29.11.2016

Black friday z Helen Mirren, czyli jak nie ulegać promocjom


Zarejestrowałem się na usługę do mojego londyńskiego stylisty fryzur z Brazylii. Douglasa przedstawiać nie muszę, bo już to kiedyś uczyniłem. Na znudzonego musiałem chyba wyglądać siadając na fotelu, bo nim rozpoczął harce z moimi lokami, położył na pulpicie kilka kolorowych czasopism. Takich, które zwykle zalegają w poczekalniach. Okładkę wierzchniego zdobiły elektroniczne gadżety.
- Black friday. Może chcesz przejrzeć? 
- Nie, dzięki. To szaleństwo. Nie dla mnie.
Wpadam w letarg, a Douglas tnie.
* * * 
Buty do biegania stanowią jeden z najdroższych elementów mojej garderoby. Jeżeli wziąć pod uwagę ich stosunkowo krótki okres żywotności, inwestycja z perspektywy biznesowej średnio opłacalna. Kupuję nowe, a już następnego dnia rozpoczynam poszukiwania kolejnej pary, bo to nie takie proste zsumować jakość, cenę i odpowiadającą mi estetykę. Wyszukiwarka chyba zdążyła poznać moje preferencje markowe i wie co sobie upodobałem. Od kilku tygodni prowadzę poszukiwania gwałtowne, zakrawające nawet o paniczne, ponieważ w prawym trzewiku aktualnie użytkowanej pary, pojawiło się niepokojące przetarcie, które rychło przerodzić się może w dziurę.
* * * 
Londyn zwariował, a „Black Friday” zaatakował z całą mocą. Nie sposób przed nim uciec. Jakby wszystko inne schodziło na dalszy plan. Media pompują balon i próbują stworzyć z zakupowego obłędu świąteczny rytuał. Nadać mu głębszy sens. Londyn świruje. Grzmi radio, sklepowe witryny bombardują przekazem zachęcającym do skorzystania z oferty, skrzynka pocztowa wystawiona zostaje na ostrzał przychodzących materiałów promocyjnych, a wyszukiwarka automatycznie wyrzuca coraz to nowe i lepsze oferty. Obłęd zmiksowany z szaleństwem, nie doświadczane dotąd przeze mnie w żadnym kraju. Ubiegłorocznego przejawu masowej psychozy uniknąłem ponieważ przebywałem akurat w Polsce. Ominęło mnie. W tym roku znalazłem się w epicentrum.

Nie można ludziom zabronić. Podnosić argument, że nikt nikogo na siłę, że nikt nikomu nie karze? Raczej słabe. W każdym razie, żadna tradycja, a nachalne manipulowanie. Całkowita obłuda, bo gdzie te media, które potrafią nas, znaczy społeczeństwo ganić za konsumpcyjny styl życia? Gdzie gremia mądro głowych socjo-psychologów aby zagrzmieć donośnie - Qrwa! Ludzie opamiętajcie się!
 * * * 
Myślałem o sobie jako jedynym mądrym. Trwało to gdzieś do wczesnego popołudnia, ale Google odczekał, uśpił czujność i bach mi te buty na pulpit w cenie prawie, że za darmo. Kto by nie skapitulował? Zapory i blokady bezpieczeństwa zostały ominięte.
Jak to…? Za taką cenę…? Okazja! Może online kupić, nie będę musiał jechać? Ale jak online? Muszę przymierzyć, dopasować. Jadę! Nawet nie sekunda, a doświadczyłem myślowej Niagary. Nieco karkołomne, bo musiałem się udać na Oxford Str., ale - dam radę - myślałem. W pochodach pierwszomajowych chodziłem, to i z tłumem na Oxford sobie poradzę.
Wystukałem numer do Nati, której nieskładnie wytłumaczyłem w czym rzecz. Że ja tu, buty tam, cena dobra, mogą wykupić, trzeba się spieszyć, sama rozumiesz...
- Dobrze, to jedź. Ja ci do tego nie jestem potrzebna, ale może spotkamy się w mieście?
- Dobra. Pa. Lece, śmigam... 

Autobus numer 73 skręca w prawo i wjeżdża na Oxford. Nie wygląda to dobrze. Stopień wyższy słowa „tłum” brzmi „Oxford Str”. Ludzie przemieszczający się ulicą przypominają zombi. W oczach obłęd i otępienie. Niemożliwe aby wywołać taki stan bez użycia środków odurzających. Mam ochotę krzyczeć do kierowcy „Zawracaj! Spierdalaj!”.

Przystanek autobusowy usytuowany jest bezpośrednio przy wejściu. Punkt dla mnie. Może nie nazwałbym tego przemknięciem, ale zaatakowałem tłum pod kątem 90 stopni i po chwili chamskiego przepychania już byłem w sklepie. Przystojny, śniady młodzieniec z warkoczykami - wyglądał jak klon Milli Vanilli - dostarczył mi trzy pary tych samych butów. Skarpetę od buta lakierka zastąpiłem skarpetą sportową i rozpocząłem taniec godowy. Na jednej nodze but większy, na drugiej mniejszy. Podskakuje, biegam po sklepie, przysiady, prostuje nogę, sprawdzam ile luzu w bucie, a Milli Vanilli rzuca mi spojrzenia, jakby w obawie, że zaraz mu w tych butach dam dyla ze sklepu.

Wybrałem. Z butami pod pachą, gotowy jestem przemieścić się do punktu opłat, ale jak z kapelusza pojawia się Milli Vanilli i oferuje swoją pomoc w doniesieniu butów do kasy. Miło z jego strony. Zanim wyruszyliśmy w podróż do kasy zapytałem, czy buty na pewno objęte są obniżką. No i można powiedzieć, że Milli Vanilli wyrwał mnie z butów, które trzymał nota bene pod pachą, bo niestety, oferta ważna tylko w sklepie online. Z miejsca straciłem cała sympatię do Milli Vanilli.

Wyszedłem ze sklepu, stanąłem za rogiem, by tłumowi nie przeszkadzać w swobodnym przepływie. Tyle trudu, poświęcenia, wysiłku aby w czarno piątkowym obrządku wziąć udział i wszystko na chuj. Mogłem siedzieć w domu i grzać teraz nogi pod kocem. Przynajmniej rozmiar dobrałem i będę mógł w necie zamówić. Zadzwoniłem do Nati. Cierpliwie wysłuchała historii mojej czarno piątkowej klęski. Już mieliśmy kończyć, już prawie, odwracam się i stoję twarzą w twarz z... Helen Mirren. Jak stałem, tak mnie zatkało. Zaniemówiłem. Nie taka sztuczna i plakatowa Helen Mirren. Całkowity oryginał, z krwi i kości. Nati do słuchawki wykrzykuje jesteś? jesteś?, a ja przecież nie powiem, że stoję 30 centymetrów od Helen Mirren, bo mnie usłyszy. Musiałem więc odejść kilka kroków, żeby nie wyszło jak w skeczu u młodego Stuhra i powiedzieć Nati
- Ty wiesz kto tu obok mnie stoi...
Wprawdzie nim odszedłem i szeptem znanym ze szpiegowskich filmów wyjawiłem kto przy mnie stoi, Helen Mirren była mi się gdzieś rozpłynęła w tłumie, ale zawsze to razem z Helen Mirren na Oxford Str. w czarny piątek. Czad.

Popołudnie stracone, ale buty zamówię w necie. Przecinam kolejne ulice, bo umówiliśmy się z Nati na Covent Garden. To niedaleko. Mam czas, chętnie się przejdę, zobaczę świąteczne iluminacje. Odbijam od Oxford jak najszybciej. Docieram na Regent Str. Coś jest nie tak, inaczej. Ulicę rozświetlają imponujące anieli rozwieszone między budynkami, ale oprócz tego widzę ciemność. W oknach ciemno, sklepowe witryny ciemne, latarnie ciemne. Nie ma prądu. Blackout. Niesamowite wrażenie. Picadilly pogrążone w ciemności i nawet ściana reklamowych neonów zieje nicością. Trochę jak w filmie katastroficznym. Ogarnięte ciemnością miasto i ludzki materiał w ilościach nie mających końca. Kiedy spotykamy się z Nati, staramy się znaleźć miejsce, w którym moglibyśmy usiąść na kolacje. Niestety, Soho pozbawione jest prądu. Knajpki, restauracje zawieszają działalność. Atrakcja przeradza się w uciążliwość. Znalezienie wolnego stolika to cud. W końcu się udaje.

W oczekiwaniu na starter, próbujemy zamówić buty. Bezskutecznie. Siedzimy w piwnicy, zasięgu nie ma. Nati ponawia próbę, kiedy wracamy do domu autobusem. No i znowu już prawie, już prawie mam te buty, już prawie w nich biegnę, ale okazuje się, że qrwa nie ma mojego rozmiaru. Do dupy z takim Czarnym Piątkiem. Przynajmniej nie uległem ogólnemu szaleństwu.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

08.11.2016

Hygge, duński styl który uczynił mnie trendseterem


W scenie prawie końcowej filmu „Pożądanie” pada zdanie - aby historia nie mogła się skończyć, nigdy nie może się zacząć. Film polecam nie tylko ze względu na piękną Sophie Marceau, która w nim występuje, ale również dlatego, że traktuje z wdziękiem miłość, pożądanie i że francuski, a oni takie filmy o zawiłościach damsko męskich tworzą z lekkością. Wspominałem w poprzednim tekście, że sentymentalny z natury jestem i jakby na potwierdzenie dodam, że lubię taki film obejrzeć, gdzie on kocha ją, ona kocha jego, ale nie do końca im kochanie wychodzi. Wracając zatem do owego zdania, przekuję je na własne potrzeby, co fachowo się zdaje parafrazą nazywa. Jeśli historia ma się skończyć, to musi się kiedyś zacząć. Czyli w moim przypadku, ni mniej ni więcej, muszę zacząć ją pisać. Ale po kolei.
* * *
Informuję, że jesień rządy przejęłą, gdyby zdarzyło się komuś nie dostrzec. Przypomina nie tylko kalendarz, ale i okoliczności przyrody za oknem. Dzień krótszy, wieczory zaś dłuższe, a słońce reglamentuje swoje wdzięki. Deszcze, wiatry, zawieruchy, a wkrótce jeszcze zamiecie i żadnej nadziei na rychłą poprawę. Taki mamy klimat, powiedział ktoś kiedyś, i nic się nie da z tym zrobić. Chyba, żeby na ulicach ustawić automaty, takie jak z lizakami w lunaparku. Wrzucasz monetę i wychodzi słońce. Pół godziny za pięć zeta. 10 zł to półtorej godziny, bo w promocji. Niestety, ale to chyba tylko w Nibylandii, chociaż kto wie nad czym NASA dzisiaj pracuje? Pozostaje kanapa, sofa, wygodny fotel lub czym kto dysponuje oraz koc i herbata, najlepiej taka z sokiem malinowym. Sposób stary i sprawdzony.
Od dawna, czyli czasów kiedy nie miałem jeszcze twarzy pooranej bruzdami dojrzałości, staram się, do spółki z Nati, przetrwać w powyższy sposób ciężkie, jesienno zimowe chwile. Domator jestem z zamiłowania i w jesienno zimowy czas, lubię ugrząźć pod kocem z herbatą malinową w dłoni. Spędzamy tak razem do pary jesień i zimę, grzejąc się pod kocami, popijając herbatę i rozświetlając mieszkanie świeczkami. Ich blask nadaje lepszej aury, ciepła i przytulności. Nawet gdy zdarzy mi się spędzać samotnie wieczory, obstawiam się nimi, chociaż ani ze mnie gej, ani pedał, czy też lesba. Bo każda lesba to pedał, jak powiedziała kiedyś nieznana mi bliżej pani w telewizorze, ziejąc wściekłą nienawiścią do wszystkiego co wokół. Tak mnie wtedy wystraszyła, że od razu wyłączyłem telewizor. Bałem się, że z niego wyskoczy i rzuci mi się do gardła.
* * *
Zasadniczo, w tym właśnie miejscu powinienem rozpocząć swoją opowieść, ale posiadłem trudne niekiedy do zniesienia upodobanie do zbyt długich wprowadzeń. Opisane przeze mnie kilka zdań wcześniej czynności, to taki domowy sarwiwal na jesień i zimę. Przetrenowany nie tylko przez nas, ale i szerszą rzeszę lubiących kocowy klimat. Model odpoczynku przechodzący z ojca na syna, z matki na córkę (by kobiety nie czuły się pokrzywdzone), z pokolenie na pokolenie.
Londyn stworzył nam warunki idealne, bo gdzie jak gdzie, ale aura bywa tu podła. Akceptowalnego wymiaru, nabiera dopiero obserwowana spod koca i perspektywy za okiennej. Koce posiadamy, a jakże. Grube, duże, wełniane, milaśne i zapewniające ciepło. Zazdrości nam ich cała dzielnica, a przypuszczam, że po cichu również rodzina królewska. Takie z tych opatrzonych szyldem - zawijam się i nie wychodzę. Ja mam swój, Nati swój.
I podczas jednego z tak reżyserowanych wieczorów, zdaje się był wtorkowy, gdy ogarnęła mnie przyjemna błogość, a najdalej wysuniętemu punkcikowi moich stóp zdołałem przywrócić ciepło polegując pod kocem, Nati odpaliła we mnie słowami, które stały się początkiem naszej kulturalnej rozmowy. W sumie wywodu Nati. Jako kobieta bywała i bardziej świadoma, poinformowała mnie, że to co w danej chwili uprawiamy nazywa się Hygge i jest aktualnie panującym lajfstajlem.
- Znaczy się co? - zapytałem ślubną
- No właśnie to. Przytulne, dające uczucie ciepła wnętrze, świeczki, pledy, koce, herbata, książka, itd. Takie zorganizowanie wnętrza i otoczenie się przedmiotami, które sprawią, że przetrwanie zimy stanie się łatwiejsze i bardziej pogodne. Taka duńska kultura.
- Taaaaa…..? Ale my to robi... 
- Nieważne. Teraz jest to lajfstajl 
- Aaaaaaa...
Myślałem, że sobie żartuje, ale nie. Rzecz ma się poważnie i jest próbą sprzedania kolejnej mody dla znudzonego życiem wycinka społeczeństwa. Przywędrowała lub ściągnięto ją z Danii i się panoszy. Na księgarnianych półkach nie brakuje instruktażowych książek, jak do zagadnienia Hygge podejść, w co również nie byłem skłonny wierzyć. Wprawdzie ufam Nati bezgranicznie, ale sprawdziłem.
Weekend spędzałem samotnie, bo Nati na babskie spotkanie się wybrała gdzieś w Europe. Wobec tego, pojechałem w sobotę odebrać trzewiki ze sklepu, które sobie wcześniej zamówiłem. Księgarnie miałem po drugiej stronie. Pomyślałem, że zajdę. Tym bardziej, że fajne i skromne dziewczyny nieraz się tam przechadzają. Zerknąć nie zaszkodzi. Dziewczyn nie było, za to Hygge jak byk na półkach stoi.
* * *
Duńczycy, których język brzmi jak bulgot stada wystraszonych fok, zaszczepili nowy trend. Nie klabing, nie melanż w kafe z late, a Hygge. Teraz mężczyzna z brodą i jego okulary w rogowych oprawkach oraz ich damska odpowiedniczka uprawiają Hygge. Co to jednak za przyjemność uprawiania Hygge w samotności, kiedy nikt nie widzi? Nic straconego przyjacielu z brodą. Znam przynajmniej jedną knajpę gdzie można Hygge uprawiać. Można, bądź można było, bo dawno nie byłem.
Mój ulubiony Plac Zbawiciela, a knajpa tak natchniona, jak i zintelektualizowana. Niespełnieni artyści, tacy sami muzycy, intelektualiści, przedstawiciele wolnych zawodów oraz wszyscy, którzy pragną i pragnęli być za nich uważani. No i studentki kierunków humanistycznych pozujące na dorosłość. Frappe, czy latte? Miny znudzone, przechodzące w zblazowanie. Niemal każdy bez butów bo taki tam lans. Dziwne przekonanie, że to dodaje luzu. Więc skłonny jestem sądzić, że to odpowiednie środowisko dla Hygge.
* * *
Morał jest nawet budujący. Fakt, ktoś stara się sprzedać jako styl życia dawno wymyśloną oczywistość, ale co mnie to. Przynajmniej mam pretekst do kpin. Najwyraźniej znajdzie się głupi, potrzebujący przewodnika. Kupi wszystko byleby tylko nosiło znamiona trendu. Dla mnie ma to inny wymiar. Awansowałem do trendseterskiej awangardy. Pierwsza liga. Nie wiadomo komu i kiedy bije dzwon. Wchodzę pod ten koc zapamiętale od przed wojny. Ktoś mógłby powiedzieć, nudziarz. A tu proszę. Nie nudziarz, lecz znawca trendów. Nie wiadomo czy moje dzisiejsze dziwactwa za jakiś czas nie zostaną uznane za stylowe. Oczywiście poza oglądaniem świerszczyków pod kołdrą w świetle latarki. To jest naganne, ale jak się powstrzymać?
Wszystkim życzę miłego uprawiania Hygge w długie, zimowe wieczory.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

27.10.2016

Wakacje - 10 lat połączone z nostalgią


Wakacje mimo niezaprzeczalnych zalet, obarczone są również wadami. Naliczyłem trzy. Trwają zbyt krótko, zawsze następuje ich koniec, trzeba z nich wrócić. W zasadzie jedna wynika z drugiej.
Będzie więc trochę o wakacjach, ale niespójnie, nieskładnie i miejscami być może chaotycznie, bo do rzeczywistości - tej szarej, ponurej z ołowianym niebem - wracam powoli i opornie. Podobnie jak do klepania w klawiaturę, ale boję się, że emocje i odczucia mi towarzyszące z każdą godziną się oddalają. Dlatego staram się mimo wszystko tekst w spójną całość poukładać i puścić, bo to co aktualnie wydaje mi się warte wzmianki, za parę dni być może okaże się śmieszne.
Głupi nie jestem i niech wystąpi przed szereg ten, kto twierdzi, że na takiego wyglądam. Aby nie stracić żaru wspomnień i przeżyć, złote myśli notowałem w swoim Ciaku (lokowanie produktu) jeszcze na pokładzie AlItalii, która niosła nas do Londynu. Nota bene niezbyt się popisała. Przymusowy nocleg w Rzymie i pakiet perturbacji w pakiecie gratis otrzymaliśmy. Przerzucam zatem niezdarnie formułowane myśli z papieru na ekran i niewiele zmieniam. W samolocie byłem zasmucony do tego stopnia, że na odpalenie ermaka nie miałem ochoty.

NOSTALGIA 
Nachodziła mnie często. W Isoli byliśmy dokładnie 10 lat temu. Nostalgia, jak powiedziała moja mądra Nati, związana jest z tęsknotą za czymś. A moja za czym? Problem upływającego czasu i siwiejących skroni dotąd mnie nie nurtował. Wciąż wyznaje teorię głoszącą - dobrze utrzymani, szpakowaci mężczyźni w średnim wieku są wartością wschodzącą na rynku. W czym więc rzecz? W gruncie rzeczy, przy całym moim chamstwie i niekończących się złośliwościach, to chyba sentymentalny jestem. Tak mi wychodzi z obliczeń.
10 lat naszego i nie tylko życia. Dużo i mało. Co się wydarzyło, a co pozostało tylko planami i wydarzyć się jedynie mogło, gdyby nasze wybory były inne? Jaka liczba znajomych zniknęła z naszej orbity, a ilu pojawiło się nowych?
10 lat temu nie byliśmy jeszcze, ja mężem, a Nati żoną. Nie myśleliśmy o rozpisanym na 30 lat kredycie. 10 lat i 4 różne kraje zamieszkania. Ani w głowie mi to było, kiedy w październiku 2006 roku prężyłem się na Janikowym tarasie popijając kawę. Siedząc teraz, zastanawiałem się, czy coś nam umknęło, czy może teraz umyka, czy jesteśmy tam gdzie być chcemy? W końcu, 10 lat temu mieliśmy lat 30-ci, a kto nie chce być młodszy? Taka wspomnieniowa podróż.

WAKACJE
Dały mi to, czego oczekiwałem, ale południe Włoch, to nie urocze niewielkie miasteczka i kadry z romantycznych filmów o Italii. Wcale piękne, w żadnym miejscu bajeczne. No może ciut przesadzam, lecz to nie Włochy jakie widnieją na pocztówkach. Isola, najbliższa Santa Christinie wioska, jest brzydka i obskórna. Z każdego kąta wyziera ubóstwo łamane przez zaniedbanie. Klimatu nadają pizzerie z piecami opalanymi drewnem; rząd staruszków siedzących na placu przed ratuszem. Na ulicach panuje radosny brak zasad, ale w tym szaleństwie - nieprzestrzegania odgórnie ustanowionych przepisów - jest metoda. Szybko się jednak można połapać o co w tym ulicznym zamieszaniu chodzi. Mimo wszystko, po zapoznaniu się z sytuacją okazuje się, że jakieś zasady panują. Właściwie jedna. Trzeba być zdecydowanym w swoich zamierzeniach (tych na drodze) i wprowadzać pewną ręką w życie. Żadnego STOPu, żadnego pierwszeństwa, czy skrzyżowania równoważnego. Nie! Trzeba umiejętnie balansować na granicy wymuszania i tego, na co w danej chwili można sobie pozwolić. Jakkolwiek byłoby to pozbawione sensu, tam sens posiada. Pogarda dla przepisów tak, ale bez porywczości i złośliwości. Włoch na drodze natomiast, jest w stanie wybaczyć wszystko. Nawet najdziwniejsze ewolucje, tylko nie brak zdecydowania w poczynaniach na drodze.
* * *
Czas w Isoli upływał w zwolnionym tempie. Istotne, stało się nieistotne. Poczta meilowa przestała mnie interesować, chociaż łącze onlain utrzymywało mnie w granicach cywilizacji. Na wszelki wypadek.
W tym spowolnionym świecie okazało się, że przytargałem ze sobą więcej niż potrzebuję. Moda i miejski szyk zeszły na dalszy plan. Trzy koszulki, prane i noszone na zmianę, wszystkie niebieskie, co raczyła mi wytknąć Nati. Szorty, dwie koszule, długie pory, gatki kąpielowe, rozczłapane adziorki, które w dniu wyjazdu skończyły w koszu, buty wsuwki oraz flip flopy. Okazało się, że wystarczy. Może jeszcze bluza i szal, bo Etna ze swoimi okolicami kiedy do nich dotarliśmy, okazała się zaskakująco gwiżdżąca. Jak ta głupia cipa przytargałem walichę wypchaną większą ilością rzeczy niż ludzie tu, znaczy tam, mają na cały rok. A wszystko wyłącznie na wakacje.
* * *
Cisza, cisza, cisza. Niczym nie zmącona cisza. Przeleci mucha, zabrzęczy osa. Cisza. Po pełnym jazgotu, przepełnionym wszechobecnym pośpiechem i hałasem Londynie niesamowite uczucie. Wyłącznie szum generowany przez wiatr, drzewa, palmy i w oddali mare. Bella mare. Pierwszy z wieczorów spędziłem na balkonie siedząc w ciemności, popijając wino i wsłuchując się w to czego nie słychać. W ciszę. Błogość.
Budziłem się wcześnie. Organizm wytrenowany, nawyków szybko nie zmieni. Poza tym lubię. Otwierałem okiennice oraz okna, a podczas golenia powoli nastawał dzień. W czasie śniadania popijanego zbożówką obserwowałem z tarasu poranne słońce, które wyłaniało się z morza. Szedłem biegać.
Bardzo szybko wszedłem na pułap „może jutro”, czyli domani bardziej znane jako maniana. „Może jutro pojadę do Castelli”, „Może jutro spędzę dzień wykazując się większą aktywnością”, „Jutro zrobię…”. Teraz książka i plaża, reszta jutro. Planowałem coś napisać. W tym celu zabrałem ermaka. Wstrętu jednak jakiegoś do klawiatury nabrałem. Bo czy to teraz ważne, i po co mi to składanie wyrazów w logiczną całość?
Bez małych spraw składających się na te duże, wywołujących irytacje i nerwy. W zamian kawa parzona w kawiarce do kompletu z książką na tarasie. Aktywność, która ograniczała się do przejazdu do Isoli po wino, winogrona, wędliny i sery oraz zagwarantowanie sobie czegoś na kolację. Drzemka po lanczu na tarasie, czy leżak na plaży? Problemy pierwszego świata. Innych nie miałem. Plaża natomiast cicha i opuszczona. Bez zgiełku, wrzasków i zalegających tłumów. Szum fal, leżak, książka, drzemka. Cudowne nic nie robienie.
Po południu Prosecco na orzeźwienie. Dużo się lało, a przyjazd Kamy i Grega jakby wzmógł jeszcze proceder. Wspólne kolacje, dobre jedzenie, dużo wina i przegadane wieczory. Tylko śpiewać mi zabronili.

PO WAKACJACH
To były nasze pierwsze wakacje z prawdziwego zdarzenia od 2011 roku. Pierwsze również tak długie, bo trzy tygodniowe, choć spędzane częściowo oddzielnie. Nati po wizycie w Singu przyjechała do mnie mocno naładowana. Potrzebowała kilku dni by wyhamować i przejść na inny tryb, nieco wolniejszy. Porzucić miejski. Musiałem tego mocno pilnować, bo bywało, że pędziła tak, iż nie miała czasu na kawę. Miniony rok i jeszcze obecnego połowa był dla ciężki. Staneliśmy obozem na wyspach. Stres przeprowadzki z Singapuru, osadzenie i odnalezienie ścieżek w nowych okolicznościach. Teraz, wypoczęty i z perspektywy czasu to widzę. Wakacje były jak lekarstwo. Kiedy dobiegały końca, gula w gardle sukcesywnie się powiększała. Osiągnęła wielkość nieprzełykalną w chwili gdy ostatecznie porzuciliśmy na parkingu naszą 500tkę, która woziła nas dzielnie po Kalabrii i części Sycylii. Bardzo lubię te nasze niespieszne podróże autem i dialogi nie za bardzo rozsądne. Jak choćby ten, o znanych kobietach, dla których tu i teraz gotów jestem paść na kolana. Ja swoją listę podałem. Wyszło, że Nati jest piątą w kolejności żoną. Po naciskach i długich namysłach, ze swej strony zdołała podać tylko jednego mężczyznę, którego pojawienie powinno wywoływać u mnie trwogę. Powinienem się cieszyć, czy nie chciała mnie dołować?
Codzienne czynności uznawane za ważne zatraciły podczas pobytu w Isoli swój sens, zbladły. Byliśmy w stanie się bez nich obejść. Po trzech tygodniach letargu byłem wystarczająco naładowany ciszą i spokojem (do czasu lądowania w Rzymie, a później Londynie). Ukojony. Byłem gotów by wyjeżdżać. Problem nie leżał już w tym co opuszczam, lecz w tym gdzie się udaje i świadomość, że duże problemy zaczynają się od małych. Duży stres zaczyna się od małego. Małe rzeczy rozrastają się potęgując frustrację, zmęczenie do dużych rozmiarów. Nie chcę na to pozwolić. Bywa, że sam sobie narzucam rodzaj zachowań, czynności, które mając mi przynieść satysfakcje, w gruncie rzeczy jej nie dostarczają. Wiele rzeczy, które „muszę” wcale nie „muszę”. Bez nich też będę żył, ziemia będzie się kręcić, a słońce wschodzić na wschodzie. Błahostki, które dorzucają do pieca. Strona się nie ładuje, bądź robi to wolno, lot opóźnia, a stary dziad przy kasie za wolno szuka drobnych. Naiwny nie jestem. Wiem, że nie da się przeżyć życia jak na wakacjach, ale spróbuję nie poddawać się własnemu rygorowi nakręcania sprężyny. Czytam „Sens” i prenumeruję „Charaktery”. Dokonałem wglądu we własne wnętrze i zobaczyłem w nim, jak wiele sytuacji stresogennych mógłbym, mogę uniknąć. Tylko czy to mi się uda, bo to zawsze takie chciejstwo pourlopowe, podobne do noworocznych założeń. Ocenię podczas następnych wakacji.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

29.09.2016

Gbur u fryzjera


W zasadzie przestępuje już nerwowo z nogi na nogę. Móżdżę co do walizki zapakować. Nati w środę do Singapuru szybuje (już poszybowała), a ja w sobotę do Yannicka, do Kalabrii. Rwany i niespokojny tydzień się więc zapowiada. Umysł już tam, ciało wciąż tutaj. Skupić się ciężko. Rajze fiwer przed długo wyczekiwanymi wakacjami. Całe trzy tygodnie. Mimo to, postanowiłem z klawiaturą się jeszcze zmierzyć i z pisaniem wystartować w napiętym przed wakacyjnym tygodniu. Liczę, że uda mi się dostukać tekst do końca i puścić jeszcze przed wyjazdem. Jeśli nie, dociągnę go pod kalabryjskim niebem. Tymbardziej, że pierwszy tydzień spędzam samotnie. Sam, 50 metrów od plaży, morza, otoczony ciszą, winem, książką i dobrym jedzeniem. Nie wiem, może powinienem się martwić o siebie, ale nie zamierzam. Danuta Matka podczas niedawnej rozmowy i nie mających końca aluzjach
- To będziesz się tam sam nudził 
- Nie Mamuś, nie będę 
w końcu nieśmiało wtrąciła
- Synuś, Ty to tak lubisz sam spędzać czas
- Co mam zrobić Mamuś, skoro nigdzie tak morowego towarzystwa jak moje nie mogę znaleźć
Bene.
* * * 
Byłem u fryzjera. Osiągnięcie wątpliwe i średnio istotne dla wydarzeń całości globu, bo nie jestem pierwszy i nie ostatni, który to robi. Pewności tylko nie mam, czy aby słowem „fryzjer” nie uwłaczam profesji. Nieprzeciętny zmysł obserwacyjny utwierdza mnie w przekonaniu, że fryzjer jako gatunek wyginął. Nastał stylista, salon fryzjerski zaś przeszedł rebranding by stać się atelier. Zwał jak zwał; natura Załubskich wychodzi, czepiam się.
A więc, udałem się do mojego londyńskiego stylisty fryzur z Brazylii, geja. Brzmi kozacko i jestem przekonany, że kwestia wygłoszona z odpowiednio reżyserowanym znudzeniem, zapewnia mi panowanie na placu Zbawiciela wśród ulokowanych tam knajp. Przynajmniej na kilka godzin.
Douglas, mój fryzjer stylista to uroczy facet. Uśmiechnięty, uprzejmy, delikatny. W zalewie londyńskiego chamstwa łączonego z prostactwem, zwracają uwagę Jego maniery. Uwielbiam gdy zajmuje się moją trwałą. Z fryzjerem mam prawie jak z opisywanym niedawno dentystą. Muszę mu ufać, ponieważ gdy tylko dotyka moich włosów odlatuję. Żadnych narkotyków, żadnego prądu, łamania palców. Podczas przesłuchania wystarczy dotknąć włosów i śpiewam wszystko jak leci; tylko proszę mnie smyrać.
* * *
Douglas, zgodnie ze sztuką, umył mi włosy, a potrafi - zapewniam - robić to qurwa bajecznie delikatnie. Balijskie masażystki w porównaniu wypadają blado jakby uprawiały kowalskie rzemiosło. Spocząłem przed lustrem w nastroju błogiego rozleniwienia. Stan narkomana po większej dawce heroiny. Douglas swoim
- Tak jak zwykle?
- Uhmmm... 
zrzucił ze mnie konieczność wyjaśnień. Bogu lub komu innemu dzięki. Po to mi zaufany fryzjer vel. stylista, by nie zarzucał pytaniami - Nad uchem krótko, czy do pół ucha? Grzywkę do góry, czy na bok wycieniować? Z tyłu zebrać więcej, czy zostawić jak jest? Qrwa ma być dobrze! Nie przyszedłem na przesłuchanie. Nie mam pojęcia jak ciąć i nie znam się na tym. Chcę tylko żeby było dobrze i bez pytań.
Douglas rusza do dzieła. Wkłada dłoń w moje włosy, kręci loki, a ja czuję jakby mi ktoś nową szprycę w żyły wkłuł. Nie ma gościa. Odlot. Niestety dla mnie, wyłania się również problem. Konwersacja o niczym i na bliżej nieokreślony temat. W normalnych warunkach i nie odurzony średnio sobie z tym radzę, a po za zastrzyku dużo bardziej i nijak do rozmowy się qrwa nie nadaje. Wzrok mętny jak maratończyk na 40-tym kilometrze, powieki mi wiszą jak u buldoga.
Staram się, ale mi nie wychodzi. Próbuję kontrolować kiedy Douglas snuje opowieść, a kiedy kończy wypowiedź pytaniem. Moje odpowiedzi są zdawkowe, ograniczone do monosylab - tak, nie, uhmmm, nie sądzę, ja wiem... Rzadko porywam się na konstruowanie całego zdania. To ponad moje siły. Nie cierpię rozmawiać siedząc na fryzjersko stylistycznym fotelu. Nie mam na to siły. Nie wiem co sobie o mnie myśli Douglas, ale każdorazowo gdy mnie widzi uśmiecha się na mój widok i nawet pamięta moje imię. Może nie jest więc tak źle i nie uważa mnie za gbura?
* * *
W tym całkowitym odlocie na fryzjersko-stylistycznym fotelu wpadłem w swobodny bieg myśli. Nawiedza mnie czasem w najdziwniejszych miejscach. Czasem na sedesie z bakelitu, czasem pod prysznicem, chociaż to ostatnie jak wyczytałem niedawno, wcale nie jest takie nietypowe, bo prysznic należy do miejsc, które w cudowny sposób odejmują nam stresu i przyczyniają do swobodnego myślenia. Pomyślałem, że naród z nas zamknięty, nieskory do zabawy bez alkoholu, a imprezy przeżywamy często z nosem utkwionym w sałatce. Osławiony smol tok jakby nie dla nas stworzony.
Zastanawiałem się, w czasie kiedy Douglas dbał o mój sznyt, z czego wynika ta nieumiejętność prowadzenia małych rozmów w dosłownym tłumaczeniu. Chociaż tutaj poza nawias nieumiejętności wystawiłbym Nati. Jakby ładowała akumulatory podczas takich rozmów. Wiruje i bryluje. Zadziwia mnie nieustannie, co jest ponoć elementem udanego związku, a odkąd przyswoiła sobie reguły „spalonego” wiem, że jej umysł nie posiada ograniczeń. W przeciwieństwie do mnie. Bo mi się właśnie te akumulatory rozładowują, kiedy ktoś usilnie stara się mnie wciągać w rozmowę.
* * * 
Wniosek mi się nasunął w moich rozważaniach, że nie zostałem rozmowy jako czynności wyuczony. Przeszedłem kolejne etapy szkoły. Polskiej szkoły, która selekcjonuje na podstawie sobie znanego klucza podawaną wiedzę, a istnieje chyba tylko po to, aby przydybać na tym czego się nie umie, bądź nie wie. W polskiej szkole, nie wiem czy wciąż i przynajmniej w takiej do jakiej ja uczęszczałem, dyskusja nie istnieje. Nie prowadzi się rozmów, wymiany poglądów. Nie uczy rozmowy. W polskiej szkole dominuje odpytywanie, testy i „wyciągnijcie karteczki”.
Z dziećmi w ogóle niewiele się dyskutuje i raczej nie dopuszcza do rozmów na poziomie dorosłych. Taka obyczajowość. Chyba tylko w serialach rodem z tefałenu, gdzie dzieci wyposażone są w nieograniczone pokłady elokwencji. Popularne powiedzenie - dzieci i ryby głosu nie mają, znikąd się nie wzięło. Dzieci są strofowane i tresowane - siedź prosto, nie kręć się, nie przeszkadzaj, nie teraz, złap porządnie, nie głaskaj, nie podnoś, co zrobiłeś, nie wstyd ci… W szkole nie rozmawia się o emocjach, w domach również nie często. Panuje kult powagi. Uśmiech jest traktowany jako synonim głupoty. Tylko głupi się śmieje. Nie jestem nauczony rozmowy, nie jestem nauczony wyrażania opinii. Nikt nie nauczył mnie mówić o tym co widzę, o tym co słyszę, o wczorajszej kolacji, dzisiejszej pogodzie, jutrzejszej wycieczce. Oczywiście w porównaniu z postępującym ociepleniem klimatu, czy wycinką amazońskiej dżungli to nie dramat, radzę sobie.
* * *
Pod czujnym okiem Douglasa, który rzeźbił moje fale na bóstwo i nanosił ostatnie poprawki, doszedłem do płenty.
Nie wiem czy się wstydzić i rumienić za zaistniałą sytuację oraz narodowe ponuractwo powiązane z nieumiejętnością rozmów o niczym, czy też nie? Zrazu chciałem się zarumienić, ale doszedłem do wniosku, że jako naród, społeczeństwo wstydzimy się niepotrzebnie za zbyt wiele rzeczy, a nie zwracamy uwagi na te, za które faktycznie powinniśmy się kajać. Więc w zasadzie nie mam jednoznacznej opinii. Na pewno fajniej, gdy ktoś o nas myśli inaczej niż gbur, smutas, ponurak, a taka umiejętność jak ów smol tok podobno w życiu pomaga i łagodzi napięcia. Na pewno umiejętności rozmowy, zobowiązującej bardziej, w innych przypadkach mniej, należy uczyć od maleńkości. Rozmowy i słuchania. Wtedy żaden kołczing nie będzie potrzebny. Więcej nie wiem.
Mistrz Douglas zakończył dzieło. Wyglądam bosko. A te wszystkie przemyślenia zebrane tylko w czasie jednorazowego posiedzenia na daglasowym fotelu i 25 £. Gdyby komuś przyszła ochota podumać, polecam mojego londyńskiego stylistę fryzur z Brazylii geja.
* * *
Udało się, zdążyłem. Bene.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

19.09.2016

Na ziemi ojców - Willkommen in Stettin


Oderwałem się od klawiatury na dobre. Ożywczy, aczkolwiek niezamierzony, odpoczynek od ermaka sobie zaaplikowałem. Zdaje się niemożliwe, a stało się. Widać tak potrzebowałem. Dwa tygodnie bez komputera, ale gwoli sprawiedliwości, nie internetu. Telefony mogą dziś wszystko, a moja płyta grzewcza funkcjami i wielkością wyświetlacza ermakowi niewiele ustępuje. Dziarsko mi go zastępowała. Okazuje się, że potrafię się obejść bez codziennego mielenia i przeglądania tego wszystkiego, co zwykle wydaje mi się z niezmiernie ważne.

NA ŁONIE RODZINY
Do Szczecina w końcu i po długich przedbiegach się wyprawiłem. Dawno nie byłem, a poza tym dentyście pojechałem się ukłonić. W Szczecinie Pani Wanda Dentystka urzęduje, od 18-tu lat naczelny strażnik mojego uzębienia. Dentysta rzecz nie byle jaka i ważne aby mieć do niego zaufanie. Wystarczający powód żeby gnać taki kawał.
Zatrzymałem się w mieszkaniu Siorki i Szwagra Krzysztofa, ponieważ dzielenie przestrzeni mieszkalnej z Danutą Matką i Józefem Ojcem bywa męczące i rodzi konflikty. Po miłych początkach nasze dziwactwa się nie zazębiają. Ponadto, Danuta Matka posiada niezbadaną zdolność doprowadzania największych optymistów na skraj przepaści. Najbardziej opornego potrafi pchnąć w czeluść, a wszystko w jego dobrze pojmowanym interesie. Taka to Danuta Matka, przy pakiecie niezaprzeczalnych zalet jak sos z kurek przygotowany dla dawno nie widzianego syna, czy gołąbki z prawdziwkami. Dlatego zmieniłem zwyczaje i umilam czas Siorce i Szwagrowi Krzysztofowi. Zatrzymuję się u nich od pewnego czasu. Taki układ jest zdrowszy dla wszystkich stron. Siorka dba by młodszy brat nie chodził głodny, brudny i obdarty. Identycznie jak w chwili kiedy miałem 10 lat. Wciąż jest tą samą starszą siostrą która nie da zrobić mi krzywdy. W czasie swojego pobytu jestem niejako substytutem Siostrzeńca Kuby, który porzucił Szczecin na rzecz Wrocka, gdzie studia uprawia.
U Danuty Matki i Józefa Ojca natomiast, pojawiam się na obiady, kawę, herbatę, świeże pączki, z przyjacielską wizytą. Wystarczająco by nie nadepnąć sobie na odcisk, a wszyscy są zadowoleni.
* * * 
Pani Wanda Dentystka gdy tylko się pojawiłem paszcze mi rozdziawiła. Straty oszacowała. W oczekiwaniu aż morda mi stężeje po szprycy znieczulającej, pogawędziliśmy do chwili gdy morda mnie stężała na tyle, że powiedzieć nie byłem już w stanie nic. Lewa dolna szóstka po godzinie została nareperowana.

SZCZECIN FAJNY
Pogoda była moim sprzymierzeńcem, a słońce grzało jak we wrześniu 39-go. Zelòwy zdarłem na szczecińskich trotuarach, przemierzając go w każdą możliwą stronę, lecz nie zamierzam narzekać (za bardzo) na to co widziałem. Słońce potrafi pomalować wszystko przyjemnymi barwami. Tym razem Szczecin wydał mi się zadziwiająco przyjemny, mimo swoich widocznych szkaradności.
To ładne miasto. Kto był, kto widział, tego nie trzeba przekonywać. Niewiele jest miast poròwnywalnych urokiem. Miasto niewykorzystanych i niewykorzystywanych szans, które jeśli nie popadło, to popada w prowincjonalizm. Wciąż jednak może być miastem przyjemnym. Miastem, które atakuje nie tyle intensywnością życia, ale spokojnie bijącym rytmem miasta na weekendowe wypady. Miastem, które poleca się z ust do ust jako cel kilkudniowych wizyt.
Fajnie, że ożywają ulice kiedyś uznawane za nieciekawe. Rayskiego, Mazurska, Śląska. Coraz więcej tam knajp, gdzie można zjeść, napić się. Niektóre może ciut pozerskie, inne nieco zbyt hipsterskie, ale każdy ma hipsterów na miarę swoich możliwości. Nie mniej są. Knajpy oczywiście. Fajnie, że odnowie poddano zdewastowane, ale piękne kamienice na części Śląskiej. Fajne są Jasne Błonia, gdzie biegałem wcześnie rano, gdy Szczecin ruszał do pracy.
Fajnie, że Szczecin odkrył lody. Lody własnej produkcji. Trafiłem w kilka miejsc, niektóre z polecenia, niektóre strzały w ciemno, z zajebiaszczymi lodami. Ustawiające się po nie kolejki są dowodem, że lody w Szczecinie się wstrzeliły. Jako lodziarz, mam nadzieję, że to nie tylko sezonowe zachłyśnięcie i trynd przetrwa dłużej.

SZCZECIN NIEFAJNY
Ten sam Szczecin jest ròwnież qrwa brudny, osrany i obskórny. Miejscami ciągnie uryną. Zalepiony starymi plakatami. Postrzępionymi i wyblakłymi. Nawet na uznawanym za reprezentacyjny dla Szczecina deptaku Bogusława. Nad sklepami dominują brzydkie, każdy na inną modłę, tworzone w garażach, szyldy i pseudo neony o wątpliwych walorach upiększających. Zabutkowo i jarmarcznie. Dwie dominujące galerie handlowe skutecznie udupiły życie i ludzki ruch na ulicach. Jak w polskim filmie. Nic się nie dzieje. Nie trudno zliczyć w dowolnym momencie ludzi przechodzących ulicą w zasięgu wzroku, bo jest ich tak niewielu. Handel poza galeriami nie istnieje lub istnieje w minimalnym stopniu. To one pełnią rolę kulturalną, rozrywkową i miejsce spotkań towarzyskich. Poza tym, ceny w niektórych knajpach wydają mi się ciut za wysokie jak na możliwości mieszkańców. Myślę sobie - przysiądę gdzieś w lokalu, sałatkę jak królik wrąbie. 25 złotych. Sałatka taka sobie, raczej bez historii. Zsumowałem zawarte produkty i wyszło mi mniej więcej 10 złotych. Energia, koszty pracy, zusysrusy, głupi nie jestem, ale mimo wszystko, chyba trochę za dużo. Z drugiej strony, te same lokale funkcjonowały kiedy byłem dwa lata wcześniej, w ubiegłym roku i teraz, więc chyba jakoś się to godzi. Co ja wiem o zabijaniu.

POŻEGNANIE
Dziewięć dni i było minęło. W weekend pomoczyliśmy jeszcze pięty ze Szwagrem Krzysztofem i Siorką w bałtyckiej solance, zdążyliśmy się skuć, wytrzeźwieć i już musiałem przygniatać kolanem samsonaita żeby się domykał. We wtorek obściskałem się ze Szwagrem Krzysztofem, obcałowałem z Siorką na pożegnanie i pięknym prawie nowym szynobusem pomknąłem wprost na lotnisko w Goleniowie. Szynobus kursujący wprost na, i z lotniska. Takie dziwy tylko w Szczecinie. Mniej więcej dwie godziny później samolot z niewyobrażalną ilością polskich dzieci - Dżesik, Aleksòw, Sandr, Brajanòw - powracających do angielskich szkół, niósł mnie ku dostojnej Brytanii. Czy Wielkiej? Za dwa dni, samolotem tych samych linii ciachałem niebo kierując się w stronę Sofii, gdzie na lotnisku czekali Diana i Nico.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

24.08.2016

Awantura o pierś - karmić, czy nie karmić?


Lubimy toczyć wojny. Bez nich nudno. Naród polski najwyraźniej tak mieć musi, że jedną wojnę kończy, nową zaczyna. Naparzamy się po głowach z podziwu godną regularnością. Dymiły latem działa wycelowane w Januszy Bałtyku, pobrzmiewały salwy w bitwie o parawaning. Żadnych jeńców. Kultura w walce z prostactwem. Rozlało się na dobre poza wybrzeże, a błahe z pozoru problemy zyskały wymiar sporu narodowego. Kraj, co stało się już zwyczajem, podzielił się na dwa zaciekle i ziejące do siebie pogardą przeciwne obozy.
Nawet aura miała już chyba jednak dość. Lato się wypięło i zabrało upały, a spór rozstrzygnął samoistnie. Letnicy wyjechali; problem zniknął. Powstał nowy. Równie istotny i podobnie jak poprzedni, wymagający wzajemnego okładania się inwektywami. Karmienie piersią w miejscach publicznych. Spór w sprawie, Bałtycki Janusz kontra reszta, zaangażował w słowne przepychanki proletariat oraz klasę aspirującą wspieraną przez zaciąg celebrycki. Problem karmienia natomiast, nabrał rangi nie tylko społecznej, ale i politycznej. Nie dość, że trafił na wokandę, ale i pobudził do dyskusji elity z Wiejskiej.

Ktoś niezorientowany i przyglądający z boku, mógłby uznać Polskę za kraj dostatni i ustabilizowany. Polaków zaś, za szczęśliwych i spełnionych, bo tylko w ten sposòb można wytłumaczyć istnienie równie idiotycznych sporòw. Znudzeniem.
Nakręca nas dziwna energia powstająca z prania po pyskach. Łączymy się we fronty i opozycje. Okopujemy na liniach podziału i walimy do siebie czym popadnie. Tworzymy rodzaj sektowości. Matki karmiące piersią przeciw niekarmiącym. Matki chustowe przeciw niechustowym. Wszystkie matki, przeciw tym co nie mają dzieci. Zmotoryzowani przeciw rowerzystom. Rowerzyści przeciw zmotoryzowanym, ale i biegaczom nie odpuszczą. Biegacze przeciw wszystkim, którzy nie biegają. Każdy musi mieć cel do napierdalanki. Dzień za krótki by wyliczać. Potrafimy się porozumieć i połączyć w dążeniu, tylko przeciw czemuś, ale nie za czymś. Jałowe spory, kiedy do rozwiązania wystarczy kroczek wykonać.
* * *
Polska to wciąż miejsce, gdzie większą wagę przykłada się do głoszenia idei niż ich respektowania. Na poziomie deklaracji bywamy spełnieni. Jesteśmy tolerancyjny, pełni empatii, zrozumienia, otwarci, przepełnieni troską.
Realia trochę się rozjeżdżają. Ciężko w naszym kraju być matką karmiącą, niepełnosprawnym na wózku, bez wózka, ojcem chcącym czynnie uczestniczyć w wychowaniu pociechy i każdym, kto wystaje poza nurt uznawany za normalność. Przesrane ma nawet staruszka szukająca zbyt długo drobnych w portmonetce przy kasie. Czasem to wynik przepisów prawnych, innym razem mentalności, czy bezmyślności.
Opowiadał mi niedawno kolega, młody tata, jak przyszło mu się przedzierać przez zasieki chujowej organizacji i nieprzychylności. Potrzebował przewinąć syna podczas spaceru. Przyjazną toaletę znalazł w centrum handlowym. Przewijak owszem, ale niestety tylko w toalecie damskiej. Już sama zmiana pieluch w terenie była dla chłopa stresująca, bo maciejkami syn się nie zrąbał, a tata nie zabrał wacików, którymi woń tamuje wkładając je na okoliczność do nosa. Najgorsze były podejrzliwe i przepełnione agresją spojrzenia kobiet, które wcale nie widziały w nim rozczulającego samotnego ojca. Widziały intruza. I te niejednokrotnie przepełnione miłością matki, zwracały mu uwagę, jakby był idiotą i nie dostrzegał w jakiej toalecie się znajduje. A co ma taki qrwa ojciec począć będąc na basenie z córką? Zabrać ją do przebieralni męskiej, czy bezpardonowo wkroczyć do damskiej? Niewielkie problemy, do ktòrych rozwiązania zbyteczne powoływanie komisji, czy ingerencja sejmu. Dlaczego zatem problem karmienia się tak zmutował?
* * *
Przeciwnikiem karmienia piersią w miejscach publicznych nie jestem. Więcej, jestem z nim całkowicie po linii. Nie znaczy to jednak, że nie czuję się nieswojo w restauracji, widząc obok siedząca matkę, ktòra piersią karmi dziecko. I nie chodzi bynajmniej o widok piersi, chociaż w pewnym stopniu również. Gryzie mi się koncepcja. Istnieją miejsca gdzie nie zakłada się nóg na blat, popuszcza zwieraczy oraz nie wyciąga piersi by karmić. Nie odmawiam prawa. Nawet do tego, by robić to w restauracji, czy gdziekolwiek, ale może się to odbywać w nieco inny sposób. Niekoniecznie przy stole. Zachowanie dostosowane do okoliczności.

Jak zwykle niewiele w sporze racjonalności, dużo młócki, jeszcze więcej chęci postawienia na swoim. Moja mojsza jest najbardziej moja. Zwolennicy, by nie klamrować ich w grono wybitnie damskie, uprawiają swoją naparzankę jak dla mnie zbyt ostentacyjnie. Rodzaj agresywnej manifestacji - mam prawo, więc czemu nie.
Rzucam kamieniami w media społecznościowe, dołożę i teraz, bo to one przekrzywiły nieco obraz tego co dopuszczalne. Zamazały granice dobrego smaku i taktu. Porody, karmienie piersią, nagie pośladki. Co jeszcze? Kopulacja? Wszak to równie piękny i ludzki akt. Udostępniamy publicznie wydarzenia uznawane do niedawna za intymne. Dość opacznie rozumiane - nic co ludzkie nie jest mi obce.
Bez obawy, dostrzegłem istnienie rekwizytòw pozwalających matczyną pierś zamaskować. Mimo tego, nierzadko owa pierś karmiąca na widok publiczny bywa wystawiona. Jak dokonać rozgraniczenia, kiedy pierś występuje jako obiekt seksualny, a kiedy jako magazyn pokarmu? Czy w innych okolicznościach ta sama kobieta poproszona o obnażenie piersi, spełniłaby prośbę?
* * *
Nie nawołuję do chowania się po krzakach. W całym problemie przeszkadza mi, jak zaznaczyłem, jedynie ostentacyjność nie dopuszczająca innego rozumowania. Wiele czynności, które wykonujemy są równie ludzkie, a jednak nie w każdej sytuacji odpowiednie. Rozumiem cud życia, piękno, naturę, ale różne sytuacje, przez różnych ludzi, są różnie odbierane. Nie narzucajmy nikomu swoich wartości uznając, że są jedyne i lepsze. Dawno temu usłyszałem, że kulturalne zachowanie to umiejętność niewprawiania drugiego człowieka w zakłopotanie. Jak dla mnie dobre.
Wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Granice bywają płynne, a prawo nie jest w stanie i nie powinno wszystkiego regulować. Poziom ewolucji jaki osiągnęliśmy jako ludzie pozwala nam radzić sobie z podobnymi kłopotami w oparciu o zwykłe kontakty międzyludzkie, dobre chęci i zdrowy rozsądek. Z pominięciem wyższych instancji. Pomiędzy „absolutnie tak” i „kategorycznie nie” istnieje coś jeszcze. Rozwiązania należy więc szukać w zasadzie złotego środka. Chciałbym bardzo, ale nie wierzę, że do tego dojdzie, bo my to się lubimy tak pookładać bez sensu.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers