na innych nie bardzo. Na mnie akurat działają. Uważam ją za niewąsko atrakcyjną i pociągającą kobietę. Chyba nie tylko ja, skoro w wieku 47 lat magazyn taki tytuł jej przypiął do piersi. Nieco seksistowskie wprawdzie, ale zawsze.

EROTYCZNE FANTAZJE
Niemal każdy młody chłopak przechodzi fantazje erotyczne wiążące się z seksem ze starszą od siebie kobietą. Przećwiczył to już dawno temu Dustin Hoffman. Miałem ja, mieli i moi koledzy, z którymi nieraz o tym rozmawialiśmy. Ci którzy się do tego nie przyznają nie mają kohones. To z hiszpańskiego, kozacko brzmi i bardzo mi się podoba.
Kiedyś ustaliliśmy nawet zakład z Brodą, który z nas pierwszy odpęka bzykanko z mamuśką. Nazwę trzeba przełknąć; nic nie zrobię. Limit górny zakładał lat czterdzieści pięć. My w chwili zawierania zakładu mieliśmy wczesne dzieścia. Zakład pozostał nierozstrzygnięty, chociaż Broda próbował jakieś kanty wprowadzać. Spalaliśmy się, ale ile my o tym przegadaliśmy...
Był czas, że włóczyliśmy się sporo wieczorami po mieście. Szczególnie wiosenno letnią porą. Często przysiadaliśmy gdzieś w miłych okolicznościach, aby zatlić lolka, wypić browarka. Wtedy jeszcze nikt nie ścigał za browarka pod chmurką, a palić można było w zasadzie bez skrępowania. Rozmowa toczyła się wartko, w zależności od jakości nadzienia przechodząc często w wymiar abstrakcji.
Na, lub jak kto woli w mieście, zawsze działo się coś interesującego. Mieliśmy „swój sklep” i nie bez powodu był nasz. Obsługiwała w nim „nasza Pani”. Pani była na oko sporo dojrzalsza od nas szczawików i strasznie nas rajcowała. Znaczy mnie i Brodę. Chyba domyślała się czegoś, bo zawsze peszył ją na nasz widok. My zaś już zwykle po zastrzyku, strasznie się motaliśmy gdy podchodziliśmy do kontuaru z tradycyjnym - cztery Bosmany poprosimy. Cztery, bo jeszcze dla dwóch cepów co na zewnątrz zwykle stali. Riko i Krzywy nigdy do sklepu nie wchodzili, bo Pani podobała się tylko mnie i Brodzie. Oni mieli ubaw oglądając nasze żałosne próby szarmanckich popisów przez szybę. Faktu to nie zmienia, Pani nam się bardzo podobała.

WERDYKT
Czy rozglądam się za kobietami na ulicy? Oczywiście i uważam to za zdrowy odruch. Kręcę głową, przewracam oczami, szczególnie latem. Jak ta seksistowska świnia, ale co zrobić. Moją uwagę rzadko przykuwają młode dziewczyny. Jeśli, to ze względu na oryginalność urody. Mój wzrok podąża zazwyczaj za dojrzałymi kobietami. To one potrafią wydobyć z siebie magiczne zaklęcie przyciągające wzrok. Mają patent na kobiecość i seksapil. To nie buty na obcasie, krótka spódnica, odsłonięty brzuch. To coś więcej. Z pewnością młode to jędrne, ale często na tym się kończy. Kobiety nie doceniają broni jaką posiadają i zwykle traktują czas jako swojego wroga. Przypomniał mi się niemal na koniec film z Diane Keaton i Keanu Reeves „Lepiej późno, niż wcale”. Holiłódzka produkcja, ale mniej więcej o to chodzi.

Także tak, dojrzałe kobiety mogą być super. Nie ma powodu by grać obronę, jeśli można zagrać w ataku. Lubię takie nie do końca zrozumiałe analogie sportowe (nic z nich nie wynika). Chociaż należy również pamiętać, że Messi trenował od dziecka by stać się obecnym Messim. On nie od zawsze kopał piłkę na takim poziomie jak obecnie.

 *Najbardziej atrakcyjne są kobiety po czterdziestce - doświadczone, inteligentne i pełne uroku. Powiedział Clint Eastwood. Nie jest moim guru, ale cytat wpadł mi w oczy tuż przed puszczeniem wpisu w obieg i postanowiłem go naprędce dopisać.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers