9 sty 2017

Książką po głowie, czyli dziecko drogie unikaj biblioteki


Pani Hober przypomniała mi się zupełnie, mogę powiedzieć, od pały. Ludzka pamięć to dziwne urządzenie. Całkiem niedawno i równie od czapy przyśnił mi się mój szkolny kolega, który w zasadzie szczególnie bliskim mi kolegą nie był, Stasiu Zalas. Skąd się wziął w moich snach, nie wiem. Stasiu pochodził z małej wioski pod Szczecinem, mieszkał w internacie i strasznie kręciło go wojsko. Do tego stopnia, że jedyne w co się ubierał to moro. Poza tym, pasjonował się filmami z gatunku Rambo. Niewiele więcej mógłbym o Stasiu powiedzieć. Przez ponad dwadzieścia lat nawet na sekundę nie pojawił się w moich myślach, aż do nocy kiedy zaistniał w śnie. Dziwne.

Chodziłem, czy jak kto woli, uczęszczałem do szkoły podstawowej usytuowanej w starym, pamiętającym czasy niemieckie, a być może i pruskie, budynku z czerwonej cegły. Szkoła posiadała niewiele udogodnień, była kiepsko wyposażona, miała malutką salkę gimnastyczną, za to całkiem przyzwoite boisko do kopanej oraz w większości beznadziejnych nauczycieli. Być może źle zapamiętałem, ale moje rozeznanie w temacie każe mi sądzić, że ówczesne metody wychowawcze i aktualne standardy bezstresowego chowu młodzieży mkną osobnymi torami. Grono nauczycieli, które czyniło wysiłki by ukształtować mnie na przyszłą komórkę społeczną, w dużej części się do tego najzwyczajniej nie nadawało. Niewiele w nich było z pedagogów, a dla niektórych kontakt z młodymi ludźmi powinien być zakazany odgórnie i z definicji ze względu na zachowania, które według dzisiejszych norm mogłoby zaprowadzić ich przed oblicze prokuratora.

Pani Hober była w szkole instytucją. Kiedy rozpoczynałem proces edukacji była nauczycielem na lekcjach wuefu. Trudno było się dopatrzyć w jej ruchach jak i posturze, więcej niż przeciętnego usportowienia, ale nadrabiała to ciągłym krzykiem, a bardziej opornych przekonywała do pracy nad tężyzną fizyczną smaganiem po plecach lub gołych nogach sznurkiem od gwizdka, który nosiła zawieszony na szyi.

W tej samej szkole, na najwyższym piętrze, w gabinecie fizyki, rezydował Pan Miarka. Indywiduum oślizłe i obleśne. Pan Miarka, nie bawiąc się w upiększone sformułowania, śmierdział. W całej rozciągłości słowa znaczeniu. Pan Miarka był także kawalerem. Nie wiem, czy drugie wynikało z pierwszego, czy pierwsze z drugiego, ale zdaje się to być średnio istotne. Pan Miarka roztaczał wokół siebie fetor kilkunastodniowego, przepoconego ciała z dotrzymującym kroku nieznośnym oddechem. Musiało to być ohydne, skoro utkwiło mi w pamięci na długie dwadzieścia kilka lat.
Ów brak higieny można by jeszcze Panu Miarce ostatecznie wybaczyć, ale w swym obleśnym zachowaniu, za rzecz naturalną uważał mało wyszukane karcenie dziewcząt. Nas, wczesno-męską część, jego żarty i docinki kierowane w stronę naszych koleżanek śmieszyły, ale dziewczętom, myślę sobie teraz, wcale do śmiechu chyba nie było. Przypominam sobie dla przykładu, że do Elki Matychniak, której fizyczność już bardziej przypominała podlotka niż dziewczynkę, Pan Miarka rzucał - Patrzcie, Matychniak piersi już urosły i myśli, że może rozmawiać na lekcji. W sumie nie ma się co obruszać, bo zawsze mógł powiedzieć - cycki. Elkę lubiłem, nawet nie dlatego, że dawała mi zrzynać matmę, bo była najlepsza w klasie, ale dlatego, że była w porządku. Jak na dziewczynę oczywiście.

Niżej, w gabinecie plastyki rezydowała Pani Chmielewska. Plastyka, ktoś pamięta jeszcze taki przedmiot? Pani Chmielewska była autorką zdań, szkolnych legend, którymi rzucała w chwilach wzburzenia. A że targało nią często i nietrudno było w taki stan Panią Chmielewską wprowadzić, to i często nimi smagała. Pępuszku, jak cię strzelę w papę, to ci majty spadną lub Ptysiu, jeśli mamusia w domu cię nie potrafi zachowania nauczyć, to ja cię wychowam i zdzielę w łeb tak, że ci głowa z płucami odleci. Jako posiadacz mocno pracującej wyobraźni zawsze starałem się tą lecącą głowę z płucami wyobrazić. Nawet zobrazowałem to stosownym rysunkiem, który zaprezentowałem koledze z ławki. O koledze wspomnę ciut dalej, ale mimo że nie przejawiam jak mi się zdaje zdolności plastycznych, chyba na tyle udanie odzwierciedliłem lecącą głowę z płucami, bo kolega usłyszał - Marsz gnoju do kąta! - gdy zaczął rżeć jak koń. Inną językową perełką Pani Chmielewskiej było - gówno zasrane będzie sobie stroić żarty na lekcji. To gówno zasrane, jako rzecz nie całkiem możliwą do realizacji wytknął kiedyś Pani Chmielewskiej właśnie mój kolega z ławki, Marcin, który rezolutnie, niczym serialowe dziecko starał się dojść sedna
- Proszę Pani, ale gówno nie może być chyba zasra…
Nie dokończył. Okazało się, że właśnie jako to gówno zasrane jest butny i krnąbrny. Musiał się stawić z rodzicem w szkole.

W ogóle mam wrażenie, że tą butą i krnąbrnością byłem punktowany nieustannie. Danuta Matka kilogramami ją przynosiła z każdej wywiadówki. Jako nie należący do grona uczniów wybijających się, na pochwały nie zasługiwałem. Byłem krnąbrny i butny. Dziś gdy słyszę o krnąbrności, automatycznie się uśmiecham, bo przypomina mi się szkoła podstawowa.

Jako uczeń krnąbrny lubiłem się zerwać z lekcji. Tak, już w podstawówie. Najczęściej nie sam, lecz z kolegą Marcinem. Zawsze przecież kompan z ławki dzielił te same zainteresowania. O ile nie został karnie usadzony w ławce z kimś o zainteresowaniach odmiennych, a na pewno bardziej zainteresowanym lekcją. Na wagarach bardzo często wędrowaliśmy do biblioteki (dzielnicowej), gdzie mieściła się również czytelnia. Tam spędzaliśmy wiele godzin czytając Tytusa, Kajko i Kokosza, Relaxy. Wprawdzie Pani w bibliotece wyrażała czasem swoje zainteresowanie naszą obecnością o tak wczesnej porze, ale mówiliśmy, że my dziś psze Pani mamy na popołudnie.

Po kilku latach, Pani Hober, przeszła na sportową emeryturę i jak to się wyraża w gwarze sportowej, zawiesiła buty na kołku. Została przerzucona w poziomie na nowy, odpowiedzialny odcinek. Stała się nauczycielem nauczania początkowego, a gdy odcinek został ostatecznie obroniony i wyprowadzony na prostą, osiadła w szkolnej bibliotece by pełnić funkcję bibliotekarki.

Szkolna biblioteka do imponujących nie należała. Cały proces wypożyczeń odbywał się przy kontuarze, a książki można było wypożyczyć dwie. Lekturę oraz książkę dowolną. Oba tytuły należało mieć uprzednio przygotowane, bo w innym przypadku Pani Hober obdzielała książkami według własnego wyboru. Grymasy nie były mile widziane.

Kiedyś zjawiliśmy się w bibliotece. Z Marcinem oczywiście, bo my tak długo funkcjonowaliśmy w tandemie. Do czasu, aż Marcin nie został przeniesiony do innej szkoły, kiedy Pani Chmielewska i Moruś od matematyki (były koleżankami) zasugerowały mamie Marcina, że będzie lepiej jeśli przeniesie syna do szkoły, w której sama uczyła. W innym wypadku Marcin nie otrzyma promocji do następnej klasy, z plastyki i matmy. Taka zawaluowana forma szantażu. Stoimy karnie przed bibliotecznym kontuarem. Otrzymałem swój zestaw książek zadowolony, że udało mi się nie zdenerwować Pani Hober. Marcin chyba również nie miał takiego zamiaru, ale mu nie wyszło. Nie pamiętam, jaką książkę sobie zażyczył, bo przecież to blisko 30 lat, ale jego życzenie nie pokrywało się z tym co otrzymał.
- Psze Pani, ale ja chciałem inną książkę
Tego było za wiele dla Pani Hober. Zaczęła tłuc Marcina po głowie opasłym tomiskiem, które przyniosła, a którego tytułu niestety również nie pamiętam, jedynie tyle, że było pokaźne. Nasłuchał się również Marcin, o swej bezczelności i braku szacunku.

I w takich trochę dziwacznych okolicznościach, okładania książką po głowie, objawiła mi się w myślach Pani Hober. Starałem się przypomnieć sobie tytuł książki, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Czy tylko moja podstawówka była nieco zwichrowana?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

19 gru 2016

Nie spiernicz sobie Świąt


Choinka już jest. Stoi dumna i rozświetlona od tygodnia. Sam ją na grzbiecie przytaszczyłem dlatego mogę powiedzieć, że mam do niej osobisty stosunek. Nati z drzewkiem nieco odleciała. Z roku na rok mamy większe i jeśli przyrost zostanie zachowany, jak nic, w przyszłym roku trzeba będzie dziurę w suficie kuć. Niestety, w tym roku nie znalazł się nikt kto by się zatrzymał, kto by zechciał podwieźć. Całą drogę od placyka do domu z chojakiem na ramieniu przedreptałem, przerzucając raz na ramię lewe, raz na ramię prawe. Szczęśliwie dla mnie i moich ramion, nie jest daleko, bo na siłownie nie chadzam, muskulatury nie rzeźbię i z krzepą bywa różnie. W każdym razie, udźwig odczułem w bicepsie następnego dnia rano.

Rozwiesiliśmy w oknach świetlne girlandy, udekorowaliśmy mieszkanie. Nawet w sypialni urządziliśmy sobie ze światełek hinduski burdel. Miło i atmosfera przyjemna. Cieszymy się, bo wprawdzie do Polski na Święta się nie wybieramy, ale znajomi do nas zawitają. Tym większa przyjemność i motywacja do krzątania w kuchni. Im nas więcej, tym przyjemniej.
Wpadłem w ten świąteczny klimat po uszy. Wszyscy chcemy wyidealizowanych Świąt podobnych do tych jakie można obejrzeć w filmach. Dążymy do nich, ale większość zapomina, że w Świętach najfajniejsza jest atmosfera i przygotowania. Nawet znalazłem w ubiegłym tygodniu czas by powłóczyć się po mieście. Nie zakupy, nie prezenty, ale po to, aby przyglądać się ludziom, wystawom sklepowym, neonom. Wchodziłem do sklepów słuchać bicia dzwonów, dzwoneczków, piosenek świątecznych. Minąłem po drodze dziesiątki Mikołajów. Wiedzieliście, że jest ich aż tylu? Można powiedzieć debil, pcha się w oko cyklonu. Nie, wcale nie. Taki plan miałem od dawna. I kiedy nie musiałem się spieszyć, nie miałem głowy zoranej myślami co kupić cioci Zosi, a co wujkowi Zbyszkowi i kiedy ja ugotuje kapustę, wyglądało to całkiem znośnie, a tłum nie okazywał się taki groźny.

W takim radosnym uniesieniu zaciągnąłem wewnętrzne zobowiązanie - a co tam, upiekę w tym roku pierniczki i piernik. Zobowiązanie tyleż ambitne co i karkołomne, biorąc pod uwagę, że jeszcze dotąd w swoim życiu nic nie upiekłem. Ponadto nasz domowy piekarnik kataloguje się jako antyk, który czasy viktoriańskie zna niekoniecznie tylko z opowiadań. No, ale qrwa, ja nie dam rady?! Spokojnie, bez napinki, na luzaku, musi się udać. Nie takie gambety piekły.

Wprawkę poczyniłem na pierniczkach. Raz, drugi. Przepis jeden, przepis drugi. Chwalić się nie wypada, ale jeśli sam tego nie zrobię to nikt mnie nie pochwali. Z pierniczków jestem dumny. Po takim preludium maestria tworzenia piernika zmalała jakby do zwykłej chałtury. Pierwszy, bo zamierzam piec dwa, wziąłem na warsztat piernik z przepisu Siorki. Siorka mówi - spoko brat, skoro mi się udaje, to trzeba być idiotą żeby spierdulić. Jak tak, to co? Do dzieła. Bakalie namoczyłem w gorzale, orzechy posiekałem, ciasto wyrobiłem, wszystko tugeder do kupy zmieszałem, wlałem w foremkę i poszło w piekarnik królowej Viktori. A tam naprawdę czarna magia. Nie wiadomo, czy już nagrzany, ile stopni, nic. Tylko ogień bucha. Przez godzinę chodziłem spięty jak bokser przed walką. Wzrok, chociaż bardziej węch wyczulony na najmniejszy smrodek spalenizny. Z patyczkiem się nie rozstaję. Udało się. Złapałem piernik gdzieś na granicy przypalania. Nic strasznego. Delikatnie z jednej strony. Poczekałem aż przestygnie i malutką tareczką defekt wyprostowałem. Pełen dumy z dzieła, udałem się na spoczynek.

W dzień następny planowałem domknięcie tematu pod postacią polewy czekoladowej. Prościzna. Masło, kakao, cukier, żelatyna…
- A po co ta żelatyna? - słyszę wciąż od Nati.
- Nie wiem. Taki mam przepis. 
- Jakiś dziwny.
Ale taka jest właśnie Nati. Niby rób jak chcesz, ale będzie chodziła, marudziła. W każdym razie, dobrze, że byłem sam, bo potrzebuję spokoju kiedy tworzę. No i dziergam tę polewę i coś mi nie idzie. Gluty się porobiły, tłuszcz na wierzchu. Dopiero mi się przypomniało, co Siorka kilkakrotnie powtarzała, a mi jakoś umknęło
- tylko nie przegrzej masła, tylko nie przegrzej masła… , bo się rozwarstwi 
- dobra, dobra
Teraz przynajmniej wiem co to jest to rozwarstwienie masła, bo dotychczas tylko teorią się posługiwałem. Przed oczami miałem praktykę. Szybka akcja z telefonem w dłoni - google ratuj! plis! No musi być coś do qrwy nędzy o rozwarstwianiu masła. 

No i niby było. Piernik polewą przykryłem, ale gdzieś jakby cały mój stoicyzm wyparował, bo ni mniej ni więcej, ale delikatnie mówiąc wqrwiony byłem na ziher. Z efektu niezadowolony. Najchętniej to bym tym piernikiem o ścianę pizdnął, ale byłbym dużo bardziej (wqrwiony) w chwili kiedy musiałbym sprzątać. Kto wie, czy gdyby Nati nie była świadkiem, że go z piekarnika wyjąłem, to piernik w koszu by nie wylądował. A tak, wzułem tylko trzewiki, jesionkę rzuciłem na garba przejdę się, zobaczę co na dzielni.

Wróciłem w dużo lepszym humorze. Spojrzałem na Mój Piernik. Polewa się błyszczy, a on sam jakby się do mnie uśmiechał. Jakby wypiękniał. Usiadłem i pomyślałem nad własną głupotą. Przyjebany facet jesteś. Nie pozwól żeby taka mała rzecz popsuła Ci humor. Nie pozwól, żebyś przez taką małą rzecz psuł humor innym, w tym wypadku pewnie Nati. To tylko piernik. Goście przyjadą i będzie miło nawet jeśli piernika nie będzie. Pomogło, bo humor wrócił mi całkowicie. A Mój Piernik od razu ładniejszy się zrobił. Nawet jeśli nie będzie nikomu smakował to zjem go sam. Bo jest to Mój Piernik, upiekłem go pierwszy raz i wsadziłem w to całe serce.

Nie pozwólmy, by drobne rzeczy, niepowodzenia spierniczyły nam humor i atmosferę. Nie w te dni. Nie przejmujmy się, że Ciocia Irena powie, że pierogi w zeszłym roku u Małgosi były lepiej doprawione. Ciocia Irena tak widocznie ma. Najlepiej nie spędzajmy z nią Świąt. Rozejrzyjmy się, może ktoś z naszych znajomych, życzliwych nam osób, nie ma bliskich, z którymi mógłby je spędzić. Nie dla wszystkich to miły okres. Lepiej zaprosić życzliwego kolegę z pracy niż nieżyczliwych ciocię, czy wujka. Bo bliskich i rodzinę ma się w sercu i głowie, nie na papierze.
Nie martwmy się, że kompot wyszedł jakiś nie bardzo. Znajdźmy za to czas aby usiąść na kanapie ja, ty, on, ona, dzieci. Obejmijmy się i każdy niech zada każdemu po jednym pytaniu - co dla ciebie było największym przeżyciem w mijającym roku. Spróbujmy się poznać. Bo żyjemy ze sobą pod jednym dachem, ale nie całkiem dobrze się znamy. Na na co dzień, brakuje nam na to czasu. A Święta to dobry moment by zwolnić i rozkoszować się tym spokojem. Bo w Świętach nie chodzi o to by wszystko było idealne.

* * *

Wszystkim, którzy tu zaglądają chcę życzyć miłych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Pięknej i rozświetlonej choinki, cudnej atmosfery, spokoju, spotkań z najbliższymi, chwil na odpoczynek i rozmowę. I żeby każdy spotkał swojego Mikołaja. 
W Nowym Roku natomiast,  przysłowiowego wiatru w plecy, by zawsze było z górki, słońce świeciło nad głową, spełnienia marzeń, które gdzieś zalegają, jak najmniej trosk, a najwięcej przyjemności, by każdy kolejny dzień Nowego Roku był lepszy od tego, który się właśnie kończy. I zdrowia. Zdrowia, które gdzieś zwykle klepiemy bez zastanowienia na początku życzeń. A bez niego nic co wyżej nie jest możliwe. Jak najwięcej szczęśliwie przeżytych dni w Roku 2017.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

12 gru 2016

Jak ciało body się stało


Do rozgadanych nie należę. Głosu używam oszczędnie. Raczej słucham niż mówię. Można by w moim przypadku mówić o minimalizmie werbalnym, co jakby ponownie i w sposób niezamierzony lokuje mnie w pozycji osobnika bezbłędnie odczytującego trendy. Bo minimalizm i slow robią ostatnio zawrotną karierę.

Langłiczem posługuję się z czasem lepszą, czasem gorszą wprawą. Nie posiadam żadnego certyfikatu potwierdzającego jego znajomość. Sam bywam nieraz zaskoczony, że mimo nieuleczalnego nawyku mówienia przez zaciśnięte zęby, jestem rozumiany. Spotkałem jednak już tyle odmian langłicza, z chińską w szczególności, że mój nie jest chyba niczym wyjątkowym. Zastanawiające w tym wszystkim jest to, że jeszcze nikt, poza Polską i Polakami, nie zwrócił mi uwagi kwestionującej poprawność. Tylko rodacy. Czemu się tak dzieje i skąd tyle ochoty do poprawiania, nie wiem.

Tkwi w naszym narodzie fascynacja i głębokie zamiłowanie do langłicza. Nie znam i nie potrafię przywołać w pamięci, drugiej nacji, która z takim obłędem i szaleńczą konsekwencją wspiera swoje wypowiedzi obcojęzycznymi zwrotami. Wkładamy te obce formy w co drugie, albo nawet w każde zdanie. Taka ogólnonarodowa dyscyplina sportowa. Zastanawiam się czy to kompleksy, próba oznakowania jako oczytanych i wyrobionych światowców, czy jedno wynika z drugiego?

Dość dawno temu, spędzałem czas z dwójką moich kolegów. Siedzieliśmy sobie w aucie. Wycha, Adaś Jabłoński i ja. Wycha, z którym nie widziałem się już z 15 lat, to gatunek pogodnego i pozytywnie nastawionego człowieka. Prawie na wymarciu. Adaś, chłopak równie dobry, lecz niestety natura skazała go już we wczesnym dzieciństwie na okulary rozmiarów denka od coca coli. Nasłuchał się przez nie Adaś żartów i docinek od metra, bo dzieci potrafią być okrutne. Robił co mógł by zatrzeć niekorzystny imidż lalusiowatego okularnika, ale nie zawsze wychodziło. W międzyczasie zmienił okulary na bardziej subtelne, ale głęboka wyrwa w Adasiowym umyśle pozostała. Wciąż robił wszystko by inni uznali go za fajnego gościa.

W zaawansowanych latach 90' trafił Adaś do Niemiec. Do naszych zachodnich sąsiadów. Duże przeżycie, bo pierwszy raz w życiu przebywał w państwie innym niż kraj demokracji ludowej. Pławił się w niemieckim dobrobycie ze dwa tygodnie. Wypoczął, niemieckiego piwa opił i wrócił. Od tego czasu nabrał irytujących nawyków. Zakupy robił w markecie, tanksztele zastąpiły stacje benzynowe. To było takie fajne; według Adasia.

Siedzę sobie zatem w aucie z wyżej wymienionym towarzystwem. Nie ukrywam, fajczymy. Lolek krąży tempem miarowym, muzyka sączy się powoli z głośników, a dyskusja układa równie powoli jak muzyka sączy. Głos zabiera Adaś
- Trzeba by było podskoczyć na tanksztele kupić coś do picia. 
Zasadniczo niby i racja, bo w ustach zaschło i pić się chce, ale widzę, że Wycha procesuje. Ma prawo, bo auto jego, w zasadzie ojca, a w sumie to nie wiadomo czyje. Otóż trzeba wiedzieć, że Tata Wychy, Henryk, prowadził liczne interesy, które posiadały wspólny mankament. Zwykle nie wypalały. Ale miał też w sobie werwę i zapał, a co najważniejsze pieniądze by zaczynać nowe. Pewnie po nim Wycha dziedziczył optymizm. Henryk był tak zadłużony, że aby ustrzec majątek przed komornikiem rozpisał go na członków całej rodziny. Stąd nie wiadomo, kto w rzeczywistości był formalnym właścicielem auta.

Wycha sobie sprawę niespiesznie przeprocesował i odezwał się mniej więcej w ten sposób,
- Wiesz co?! Wysiadaj! Tam masz granicę - wskazał Adasiowi dłonią orientacyjny kierunek - idź sobie qrwa na tą tanksztele, a my się bujniemy na stacje benzynową. 
Adaś przeszedł błyskawiczną terapię i nie słyszałem nigdy później aby wspomniał cokolwiek o tankszteli.

Drażnią mnie makaronizmy i piętnuje je wszędzie gdzie napotykam, ale rozumiem, język polski ewoluuje. To akurat usłyszałem od profesora Miodka. Bardzo go lubię i cenię.
Ilość przyswajanych przez nas informacji mocno się zwiększyła, a potrzeba ich szybkiego przekazania sprawia, że język musi być prostszy. To język ma być na potrzeby człowieka, a nie odwrotnie. Internet i wszystko co z nim związane wprowadziły dużo obcobrzmiących naleciałości. Rodzimy język nie był przygotowany i często nie posiadał w swym zbiorze odpowiedniego słownictwa, najczęściej branżowego, więc poprzez umasowione użycie zdołało się ono, to obce, upowszechnić. Jest piłka nożna i jest futbol. Oba zwroty funkcjonują dzisiaj zamiennie, aczkolwiek futbol kiedyś również musiał dotrzeć do Polski, a nikogo dziś nie obrusza jego angielskie pochodzenie. Zejdzie z tego świata pokolenie moich rodziców, mi z męskich przyjemności pozostanie jedynie golenie, a pewnie wtedy lajfstajl, a nie styl życia będzie czymś tak polskim, że nikt nie będzie pamiętał ze zlepku jakich słów się wzięło. Przykłady mógłbym i można by mnożyć, ale przecież nie jestem specjalistą językowym.

Moja odezwa ukierunkowana jest w stronę, na co często się powołuję, utrzymania zasady złotego środka. Przed angielskim nie uciekniemy. Niestety, dziwnym zrządzeniem, Brytyjczycy przekonali świat, żeby uczył się ich języka. Sami swoje mózgi mają chyba zbyt nasiąknięte alkoholem, by posiąść znajomość jakiegokolwiek innego. Walczą ze zjawiskiem od dawien dawna Francuzi i jest to walka z wiatrakami. Mimo wszystko posiadamy bardzo bogaty język z mnogością opisowych określeń i nie trzeba przyjmować wszystkiego w ciemno. Panująca dziwna moda na obcobrzmiące sentencje w zdaniach, mająca dać świadectwo obycia i otrzaskania jest buraczana. W równym stopniu jak kampania buraczana w PeeReLu. Walczę i będę walczył ze zjawiskiem jako ten Zawisza samotny rycerz. Taki czelendż.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

29 lis 2016

Black friday z Helen Mirren, czyli jak nie ulegać promocjom


Zarejestrowałem się na usługę do mojego londyńskiego stylisty fryzur z Brazylii. Douglasa przedstawiać nie muszę, bo już to kiedyś uczyniłem. Na znudzonego musiałem chyba wyglądać siadając na fotelu, bo nim rozpoczął harce z moimi lokami, położył na pulpicie kilka kolorowych czasopism. Takich, które zwykle zalegają w poczekalniach. Okładkę wierzchniego zdobiły elektroniczne gadżety.
- Black friday. Może chcesz przejrzeć? 
- Nie, dzięki. To szaleństwo. Nie dla mnie.
Wpadam w letarg, a Douglas tnie.
* * * 
Buty do biegania stanowią jeden z najdroższych elementów mojej garderoby. Jeżeli wziąć pod uwagę ich stosunkowo krótki okres żywotności, inwestycja z perspektywy biznesowej średnio opłacalna. Kupuję nowe, a już następnego dnia rozpoczynam poszukiwania kolejnej pary, bo to nie takie proste zsumować jakość, cenę i odpowiadającą mi estetykę. Wyszukiwarka chyba zdążyła poznać moje preferencje markowe i wie co sobie upodobałem. Od kilku tygodni prowadzę poszukiwania gwałtowne, zakrawające nawet o paniczne, ponieważ w prawym trzewiku aktualnie użytkowanej pary, pojawiło się niepokojące przetarcie, które rychło przerodzić się może w dziurę.
* * * 
Londyn zwariował, a „Black Friday” zaatakował z całą mocą. Nie sposób przed nim uciec. Jakby wszystko inne schodziło na dalszy plan. Media pompują balon i próbują stworzyć z zakupowego obłędu świąteczny rytuał. Nadać mu głębszy sens. Londyn świruje. Grzmi radio, sklepowe witryny bombardują przekazem zachęcającym do skorzystania z oferty, skrzynka pocztowa wystawiona zostaje na ostrzał przychodzących materiałów promocyjnych, a wyszukiwarka automatycznie wyrzuca coraz to nowe i lepsze oferty. Obłęd zmiksowany z szaleństwem, nie doświadczane dotąd przeze mnie w żadnym kraju. Ubiegłorocznego przejawu masowej psychozy uniknąłem ponieważ przebywałem akurat w Polsce. Ominęło mnie. W tym roku znalazłem się w epicentrum.

Nie można ludziom zabronić. Podnosić argument, że nikt nikogo na siłę, że nikt nikomu nie karze? Raczej słabe. W każdym razie, żadna tradycja, a nachalne manipulowanie. Całkowita obłuda, bo gdzie te media, które potrafią nas, znaczy społeczeństwo ganić za konsumpcyjny styl życia? Gdzie gremia mądro głowych socjo-psychologów aby zagrzmieć donośnie - Qrwa! Ludzie opamiętajcie się!
 * * * 
Myślałem o sobie jako jedynym mądrym. Trwało to gdzieś do wczesnego popołudnia, ale Google odczekał, uśpił czujność i bach mi te buty na pulpit w cenie prawie, że za darmo. Kto by nie skapitulował? Zapory i blokady bezpieczeństwa zostały ominięte.
Jak to…? Za taką cenę…? Okazja! Może online kupić, nie będę musiał jechać? Ale jak online? Muszę przymierzyć, dopasować. Jadę! Nawet nie sekunda, a doświadczyłem myślowej Niagary. Nieco karkołomne, bo musiałem się udać na Oxford Str., ale - dam radę - myślałem. W pochodach pierwszomajowych chodziłem, to i z tłumem na Oxford sobie poradzę.
Wystukałem numer do Nati, której nieskładnie wytłumaczyłem w czym rzecz. Że ja tu, buty tam, cena dobra, mogą wykupić, trzeba się spieszyć, sama rozumiesz...
- Dobrze, to jedź. Ja ci do tego nie jestem potrzebna, ale może spotkamy się w mieście?
- Dobra. Pa. Lece, śmigam... 

Autobus numer 73 skręca w prawo i wjeżdża na Oxford. Nie wygląda to dobrze. Stopień wyższy słowa „tłum” brzmi „Oxford Str”. Ludzie przemieszczający się ulicą przypominają zombi. W oczach obłęd i otępienie. Niemożliwe aby wywołać taki stan bez użycia środków odurzających. Mam ochotę krzyczeć do kierowcy „Zawracaj! Spierdalaj!”.

Przystanek autobusowy usytuowany jest bezpośrednio przy wejściu. Punkt dla mnie. Może nie nazwałbym tego przemknięciem, ale zaatakowałem tłum pod kątem 90 stopni i po chwili chamskiego przepychania już byłem w sklepie. Przystojny, śniady młodzieniec z warkoczykami - wyglądał jak klon Milli Vanilli - dostarczył mi trzy pary tych samych butów. Skarpetę od buta lakierka zastąpiłem skarpetą sportową i rozpocząłem taniec godowy. Na jednej nodze but większy, na drugiej mniejszy. Podskakuje, biegam po sklepie, przysiady, prostuje nogę, sprawdzam ile luzu w bucie, a Milli Vanilli rzuca mi spojrzenia, jakby w obawie, że zaraz mu w tych butach dam dyla ze sklepu.

Wybrałem. Z butami pod pachą, gotowy jestem przemieścić się do punktu opłat, ale jak z kapelusza pojawia się Milli Vanilli i oferuje swoją pomoc w doniesieniu butów do kasy. Miło z jego strony. Zanim wyruszyliśmy w podróż do kasy zapytałem, czy buty na pewno objęte są obniżką. No i można powiedzieć, że Milli Vanilli wyrwał mnie z butów, które trzymał nota bene pod pachą, bo niestety, oferta ważna tylko w sklepie online. Z miejsca straciłem cała sympatię do Milli Vanilli.

Wyszedłem ze sklepu, stanąłem za rogiem, by tłumowi nie przeszkadzać w swobodnym przepływie. Tyle trudu, poświęcenia, wysiłku aby w czarno piątkowym obrządku wziąć udział i wszystko na chuj. Mogłem siedzieć w domu i grzać teraz nogi pod kocem. Przynajmniej rozmiar dobrałem i będę mógł w necie zamówić. Zadzwoniłem do Nati. Cierpliwie wysłuchała historii mojej czarno piątkowej klęski. Już mieliśmy kończyć, już prawie, odwracam się i stoję twarzą w twarz z... Helen Mirren. Jak stałem, tak mnie zatkało. Zaniemówiłem. Nie taka sztuczna i plakatowa Helen Mirren. Całkowity oryginał, z krwi i kości. Nati do słuchawki wykrzykuje jesteś? jesteś?, a ja przecież nie powiem, że stoję 30 centymetrów od Helen Mirren, bo mnie usłyszy. Musiałem więc odejść kilka kroków, żeby nie wyszło jak w skeczu u młodego Stuhra i powiedzieć Nati
- Ty wiesz kto tu obok mnie stoi...
Wprawdzie nim odszedłem i szeptem znanym ze szpiegowskich filmów wyjawiłem kto przy mnie stoi, Helen Mirren była mi się gdzieś rozpłynęła w tłumie, ale zawsze to razem z Helen Mirren na Oxford Str. w czarny piątek. Czad.

Popołudnie stracone, ale buty zamówię w necie. Przecinam kolejne ulice, bo umówiliśmy się z Nati na Covent Garden. To niedaleko. Mam czas, chętnie się przejdę, zobaczę świąteczne iluminacje. Odbijam od Oxford jak najszybciej. Docieram na Regent Str. Coś jest nie tak, inaczej. Ulicę rozświetlają imponujące anieli rozwieszone między budynkami, ale oprócz tego widzę ciemność. W oknach ciemno, sklepowe witryny ciemne, latarnie ciemne. Nie ma prądu. Blackout. Niesamowite wrażenie. Picadilly pogrążone w ciemności i nawet ściana reklamowych neonów zieje nicością. Trochę jak w filmie katastroficznym. Ogarnięte ciemnością miasto i ludzki materiał w ilościach nie mających końca. Kiedy spotykamy się z Nati, staramy się znaleźć miejsce, w którym moglibyśmy usiąść na kolacje. Niestety, Soho pozbawione jest prądu. Knajpki, restauracje zawieszają działalność. Atrakcja przeradza się w uciążliwość. Znalezienie wolnego stolika to cud. W końcu się udaje.

W oczekiwaniu na starter, próbujemy zamówić buty. Bezskutecznie. Siedzimy w piwnicy, zasięgu nie ma. Nati ponawia próbę, kiedy wracamy do domu autobusem. No i znowu już prawie, już prawie mam te buty, już prawie w nich biegnę, ale okazuje się, że qrwa nie ma mojego rozmiaru. Do dupy z takim Czarnym Piątkiem. Przynajmniej nie uległem ogólnemu szaleństwu.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

8 lis 2016

Hygge, duński styl który uczynił mnie trendseterem


W scenie prawie końcowej filmu „Pożądanie” pada zdanie - aby historia nie mogła się skończyć, nigdy nie może się zacząć. Film polecam nie tylko ze względu na piękną Sophie Marceau, która w nim występuje, ale również dlatego, że traktuje z wdziękiem miłość, pożądanie i że francuski, a oni takie filmy o zawiłościach damsko męskich tworzą z lekkością. Wspominałem w poprzednim tekście, że sentymentalny z natury jestem i jakby na potwierdzenie dodam, że lubię taki film obejrzeć, gdzie on kocha ją, ona kocha jego, ale nie do końca im kochanie wychodzi. Wracając zatem do owego zdania, przekuję je na własne potrzeby, co fachowo się zdaje parafrazą nazywa. Jeśli historia ma się skończyć, to musi się kiedyś zacząć. Czyli w moim przypadku, ni mniej ni więcej, muszę zacząć ją pisać. Ale po kolei.
* * *
Informuję, że jesień rządy przejęłą, gdyby zdarzyło się komuś nie dostrzec. Przypomina nie tylko kalendarz, ale i okoliczności przyrody za oknem. Dzień krótszy, wieczory zaś dłuższe, a słońce reglamentuje swoje wdzięki. Deszcze, wiatry, zawieruchy, a wkrótce jeszcze zamiecie i żadnej nadziei na rychłą poprawę. Taki mamy klimat, powiedział ktoś kiedyś, i nic się nie da z tym zrobić. Chyba, żeby na ulicach ustawić automaty, takie jak z lizakami w lunaparku. Wrzucasz monetę i wychodzi słońce. Pół godziny za pięć zeta. 10 zł to półtorej godziny, bo w promocji. Niestety, ale to chyba tylko w Nibylandii, chociaż kto wie nad czym NASA dzisiaj pracuje? Pozostaje kanapa, sofa, wygodny fotel lub czym kto dysponuje oraz koc i herbata, najlepiej taka z sokiem malinowym. Sposób stary i sprawdzony.
Od dawna, czyli czasów kiedy nie miałem jeszcze twarzy pooranej bruzdami dojrzałości, staram się, do spółki z Nati, przetrwać w powyższy sposób ciężkie, jesienno zimowe chwile. Domator jestem z zamiłowania i w jesienno zimowy czas, lubię ugrząźć pod kocem z herbatą malinową w dłoni. Spędzamy tak razem do pary jesień i zimę, grzejąc się pod kocami, popijając herbatę i rozświetlając mieszkanie świeczkami. Ich blask nadaje lepszej aury, ciepła i przytulności. Nawet gdy zdarzy mi się spędzać samotnie wieczory, obstawiam się nimi, chociaż ani ze mnie gej, ani pedał, czy też lesba. Bo każda lesba to pedał, jak powiedziała kiedyś nieznana mi bliżej pani w telewizorze, ziejąc wściekłą nienawiścią do wszystkiego co wokół. Tak mnie wtedy wystraszyła, że od razu wyłączyłem telewizor. Bałem się, że z niego wyskoczy i rzuci mi się do gardła.
* * *
Zasadniczo, w tym właśnie miejscu powinienem rozpocząć swoją opowieść, ale posiadłem trudne niekiedy do zniesienia upodobanie do zbyt długich wprowadzeń. Opisane przeze mnie kilka zdań wcześniej czynności, to taki domowy sarwiwal na jesień i zimę. Przetrenowany nie tylko przez nas, ale i szerszą rzeszę lubiących kocowy klimat. Model odpoczynku przechodzący z ojca na syna, z matki na córkę (by kobiety nie czuły się pokrzywdzone), z pokolenie na pokolenie.
Londyn stworzył nam warunki idealne, bo gdzie jak gdzie, ale aura bywa tu podła. Akceptowalnego wymiaru, nabiera dopiero obserwowana spod koca i perspektywy za okiennej. Koce posiadamy, a jakże. Grube, duże, wełniane, milaśne i zapewniające ciepło. Zazdrości nam ich cała dzielnica, a przypuszczam, że po cichu również rodzina królewska. Takie z tych opatrzonych szyldem - zawijam się i nie wychodzę. Ja mam swój, Nati swój.
I podczas jednego z tak reżyserowanych wieczorów, zdaje się był wtorkowy, gdy ogarnęła mnie przyjemna błogość, a najdalej wysuniętemu punkcikowi moich stóp zdołałem przywrócić ciepło polegując pod kocem, Nati odpaliła we mnie słowami, które stały się początkiem naszej kulturalnej rozmowy. W sumie wywodu Nati. Jako kobieta bywała i bardziej świadoma, poinformowała mnie, że to co w danej chwili uprawiamy nazywa się Hygge i jest aktualnie panującym lajfstajlem.
- Znaczy się co? - zapytałem ślubną
- No właśnie to. Przytulne, dające uczucie ciepła wnętrze, świeczki, pledy, koce, herbata, książka, itd. Takie zorganizowanie wnętrza i otoczenie się przedmiotami, które sprawią, że przetrwanie zimy stanie się łatwiejsze i bardziej pogodne. Taka duńska kultura.
- Taaaaa…..? Ale my to robi... 
- Nieważne. Teraz jest to lajfstajl 
- Aaaaaaa...
Myślałem, że sobie żartuje, ale nie. Rzecz ma się poważnie i jest próbą sprzedania kolejnej mody dla znudzonego życiem wycinka społeczeństwa. Przywędrowała lub ściągnięto ją z Danii i się panoszy. Na księgarnianych półkach nie brakuje instruktażowych książek, jak do zagadnienia Hygge podejść, w co również nie byłem skłonny wierzyć. Wprawdzie ufam Nati bezgranicznie, ale sprawdziłem.
Weekend spędzałem samotnie, bo Nati na babskie spotkanie się wybrała gdzieś w Europe. Wobec tego, pojechałem w sobotę odebrać trzewiki ze sklepu, które sobie wcześniej zamówiłem. Księgarnie miałem po drugiej stronie. Pomyślałem, że zajdę. Tym bardziej, że fajne i skromne dziewczyny nieraz się tam przechadzają. Zerknąć nie zaszkodzi. Dziewczyn nie było, za to Hygge jak byk na półkach stoi.
* * *
Duńczycy, których język brzmi jak bulgot stada wystraszonych fok, zaszczepili nowy trend. Nie klabing, nie melanż w kafe z late, a Hygge. Teraz mężczyzna z brodą i jego okulary w rogowych oprawkach oraz ich damska odpowiedniczka uprawiają Hygge. Co to jednak za przyjemność uprawiania Hygge w samotności, kiedy nikt nie widzi? Nic straconego przyjacielu z brodą. Znam przynajmniej jedną knajpę gdzie można Hygge uprawiać. Można, bądź można było, bo dawno nie byłem.
Mój ulubiony Plac Zbawiciela, a knajpa tak natchniona, jak i zintelektualizowana. Niespełnieni artyści, tacy sami muzycy, intelektualiści, przedstawiciele wolnych zawodów oraz wszyscy, którzy pragną i pragnęli być za nich uważani. No i studentki kierunków humanistycznych pozujące na dorosłość. Frappe, czy latte? Miny znudzone, przechodzące w zblazowanie. Niemal każdy bez butów bo taki tam lans. Dziwne przekonanie, że to dodaje luzu. Więc skłonny jestem sądzić, że to odpowiednie środowisko dla Hygge.
* * *
Morał jest nawet budujący. Fakt, ktoś stara się sprzedać jako styl życia dawno wymyśloną oczywistość, ale co mnie to. Przynajmniej mam pretekst do kpin. Najwyraźniej znajdzie się głupi, potrzebujący przewodnika. Kupi wszystko byleby tylko nosiło znamiona trendu. Dla mnie ma to inny wymiar. Awansowałem do trendseterskiej awangardy. Pierwsza liga. Nie wiadomo komu i kiedy bije dzwon. Wchodzę pod ten koc zapamiętale od przed wojny. Ktoś mógłby powiedzieć, nudziarz. A tu proszę. Nie nudziarz, lecz znawca trendów. Nie wiadomo czy moje dzisiejsze dziwactwa za jakiś czas nie zostaną uznane za stylowe. Oczywiście poza oglądaniem świerszczyków pod kołdrą w świetle latarki. To jest naganne, ale jak się powstrzymać?
Wszystkim życzę miłego uprawiania Hygge w długie, zimowe wieczory.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

27 paź 2016

Wakacje - 10 lat połączone z nostalgią


Wakacje mimo niezaprzeczalnych zalet, obarczone są również wadami. Naliczyłem trzy. Trwają zbyt krótko, zawsze następuje ich koniec, trzeba z nich wrócić. W zasadzie jedna wynika z drugiej.
Będzie więc trochę o wakacjach, ale niespójnie, nieskładnie i miejscami być może chaotycznie, bo do rzeczywistości - tej szarej, ponurej z ołowianym niebem - wracam powoli i opornie. Podobnie jak do klepania w klawiaturę, ale boję się, że emocje i odczucia mi towarzyszące z każdą godziną się oddalają. Dlatego staram się mimo wszystko tekst w spójną całość poukładać i puścić, bo to co aktualnie wydaje mi się warte wzmianki, za parę dni być może okaże się śmieszne.
Głupi nie jestem i niech wystąpi przed szereg ten, kto twierdzi, że na takiego wyglądam. Aby nie stracić żaru wspomnień i przeżyć, złote myśli notowałem w swoim Ciaku (lokowanie produktu) jeszcze na pokładzie AlItalii, która niosła nas do Londynu. Nota bene niezbyt się popisała. Przymusowy nocleg w Rzymie i pakiet perturbacji w pakiecie gratis otrzymaliśmy. Przerzucam zatem niezdarnie formułowane myśli z papieru na ekran i niewiele zmieniam. W samolocie byłem zasmucony do tego stopnia, że na odpalenie ermaka nie miałem ochoty.

NOSTALGIA 
Nachodziła mnie często. W Isoli byliśmy dokładnie 10 lat temu. Nostalgia, jak powiedziała moja mądra Nati, związana jest z tęsknotą za czymś. A moja za czym? Problem upływającego czasu i siwiejących skroni dotąd mnie nie nurtował. Wciąż wyznaje teorię głoszącą - dobrze utrzymani, szpakowaci mężczyźni w średnim wieku są wartością wschodzącą na rynku. W czym więc rzecz? W gruncie rzeczy, przy całym moim chamstwie i niekończących się złośliwościach, to chyba sentymentalny jestem. Tak mi wychodzi z obliczeń.
10 lat naszego i nie tylko życia. Dużo i mało. Co się wydarzyło, a co pozostało tylko planami i wydarzyć się jedynie mogło, gdyby nasze wybory były inne? Jaka liczba znajomych zniknęła z naszej orbity, a ilu pojawiło się nowych?
10 lat temu nie byliśmy jeszcze, ja mężem, a Nati żoną. Nie myśleliśmy o rozpisanym na 30 lat kredycie. 10 lat i 4 różne kraje zamieszkania. Ani w głowie mi to było, kiedy w październiku 2006 roku prężyłem się na Janikowym tarasie popijając kawę. Siedząc teraz, zastanawiałem się, czy coś nam umknęło, czy może teraz umyka, czy jesteśmy tam gdzie być chcemy? W końcu, 10 lat temu mieliśmy lat 30-ci, a kto nie chce być młodszy? Taka wspomnieniowa podróż.

WAKACJE
Dały mi to, czego oczekiwałem, ale południe Włoch, to nie urocze niewielkie miasteczka i kadry z romantycznych filmów o Italii. Wcale piękne, w żadnym miejscu bajeczne. No może ciut przesadzam, lecz to nie Włochy jakie widnieją na pocztówkach. Isola, najbliższa Santa Christinie wioska, jest brzydka i obskórna. Z każdego kąta wyziera ubóstwo łamane przez zaniedbanie. Klimatu nadają pizzerie z piecami opalanymi drewnem; rząd staruszków siedzących na placu przed ratuszem. Na ulicach panuje radosny brak zasad, ale w tym szaleństwie - nieprzestrzegania odgórnie ustanowionych przepisów - jest metoda. Szybko się jednak można połapać o co w tym ulicznym zamieszaniu chodzi. Mimo wszystko, po zapoznaniu się z sytuacją okazuje się, że jakieś zasady panują. Właściwie jedna. Trzeba być zdecydowanym w swoich zamierzeniach (tych na drodze) i wprowadzać pewną ręką w życie. Żadnego STOPu, żadnego pierwszeństwa, czy skrzyżowania równoważnego. Nie! Trzeba umiejętnie balansować na granicy wymuszania i tego, na co w danej chwili można sobie pozwolić. Jakkolwiek byłoby to pozbawione sensu, tam sens posiada. Pogarda dla przepisów tak, ale bez porywczości i złośliwości. Włoch na drodze natomiast, jest w stanie wybaczyć wszystko. Nawet najdziwniejsze ewolucje, tylko nie brak zdecydowania w poczynaniach na drodze.
* * *
Czas w Isoli upływał w zwolnionym tempie. Istotne, stało się nieistotne. Poczta meilowa przestała mnie interesować, chociaż łącze onlain utrzymywało mnie w granicach cywilizacji. Na wszelki wypadek.
W tym spowolnionym świecie okazało się, że przytargałem ze sobą więcej niż potrzebuję. Moda i miejski szyk zeszły na dalszy plan. Trzy koszulki, prane i noszone na zmianę, wszystkie niebieskie, co raczyła mi wytknąć Nati. Szorty, dwie koszule, długie pory, gatki kąpielowe, rozczłapane adziorki, które w dniu wyjazdu skończyły w koszu, buty wsuwki oraz flip flopy. Okazało się, że wystarczy. Może jeszcze bluza i szal, bo Etna ze swoimi okolicami kiedy do nich dotarliśmy, okazała się zaskakująco gwiżdżąca. Jak ta głupia cipa przytargałem walichę wypchaną większą ilością rzeczy niż ludzie tu, znaczy tam, mają na cały rok. A wszystko wyłącznie na wakacje.
* * *
Cisza, cisza, cisza. Niczym nie zmącona cisza. Przeleci mucha, zabrzęczy osa. Cisza. Po pełnym jazgotu, przepełnionym wszechobecnym pośpiechem i hałasem Londynie niesamowite uczucie. Wyłącznie szum generowany przez wiatr, drzewa, palmy i w oddali mare. Bella mare. Pierwszy z wieczorów spędziłem na balkonie siedząc w ciemności, popijając wino i wsłuchując się w to czego nie słychać. W ciszę. Błogość.
Budziłem się wcześnie. Organizm wytrenowany, nawyków szybko nie zmieni. Poza tym lubię. Otwierałem okiennice oraz okna, a podczas golenia powoli nastawał dzień. W czasie śniadania popijanego zbożówką obserwowałem z tarasu poranne słońce, które wyłaniało się z morza. Szedłem biegać.
Bardzo szybko wszedłem na pułap „może jutro”, czyli domani bardziej znane jako maniana. „Może jutro pojadę do Castelli”, „Może jutro spędzę dzień wykazując się większą aktywnością”, „Jutro zrobię…”. Teraz książka i plaża, reszta jutro. Planowałem coś napisać. W tym celu zabrałem ermaka. Wstrętu jednak jakiegoś do klawiatury nabrałem. Bo czy to teraz ważne, i po co mi to składanie wyrazów w logiczną całość?
Bez małych spraw składających się na te duże, wywołujących irytacje i nerwy. W zamian kawa parzona w kawiarce do kompletu z książką na tarasie. Aktywność, która ograniczała się do przejazdu do Isoli po wino, winogrona, wędliny i sery oraz zagwarantowanie sobie czegoś na kolację. Drzemka po lanczu na tarasie, czy leżak na plaży? Problemy pierwszego świata. Innych nie miałem. Plaża natomiast cicha i opuszczona. Bez zgiełku, wrzasków i zalegających tłumów. Szum fal, leżak, książka, drzemka. Cudowne nic nie robienie.
Po południu Prosecco na orzeźwienie. Dużo się lało, a przyjazd Kamy i Grega jakby wzmógł jeszcze proceder. Wspólne kolacje, dobre jedzenie, dużo wina i przegadane wieczory. Tylko śpiewać mi zabronili.

PO WAKACJACH
To były nasze pierwsze wakacje z prawdziwego zdarzenia od 2011 roku. Pierwsze również tak długie, bo trzy tygodniowe, choć spędzane częściowo oddzielnie. Nati po wizycie w Singu przyjechała do mnie mocno naładowana. Potrzebowała kilku dni by wyhamować i przejść na inny tryb, nieco wolniejszy. Porzucić miejski. Musiałem tego mocno pilnować, bo bywało, że pędziła tak, iż nie miała czasu na kawę. Miniony rok i jeszcze obecnego połowa był dla ciężki. Staneliśmy obozem na wyspach. Stres przeprowadzki z Singapuru, osadzenie i odnalezienie ścieżek w nowych okolicznościach. Teraz, wypoczęty i z perspektywy czasu to widzę. Wakacje były jak lekarstwo. Kiedy dobiegały końca, gula w gardle sukcesywnie się powiększała. Osiągnęła wielkość nieprzełykalną w chwili gdy ostatecznie porzuciliśmy na parkingu naszą 500tkę, która woziła nas dzielnie po Kalabrii i części Sycylii. Bardzo lubię te nasze niespieszne podróże autem i dialogi nie za bardzo rozsądne. Jak choćby ten, o znanych kobietach, dla których tu i teraz gotów jestem paść na kolana. Ja swoją listę podałem. Wyszło, że Nati jest piątą w kolejności żoną. Po naciskach i długich namysłach, ze swej strony zdołała podać tylko jednego mężczyznę, którego pojawienie powinno wywoływać u mnie trwogę. Powinienem się cieszyć, czy nie chciała mnie dołować?
Codzienne czynności uznawane za ważne zatraciły podczas pobytu w Isoli swój sens, zbladły. Byliśmy w stanie się bez nich obejść. Po trzech tygodniach letargu byłem wystarczająco naładowany ciszą i spokojem (do czasu lądowania w Rzymie, a później Londynie). Ukojony. Byłem gotów by wyjeżdżać. Problem nie leżał już w tym co opuszczam, lecz w tym gdzie się udaje i świadomość, że duże problemy zaczynają się od małych. Duży stres zaczyna się od małego. Małe rzeczy rozrastają się potęgując frustrację, zmęczenie do dużych rozmiarów. Nie chcę na to pozwolić. Bywa, że sam sobie narzucam rodzaj zachowań, czynności, które mając mi przynieść satysfakcje, w gruncie rzeczy jej nie dostarczają. Wiele rzeczy, które „muszę” wcale nie „muszę”. Bez nich też będę żył, ziemia będzie się kręcić, a słońce wschodzić na wschodzie. Błahostki, które dorzucają do pieca. Strona się nie ładuje, bądź robi to wolno, lot opóźnia, a stary dziad przy kasie za wolno szuka drobnych. Naiwny nie jestem. Wiem, że nie da się przeżyć życia jak na wakacjach, ale spróbuję nie poddawać się własnemu rygorowi nakręcania sprężyny. Czytam „Sens” i prenumeruję „Charaktery”. Dokonałem wglądu we własne wnętrze i zobaczyłem w nim, jak wiele sytuacji stresogennych mógłbym, mogę uniknąć. Tylko czy to mi się uda, bo to zawsze takie chciejstwo pourlopowe, podobne do noworocznych założeń. Ocenię podczas następnych wakacji.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers