25.05.2016

Skąd jesteś?


Czasem to preludium do mordobicia bądź uznania za swego. Powiedz mi skąd jesteś, a powiem czy cię lubię. Można sądzić, że „skąd jesteś” to pierwsza fraza definicji jaki jesteś. „Skąd jesteś” uwalnia stereotypy - …, a to na pewno…itd. Przynależność terytorialna w prosty sposób kataloguje i narzuca cechy w potocznym myśleniu.

WCZESNE SKĄD JESTEŚ

Dzieciństwo spędził Grześ na typowym osiedlu PRL-u przy ulicy Rynkowej w Szczecinie. Osiedle nosiło dumną nazwę osiedla piastowskiego. Wieżowce, dziesięć pięter, wielka płyta, pośród nich place zabaw, skwery z zielenią i przesiąknięte uryną piaskownice. Szczyt marzeń klasy pracującej.
Rzut kamieniem, po drugiej stronie ulicy kolejne osiedle, lecz to już na ulicy Marcina. Mimo, że granicę wyznacza wyłącznie ulica, w tym znaczeniu to pas ziemi niczyjej. Dalej już tylko wrogi teren. Wejście dla kogoś z Rynkowej to jak spacer po polu minowym. Kiedy umawialiśmy się na rozegranie meczu, koniecznie mecz i rewanż żeby było sprawiedliwie, bo i oni i my dysponowaliśmy odpowiednim asfalcikiem do gry, była to walka nie tylko o honor. To była walka o życie i wszystkie szczytne idee, które nie wiem czemu, akurat wojsko zaklepało sobie na sztandary. My również w trakcie swoich meczów toczyliśmy wojny. Nigdy nie mogłem pojąć czemu Danuta Matka i Józef Ojciec nie dostrzegają doniosłości zdarzenia, kiedy mówiłem w domu, że...
- Jutro nie mogę bo gramy z Marcina 
- Znowu, przecież niedawno graliście 
- Jak znowu? Miesiąc temu 
- No... 
- No i przegraliśmy, a teraz gramy żeby odzyskać honor i dobre imię
Z tym honorem i dobrym imieniem nieco zagalopowałem, bo na pewno daleko mi było elokwencją do obecnych serialowych dzieci. Nie mniej, tak wyglądały moje futbolowe wojny i udowadnianie, że to skąd jestem ani chybi jest lepsze od tego skąd nie jestem.

SKĄD JESTEŚ - ETAP WCZESNO-MŁODZIEŻOWY

Podrosłem, a moje „skąd jestem” nabrało odrobinę szerszego znaczenia. Byłem z Niebuszewa. W teorii zasada podobna, tyle że teraz to dzielnica stała się obszarem przynależności. W praktyce natomiast, wymagało czasem szybkiego biegu, gdy zapuszczałem się nie tam gdzie trzeba.
Niestety dla mnie, zdarzyło się, że zostałem przydybany na obcej dzielnicy. Przedmiotem sporu stała się moja kurtka dżinsowa, tzw. katana. Katan nie nosiłem, za to kurtkę posiadałem na garbie, a ta na katanę świetnie się nadawała. Prezent od chrzestnego marynarza. Oprawcy przydybali mnie z zaskoczenia, bo owej kurtki chcieli mnie pozbawić. Z opresji wybawił mnie Kardynał. Osobnik nie jakoś szczególnie świątobliwy, ale typ w światku kibicowskim dość znany. Na moje szczęście był Kardynał moim sąsiadem. Nie wiem, czy na wstawiennictwo i ochronę Kardynała w rzeczywistości mogłem liczyć, ale sąsiedztwo wystarczyło, by napastnicy planu odstąpili. Mogłem przejść nieruszony przez teren wroga wciąż opatulony w swoją kurtkę.

SKĄD JESTEŚ - ETAP PÓŹNO-MŁODZIEŻOWY

W okresie agonii i powolnego zejścia socjalistycznego ustroju, Danuta Matka i Józef Ojciec po zaledwie dwudziestu kilku latach oczekiwań i regularnego sprawdzania list spółdzielczych doczekali się upragnionego przydziałowego M. Przeprowadziliśmy się na Bandurskiego, osiedle jeden z ostatnich tworów wielkiej płyty. Nie było łatwo, a „skąd jesteś” stało się kwestią nieoczywistą. Po drugiej stronie ulicy wciąż dominowała zabudowa późnego XIX lub wczesnego XX wieku i środowisko z bogatymi kartotekami MO. I nie o działalność opozycyjną mi chodzi. Dla nich byłem nie stąd. Co gorsza, w miejscu poprzedniego zamieszkania dokąd wciąż jeździłem powoli też zaczynałem robić się obcy. Długo trwało więc, zanim moje „skąd jestem” zaczęło się krystalizować. 

SKĄD JESTEŚ - STOLYCA

Dojrzałem, zhardziałem, przeszedłem mutację, pod pachami pojawił się nieśmiały meszek, a na fiutku owłosienie łonowe, przesuwając mnie bliżej kategorii mężczyzn. Los i wypadki rzuciły mnie na nowy, odpowiedzialny odcinek. Przeprowadziłem się do stolycy. Nie kryłem się ze swoją szczecińskością, ani zbytnio nie afiszowałem. W każdym razie długo nie byłem z Warszawy, ja tam tylko mieszkałem. Byłem ze Szczecina. Z czasem ciężar życia przenosił mnie jednak bliżej stolycy. Moje „skąd jesteś” stawało się coraz mniej szczecińskie, coraz bardziej warszawskie. Śpiewała o tym Nosowska, nota bene na próby której chodziłem jeszcze gdy próbowali się w garażu.

SKĄD JESTEŚ - HOLANDIA 

W Holandii dialog „skąd jesteś” bez względu na odpowiedź sprowadzał mnie do jednego - jestem przedstawicielem barbarzyństwa przybyłego ze wschodu. Może tylko nieco bardziej uczłowieczony, bo skoro dotarłem aż tu, nie mogę być tak zdziczały jak reszta, która pozostała na swoim miejscu. Dlatego pewnie nie ubieram się w własnoręcznie wyprawione skóry zwierząt i nie żywię surowym mięsem. A nieprawda, bo tatara uwielbiam. W każdym razie „skąd jestem” katalogowało mnie w szeroką wspólnotę państw dawnego bloku wschodniego.

SKĄD JESTEŚ - SINGAPUR

Moje singapurskie „skąd jestem” rozrosło się do skali kontynentu. Byłem przedstawicielem cywilizowanej Europy. Jak każdy kto z niej przybył. Nie było zachodu, nie było wschodu, żelaznej kurtyny i innych dobrze znanych podziałów. Byłem lub byliśmy z jednego wielkiego, szczęśliwego kraju bez podziałów o nazwie Europa. No może z wyjątkiem naszego sąsiada Żuliana. On był z Paryża.
Singapurczycy postrzegają Europę w podobny sposób jak mieszkańcy Europy Azję. Jedno państwo, a odrębne kraje jako niewiele różniące się od siebie kulturowo krainy. Lecąc do Singapuru, w czasie przesiadki bodajże w Monachium, byłem świadkiem następującej sytuacji.
Mężczyzna, klon. Akcja dzieje się w sklepie oferującym gadżety elektroniki i elektryki. Facet przechadza się między półkami coraz bardziej zmęczony i zagubiony. W końcu zagaduje obsługująca tam jedną z dziewczyn o azjatyckich rysach twarzy. Mówi, że leci do Tajlandii i potrzebna jest mu przejściówka elektryczna. Dziewczyna robi duże oczy, bo okazuje się, że nie ma pojęcia jak wyglądają wejścia tajskich gniazdek elektrycznych. Próbują dojść do celu sprawdzając na opakowaniach wtyczek. Nie wiem kto był bardziej zaskoczony. Ona, czy on, nie mogąc pojąć jak - niemiecka - azjatka może być niezorientowana w kwestiach azjatyckich gniazdek elektrycznych.
Im dłużej przebywałem w Singapurze moje „skąd jestem” coraz częściej przeradzało się z „jestem z Polski” w „jestem z Europy”, a moje skąd jestestwo urosło do wielkości kontynentu. 

SKĄD JESTEŚ - LONDYN 

Ogromna mieszanka narodowości i przybyszów z różnych stron świata. To oni w głównej mierze wpływają na wielokulturowy i kosmopolityczny charakter miasta. Jedyne na co wpływają Anglicy, to poziom spożycia alkoholu. W Londynie jestem przezroczysty. Długo zastanawiałem się co to oznacza i w czym rzecz. Tu nikt, lub rzadko interesuje się moim „skąd jesteś”.
Jechaliśmy kiedyś metrem. Wczesny wieczór, wagoniki opustoszałe, w naszym naliczyłem osiemnaście osób połączonych w różne konfiguracje grupowe. W użyciu cztery języki. Żaden nie był angielskim. Londyn. Wiele uzależnione jest od kontekstu, ale „skąd jesteś” oznacza zazwyczaj „mieszkasz niedaleko?”, „mieszkasz w tej dzielnicy?”.
Poza tym Londyn, Lądek… nie ma takiego miasta, więc nie mogę być z Londynu.

SKĄD JESTEŚ - EPILOG 

Moje „skąd jesteś” zatoczyło pętle. Rosło od wymiaru mikro, by powrócić do rozmiaru dzielnicy. Co miejsce to inne postrzeganie „skąd jesteś”. Nie wiem czy istniej w nas, znaczy ludziach jakaś potrzeba zaszeregowania, czy to zwykła ciekawość? Niedawno byliśmy z Nati w Bordeaux. Weszliśmy do jednego z kościołów. Wisiała tam duża mapa, na której kolorowymi pinezkami można było zaznaczać miejsca z których się przybyło. Nati zaznaczyła Londyn, Singapur, Warszawę.
- Czemu akurat te miejsca, a Szczecina, ani Utrechtu nie zaznaczyłaś? 
- Nie wiem. Taki pierwszy odruch.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

18.05.2016

Czarna Anka


Obudziłem się mając gotową historię w głowie. Nie wiem czy kiedykolwiek się wydarzyła. Wszystkie imiona dobrałem przypadkowo, a obsadę swobodnie zestawiłem z osób, które można odszukać gdzieś na ulicy.

Pojawiła się w nieokreślonym momencie. Myślał, że mieszkała tam od zawsze tylko nie zwracał na nią uwagi. Trochę mu to nie pasowało, bo była zbyt ładna by nie zwracać na siebie uwagi. Tak najwyraźniej musiało jednak być, skoro wcześniej jej nie widział. Podobała mu się.
Od chłopaków, którzy trawili większość czasu na ławce, uzyskał wyjaśnienia.
- Wprowadziła się niedawno. Mieszka sama u Młodego w klatce, ale chuj wie co to za jedna?
- Sama...?! Nikt z nią nie rozmawiał? 
- Nieee..., chodzi jak gwiazda. Ani cześć, ani nic, ale dupa fajna
Została Czarną Anką i szybko się przyjęło. I tak mijali się od czasu do czasu. Udawał, że nie patrzy, ale gdy tylko podnosił wzrok trafiał na jej spojrzenie.

Do Dmocha na improwizowaną imprezę trafił przez przypadek. Miał być zestaw ludzi, których lubił, więc skoro i tak nie miał co robić...
Dmochowskich było dwóch. Oboje w równym stopniu pokręceni. Piotlek i Rafał. Rodzice prowadzili dobrze prosperujący biznes, więc chłopaki na tym korzystali. Żarli się z rodzicami regularnie, a kiedy było źle, to do nich wracali. Imponowali mnogością pomysłów i nieustannie zaczynali kolejny dobrze rokujący interes, który z niewiadomych przyczyn zawsze nie wypalał. Wtedy właśnie wracali. Taki typ. Ze sobą też ustawicznie darli łacha, ale gdy tylko ktoś stanął między nimi, miał wrogów z obu. Rafał przewiózł go kiedyś świeżo kupioną Calibrą dwie stówki Wałami, po czym z wypiekami na twarzy stwierdził
- Zajebista, nie? 
- Ty popierdolony jesteś idioto! 
Taki był Rafi. Chłopak może i nie najgorszy, dobry kompan do zabaw, ale trzeba było brać na niego poprawkę.

Był zaskoczony kiedy ją zobaczył. Sprawiała wrażenie jakby nie znała nikogo zbyt dobrze, ale i nie wyglądała na szczególnie zainteresowaną by kogoś bliżej poznawać. Co chwila przy jej boku pojawiał się nowy amant. Niestety dla amantów, szybko odprawiani z blachą. Głupio by było podzielić ich los, ale taka qrwa okazja.
- Mało oryginalnie, ale cześć
- Yhmm... 
- Można powiedzieć, że już się prawie znamy 
- Ooooo…? 
- Widziałem Cię parę razy wcześniej
- To faktycznie się znamy… 
- Nie wiedziałem, że znasz Dmocha 
- Też nie wiedziałam
- Czego? 
- Że znam…kogo? 
- Dmocha 
- No właśnie 
- To co, nie znasz? 
Okazało się, że nie bardzo. Przyszła z koleżanką i Plazurą. To Plazura znał Dmocha. Dziwny i czasem irytujący typ z tego Plazury. Głośny i robi dużo zamieszania. Taka niby dusza towarzystwa. Był wszędzie gdzie coś się działo. Zaskakująco inteligentny jak na kogoś, kto z takim uporem robi z siebie głupszego niż jest. Niektórzy tak mają. Kolejny dobry kompan do zabawy, ale lepiej trzymać na dystans.
Koleżanka okazało się wyszła wcześniej. Impreza nie była tak zajebista jak miała być. Teraz ona przymierzała się, by wyśliznąć się cichcem. Dmocha, Plazurę, Majkę czy Kwiatka spotka jeszcze wiele razy i nieraz będzie miał ich dosyć. Zaproponował, że wyjdzie z nią.
- Czemu? 
- Dobrze mi się z tobą rozmawia, poza tym zawsze mogę tu wrócić 
- A na koniec będziesz chciał numer telefonu? 
- Nie. Byłoby bosko gdybyś podała mi go teraz. Później mogę nie mieć na czym zapisać (czasy wczesno komórkowe)
Pół nocy spędzili rozmawiając pod jej domem na ławce.

Tak się zaczęły ich spotkania. Nie miłość, nie zauroczenie, chociaż może? Nie wiadomo co to było. Nie było całowania, nie było przytulania, chodzenia za rękę, a jednak dobrze im się ze sobą spędzało czas. Spotykali się głównie u niej w mieszkaniu. Była starsza o dwa lata. Dowiedział się, że KTOŚ opłaca jej mieszkanie. KTOŚ mieszka w innym mieście, a do Szczecina przyjeżdża co kilkanaście dni. Nie pytał, kto to, po co i dlaczego, ale domyślał się w ramach jakiej wymiany to funkcjonuje. Kiedy przyjeżdżał KTOŚ, nie spotykali się.

Był jeszcze romeo. Sewerek chyba na niego wołali. Dzieci napierdalały go w piaskownicy wiaderkiem po głowie, w szkole donosił na kolegów, a na podwórku nikt nie wybierał go do swojej drużyny, co najwyżej stawał czasem na bramce. Przydupas. Ojciec Sewerka był właścicielem kilku hurtowni i spożywczaków w mieście. W tych czasach to luks torpeda. Sewerek w pewnym momencie odkrył zasobność jego portfela i tym postanowił się leczyć. Stał się posiadaczem mietka esklasy, a na disko mistrzem sponsoringu. Stawiane drinki zjednywały mu przyjaciół. Iluzja posiadania przyjaciół, których naprawdę nie miał. Bardziej pizdantym niż Sewerek być nie można było.
Na swoje nieszczęście zakochał się Sewerek nieszczęśliwie i szaleńczo. Przyjeżdżał, wystawał pod domem i próbował coś wskórać w sprawie. Bez powodzenia, bo jaką szują był za dzieciaka, taką pozostał do wieku kiedy esklasą jeździł.
- Po co się z nim spotykasz, skoro Cię denerwuje? 
- Bo jest na każde zawołanie kiedy potrzebuje towarzystwa. Poza tym czasem pada, a on jest jak taksówka. Zawsze zawiezie, zawsze poczeka. 

Pochodziła z małej wioski pod Szczecinem, ale nic więcej nigdy mu nie powiedziała. Wiedział, że studiuje, gdzie i co. Przesiadywali w domu, głównie rozmawiali. O wszystkim i o niczym. Urządzali wieczory filmowe. Alkoholu nie pili, bo ona nie piła. Czasem zapalili, ale bardziej on, ona dla towarzystwa. Raz został u niej na noc, ale o seksie nie było mowy. Tylko sen. Długo nie mógł zasnąć. Zastanawiał się, czy na ten seks z nią ma ochotę i czy to normalne jeśli by go nie miał. Kiedy rano zwierzył się ze swoich rozterek, śmiała się, bo myślała dokładnie o tym samym. Czasem gdzieś wychodzili. Pobłąkać się po mieście, ale najczęściej chyba do kina. Kiedyś pod kinem spotkali Topte. Znał go jeszcze z podstawówki. Topta znał pół miasta, a drugie pół znało jego. Miał okres, kiedy jechał na strzykawce, ale udało mu się wyjść z tego samemu i bez niczyjej pomocy. Twierdził, że miał zajebistego farta i najwyraźniej nie zabrnął za daleko. Topta, chociaż miewał swoje klimaty, był w porządku. Ostatnio kiedy coś o nim słyszał, podobno do Tybetu się wybierał. Nie zdziwił się zbytnio, gdy się okazało, że się z Czarną Anką znają.

Wyjeżdżał w czerwcu i miał wracać w lutym. Ona wyjeżdżała w sierpniu i miała wrócić w maju. Nie umawiali się na listy, nie umawiali na telefony, na żaden kontakt. Kiedy ona wróci to się odezwie. W międzyczasie, kiedy już wrócił, przysłała mu dwie widokówki. Widokówki jak widokówki - jest okej, dużo zobaczyła, dużo pracy i nauki, ale już się nudzi i chce wracać. Na krótko przed powrotem zadzwoniła. Znienacka, w nocy. Pożartowali, porozmawiali, stwierdzili, że to jeszcze kilka tygodni i tyle.

Czerwiec, Lipiec, Sierpień. Sprawdzał w mieszkaniu regularnie. Nie było nikogo, nikt nie mieszkał. We wrześniu, może już w październiku, przypadkiem i od parady natknął się na Topte. Spytał czy coś wie.
- A co, nic nie wiesz? 
- Nie bardzo. Miała wrócić w maju i … 
- Nie żyje 
- Jak to qrwa nie żyje?! 
- Nie żyje tak jak się nie żyje. Wypadek miała. Jechała samochodem, nie wiem czy ona prowadziła, czy ktoś inny i …. 
- Skąd wiesz?! 
- Z siostrą rozmawiałem 
- To ma siostrę? 
- Ma, młoda gówniara... 
- Skąd ją znasz? 
- Znam. Ja wiem qrwa skąd… kiedyś ją spotkałem i zapytałem o Ankę

Trudno było uwierzyć i uświadomił sobie jak niewiele o niej wiedział. Zadzwonił do Plazury. Nie mówił o co chodzi, ale spytał o numer do Ewki, jej koleżanki. Plazura dużo gadał, nie zawsze z sensem i w tej sytuacji zdecydowanie za dużo, nim dotarł do brzegu. Numeru nie miał, ale obiecał, że załatwi od Lenka, który znał chłopaka Ewki. Faktycznie, za kilka minut miał już numer. Teraz wystarczyło tylko zadzwonić do Ewki. Nigdy wcześniej z nią nie rozmawiał, nawet się nie spotkali, choćby dlatego, że wyszła wcześnie z imprezy od Dmocha. Ewka potwierdziła co mówił Topta. Nie wiedział po co, ale umówił się z nią na następny dzień gdzieś w kawiarni na Pogodnie.

- Wiedziałeś, że był KTOŚ? 
- Tak. Długo się znałyście? 
- Poznałyśmy się dopiero na studiach. Przez jakiś czas wynajmowałyśmy razem stancję, a później to już poszło
- Nic o niej qrwa nie wiedziałem, gdyby nie przypadek, o tym też bym nic nie wiedział. 
- A jak się dowiedziałeś? 
- Przypadkiem, pokrętną drogą. Siostrę podobno ma…, młodszą? 
- Tak, Dorota, dwanaście lat. Teraz w Szczecinie u jakieś ciotki mieszka. 
- Czemu? 
- Matce całkiem odbiło. Nigdy szczególnie jakaś nie była, jakby nie docierało do niej co się mówi, a teraz to całkiem. Ojciec jak zaszyty, to stale wojny urządza, a jak zachleje i nie śpi oszczany, to też urządza. Takie życie. Lubiła Cię. Nigdy o nikim mi tyle nie mówiła i dla nikogo sama z siebie nie zmieniała planów. A dla Ciebie tak. 
- Taaa, ja też ją lubiłem 

Przez dwadzieścia lat prawie o niej nie myślał. Czasem przejeżdżał obok mieszkania, w którym mieszkała, może wtedy. Teraz nie wiedzieć czemu mu się przyśniła. Dwadzieścia lat po tym gdy miała wracać.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

12.05.2016

Bilety mam dwa, jedziemy?


Prawie mieliśmy wychodzić kiedy zadzwonił Broda. Wszystkich bym się spodziewał po drugiej stronie, ale nie Jego. Przecież wiedział, że wyjeżdżamy.

Na wejściu szereg dowcipów, przy których w zasadzie najlepiej bawił się Broda. Okazja i czas, aby przyzwyczaić ucho do brodziego miksowania i rozklejania posklejanych ze sobą słów.
- Qrwa bilety mogę mieć dwa do Marsylii na mecz Polaków. Jedziemy? Sprawdzałem, Rajanerem za stówkę (euro) można z Londynu w dwie strony się bujnąć. Wiem, Ty ich nie lubisz, ale to najtańsza opcja -  całość wystrzeloną z szybkością karabinu i zlepioną słowo ze słowem celowo pociąłem zgodnie z gramatyką, aby była bardziej przystępna w odbiorze.
Informacja zadziałała jak najmocniejsza kawa, źrenice się rozszerzyły, umysł przeszedł w tryb hard procesowania.
- Czekaj…, albo zadzwonię do Ciebie za dwie minuty
Rady sekretarza potrzebowałem
- Miś, Jakub ma bilety na mecz Polaków na Euro... 
- No, to jedź, przecież chciałeś 
- Tak?! To jadę. Jakub coś też mówił o Rajanerze za stówkę, trzeba by było szybko kupić 
- To zaraz możemy kupić 
Dzwonię do Typa.
- Jadę! Co z tymi biletami (tymi na samolot), bo patrzę u siebie i nie widzę 
- Póki biletów (tych na mecz) nie mam w garści niczego nie kupujemy
- OK to kręć sprawę i jesteśmy na nasłuchu. Zaraz wychodzimy i w razie co, dopiero wieczorem uchwytny będę. 

Wieczorem dotarliśmy do domu. Odpaliłem ermaka, pierwsze przymiarki do poszukiwań biletów robię. Okazuje się, że za stówkę to mogę sobie lecieć, ale w październiku, a do tego czasu imprezę już dawno zwiną. Broda, co ma w zwyczaju, nieco chaotycznie i zaślepiony emocjami datami pożonglował w wyszukiwarce i dlatego stówkę zobaczył.
Czekamy jeden dzień w nerwach. Napięcie rośnie jak u Sztirlica przed akcją. W końcu trzeciego dnia od momentu rozpoczęcia operacji „bilet na Euro” dostaje zdjęcie wielkiego brodziego łapska, które trzyma tikety. Rzucamy się na wyszukiwarki.
Prawie dwa dni przesiedzieliśmy przed ekranami, grzejąc vaiberowskie łącza podczas konsultacji. Europę qrwa przelecieliśmy w każdą możliwą stronę. Wyszukiwarki i linie lotnicze zaatakowaliśmy frontalnie i z siłą dotąd niespotykaną. Poznałem wiele nowych linii lotniczych, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Przewodnia doktryna - ma być budżetowo. Co zaoszczędzimy, to będzie można wydać na tanie wino w Marsylii.

Przy kolacji Nati spytała.
- A co Ania na wyjazd Jakuba? 
- Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? Nie pytam.
Bo Państwo Ania i Jakub(owscy) spodziewają się potomka. To już drugi, ten objęty pięćset złotową darowizną, dlatego może i większy luz u przyszłego ojca po raz drugi. Potomek sobie zdecydował, że będzie się na świat wybierał jakoś wkrótce po tatusiowych wojażach piłkarskich. Stąd pytanie.
Wszystko jest jednak zaplanowane i pod kontrolą, data ustalona, paniki więc nie ma. Poza tym Broda zyskuje u mnie nimb prawdziwego rokendrolowca. Facet chce jechać na mecz i nie pęka. Nie ma że kobieta, że dziecko. Pakuje się i jedzie. Prawdziwy kozak jakich ze świecą szukać obecnie w świecie hipsterów, mężczyzn metroseksualnych i lamberdżeków.

Po dwóch dniach wirtualnego latania i wstrzymywania moczu by nie oddalać się od ekranu, udało się bilety zaklepać. Podróż w rezultacie okazała się mocno oddalona od wyjściowej stówki, ale … łączy nas piłka.
Przerzuciliśmy się na bazę noclegową. Wprawdzie czerwiec w Marsylii jest ciepły, a dni deszczowych przypadają średnio trzy (sprawdziłem), ale jehowo akurat trafić na te trzy dni śpiąc na ławce. Realia szybko nas otrzeźwiły. Najbliższy dostępny hotel w interesującym nas terminie mieścił się prawie pod Paryżem. W mordę. Szybka przerzutka na arbienbi. Tu też nie było łatwo i o ostatnie wolne miejsca biłem się jak Rudy pod Studziankami. W końcu udało mi się znaleźć bardzo ładne mieszkanie, którego zaletą jest dobra lokalizacja i przyzwoita cena. Wymieniłem korespondencję z Marie, którą zapewniłem, że my jesteśmy wprawdzie saporterzy, ale nie z tych co to demoliszyn. Marie oświadczyła, że Ona to się saporterów nie obawia i mieszkanie na nas czeka.

Taki tej krótkiej historii finał. Jedziemy na Euro! W zasadzie to zakończenie historii dopiero kiedy znajdziemy się w Marsylii. Do meczu i wyjazdu jeszcze grubo ponad miesiąc, ale ja mógłbym już dziś iść i przeczekać ten czas pod stadionem. Ale to chyba nie ma większego sensu.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

09.05.2016

Czytelnia majowa


Świeża jak majowy poranek, porcja wiosennych recenzji książkowych pisanych na dwie ręce.                    
                                                                                                                                                                   
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

04.05.2016

Polska szarość


Jestem nudny jak przemówienia Trockiego*. Mam swoje uporządkowane rytuały i trzymam się ich aby nie upaść. Jak tylko następuje w nich rozgardiasz, jakieś niewielkie odstępstwo, natychmiast wytrąca mnie to z rytmu. Taki ześwirowany jestem. Do tego uporządkowanego świata należą dwie przerwy na kawę. Kawa poranna i popołudniowa. Zwyczaj nabyty jeszcze w czasach, kiedy sól morska tworzyła mi na twarzy maseczkę ochronną, a do snu układałem się na hamaku pod pokładem. Podczas porannej kawy, zapoznaje się z niusami dzienników. W czasie popołudniowego kofitajmu idę w artykuły dłuższe treścią, czasem o obyczajowo społecznym zabarwieniu, czasem mniej, czasem bardziej, a czasem w ogóle angażujące, w zależności od tego jaki mi aktualnie humor dotrzymuje towarzystwa. Takie połączenie kawy i czegoś do czytania.

W ubiegłym tygodniu piłem tą swoją popołudniową kawę z Dżordża, którego wystarczy załadować kapsułą i leci. Nie myślałem, że dożyję. Piłem i trafiłem na krótki wywiad, w sam raz nadający się na czasoumilacz. Zamieszczony na portalu NaTemat i przeprowadzony z kimś dotąd mi nieznanym należał do kategorii mało angażujących, dlatego do czytania szczególnie nie namawiam, a jeśli, to tylko na własne ryzyko. Wszystkim zaś, którzy się powstrzymali, w krótkich żołnierskich słowach doniosę o co chodzi.

Pani o imieniu Joanna, godności Typek, w wywiadzie nazywana Asią, to objawienie fotografii strit faszion. Taki Messi swojego fachu. Głowy nie dam, czy Pani Dżoana to osoba żyjąca w realu, czy wyssana z palca, bo przyznam, sprawdzać mi się tego w necie nie chciało. Uznałem, że nawet jeśli Pani Dżoana to twór czysto fikcyjny, z wywiadem dojadę do końca. Przeczytałem więc o błyskotliwej karierze w amerykańskim stylu. Dowiedziałem się, że mam do czynienia z najgorętszym nazwiskiem fotografii modowej. Poznałem nazwy z topów modowego świata, aczkolwiek nie na tyle skutecznie, aby utkwiły mi one mocno w pamięci. W końcu dotarłem do miejsca, w którym Pani Dżoana mierzy się z szeregiem pytań związanych z Polską. Zabraknąć ich oczywista sprawa nie mogło, bo Polka i kariera, znaczy nasi też mogą.
Zaczynają się schody. Choć pada zapewnienie, że odpowiedzi to rodzaj skrótów myślowych, lecz czytelnik, w tym i ja, szybko o tym zapomina. Polska jest szara, Polacy ponurzy, polska ulica smutna, a na twarzach ludzi brakuje uśmiechu. Niby nic nowego, ale wqrwia. Wprawdzie jest mowa o Polakach z fantazją i kolorowym usposobieniu, ale cóż z tego, skoro według Pani Dżoany skrywają się po domach, bo w Polsce trudno o akceptację wyróżniających się z tłumu. Niby fakt, ale znów wqrwia. Pani Dżoana przytacza jeszcze szereg argumentów, po których nie pozostaje w zasadzie nic jak tylko wyrzygać się na polską ulicę.

Ruszyłem do komentarzy, by dowiedzieć się co ludzie sądzą. Sądów wiele nie było, za to wszystkie bez wyjątku deptały Panią Dżoanę. Nikt już nie pamiętał by do wypowiedzianych słów zachować dystans. Ja również i nieświadomie zawarłem pakt z komentującymi. Głupia pinda, a w rzeczywistości myślałem qrew. Qrew i to żyjąca w dodatku w jakimś odrealnionym świecie, bo Pani fotograficzka (nie wiem czy dobrej nazwy użyłem; kto wie niech da znać) chętnie powołuje się na inspirującą różnorodność nowojorskich ulic. Nie byłem w Nowym Jorku, ale widziałem dużo amerykańskich filmów i jestem skłonny się zgodzić. Poza tym, Wafel był i mówił, że fajnie. Mimo wszystko, jeden z komentarzy doradza Pani Dżoanie wyprawę w głąb amerykańskich stanów. Tam gdzie nie ma smukłych ludzi, Manhatanu i glamur, za to dominują ludzie z nadwagą, flanelowe koszule, bejsbolówki i beznadzieja małych miasteczek. Aż się micha cieszy po takim komentarzu i chce się powiedzieć - masz za swoje. Co teraz powiesz cipo? Rozumiem, że trudno w tak krótkim tekście rozwinąć konteksty, ale żeby od razu rzucać beznadzieją, gównami na ulicach i tymi wszystkimi pejoratywnymi określeniami. Idiotka.

I wtedy, dink, zapaliła mi się czerwona lampka. Przecież jakbym siebie słyszał. Ja również uderzam w podobne tony.
Waflowi ilekroć się spotykamy notorycznie ględzę na polską beznadzieję. Pewnie już dawno by mi ryja obił, bo chłop ma dosyć słuchania i zawsze się z tego powodu ścieramy. Chyba tylko przez wzgląd na długa tradycję naszej znajomości i Józefa Ojca, który krawaty gościowi wiązał na każde zamówienie jeszcze mi tego ryja nie obił. A spokojnie dwa razy taki jak ja jest.
Siedzi w polskiej duszy coś takiego, że nie potrafimy odszukać w polskim obrazie inszych kolorów niż szary. Dotyczy to najczęściej tych, którzy ową rzeczywistość obserwują z perspektywy i emigracyjnego oddalenia. Jesteśmy wyszkoleni w narzekaniu jak nindża w zabijaniu. Nie wiem, czym nas karmiono w okresie kształtowania umysłów? Narzekamy, ale nie dostrzegać ponurych spojrzeń, zacięcia na twarzach, braku uśmiechu, szarości, brudu, znaczy być ślepcem. A co ja qrwa Jurand jestem? Oczy mam, widzę i mówię prawdę.
Więc jak robią to inne narody, bo żaden chyba nie jest tak skory do okładania się z taką regularnością jak polski?

Lubię czasem skupić się na myśleniu, bo choć zwykle do żadnych wniosków mnie to nie doprowadza, to lubię.
I tak, światowy ze mnie gość, a słowa piosenki Kuby Sienkiewicza jakby o mnie - Byłem w Rijo, byłem w bajo, byłem nawet na hawajo... Nie chcę pisać o miejscach, w których byłem, bo w większości były to zbyt krótkie pobyty by cokolwiek powiedzieć. Niektóre były tak ostre, że nawet nie pamiętam, że byłem i wiedzę o zdarzeniu opieram na relacjach świadków. Lepiej dla prawdy historycznej będzie, jeśli podsumuję miejsca, gdzie spędziłem więcej niż przysłowiową chwilę. I tu już mam więcej do powiedzenia.

Statystyczny Holender to arogant. Pierwszego dnia Bóg stworzył Holandię, a w drugi dzień powstał Holender. Trzeciego dnia Bóg uznał, że nic równie zajebistego nie jest w stanie już stworzyć i na tym zaprzestał swojego dzieła tworzenia. Resztę dni tygodnia odpoczywał. W takim przeświadczeniu żyje człowiek bagien. Do niedawna uważał Niderlandy za centrum wszechświata, a o istnieniu innych cywilizacji posiadał mgliste pojęcie. Gdyby nie internet, wciąż uważałby Boga za obywatela z holenderskim paszportem. Nasz dobry znajomy mieszkający obecnie w Brukseli - Pozdrawiam Paweł - określił rzecz trafnie. Największy dar Holandii jaki przekazała Ameryce, to ignorancja. Bardzo mi się to spodobało. Żadnemu Holendrowi nie przychodzi do głowy narzekać na swój kraj. Holender jest tak dumny ze swego kraju, jak dziecko, które zrąbało właśnie swoją pierwszą samodzielną kupę w nocnik. Jest przekonany, że Bóg lub inne niebiosa lepiej go umiejscowić na Ziemi nie mogły. A mankamenty? Jakie mankamenty? Wady? Jakie wady?

Singapur to śliska sprawa. Raz, że krytyka rzeczywistości dla singapurczyka to jazda bez trzymanki, która może zakończyć się karcerem. Dwa, Singapurczyk nie potrzebuje wiele by przekonać się, że żyje w raju. Rzut oka do oddalonego o piczy kłak najbliższego malajskiego miasta wystarczy. Od małego singapurczyk wzrasta w przekonaniu boskości Singapuru stanowiącej ideał do naśladowania dla całego świata. Wiele razy byłem pytany jak mi się podoba w Singapurze. Nie byłbym sobą i nim zacznę cokolwiek mówić muszę wprowadzić na swoją twarz stosowną mimikę; rodzaj skrzywienia. Tak mam. Ubzdurałem sobie, że to mi inteligenckiego sznytu dodaje. Jak ktoś nie ma w głowie, to musi sobie dodawać jakkolwiek. Zapytany, muszę się najpierw skrzywić, co mniej więcej odpowiada słowom - no niby nie jest źle, ale... 
No i to moje skrzywienie plus negatywne opinie wynikające z podpatrywania singapurskiego życia i obyczajów nieraz zaskakiwały Singapurczyków. Bo jeśli o Singapurze, to tylko w superlatywach. Żaden Sinapurczyk nie dostrzegał wad, a ja tak.

Na końcu Anglia, po prawdzie Londyn, bo trudno jest mi się odnieść do całego kraju nie wyściubiając z Londynu dotąd prawie nosa. Londyn to dla mnie spora zaskoczka. Gdybym usiadł tu i teraz na kanapie analityka bawiąc się w skojarzenia, na pytanie „Londyn?” odpowiadam „brud, śmieci, narkotyki, prostactwo”. Londyn niekiedy, albo nawet i częściej, wygląda jak miasto pogrążone w niekończącym się proteście służb oczyszczania miasta. Napoli. Jest ponury i obskórny.
Całkowicie zmieniłem swoją optykę. Dotychczas byłem przekonany, że zapijaczony Anglik okupujący krakowski rynek oraz inne stolice państw wschodniej Europy, Anglik który upadla się na Krecie, Majorce… wróć!, tam upadlają się Niemcy, to zaledwie odsetek społeczności. Chyba jednak nie. To reprezentatywna grupa stanowiąca większość. Nie zdarzyło mi się wcześniej spotkać tylu i tak wulgarnych i ordynarnych dziewcząt, kobiet. Jeżeli randka w Londynie, to nie wiem z czym się na nią udać; z kwiatkiem, czy butelką wódki?
Oczywiście Londyn dostarcza również pozytywnych wrażeń, o których nie wspominam, ponieważ założeniem jest uwypuklić to wszystko za co angielski Kowalski powinien się wstydzić i na co powinien narzekać, a jednak tego nie robi. Bowiem mimo szarości, jehowej pogody, jedzenia o kant dupy, żaden Anglik nie pokusi się o opinię - mieszkam w beznadziejnym kraju, którego mieszkańcy są równie beznadziejni jak inglisz brekfast. Anglik widzi w sobie dumny naród, a Anglię jako lokomotywę cywilizacji. A przecież i tu chodniki są krzywe i zasrane, ludzie grubi i niechlujni, nadużywający alkoholu, jazda rowerem po ulicach to horror, a autobusy się spóźniają, mimo, że jest to ten wyidealizowany przez nas „zachód”.

Więc co i kto nam zrobił z głowami? Czemu widzimy to czego inni nie widzą lub przechodzą nad tym do porządku? No i właśnie, która postawa jest słuszna? My, niedoceniający tego co mamy i dostrzegający głównie wady, czy oni chełpiąc się nadmiernie? Nie wiem. Jak powiedziałem, rzadko coś wychodzi z mojego myślenia i w tym przypadku jest podobnie.


* Chciałbym wyrazić skruchę i przeprosić za błąd zamieszczony w tekście. Dotyczy osoby Lwa Trockiego. Już po publikacji wpisu, dbający o poprawność historyczną Jan Stanisław, poinstruował mnie, że był on wyśmienitym mówcą zdolnym porwać tłumy swymi wystąpieniami. Sprawdziłem, rzeczywiście. Jeszcze raz przepraszam za swoją bezmyślność i dziękuję Janowi Stanisławowi. Poprawne zdanie powinno więc brzmieć - Jestem nudny jak szkolne akademie.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

25.04.2016

Czy jestem normalny?


W niewielkim odstępie czasu to kolejny weekend z serii o słomianym wdowcu, bo tnie Nati europejskie niebo z zapałem godnym podziwu. Tym razem Szwajcaria, dokąd na babską party schadzkę poleciała. Zostałem sam. Kiedy ostatni wypad do Gdańska skomentowałem „W swoim towarzystwie czuję się doskonale więc lubię takie pustelniczo zapowiadające się dni. Wprawdzie skrępowany nadto kagańcem nie chodzę, ale niczemu się równać z własnym, miłym i kulturalnym towarzystwem.” dostało mi się po łbie.
- No wiesz? Jak mogłeś? To przykre. 
Z obawy o swój łeb nie napiszę więc nic ponadto, chociaż lubię pobyć chwilę sam i nie widzę w tym niewłaściwego.

 * * *

W nadmiarze czasu zacząłem się o siebie obawiać. Chyba jednak niezbyt mocno, bo jakoś szybko mi przeszło, ale…
Złe myśli naszły mnie, kiedy siedziałem w fotelu z nogami na pufie przykrytymi kocem. W Londynie wciąż gwiździ i niedźwiedzie ani myślą gawr opuszczać. Trzeba się pod kocem chronić. Wszak o tym przecież marzyliśmy zalewając się potem w Singu. Koc i herbata; mamy.
Pomyślałem, że powinienem zdobyć się na męski odruch i poluzowaną smycz wykorzystać aby się upodlić do nieprzytomności. Bo może coś ze mną nie tak? W rzeczy samej mógłbym, ale pierwsze primo, nie bardzo mam z kim, a z byle przygodnym osobnikiem pić mandaryny nie zamierzam. Pozostają jeszcze solowe występy, ale to ubaw już nie taki i nieco rozpaczliwa, by nie rzec żenująca taktyka. Po drugie primo, nie bardzo się do alkoholizowania rwę. Stawiam na leniwy dzień z gazetami i książką przy kawie, gdzie za wszelkie próby pośpiechu stawia się winnego przed plutonem egzekucyjnym. Wieczór zaś, to miejsce w fotelu pod rzeczonym kocem, z winem i oliwkami, dochodząc końca drugiego sezonu „Forbrydelsen”. Drugi wprawdzie nie tak dobry jak pierwszy, ale wpadłem w skandynawskie seriale po uszy. Nie tylko kryminalne. No i ta moja postawa, ewidentnie burząca wizerunek buchającego testosteronem mężczyzny bez nadzoru, napełniła mnie trwogą. Maczo pod kocem w wolny sobotni wieczór? Kupy się nie trzyma, ale tak mam i co zrobić. Już sama zapowiedź libacji wywołuje u mnie ból głowy i nienawidzę tego co się z człowiekiem na drugi dzień dzieje. Dlatego rzadziej mi się zdarza, ale nie twierdzę, że nigdy i nie zwalam na proces postępu lat, że kiedyś to się imprezowało i podobne rzeczy. Nie. Zapowiedź dobrze rokującej popijawy, zwykle takie bywają z góry nie zaplanowane, wciąż działa kusząco i każda sympatyczna osoba może liczyć na moje towarzystwo. Jak tylko ugłaskałem rozterki, przekonany o słuszności postępowania, a co ważniejsze o swej normalności, przeniosłem się do zimnej Skandynawii.

 * * * 

Ekspres nam się spierdulił w ubiegło tygodniową sobotę, a dom bez ekspresu jest jak bez duszy. Kawa to dla mnie rodzaj rytuału. Rytuał ma bardziej magiczny wydźwięk aniżeli po prostu algorytm. Algorytmy ma Nati, ja mam rytuały.
Zamówiliśmy w Amazonie nowy ekspres i w piątek, szczęśliwie jeszcze przed weekendem, zdyszany kurier nówkę sztukę mi dostarczył. Po przyjeździe do Londynu odkryliśmy Amazona i Nati robi wiele by udowodnić, że opróżnienie ich magazynów do czysta to tylko kwestia czasu. Jest na słusznym kursie.
W sprawie wyboru ekspresu, to jakiś czas temu nieopatrznie i bez przemyślenia wystrzeliłem - „wiesz, gdybyśmy nie mieli tego ekspresu, byłbym skłonny przystać na Nespresso”. Byłbym, bo wcześniej nie byłem i broniłem się przed tym jak twierdza Alamo. Nati ot tak rzucone info niby puściła kantem ucha, ale tak naprawdę zasejfowała i w tej dramatycznej dla mnie chwili wyciągnęła jako argument przetargowy „Pamiętasz, mówiłeś… ?”. Co mam nie pamiętać, wiem co mówiłem!
Sytuacja była z góry przesądzona, bo owo „Pamiętasz” można by przetłumaczyć - „trzeba było uważać co mówisz”. Wiedziałem, że już nic nie uda mi się ugrać. Próbowałem co prawda czynić nieśmiałe podchody odzyskania utraconych pozycji, ale „Pamiętasz” ciachało na strzępy wszystkie moje argumenty. Absurdalność sytuacji tkwiła w tym, że ostateczna decyzja wyboru podobno należała do mnie „bo to przecież ja w tym domu piję kawę”. Chuj dupa. Dżordż w umysłach kobiet zrobił mikser i chyba każda nieszczęsna łudzi się, że otrzyma w pakiecie dołączonego Kluneja. Siła reklamy. Zdołałem nawet wyszukać zajebisty ekspres marki włoskiej, który pozwoliłby mi kontynuować zabawę domowego baristy, ale cóż z tego. Gdy docieraliśmy w rozmowie do „Pamiętasz” jedyne co mi pozostało, to powiedzieć „Dobranoc” i nakryć się kołdrą. Nati zamówienie złożyła i dziś Dżordż już stoi na blacie.

 * * *

Powinienem się cieszyć. Nowa maszyna usprawniła proces parzenia kawy. Wprawdzie brakuje, jak to nazywam, mistycyzmu wsypywania kawy, specyficznego syczenia, ale wkładam kapsułkę, naciskam i za chwilę mam kawę. W swych idiotycznych analizach zacząłem się zastanawiać na ile taki sposób preparowania kawy oszczędza mój czas w stosunku do tradycyjnej metody? Porąbany jestem i to zdrowo.
Ciekawe, że człowiek otacza się przedmiotami, które mają oszczędzać czas, a w rezultacie ma tego czasu coraz mniej. Ekspresy, pralki, suszarki, zmywarki… a jednak wciąż brakuje czasu, a jakość życia znacząco się nam nie poprawiła. Oczywiście, zawsze lepiej skorzystać z pralki niż szorować na tarze, ale gdzie podziewa się ten czas który człowiek niby zdobywa w uporczywej walce, nikt nie potrafi powiedzieć.
Przypomniał mi się w tym miejscu czeski serial dla wczesnej młodzieży, który emitowano w niedzielnym Teleranku. Tym z kogutem. Film zatytułowany „Goście”, ale nie należy mylić z tym, w którym występuje Żan Reno. Historia jednak podobna. Grupa przybyła z przyszłości lub innej planety (tutaj dokładnie nie pamiętam, a sprawdzać mi się nie chce) zjawia się w roku 84-tym. Zjawiają się by chronić kilkunastoletniego chłopca, Adama Bernaua, który w przyszłości ma wynaleźć coś co uratuje ziemię przed czymś. Przybysze, a wśród nich księżniczka Xenia z Arabelli, zostali wyekwipowani w dużo nowoczesnych urządzeń i substancji, oczywiście w miarę dostępności ówczesnych czasów i czeskiej kinematografii. Ich szef i duchowy przywódca posiadał pastylki, z których przygotowywał posiłki. Prawie jak Pan Kleks. Pastylki przerabiały się na galaretki, a każda o innym smaku. W ogóle posiadali wiele gadżetów świadczących o ich przyszłościowym pochodzeniu jak chociażby samo prowadzący się samochód.
Tak sobie główkuję właśnie, czy kiedyś w tym pędzie oszczędzania czasu, ludzkość dojdzie do podobnego etapu. Będziemy jedli przetworzone w różnych procesach „coś” co przypomina, a w rzeczywistości jedzeniem nie jest. Co prawda już istnieje wytwór pod tytułem kuchni molekularnej, ale póki co, nie chodzi w tym przedsięwzięciu o oszczędzanie czasu.
Zdecydowanie za dużo błądzę myślami.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers