29.06.2016

Czy czterdziestka może być atrakcyjna?


Może!

Rzuciłem się na żywioł. Sprawy damsko męskie. Kołek w sprawie jestem aż boli, dlatego sam przed sobą się wstydzę, kiedy myślę co z tego wyniknie. Ale co tam. Przeczytałem niezliczoną ilość artykułów w prasie fachowej. Nadkruszyłem świadomie niepoliczoną ilość serc niewieścich. Drugie tyle zdeptałem nieświadomie. Uzurpuję sobie więc prawo do wypowiedzenia się.

OD NASTOLATKI DO CZTERDZIESTKI
Przychodzi chwila, gdy nastolatka przekracza próg, za którym lata liczy się dziesiątkami. Już nie dziewczyna, wciąż nie kobieta. Świat nadal wydaje się piękny, a życie cudowne. Nic nie wróży kataklizmu. Lecz on nadchodzi niezauważalnie, kiedy (już) kobieta dobija trzydziestki. Niebo gubi kolor błękitu, życie traci sens. Kobieta przechodzi fazę - Co mi z życia, stara dupa jestem.
Czas, który dotąd mknął nie przeszkadzając nikomu - zwłaszcza kobiecie - swą prędkością, kobieta chce przyhamować. Zaciąga hamulec, który nie działa. Wpada zatem kobieta w trzydziestkę rozpędzona jak Kubica na zakręcie, z tą różnicą, że on zwykle z zakrętu gdzieś wylatuje, a kobieta trzyma się drogi jak przyklejona. Okazuje się, że dzień po trzydziestce niewiele różni się od dnia przed, a każdy kolejny jest nawet fajniejszy. Dramy nie ma. Ona, ta kobieta, przeistacza się w świadomą swej seksualności istotę, o której tyle w amerykańskich filmach. W zagranicznych zresztą też. Trzydziestka okazuje się nie taka straszna jak głosi plotka.
Czas płynie banalnym tik-tak i dycha oznaczona trójką z przodu dochodzi do dziesiątki zaczynającej się czwórką. Kobieta dociera na linię startu z numerem czterdzieści. I tu już następuje ciężki dramat. Cztery dychy, jak żyć? - No spójrz tylko. Zmarszczki pod oczami, no i jaką ja mam cerę. W dodatku te wypryski na czole. Tyłek mam wielki i jeszcze ta skóra na ramionach mi tak wisi. A w spodnie, pamiętasz te jasne (bezpieczniej powiedzieć, że się pamięta), to już w ogóle się nie mogę wcisnąć. 
No i chuj. Dzień czterdziestych urodzin mija, dzień po jest taki sam jak dzień przed, a każdy kolejny, podobnie jak dekadę wcześniej, jest jeszcze fajniejszy. Choć ręczny hamulec czasu, który kobieta stara się zaciągnąć nadal nie działa i nie ma co się z nim szarpać, bo to nie czas kradnie kobiecie piękno. Do dziesiątki piątej nie dojadę. Nie przeżyłem organoleptycznie i brakuje mi materiału poglądowego.

JENNIFER
Skąd mi się w ogóle wzięło, że zacząłem o tym pisać. Trigerem po raz kolejny był nius wyciągnięty z prasy internetowej. Jennifer Aniston została obwołana przez magazyn People najpiękniejszą kobietą świata w roku 2016. Artykuł do dupy, ale nius znaczący. Porażka młodości. Oczywiście nic samo się nie robi, ale niekoniecznie trzeba się nakłuwać igłami z kolagenem jak akupresurą. Rzecz gustu. Podoba się, nie podoba. Na jednych wdzięk i powab aktorki działają, na innych nie bardzo. Na mnie akurat działają. Uważam ją za niewąsko atrakcyjną i pociągającą kobietę. Chyba nie tylko ja, skoro w wieku 47 lat magazyn taki tytuł jej przypiął do piersi. Nieco seksistowskie wprawdzie, ale zawsze.

EROTYCZNE FANTAZJE
Niemal każdy młody chłopak przechodzi fantazje erotyczne wiążące się z seksem ze starszą od siebie kobietą. Przećwiczył to już dawno temu Dustin Hoffman. Miałem ja, mieli i moi koledzy, z którymi nieraz o tym rozmawialiśmy. Ci którzy się do tego nie przyznają nie mają kohones. To z hiszpańskiego, kozacko brzmi i bardzo mi się podoba.
Kiedyś ustaliliśmy nawet zakład z Brodą, który z nas pierwszy odpęka bzykanko z mamuśką. Nazwę trzeba przełknąć; nic nie zrobię. Limit górny zakładał lat czterdzieści pięć. My w chwili zawierania zakładu mieliśmy wczesne dzieścia. Zakład pozostał nierozstrzygnięty, chociaż Broda próbował jakieś kanty wprowadzać. Spalaliśmy się, ale ile my o tym przegadaliśmy...
Był czas, że włóczyliśmy się sporo wieczorami po mieście. Szczególnie wiosenno letnią porą. Często przysiadaliśmy gdzieś w miłych okolicznościach, aby zatlić lolka, wypić browarka. Wtedy jeszcze nikt nie ścigał za browarka pod chmurką, a palić można było w zasadzie bez skrępowania. Rozmowa toczyła się wartko, w zależności od jakości nadzienia przechodząc często w wymiar abstrakcji.
Na, lub jak kto woli w mieście, zawsze działo się coś interesującego. Mieliśmy „swój sklep” i nie bez powodu był nasz. Obsługiwała w nim „nasza Pani”. Pani była na oko sporo dojrzalsza od nas szczawików i strasznie nas rajcowała. Znaczy mnie i Brodę. Chyba domyślała się czegoś, bo zawsze peszył ją na nasz widok. My zaś już zwykle po zastrzyku, strasznie się motaliśmy gdy podchodziliśmy do kontuaru z tradycyjnym - cztery Bosmany poprosimy. Cztery, bo jeszcze dla dwóch cepów co na zewnątrz zwykle stali. Riko i Krzywy nigdy do sklepu nie wchodzili, bo Pani podobała się tylko mnie i Brodzie. Oni mieli ubaw oglądając nasze żałosne próby szarmanckich popisów przez szybę. Faktu to nie zmienia, Pani nam się bardzo podobała.

WERDYKT
Czy rozglądam się za kobietami na ulicy? Oczywiście i uważam to za zdrowy odruch. Kręcę głową, przewracam oczami, szczególnie latem. Jak ta seksistowska świnia, ale co zrobić. Moją uwagę rzadko przykuwają młode dziewczyny. Jeśli, to ze względu na oryginalność urody. Mój wzrok podąża zazwyczaj za dojrzałymi kobietami. To one potrafią wydobyć z siebie magiczne zaklęcie przyciągające wzrok. Mają patent na kobiecość i seksapil. To nie buty na obcasie, krótka spódnica, odsłonięty brzuch. To coś więcej. Z pewnością młode to jędrne, ale często na tym się kończy. Kobiety nie doceniają broni jaką posiadają i zwykle traktują czas jako swojego wroga. Przypomniał mi się niemal na koniec film z Diane Keaton i Keanu Reeves „Lepiej późno, niż wcale”. Holiłódzka produkcja, ale mniej więcej o to chodzi.

Także tak, dojrzałe kobiety mogą być super. Nie ma powodu by grać obronę, jeśli można zagrać w ataku. Lubię takie nie do końca zrozumiałe analogie sportowe (nic z nich nie wynika). Chociaż należy również pamiętać, że Messi trenował od dziecka by stać się obecnym Messim. On nie od zawsze kopał piłkę na takim poziomie jak obecnie.

 *Najbardziej atrakcyjne są kobiety po czterdziestce - doświadczone, inteligentne i pełne uroku. Powiedział Clint Eastwood. Nie jest moim guru, ale cytat wpadł mi w oczy tuż przed puszczeniem wpisu w obieg i postanowiłem go naprędce dopisać.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

20.06.2016

Polska, biało czerwoni... historia jednego wyjazdu


Nadeszła długo wyczekiwana chwila. Po Irlandii i Niemcach czas na Ukrainę. Nie zamierzałem pisać. Emocje mnie rozsadzają i ciężko mi się skupić. Tak, mnie czterdziestoletniego faceta z siwizną na skroniach. Co zrobić. Przynajmniej siwizną się nie przejmuje, bo doszły mnie plotki, że szpakowaci i dobrze utrzymani mężczyźni po czterdziestce mają wysokie noty na rynku.
Od początku mistrzostw kopanych pisanie gorzej mi idzie. Zeszło na drugi plan. Kiedy tylko mogę w kamienny ekran ślepię, byleby tylko za piłką biegali. Później studio meczowe, specjaliści, analizy, prognozy, szanse… świat kibica. No i nasi jeszcze w tym wszystkim jakby lepiej sobie buty na imprezę dobrali. W końcu mistrzowskie hołubce zaczęli wywijać. Wszystko to sprawia, że głowę mam zawładniętą futbolem do granic możliwości. Czasem tylko, gdzieś w jej kąciku (bo mam kąciki w głowie) zatli się myśl przypominająca - zjedz coś, by przetrwać do następnego meczu. 

Tobołek z wyprawką spakowany. Kibicowskie atrybuty przygotowane. Dobre rady coraz bardziej spękanej żony przyjęte. Mógłbym się już udawać, ale w zasadzie mam jeszcze dwie godziny nim rozpoczęcie podróży nabierze logicznego sensu. Lepiej pić drugą, a po niej trzecią kawę w domu, niż niecierpliwić się na lotnisku. Postanowiłem, że tekst mimo ziejącej w głowie pustki wystukam. Krótki, nie długi, taki by dał mi zajęcie na najbliższe minuty. Tekst, który będzie tematycznie nawiązujący do zagadnienia piłkarskiego i z gatunku wspominkowych. O jednym z moich wyjazdów meczowych wczesnej młodości, bo na mecze, tzw. wyjazdy jeździłem od wczesnego nastolactwa.

Rok 1991. Nie posiadam na tyle dobrej pamięci by dokładną datę przywołać. W Poznaniu Polska gra z Irlandią eliminacyjny mecz Euro 92. Móżdżymy z kolesiami, czy się nie wybrać. Staje na tym, że zdecydujemy następnego dnia. Lekcje kończę stosunkowo wcześnie, więc nawet urywać się, czy lać wody nauczycielom bym nie musiał.
Na drugi dzień pod szkołą, po skończonych lekcjach delegacja kolesiostwa mnie wyczekuje. Jedziemy! Dobra, jedziemy, to jedziemy. Pozostało mi jeszcze Danutę Matkę powiadomić i lecimy. Ja, Sowa, Młody, Piniu i Suchy. Do Poznania zgrabnie i bez problemów docieramy bez biletów pierwszą klasą ekspresową, za uzgodniony wcześniej z konduktorem haracz.

Mecz zakończył się wynikiem 3:3. Na Euro w rezultacie się nie zakwalifikowaliśmy, ale dla mnie mecz z Irlandią był pierwszym kontaktem z osobą kibica świata zachodniego i cywilizowanego. Z zaciekawieniem przyglądałem się tłumom Irlandczyków przewalających się po mieście, gromadnie, całymi rodzinami kibicujących swej reprezentacji. Nie tylko wyrostki, ale rodziny z dziećmi. W naszej wciąż jeszcze dominującej szarzyźnie, oni byli jakoś nie pasująco kolorowi i radośni. To była dla mnie nowość. Nastawieni pokojowo i nie żywiący do nikogo urazy. Zaskakujący obraz kibica. Całkiem zostałem rozłożony na łopatki, gdy stojąc pod stadionem, nieoczekiwanie podszedł do nas jeden z ajriszy i mówiąc, że on już idzie na stadion, oddał nam zgrzewkę piwa. Cały sześciopak nam oddał! Wczesna to była demokracja, ale z widokiem zachodniego browara człowiek już był zaznajomiony i nie to szokowało. Szczecińscy kupcy hurtowo go szmuglowali z Berlina zaopatrując okoliczne bazarki. Ale za darmo sześć browarków! No debil jakiś.

Po meczu, Sowa w drodze do kibelka wypatrzył na stadionowym parkingu autokar ze Szczecina. Prawie ze Szczecina, bo ze Świnoujścia. To prawie zrobi później dużą różnicę. Ugadał z kierowcą, że zabierze nas za tyle kasy ile nam zostało. W dechę. Jedziemy. Nikt z nas nie przypuszczał, że fundujemy sobie właśnie drogę przez mękę i lepiej było wybrać pociąg oraz ugodę z konduktorem. Był to zakładowy wyjazd na mecz. Cały Autosan napranych do granic możliwości gości. Wiadomo jak wygląda.
Tuż za rogatkami Poznania, pierwszy postój w zajeździe. Trzeba uzupełnić zapasy mandaryny. Zanim zapijaczone towarzystwo zebrało się do kupy, postój trwał dłużej niż dotychczasowa jazda. W autokarze odnalazł się też delikwent, który w alkoholowym zamroczeniu pomylił autobusy. Zamiast do Warszawy jechał z nami w stronę Szczecina. Dopiero w chwilowym oprzytomnieniu dotarło do niego, że jedzie nie bardzo tam gdzie by chciał. Został na parkingu pod zajazdem, nie do końca łapiąc kontakt z rzeczywistością. Ciekawy jestem jak sobie poradził.

Zajęliśmy miejsca z tyłu autokaru. Mandaryna leje się strumieniami. Postój w każdym napotkanym po drodze zajeździe. A to siku, a to by uzupełnić zapasy. Najczęściej jednak obie z tych rzeczy. Na każdym postoju zebranie pełnego zestawu podróżujących urasta w prawie niemożliwe. W rzędzie za nami, jak zresztą wszędzie, trwa popijawa i stale powtarzający się dialog.
- Moja córka to qrwa.
- Ale śpij Jurek. Napij się i śpij.
Po czym Jurek zrywa się po chwili i znów swoje
- Moja córka to qrwa
- ... 
Nie wiem czemu córka Jurka to qrwa. Nie doczekaliśmy wyjaśnienia. To chyba było za dużo dla Jurka, kontynuować historię.
Może urok, może fakt, że jako jedyny z naszej grupy nie udawałem, że śpię sprawia, że Jurek zaczyna we mnie upatrywać bratniej duszy. Pluje mi w ucho o swojej córce qrwie. Ponieważ wyglądam na miłego chłopaka i dobry materiał na zięcia, chce bym udał się z nim tu i teraz do córki qrwy. Udaje mi się Jurka zniechęcić do pomysłu. Chyba nawet dla niego mariaż córki qrwy o trzeciej w nocy z nieznajomym z autokaru był za ostry. Po czasie rodzą rodzi się we mnie pytanie - czemu akurat mi wciskał córkę qrwę?

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie prawie ze Szczecina zaczyna robić różnicę. Do Płoni, gdzie nasze drogi się rozchodziły. Zapijaczony autokar pojechał do Świnoujścia, a my udaliśmy się z buta na najbliższy przystanek autobusowy. Trzecia w nocy i pięciu typów maszerujących skrajem drogi bez grosza. Przed nami kilka kilometrów. Nawet nie chce mi się sprawdzać ile. Na przystanek docieramy po godzinie. Wpadamy w dziurę między komunikacją nocną, a dzienną. Następny autobus za godzinę. Letarg pod wiatą na ławce, w końcu jest, nadjeżdża. Docieram skonany do domu około szóstej. Na 8.15 do szkoły. Dwie pierwsze lekcje, włef u Pana Kota, któremu służba w czerwonych beretach pozostawiła nielichą spuściznę w głowie. Lubi nam dokopać na swoich zajęciach. I kiedy jestem przekonany, że umrę na lekcjach u Pana Kota, niebiosa okazują mi swą łaskawość. Raz jedyny, jak sięgam pamięcią, Pan Kot jest nieobecny, a my dostajemy zastępstwo na lekcje.
- Macie piłkę. Pograjcie w siatkę
Przesypiam obie lekcje na materacach w rogu sali.

Może chaotycznie i może niespójnie. Przepraszam, ale nie będę sprawdzał, nie będę wprowadzał korekt. Pisałem na gorąco. Teraz śmiało mogę wychodzić. Jadę na mecz! Polska - Ukraina. Nawet jeszcze o tym nie myślę, bo jak zaczynam, to łapie mnie dygotanie. Obiecuję żono nie śpiewać Ukraińcom w twarz dumki na dwa serca, obiecuję nie wypominać powstania Chmielnickiego, ani o Lwów i Kijów się upominać. Zamierzam naprać się tanim winem na krawężniku, drzeć ryja za dwóch, obejrzeć zwycięstwo Polaków, dobrze się bawić i na koniec wrócić w jednym kawałku.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

15.06.2016

Kto gorszy, my czy oni?


Odczekałem aż siądą emocje ostatniej KODowej zbiórki. Starałem się dotąd nie zapuszczać wpisami w polityczne rewiry by kłopotu uniknąć i znajomych nie stracić. Polityka to śliski i grząski grunt, chociaż chętnie uprawiany, a jeszcze chętniej komentowany w nadwiślańskim ludzie. Nie ma chyba drugiego tak rozpolitykowanego narodu jak nasz.

Od polityki stronię, a obserwując polityczne wygibasy mam do niej coraz większą awersję. Gazet donoszących o politycznych ruchach nie czytam lub robię to rzadko. Informacje zbieram z tytułów. Wystarczy. Niektórzy czytają i orientują się w sytuacji w podobnym stopniu co ja, który ich nie czyta. Prasa informacyjna donosząca o bieżących wydarzeniach krajowej polityki jest ciężko strawna. Jedna strona szczuje na drugą. Męczące. W sposobie uprawiania agitacji ani jedna, ani druga strona nie różnią się wiele od siebie. Bez względu na to której ze stron kibicują. Sytuacja w kraju jest jaka jest. Władzę skupia ugrupowanie, któremu daleko od moich ideałów. Nie znaczy to, że przeciwnej stronie do nich blisko. Nie czuje się zwolennikiem żadnej ze stron. Nie jestem z tego zadowolony, ale to nie moja wina. Kraj jest podzielony jak grządki na działce u dziadka Jasia. Tyle, że dziadek grządek miał wiele, a Polska jak trzaśnięciem bicza podzielona została na dwie części. Dziadek na działce płotu nie wznosił, mimo to pałał nienawiścią do swojego sąsiada jak obecnie obie strony politycznych przepychanek. Mocno i wyraźnie. Z jednej strony prawdziwi Polacy, z drugiej marsze KODu. KODowskie marsze stały się modne, a identyfikacja z nimi dobrze postrzegana. Po odpowiedniej stronie, rzecz jasna. Udział bądź sympatyzowanie niewiele kosztuje, a w symboliczny sposób wskazuje wyznawane wartości. Te słuszne i postępowe wartości jak rozumieją je Ci, którzy marsze wspierają. Druga strona reprezentuje jedynie wartości bliskie faszystowskim. Czy wszyscy?

Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści czy pięćdziesiąt tysięcy uczestników marszów. Mało istotne. Ile w nim ludzi tyle pomysłów na model sprawowania władzy. Wszyscy czują się zjednoczeni niechęcią do strony rządzącej. Chcą burzyć, obalać, ale nie myślą o budowaniu. Zerkając wstecz można powiedzieć, jak zwykle. Tłum wielu tysięcy maszerujących, który w chwili obalenia „reżimu” zostanie rozdrobniony w swych żądaniach, stając się koniec końców konkurentami. Każdy z inną wizją. Nic nowego.
Nie jest tak, że tylko jedna strona dzieli. Każda ze stron myśli i jest przekonana, że robi to ta druga. Jak w nieudanym małżeństwie. Nic bardziej mylnego. Zwolennicy obu stron robią to w takim samym stopniu. Jedna strona obrzuca błotem drugą i na odwrót. Dzieli lewa, dzieli prawa. Górują stereotypy.

Od dziewięciu lat nie głosuję. Nie, wróć! Biorę udział w głosowaniu oddając głos nieważny. To także głos i jak najbardziej świadomy, nie wynikający z bezmyślności. Dziwi mnie, że tak rzadko używany. Skąd przekonanie, że muszę na coś, bądź kogoś zagłosować? Przecież z nikim się nie identyfikuje. Nie mogę głosować przeciwko czemuś, chciałbym głosować za czymś.
Do sklepu udaję się w celu nabycia towaru pełnowartościowego. Towar zepsuty w 1/3 lub w połowie mnie nie interesuje. Nie kupuje. Czemu więc w wyborach wystawia się towar zepsuty i wciska jako towar pełnowartościowy? Czemu ludzie w sklepie potrafią kierować się logiką, a przy urnie już nie? Po prostu wychodzę ze sklepu. To jest przekaz do sprzedawcy - wypełnij sklep towarem dobrej jakości. Nie wierzę w moc sprawczą marszów. Jak napisałem, żadna ze stron zasadniczo nie różni się od drugiej. Nie będzie lepiej tylko od tego, że coś się zburzy.

Oczekujemy, że każda kolejna zmiana będzie lepsza. Że jest źle, ale jak już zmienimy, to będzie lepiej, kto wie, może nawet dobrze. Ciągły bieg z przeszkodami. Od zakrętu do zakrętu, z za rogu którego wypatrujemy lepszego. Każda kolejna zmiana nie przynosi jednak tego co było oczekiwane. Biegniemy więc do następnego zakrętu, burząc jednocześnie i zmieniając w nadziei na lepsze. Wyglądamy za róg i znowu nic lepszego.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

09.06.2016

Zmanipulowani na modę


Jakiś czas temu zyskaliśmy nowych sąsiadów. Już o nich pisałem. Silnych więzi nie udało nam się jeszcze wypracować, a nasze relacje póki co ograniczają się do zwyczajowych pozdrowień. Nie mniej, Państwo Dresik stali się obiektem mojej wnikliwej obserwacji. Tak, przyglądam się naszym sąsiadom, jak poduszkowiec żyjący na parapecie, który wie o sąsiadach wszystko. Nic na to nie poradzę, ale nigdy dotąd nie miałem okazji egzystować w bliskim sąsiedztwie kogoś tak modnego. Prawie jakby mi plac Zbawiciela piętro niżej zapakowali. Dlatego przypatruje im się z taką ciekawością. Są dla mnie jak cyrk z zapaśnikami. Niech się ubierają jak chcą, żyją jak chcą, guzik mnie to interesuje i nic mi do tego, ale nie mogę się oprzeć i spoglądam na nich jak na ciekawostkę poznawczą.

Wspominałem kiedy Pan Dresik pierwszy raz zagościł w moim wpisie, jest to miłośnik spodzienia dresowego, którego posiada całą armię. Pani Dresik, choć w dresie nie gustuje z takim natężeniem, modowo również zadaje szyku. Dzięki obojgu dowiedziałem się o istnieniu dresokombinezonów. Szybki wykład od Nati i wiem, że to przebój stylowego ubioru. Nie mi oceniać.
Szukając dziury w modowej strategii wydawało mi się, że w końcu przyłapałem Dresika na popelinie. Przyuważyłem sąsiada w białych skarpetkach i klapkach basenówkach. Radośnie i z wyraźnie akcentowaną satysfakcją „mam gnoja” pognałem by obwieścić to Nati. Moja złośliwa satysfakcja szybko otrzymała cios na szczękę. Nic bardziej na czasie niż biały skarpet i klapek kubotek. O ja głupia cipa. Najlepiej będzie się nie wychylać, bo co ja wiem o modzie.
Innym razem, okupowałem parapet gdy się wprowadzali. Całkowicie przypadkiem. Stąd też wiem, że są w posiadaniu mebli, których rodowód sugeruje lata pięćdziesiąte lub ich imitację. Nawet ja orientuję się, że to się teraz stawia w modnych mieszkaniach.
Ślepy traf, nazwę to przypadkiem, ponownie usadowił mnie na parapecie, więc mimowolnie byłem świadkiem kiedy dostarczono sąsiadom zakupy. Jeśli zakupy, to tylko w sklepie organicznym. Sklepy organiczne to fetysz Londynu, a moda na organiczność to swego rodzaju londyński landmark. Co sprawia, że stajesz się Londyńczykiem? Zakupy w sklepie organicznym. Bez wątpienia, nasi sąsiedzi to ludzie ekstremalnie modni. Modelowy przykład podążania za modą.

Czytam wiele. Rozumu mimo usilnych starań mi od tego nie przybywa. Po prostu czytam. Czytałem więc niedawno artykuł rzucający nikłe światło na sposób kreowania mody. Niestety przezornością się nie wykazałem, artykułu nie zasejfowałem, a próby odnalezienia w necie nie powiodły się, dlatego nie mogę odesłać.
Chodziło o modę męską. W zasadzie o nowego mężczyznę, który ma zstąpić na ziemię po erze metroseksualnego, hipstera, lumberdżeka. Kto następny?
Artykuł jest historyjką. Przenosi do niewielkiego pokoju w agencji reklamowej. Pośrodku nocy, trzech kreatywnych siedzi zjechanych jak konie po wielkiej pardubickiej. Wciągnęli cały dostępny koks, wypili kilka dzbanków kawy, opróżnili stojący na korytarzu automat z napoi energetycznych. Umysły mają zgnębione, stan załamania blisko. Na ranek potrzebują pomysłu. Szukają nazwy nowego mężczyzny, który choć jeszcze nie wiadomo jak wygląda, musi posiadać nazwę by rozpocząć swe istnienie. W końcu jest! Na białej tablicy pojawia się chwytliwa nazwa. Teraz należy dorobić historię, puścić do zaprzyjaźnionych magazynów i czekać, czy ulica kupi. Następnie sukcesywnie tworzyć wizerunek i podrzucać coraz więcej fotek. Kolejny produkt został sprzedany.

Nowych praw rządzących światem nie wymyślę mówiąc, że moda nie tworzy się sama. Moda to zręczna manipulacja. To coś, co zostaje umiejętnie zaserwowane jako towar niezbędny. Wiele osób, które kpiły niedawno z klapek kubotek i białych skarpetek, dzisiaj w nich popyla. Dres już dawno wszedł na salony, chociaż był symbolem obciachu. Ściana wschodnia, Radom, Sieradz i przedmieścia Szczecina okazały się być siedliskiem trendseterów. Dres jaki był, taki jest, ale argumenty modowych „ekspertów” sprawiły, że wypiękniał. O aseksualnych Agach, Emu pisać nie zamierzam.

Naśmiewam się trochę z naszych sąsiadów. Nati twierdzi, że niepotrzebnie. Mówi, że są spójni(?) wizerunkowo. Cokolwiek to znaczy. Poza tym, daje o sobie znać Naciowa wiara w ludzi, którą bezskutecznie staram się w sobie zaszczepić.
- To na pewno są dobrzy ludzie, bo dbają o rośliny przed oknem na naszym przy domowym skwerku. Tylko dobrzy ludzie dbają o rośliny (np. Leon Zawodowiec).
Nie neguje ich dobroci. Przyznam się mam nawet pewną słabość do Dresika. Ujmuje mnie sposób i ilość czasu jaki poświęca córce. Nie potrzebuje do jej obsługi instrukcji.
Nie oceniam również spójności. W zasadzie nie wiem skąd u mnie ironia kiedy mówię o naszych sąsiadach. Co staram się dowieść? Moda to nie jest zjawisko negatywne. Istnieje od zawsze, albo od bardzo dawna. Mimo wszystko, jest dla mnie coś śmiesznego w ślepym podążaniu za modą i bezkrytycznym przyjmowaniu jej wszystkich aspektów. Bez względu na jej rodzaj, chociaż ja skupiłem się na odzieżowej. Czyni z człowieka nieco bezmyślną masę podatną na wpływy.

Choć może to ze mną jest coś nie halo? Już tak mam, że zawsze doszukuje się dziury w całym. Źle znoszę wszelkie próby sugerowania, nacisku, manipulacji. Staję okoniem. Po cichu lub otwarcie. Może więcej we mnie polskości niż sądzę? Bo co, nie będzie mi ktoś mówił...
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

07.06.2016

Czytelnia czerwcowa


Czerwcowy pakiet książek na letnie (krótkie) wieczory, wypady za miasto, nad jeziora, morza i góry, urlopowe wyjazdy, w przerwy między bzykankiem. Tylko do piczy czytajcie, gdziekolwiek się znajdziecie, bo nam czytelnictwo siada.                                                                                                  
                                                                                                                                                                     
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

01.06.2016

Po co mi fejsbuk?


Nie posiadam fejsbukowego profilu i nigdy nie posiadałem. Nie wiem, czy to powód aby się chełpić, czy raczej w gronie skamielin mnie pozycjonuje? Coraz częściej natrafiam na rozprzestrzeniającą się modę wypisywania z fejsa. Osobiście uważam to za podszyte fałszywymi intencjami i trend z nikłymi szansami powodzenia. Zalatuje absurdem, bo jak obwieścić o tym światu, jeśli nie przez fejsa? W dodatku, jeżeli idzie za tym broda, okulary w rogowych oprawkach, szelki, mak oraz praca frilansera, ani chybi, poza. Myślę natomiast, że moja nieobecność w fejsbukowym świecie może być dla niektórych nie lada atrakcją i gdyby komuś przyszła ochota pokazać się ze mną w towarzystwie, służę.
- To Grzegorz. Grzegorz nie ma konta na fejsbuku. Od zawsze 
- Och naprawdę. Ale Ty fajny jesteś Grzegorz

* * * 

Nie do końca orientuję się jak zorganizowany jest fejsbuk. Brzmi niedorzecznie, ale to możliwe. Całą wiedzę czerpię z podglądactwa. Nigdy nie czułem potrzeby dzielenia się wyglądem swojego śniadania z kimkolwiek. Szczerze wątpię aby informacja, na którym z lotnisk właśnie przebywam i dlaczego właśnie tam całkiem spontanicznie trzepię sobie fotkę, była dla kogoś istotna. Fejsa postrzegam, być może mylnie, przede wszystkim jako złodzieja czasu i fałszywe przeświadczenie posiadania życia towarzyskiego. Chociaż z drugiej strony, coraz bardziej uświadamiam sobie, że nie całkiem rozumiem zjawisko mediów społecznościowych. Im więcej wiem, tym mniej z nich rozumiem. Poza tym, zerkając to tu, to tam, nabrałem przekonania, że działania wielu osób na fejsie determinuje chęć zaimponowania. Spójrzcie jakie mam fajne życie, jak z fejsbuka.

* * * 

Siedziałem niedawno w kafejce. Lubię to. To w zasadzie jedno z niewielu miejsc, gdzie w nieograniczony i bezkarny sposób można przyglądać się ludziom. Przy kawie i ciastku, udając że czytam, patrzyłem na ludzi. Przy sąsiednim stoliku miejsce zajął mężczyzna. Młody, wysportowany, figura fit, modnie ubrany, prawie jak z reklamy. Sałatkę sobie strzelił, bo pewnie fit. Złośliwy jestem, ale taka moja stetryczała natura. Jak inaczej to ująć, skoro sałatę również często przeżuwam jak królik, bo lubię i oczywiście jest fit.
Obserwowałem fitmena jednym okiem, drugim jego płaszcz, bo mi się podobał. Wcinał swoją sałatkę w tempie, po którym można by sądzić, że od tego jak szybko ją pochłonie zależy czyjeś życie. Nim jednak przystąpił do sałatkowego sprintu, z kieszeni wyciągnął imponującego ajfona o numerze nie wiem którym. Jego ekran był większy niż stolik, przy którym fitmen siedział. Trudno uwierzyć, że w kieszeni mu się zmieścił. Bez problemu mogłem sobie zerkać i widzieć co się na tym ekranie dzieje. Fitmen odpalił fejsa, światła na chwilę przygasły, bo taki ajfon potrzebuje mocy i ruszyli. I fejs, i fitmen. Jedną ręką szuflował zieleninę, drugą był w taczu z fejsem. Obie rzeczy na moje oko robił równie bezmyślnie. W swojej niezaspokojonej potrzebie analizowania wszystkiego co widzę pomyślałem, że sałatka była chyba po to, bo miało być zdrowo, a może nawet veg. Jednak jeśli on wcina w takim pędzie, zapatrzony w ekran, to raz, że nie bardzo jest, dwa, wrzodów się nabawi. Wątpię, czy jego kubki smakowe zdążyły cokolwiek zarejestrować. Za to na fejsie był z pewnością w kontakcie z kilkunastoma znajomymi i zdążył coś lajknąć. Gdybym mu wkroił w tę fitsałatkę odpowiednio niewielkie kawałki schabowego, albo innego mielonego, pewnie też by wrąbał i nawet nie zauważył.

* * *

W czasach Naszej Klasy założyłem profil. Był to mój jedyny jak dotąd udział w programie soszialmedia. Nie wiem po co to zrobiłem i czego oczekiwałem, bo zbytnio wylewny nie jestem. Skory do wyrażania nieuzasadnionych pochlebstw również, a wszelka konwersacja, szczególnie ta z niewidocznym przeciwnikiem idzie mi po grudzie. Kierowała mną, jak większością, zwykła ciekawość „jak prezentuję się na tle dawnych kolegów”. Ponadto, chciałem się dowiedzieć jak wygląda Kasia Sobczyk, moja dawna miłość. Właśnie sobie odpowiedziałem w jakim celu znalazłem się na NK.
Kasia posuwa się w latach dostojnie, a Nasza Klasa dostarczyła mi porcję regularnej rozrywki. Powinienem się wstydzić, ale nie mam zamiaru. Na NK oglądałem zdjęcia i nie zawsze były to osoby, które znam. Ubaw, a zestaw przeważnie standardowy.

  •  egzotyczne wakacje 
  • sporty ekstremalne 
  • komunia dziecka 
  • czasem ślub 
  •  z samochodem; w niektórych przypadkach z motorem 
  •  z/przed domem 
  •  (mężczyźni koniecznie) w garniturach 

Sztuczna naturalność połączona z przekazem - patrzcie jak mi się udało w życiu. Nie wiem czemu, ale przychodzi mi na myśl urządzanie mieszkania. Kilka miesięcy spędzone na wyborze odpowiednich kafelek. Drugie tyle w studiach projektujących meble. W międzyczasie objazd sklepów, tak zwanego wystroju wnętrz, bo koleżanka w pracy mówiła, że pod Rzeszowem są art modern disajn klamki do drzwi. Niestety na koniec okazuje się, że wszyscy w pionie mają te same płytki, podobne wanny, identyczne meble w kuchni i salonie, a sypialnię projektowało to samo studio meblowe. Mieszkania są do siebie bliźniaczo podobne, a czas na jego dopieszczanie poszedł się czesać bezpowrotnie. Zostaje się tylko pochwalić przed bratową i znajomymi z pracy. Podobnie ze zdjęciami na NK. Niby twarz na każdym inna, ale tło na wszystkich to samo.
Miałem kolegę. Miałem, bo dawno go nie widziałem. Tomek Bayer. Tomek nigdy nie imponował lotnością. Być może posiadał inne zalety, ale starannie je ukrywał. Od kiedy wynalazłem Tomka na NK, stał się moim ulubieńcem.

  • Tomek pod piramidami 
  •  Tomek na wielbłądzie 
  •  Tomek na kładzie 
  •  Tomek na egzotycznej plaży 
  •  Tomek na motorze 
  •  Tomek w Mercedesie 
  •  Tomek w garniturze w centrum handlowym

 To centrum handlowe mnie najbardziej rozwalało. Niestety, kiedy fejsbuk zżarł naszą klasę odebrał mi również rozrywkę.

* * * 

W tym miejscu powinienem postawić dużą kropkę wieńczącą wpis. Powyższy tekst miałem już wystukany od kilkunastu dni. Paru zdań podsumowania, puenty mi jedynie brakowało. Nie potrafiłem ładnie sklamrować tego co już napisałem.
Tekst nie jest salwą wymierzoną w fejsbuka ile bardziej w ludzi, którzy w zetknięciu z nim głupieją. Napisałem, że nie czuję potrzeby przebywania na fejsie. Prawda. Ja nie, ale blog owszem. Już od dawna noszę się z zamiarem by założyć fanpejdż. Z netowej edukacji jaką przechodzę w przyspieszonym kursie wiem, że blog bez tego ani zipnie. Nie zdobędzie czytelników. To naczynia połączone. Nie będę czarował, chociaż co innego mogę mówić na głos, że niby piszę dla siebie, ale chciałbym by ktoś to jednak qrwa czytał. Zatem fejsbuk i fanpejdż mają służyć pozyskaniu czytelników. Nie wiem o co chodzi w tym drugim, w pierwszym zresztą również, ale zamierzam właśnie utworzyć taki fanpejdż blogowy. Sam nie zamierzam się udzielać w fejsbukowym świecie. Chyba. Nie oznacza to, że nagle dotarł do mnie sens dzielenia się wyglądem śniadania. Niestety chyba do tego nie dojrzałem. Wciąż jest to dla mnie idiotyczny zwyczaj.

* * * 

Dopisane w ostatniej chwili:
Dziś skończyła się era przed, a zaczęła era z fejsbukiem. Pierwsze zdanie wpisu w zasadzie utraciło swą aktualność.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers