6 kwi 2017

Halo, halo... czy ja mógłbym mówić z Elżbietą?


Największy kłopot przysporzył mi tytuł. Bo co wymyślić żeby było choć trochę inaczej i przyciągnąć oko? Poza tym, co można napisać o mieście, w którym byli już chyba wszyscy i o którym napisano już prawie wszystko?
To nie przypadek ani nagła myśl, że Londyn pojawia się w moim tekście. Kwestią czasu było, kiedy zacznę się z nim okładać na dobre. Oswajanie zabrało mi tylko więcej czasu niż przypuszczałem że zajmie, bo właśnie mijają dwa lata gdy obóz w Londynie rozbiliśmy.

Podobnych słów można zapewne w necie wyczytać na metry, ale spróbowałem naszkicować Londyn na jakiego opis jeszcze nie trafiłem. Niewiele w nim będzie o parkach, kwiatkach, skaczących wiewiórkach i atmosferze Soho, chociaż nie twierdzę, że nie ładne i że nie ma. Są, tylko w niejednym miejscu już opisane. Poniższy tekst to moja odpowiedź na pytanie - „Jak Ci się podoba w Londynie?”. W końcu zebrałem się do wyrażenia swojej opinii, przez nikogo nie prostowany jak bardzo się mylę i że jestem w błędzie. Bo występuje w ludziach parcie aby przekonywać do własnych racji. Ciężko się niektórym pogodzić z odmiennością opinii.

LONDYN NA DZIEŃ DOBRY

Londyn nie zawojował mojego serca i chyba nie zawojuje. Wrażenie można zrobić tylko raz. Po Singapurze zdawał się być miłą perspektywą i cieszyłem się na taką odmianę. W końcu Europa. Ale entuzjazm trwał krótko i z każdym dniem, tygodniem, miesiącem parował.
Często zachodzę w głowę, czy Anglia to Europa? Sami Anglicy mają pewnie na ten temat podzielone zdania. Mnie zaś dziwi, że w chwili swej wielkości, imperium nie obwołało się osobnym kontynentem. Miarkując rozmiary angielskiej megalomanii, nie dziwiłoby to aż tak bardzo. Wszak przeświadczenie wyższości i dominującej pozycji nad innymi nacjami towarzyszy Anglikom na co dzień. Sprawia, że przestali o nim mówić na głos i kogokolwiek przekonywać. Oni wiedzą i świat również powinien być od dawna tego świadomy.

Trafiliśmy do Londynu wczesną wiosną, czyli porą o jakiej marzyliśmy będąc w Singapurze. Śpiew ptaków, świeża zieleń, słońce i cudowne zapachy budzącej się przyrody. Wiosna co dodaje animuszu i sprawia, że chce się żyć. Nabijałem w tym czasie mnóstwo kilometrów, przecinając miasto w każdą stronę podczas długich wędrówek. Tej możliwości brakowało mi w Singapurze i nią się delektowałem.
W City napawałem się widokiem monumentalnych budynków, które zresztą nieustająco podziwiam. Lubię uprawiać people watching więc oddawałem się temu bez końca, przyglądając się ludziom pracującym w instytucjach finansowych. Wszyscy w świetnych, chociaż osobiście wolę sznyt włoski, często krojonych na miarę garniturach. Mowa o mężczyznach, kobiety najczęściej w damskich odpowiednikach, garsonkach, którym także nić dodać nic ująć. Podejrzewam, że w pięknych biurach usytuowanych w równie imponujących budynkach. Zamknięci w getcie luksusu zarządzają finansami Świata. Czy znają jego potrzeby, poza jedną - jak wycisnąć jeszcze więcej szmalu? Co dla nich oznacza bieda w afrykańskim kraju, któremu udzielenie pożyczki trzeba rozpatrzyć? Pewnie nic. Bo jak dostrzec suszę urzędując w oazie?

GRA W KLASY

Widziałem w swoim życiu spory kawałek świata i nie mogę powiedzieć, człowiek ze mnie bywały, ale nie spotkałem się i nigdy dotąd nie byłem w miejscu bardziej sklasowanym społecznie niż Londyn. W miejscu, gdzie jest to odczuwalne tak intensywnie jak tutaj. To sieć niepisanych umów społecznych, na pierwszy rzut oka nie dostrzegalnych i trudnych do zdefiniowania, ale które są przestrzegane i respektowane przez ogół społeczeństwa. W tej nieformalnej drabince społecznej pozycja emigrantów lokuje się nisko. Niestety zbyt często niżej aniżeli lokalnych penerów i beneficjentów pomocy społecznej.

W Katalonii króluje powiedzenie - Katalończykiem się nie rodzisz, Katalończykiem zostajesz. Londyn zaś oferuje wersję odwrotną powiedzenia. W Londynie, przyjezdny pozostanie przyjezdnym. Tolerowanym, akceptowanym, ale przyjezdnym. Nieistotne czy przybył z innego kraju, czy tylko z prowincji, obowiązuje etykietka jedna dla wszystkich.
Czynników, które określają pozycję jest ogrom. Kod pocztowy, szkoła do jakiej uczęszczają dzieci, sklep, w którym robisz zakupy, akcent w mowie, miejsce pochodzenia … Ktoś może powiedzieć, że podobnie dzieje się na całym świecie. Z pewnością, ale nigdzie tak wyraźne jak tutaj dlatego towarzyszy mi związana z tym mieszanka odczuć. Skostniały i mocno osadzony w fundamentach, nieskory do zmian kręgosłup społeczny trochę mnie fascynuje, budzi zaskoczenie, ale napawa również swego rodzaju niechęcią.

PROSTOTA I PROSTACTWO

Największe zaskoczenie wzbudziło i wciąż wzbudza we mnie prostactwo z jakim stykam się na co dzień. Mówię o prostactwie, nie prostocie i dobrze oba pojęcia rozgraniczyć.
Upłynęło sporo czasu i można by pomyśleć, że powinienem się przyzwyczaić, ale wciąż zaskakują mnie jego rozmiary. Londyn to nie melonik i laska. Przytoczenie konkretnych przykładów jest piekielnie trudne, ponieważ często to szereg wydaje się drobnych zachowań wyrwanych z kontekstu, ale zapisanych w przyjętym kodeksie zachowań. Powszechna i spowszedniała wulgarność oraz ordynarność spotykana na ulicach, w metrzem, autobusach. Wszędzie wokół. To zwierzęce spożywanie alkoholu. Do upadłego. Do sponiewierania. Jakby został odkryty i zaprezentowany angielskiemu narodowi dopiero wczoraj. Obrzygane, zataczające się panny, które w alkoholowym wyzwaniu starają się dorównać mężczyznom; dżentelmeni z pasją znaczący chodniki swoimi rzygowinami. Jak psy z łańcucha. Krzykliwi, ujadający i zaczepni. Irytująca mieszanka.
W swej złośliwości zastanawiam się co przynosi mężczyzna na randkę z angielską damą, kwiaty czy butelkę wódki? Angielskie kobiety i dziewczęta posiadają w sobie wdzięk radzieckiego czołgu.

Siłę alkoholowego rażenia znam doskonale i wiem, że potrafi rzucić na ziemię. Swoje po alkoholu również dokazałem, włącznie z tańcami na dużej arterii w pewnym wielkim mieście. Dziękuje wam wyrozumiali stróże porządku. Ale sobotnie spektakle alkoholowe rozgrywające się na londyńskich ulicach to tragedie rozpisane na kilka aktów. Na ich podstawie trudno odrzucić przekonanie, że sobotnia libacja to dla wielu jej uczestników jedyny motor w życiu.

Znakiem rozpoznawczym bywa również przyzwolenie na śmiecenie, ogólnie rozumiany brud. Akceptacja życia w syfie. Londyn tonie w śmieciach i nikogo taki stan nie kłuje w oczy, bo niemal każdy dokłada swoją cegiełkę wyrzucając śmieci tam gdzie mu wygodnie. Nie mogę się do tego przyzwyczaić, że wszystko co zbędne wyrzucane jest na ulice. Anglicy to naród dbający o porządek inaczej i chyba eufemizmem jest nazywanie ich bałaganiarzami.
Szukając wyjaśnienia, obarczałem winą biegające po Londynie lisy. Wydawało mi się, że to one roznoszą wystawiane na ulice śmieci. Lisia działalności to jednak niewielki promil. Czasem mam wrażenie, że angielska mentalność pod tym względem zatrzymała się w średniowieczu. Nie zdziwię się bardziej niż jestem, kiedy ujrzę obrazek wylewanych z okna pomyj na ulicę. Tak, przeszkadza mi angielska mentalność. Głośna, nieokrzesana, krzykliwa i napastliwa.

DUŻY NIE ZNACZY LEPSZY

Londyn jest wielki, ale to raczej nic co mogłoby zaskoczyć. Wystarczy zerknąć do mapy. Tak duże miasto nie ułatwia życia, a wręcz je komplikuje. Nie jestem przekonany, czy miasta takich rozmiarów są człowiekowi potrzebne? Lubię miasta, uwielbiam życie w mieście, lecz jego wielkość wywołuje zbyt często dysfunkcjonalność, która mnie irytuje. Londyn to moloch, którego objąć w całości nie sposób. Olbrzymie odległości powodują, że życie i tak ogranicza się do dużo mniejszych przestrzeni.
Logistyka skomunikowania tak olbrzymiego organizmu staje się potężnym wyzwaniem. Muszą i występują zgrzyty oraz potknięcia. Nie da się ich uniknąć. A to drażni kiedy przychodzi z tym żyć. Awarie, wypadnięcia z trasy, remonty.

PRETTY WOMAN

Żeby nacieszyć oko ładnymi obrazkami jeżdżę czasem pospacerować do City lub Chelsea&Kensington. Bardzo lubię panującą tam dostojność, ale też czuje się niemal jak Julia Roberts w Pretty Woman na Rodeo Drive. Wklejony nie w to miejsce.

Większość Londynu zaś sprawia ponure wrażenie, a panująca pogoda potrafi wrażenie spotęgować. Pozostałość po erze przemysłowej. Brudne od sadzy i węgla budynki, którym nawet rzadko wychodzące w Londynie słońce nie zawsze potrafi nadać przyjemnych barw. Lecz turysta nie odjeżdża dalej niż kilka stacji metrem od Tower Bridge. Mógłby się zdziwić jak obskurny potrafi być Londyn.

PIERWSZY PO BOGU

Angielska mentalność zwrócona jest do siebie. Zdaje się wyrażać - jestem najważniejszy i nie zamierzam przy zaspokojeniu swoich potrzeb nikomu ustępować. Z nikim i niczyimi odczuciami się nie liczę. To otoczenie musi się dostosować do mnie.
Polityczna poprawność posunięta jest do granic absurdu. Pod żadnym pozorem nie wolno zwracać uwagi niebotycznie rozwydrzonym dzieciom. W zasadzie nie należy reagować na niczyje naganne zachowania i udawać, że się ich nie dostrzega. Zasada, która mówi - tam kończy się wolność jednego człowieka, gdzie zaczyna innego, jest w Londynie nie znana, a na pewno opornie stosowana.

CHŁOPCY Z FERAJNY

Nie czuję się bezpiecznie na londyńskich ulicach. Nie, nie mam na myśli zagrożeń bombowych czy ataków terrorystycznych. Mówię o codziennym, zwyczajnym bezpieczeństwie na ulicy.
Czy to Singapur wyśrubował w mojej głowie tak wysokie normy bezpieczeństwa? Nie potrafię odpowiedzieć. Wydaje mi się, że mimo wszystko nie do końca. Nie wiem jak nazwać uczucie, które mi towarzyszy, bo z całą pewnością nie jest to stan nieustannego zagrożenia, ale też nigdy wcześniej i nigdzie indziej nie doświadczałem podobnej bliskości zagrożenia na ulicach. Oczywiście można sobie mówić o unikaniu miejsc, których zdrowy rozsądek nakazuje omijać i tak dalej. Wszyscy to rozumiemy, lecz nie w tym problem.
Dużo w Londynie rozwydrzonej, nie znającej granic wczesnej młodzieży i nastolatków. Funkcjonują w grupach, a ich mowa ciała przy spotkaniu mówi - zejdź mi z drogi. Zwykle połączeni w nastoletnie gangi, co może w takiej opowieści śmieszyć, ale to synki wyposażone w noże, maczety. Im młodszy tym więcej ma do udowodnienia. Najczęściej zajmują się dilowaniem i nierzadko dochodzi do porachunków między młodocianymi grupami, w których ktoś zostaje pocięty. Narkotyki są tak powszechne w Londynie jak zimna woda w kranie.

PODSUMOWANIE

Zatem jaki jest naprawdę Londyn oprócz tego, że przez większą część roku zasnuty chmurami? Z mojego tekstu wynika, że to miasto pogrążone w rozpadzie moralnym i za nic w świecie nie uświadczysz w nim nic pozytywnego. Zaznaczyłem jednak na początku, że coś takiego też uda się znaleźć na mapie Londynu, ale ja o tym pisać nie zamierzam. Napisałem natomiast to, co się pomija w opowieściach o Londynie. Czego zazwyczaj w nich nie ma.

Londyn jak powiedziałem, jest duży, dużo za duży do ogarnięcia. To miasto w ciągłym pędzie i pogoni za jutrem. To co wczoraj, dziś już jest nudne. Jakiś czas temu, wkrótce po naszym zakotwiczeniu w Londynie, umilając sobie podróż pociągiem z Paryża, porównywałem oba te miasta. Co je łączy, co dzieli? W Paryżu panuje szmer, słychać brzdęk filiżanek, donośny, ale i dostojny szum żyjącego miasta. Natomiast w Londynie dominuje nieustający jazgot i harmider. Mam wrażenie, że czasem celowo generowany, bo gdyby choć na chwilę w mieście zapanowała cisza, ludziom podobnie jak zombie na horrorach urywałoby głowy. Londyn budował solidny rzemieślnik, Paryż artysta. Jeśli lubię za coś Londyn to za miejsca głęboko odizolowane od ludzi. Za ogromną ilość niewielkich zielonych skwerków gdzie wiosną i latem można przysiąść z książką. Lubię Londyn za różnorodność twarzy na ulicach, mnogość języków jakie można usłyszeć. Za ludzi ze wszystkich stron świata. To one tworzą bogactwo i niesamowitość miasta, jego kosmopolityczny charakter.


Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

28 mar 2017

Rozchmurz się, uśmiechnij i nie doradzaj


Miesiąc temu, więc wcale nie tak dawno, poniosło mnie do Szczecina. Piszę o tym dopiero teraz, bo wspominałem, że w niemocy piśmienniczej utknąłem. Napadła, spętała i trzymała mnie w zniewoleniu dwa tygodnie.
Za każdym razem kiedy trafiam do Polski obiecuję sobie, że pisać na ten temat nie będę. Zwykle nie powołuję do życia tekstów, które koncentrują się na naszych, bądź moich wojażach, lecz o wyjazdach do Polski, mimo owych obietnic, zawsze znajdę pretekst by kilka słów wyklepać.
*  *  * 
Czuję, że zbiorę cięgi za poniższy tekst, bo nie lubimy gdy się nas krytykuje. Nas, Polaków w sensie. Posiadamy, my Polacy, cechy, znaki rozpoznawcze, z których bez wątpienia możemy i powinniśmy być dumni. Męstwo, udowodnione w niejednej wojnie. Odwaga, powiązana czasem z głupotą, ale jednak równie czasem urocza i legendarna. I chyba najbardziej ostatnio znane i wysławiane niezłomność przechodzącą w niepokorność. Poza tym jesteśmy jako naród i każdy z osobna, niezwykle kreatywni. Nie przepadam za tym słowem, dlatego wymienię je na pomysłowi. Tak, to prawda. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, a jest to coś czego nie doceniamy. Potrafimy świetnie improwizować, co może w świetle spadających nam samolotów i tak w ogóle brzmieć idiotycznie, ale uważam to za nasz atut. Oczywiście wszystko to, to spore uogólnienia.
W przypływie odwagi i optymizmu zastanawiałem się czy nie dopisać jeszcze, że jesteśmy szarmanccy, ale odpuściłem. Nie chcę wojować z kobietami, które mogą mieć w tej materii odmienne zdanie.

Niestety, posiadamy również ułomności, a jak mówił prezes Ochudzki, chodzi o to aby te plusy nie przesłoniły nam minusów.
Kiedy leciałem już wzbity w powietrze lotem powrotnym, naszła mnie refleksja - Polakiem targa ustawiczna złość, zatracił gdzieś poczucie humoru i kieruje nim potrzeba ustawicznego pouczania.
Obruszą się mieszkańcy dajmy na to pięknego Poznania mówiąc - chyba w tym Szczecinie tak jest. My mamy plyndze, zagryzamy sobie gzikiem, trykamy się główkami jak koziołki, jesteśmy szczęśliwi, radośni i śmiech nas nie opuszcza. Wtóruje mu Gdańsk, Kraków, Stolyca i reszta Polski. Pochodził po Szczecinie i do wszystkich przykłada tą samą miarę. Oczywiście, nie każdy musi się zgadzać z moimi słowami, ale ja widzę to w sposób jaki opisuję poniżej.

Przyglądając się Kowalskiemu na ulicy, wniosek nasuwa mi się jeden - Polak to bardzo zezłoszczony człowiek. Nie wiem co go tak złości, lecz coś na pewno. Ale to nie nowina. Powtarzam się jak katarynka. Ile razy moja stopa dotyka polskiej ziemi, tyle razy wrażenie powraca. Ludzie, których mijam na ulicach bywają nader często nieuprzejmi, a srogi wyraz nie schodzi im twarzy.
Nie jestem przesadnie otwarty i bezwzględnie radosny. Pogodny również nie. Opornie manifestuję swoje emocje. Nasłuchałem się uwag Nati od metra o mojej towarzyskiej abnegacji. Jestem wiecznie chmurny, a uśmiech generuję zaledwie przez dwie godziny w tygodniu o z góry określonych porach. Nic to, ponieważ w każdym polskim mieście do jakiego rzuci mnie los zdaje mi się, że jestem oazą optymizmu i bijącym źródłem nieodwzajemnionego uśmiechu. Ale bardzo szybko mój uśmiech zostaje przygaszony, a optymizm spałowany. Czuje się jak kierowca, który pragnie przestrzegać przepisów na warszawskich ulicach. Szybko zostaje stłamszony. Ja również. Radość i uśmiech zarezerwowane są dla głupka, dlatego jak sądzę, moja pogodna postawa napotyka w rewanżu zdziwione, często złowrogie spojrzenia.
*  *  *
W filmie „Za jakie grzechy dobry Boże” można obejrzeć scenę, w której trzech bohaterów, Żyd, Arab i Chińczyk licytują negatywne przywary swych narodów. Jako jedną z nich, Chińczyk wylicza brak poczucia humoru. Film choć już nie najnowszy, ale wciąż aktualny. Stanowi dawkę świetnej rozrywki i doskonałego francuskiego poczucia humoru.

Podobne zdanie mógłbym napisać o Polakach. Z poczuciem humoru jesteśmy na bakier. Realnym poczuciem humoru, które nie jest powierzchowne i nie objawia się jedynie w wygłoszonym kawale podczas rodzinnej imprezy lub pozowanie na duszę towarzystwa gronie znajomych. Trudno w naszym narodzie doszukać się dystansu do siebie. Nie potrafimy spojrzeć na siebie ironicznym spojrzeniem, śmiać z własnych wad i przywar. Każdy żart na swój temat traktujemy jak atak personalny. Szybko czujemy się urażeni, a dowcip abstrakcyjny jakby nie dla nas. Co nie mnie dziwi, bo chociażby popularność Szymona Majewskiego w naszym kraju może przeczyć. Przecież jego żarty osiągają wysoki pułap abstrakcyjności.
Nie żartuje się w Polsce z rzeczy poważnych. Martyrologia to nasze drugie imię. Myślę, że byłoby nam dużo łatwiej gdybyśmy pozbyli się tej obezwładniającej nas powagi. O ogłoszeniu, które zamieściłem już kiedyś pisałem (TUTAJ), więc odsyłam tych, którzy nie czytali, a zechcą.
*  *  * 
Pamiętam, że na początku przemian ustrojowych, czyli gdzieś 25 lat temu, przedmiotem drwin bywał amerykański rynek poradników i poradnictwa, rozdmuchany do rozmiarów sporego balona. Poszukiwali i chyba wciąż poszukują Amerykanie rad na wszystko i w każdej dziedzinie. Jak odnieść sukces w interesach nie wysilając się zbytnio.
Trend poradnictwa dowolnego rodzaju dotarł również do naszego kraju. Liczba kołczów przerosła liczbę nie kołczów i wzrasta lawinowo. Rad może udzielać każdy. Odpowiedzialności żadnej, więc chętnych na ich udzielanie przybywa w tempie do kwadratu. Przeczytałeś choć jedną książkę w dziedzinie, jesteś ekspertem. Panuje niezbadana potrzeba szybkiego poradnictwa niosącego błyskawiczne i koniecznie proste, a co bardziej, skuteczne rozwiązania. Podąża za nią wiara w możliwość powiązania tego wszystkiego.

Zaszedłem do Empiku, ustawiłem przed półką z prasą i nie powiem, zaskoczyło mnie. Liczba prasy psycho doradczej robi wrażenie. Na mnie przynajmniej zrobiła. Jakby Polak żył wyłącznie skupiony na naprawie i poznaniu własnego wnętrza. Powinniśmy być narodem o najwyższej samoświadomości, tak mocno staramy się ją kształtować. Nie tylko z prasy, ale i z internetu płyną porady jak świadomie żyć, świadomie się odżywiać, świadomie kochać, z sensem pracować, odpoczywać. Zgłębiamy własne „Ja” z szaleńczym obłędem.
*  *  * 
Zanim skończę, chcę jeszcze kilka słów podsumowania skreślić. Wszystko co wyżej napisałem brzmi jakbym mówił o innych, nie o sobie. W zasadzie prawda, ale to też trochę jak z przekraczaniem prędkości na drodze. Robią to wszyscy inni tylko nie ja. Każdy myśli w podobny sposób o sobie. Tymczasem…
Ja również nie jestem bez winy. Może tego ponuractwa we mnie nieco mniej niż w statystycznym Kowalskim, ponieważ jeszcze w czasach resztek Polski Ludowej wyjeżdżałem do ówczesnej Republiki Federalnej, po zmianach ustrojowych dość szybko zacząłem wyjeżdżać za granicę i raczej nie w miejsca kultu pielgrzymkowego, a za granicą można powiedzieć mieszkamy od dawna, ale wciąż jednak głęboko we mnie siedzi. Pracuję nad tym jednak i widzę postępy kiedy przyjeżdżam do Polski. Być może udam się w tym celu na jakieś szkolenie, albo przeczytam fachowy poradnik, który odpowie mi na pytanie. No właśnie, tylko na jakie pytanie?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

23 mar 2017

Kutas i Zima Suka; Jak ugryźć ten feminizm ?


Niemal dwóch tygodni potrzebowałem aby nowy tekst wystukać. Całkiem słuszny rozbrat z klawiaturą sobie zafundowałem. W poszukiwaniu przyczyny, poszedłem tropem tego co za oknem dochodząc do wniosku, że przesilenie wiosenne mnie ani chybi zaatakowało z całą swą mocą. Dwa tygodnie jak w malignie. Niby słońce, piękna pogoda, biedronki na parapecie zwiastujące wiosnę a u mnie animusz i wola walki gdzieś się zapodziały.
*  *  * 
Łańcuch fejsbukowych lajków i połączeń umożliwia podglądanie publikacji znajomych naszych znajomych, znajomych znajomych naszych znajomych itd. Funkcjonowania fejsbukowej machiny tłumaczyć nie muszę, bo najbardziej potrzebującym w tej mierze osobnikiem mógłbym okazać się tutaj ja. Dzieło Zuckenberga wciąż pozostaje dla mnie nie do końca rozgryzione. Wspominanym sposobem trafiam na treści udostępniane przez Paulinę Młynarską. Cieszy mnie to, bo mówiąc kolokwialnie, lubię ją czytać. Z większością rzeczy się identyfikuję, niektóre poddałbym polemice. Ale na tym polegają zalety wolności poglądów i ich wyrażania. Uważam, że Pani Paulina to kobieta atrakcyjna, co w tym przypadku jest jakby mniej istotne, oraz w równym stopniu inteligentna. Z akcentem na obie te rzeczy, a wymieniłem je w porządku alfabetycznym gdyby komuś przyszło się czepiać.
*  *  * 
Feminizm stał się popularny i chyba na czasie. Jeśli nie, to przynajmniej jego głos zdaje mi się jest bardziej donośny niż, trudno mi powiedzieć jaki, ale jakiś czas temu. Nie odkryłem tego nagle, budząc się dzisiejszego poranka, lecz częściej niż kiedyś docierają o mnie z różnych stron głosy walczące o prawa kobiet. Zwolennicy lub zwolenniczki i idący z nimi do pary oponenci jakby zintensyfikowali swoje działania. Nie tylko w Polsce, ale i w świecie. To oczywiście moje subiektywne odczucia. Nie wiem czemu się tak dzieje oraz czemu odnoszę takie wrażenie, ale jest to temat na osobną dyskusję, bo nie tym chce się zająć.
*  *  * 
Dominuje utarty pogląd, że pewna siebie, dowartościowana, zdecydowana i zdeterminowana kobieta to zimna suka. Mężczyzna zaś, cieszący się podobnymi przymiotami to złamany kutas. W stosunku do kobiet ten mało wyszukany tytuł posiada negatywny wydźwięk. Brzmi pejoratywnie. Mężczyźnie, choć również nacechowany jest negatywnie, nadaje charakteru. Ciekawe czemu tak się dzieje? Kiedy kobiecie akcentuje się typowo damskie cechy jak uroda, wdzięk i ogólną atrakcyjność, feministki reagują obruszeniem i irytacją. Zabawne, ponieważ nowy, choć już wcale nie taki nowy, premier Kanady bardzo często nazywany jest ciachem, a jego atrakcyjność cielesna regularnie stawiana jest na pierwszym miejscu, przed inteligencją i postępowym umysłem. Nikt z tego zdaje się nie czynić tragedii i nie doszukuje się ataku na, jeśli nie wszystkich mężczyzn, to przynajmniej osobę premiera. Nie słyszałem w związku z tym żadnych głosów mówiących o seksizmie.

Od dawna, w zasadzie od kiedy trafiam na feministyczne treści, wywołują one u mnie pewnego rodzaju dylemat. Nie wiem, czy nazwałbym się feministą. Przesadnym orędownikiem sprawy chyba również nie. Szanuję kobiety nie tylko za sam fakt bycia kobietami. Szanuję ich pracę, szanuję osiągnięcia, inteligencję, mądrość. Nie dyskwalifikuję przez tylko sam fakt bycia kobietą. Nie mam problemu z wykonywaniem czynności uznawanych potocznie za typowo damskie, nie mam problemu z kobiecym zwierzchnictwem, nie uważam by kobiety w jakiś szczególny sposób były predysponowane do latania na miotle, czy tańców z mopem. Mogę powiedzieć, tyle o mnie. W tym miejscu postawię kropkę w obawie, że mogę strzelić coś głupiego, co zostanie opatrznie zrozumiane. 

Nieprzypadkowo wspomniałem o jednej z sióstr Młynarskich. W okresie około Dnia Kobiet zamieściła bowiem Pani Paulina wpis na fejsbuku, nie swój, który przedstawiał 8 punktów na 8 marca. Adresatem owych punktów jeśli dobrze je zrozumiałem jest mężczyzna, chociaż nie zostało to jasno sprecyzowane. Odsyłaczy do listy nie zamieszczam. Kto chce, niech sobie poszuka, poszpera, ale zapewniam mało interesujące. Natomiast uderzyła mnie mieszanka chamstwa, ordynarności i prostactwa w nich zawarta i w sumie zaskoczyło, bo nie spodziewałbym się, że Pani Młynarska taki mocno prymitywny, przynajmniej dla mnie, przekaz zechce promować.

To jest ten mój problem z feminizmem. Nie potrafię zrozumieć czemu jest on taki napastliwy? Czemu jest taki agresywny i krzykliwy? Jako niespełniony socjolog i niezrealizowany psycholog wiem, że agresja rodzi agresję więc nie prowadzi nigdy do rozwiązania, a bardziej do konfliktu. Szansa osiągnięcia sukcesu walką w takiej formie chyba niewielka, ale może się mylę. W każdym razie, mam wrażenie feminizm przyjął nazbyt impertynencką formę. Działania jakie obserwuję, w moim odczuciu pomagają tyle sprawie ile Michał Piróg swoją działalnością pomaga gejowi pracującemu na pochylni gdańskiej stoczni. Mówiąc otwartym komunikatem, niewiele lub nic.

W całej tej feministycznej wojnie zastanawiają mnie dwie rzeczy. Pierwsza to mało lojalna postawa kobiet względem siebie i toczące się krwawe bitwy na linii kobieta - kobieta. Część obwołuje się feministkami, inne odżegnują się od tego i nie chcą by przylgnęła do nich łatka. Dyskusje jednych z drugimi bywają agresywne i wulgarne. Obrzucają się obraźliwymi epitetami, a tymczasem, tym drugim ulatuje gdzieś fakt, że skoro między innymi mogą realizować się zawodowo, ścieżka kariery pozostaje dla nich otwarta, publicznie wyrażają swoje opinie, to jest to część osiągnięć wypracowanych przez feministki. Zatem niejako również biorą w tym udział, jak bardzo mocno by się od tego odżegnywały.
Druga rzecz to stosunek do mężczyzn. Mężczyzna traktowany jest przez feministki jak niedorozwinięty idiota o mocno ograniczonym intelekcie i możliwości logicznego myślenia. W zajadłości ataków, nie tylko ale głównie, na mężczyzn feministki niewiele różnią się od tych, od których domagają się szacunku. Krzykliwa napastliwość zdaje mi się bardziej zniechęca niż przysparza im zwolenników. Przynajmniej na mnie oddziaływuje w ten sposób. A przecież jak powiedziałem, postulaty walczących kobiet uważam za słuszne. Irytuje mnie jedynie, stawianie w pozycji odmóżdżonego ćwierćinteligenta. Przypuszczam, że podobnie myślących mężczyzn również może odstraszać. Nie, nie czuje się urażony, ile bardziej zniechęcony i zastanawiam się czy feminizm musi przybierać tak agresywną maskę?

Moje rozważania miały miejsce w piątkowe popołudnie. Życie najwyraźniej nie przeczołgało mnie odpowiednio przez cały tydzień, bo pozostawiło siły by zaprzątać sobie tym głowę. Tak sobie to wbiłem do głowy, że podczas sobotniego śniadania, które mamy zwyczaj celebrować długo i rozwlekle, delektując się chwilą, zapytałem o zdanie Nati. Uznałem, że Jej osoba jest jak najbardziej na miejscu by umiejscowić Ją na eksperckim fotelu. Moja niezwykle inteligentna Żona jest szanowana i lubiana przez znajomych. To Ona stanowi towarzyski trzon naszego duetu. Jest ceniona w pracy, zarządza dużymi projektami (nie cierpię tego słowa) informatycznymi, kieruje ludzkimi zasobami jak to się zwykło nazywać w nowomowie korporacyjnej, wielokroć wykorzystuję Jej wsparcie i rady. Oczywiście nie piszę tego bez celu, liczę bowiem, że przeczyta te słowa oraz wystawioną laurkę i nie ukrywam, oczekuję wymiernych korzyści z tego powodu. Ale spieszę też uspokoić tych, którzy już pędzą by składać zamówienia na taki model Żony. Nie, nie posiadam bezusterkowego modelu. Miewa czasem usterki.

Ze słów Nati jasno wynika, że nie czuje szklanego sufitu nad sobą, Jej koleżanki z pracy również nie. Nie czuje by Jej wartość jako pracownika, kompetencje, czy decyzje były podważane tylko dlatego, że jest kobietą. Nigdy się z czymś takim nie zetknęła. Przynajmniej tak to zrozumiałem. Powiedziała też coś Nati niezwykle istotnego. Jak to Ona. Kobiety muszą wykorzystywać te możliwości, które już posiadają. Bo upominanie się o więcej w momencie kiedy nie korzystasz z istniejących środków jest nieco nielogiczne. Brzmi sensownie.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

6 mar 2017

Zakochać się, zdradzić, czy rozwieść ?


Jakiś czas temu przeszliśmy z kolegą burzliwą dyskusję. Z każdą wypitą kolejką stawała się ona coraz bardziej zażarta i żywiołowa, lecz w zasadzie do żadnych odkrywczych wniosków, mnie i kolegę chyba również, nie doprowadziła. Być może rozmijam się w tym momencie nieco z prawdą, ponieważ trudno mówić o wyniku, skoro koniec rozmowy w przedziwny sposób ulotnił się z mojej pamięci pozostawiając jedynie suchość w ustach i potworny ból głowy o poranku następnego dnia.

Kolega zakomunikował mi radośnie - rozwodzimy się. Powiedział to od niechcenia, jakby mówił, że właśnie zamierza wymienić telewizor na większy, bo w modelu, który posiada aktualnie, denerwują go kolory przycisków w pilocie.
Ciężar gatunkowy rozwodu w dzisiejszych czasach, można powiedzieć, że zmalał, lecz według psycho-badaczy, to wciąż jedno z najbardziej stresogennych przeżyć jakich możemy doświadczyć. Może ostracyzm społeczny mniejszy, stygmatyzacja również, ale ludzki umysł w dalszym ciągu traktuje rozwód w większym stopniu jako olbrzymią porażkę, po której trudno się otrząsnąć, aniżeli sukces. Nawet jeśli rozwód to jedyne rozwiązanie wyjścia z patowej sytuacji i trwania w nieszczęśliwym związku, to wciąż katalogowany jest jako porażka.
Rozprawiać można by pewnie długo, bo szybko znajdą się tacy, dla których okazał się on jedynym słusznym rozwiązaniem. Zgoda, tylko jest to rozwiązanie często chyba nadużywane. W szybkich czasach chcemy szybkich rozwiązań. Boli głowa - łykamy paracetamol. Nie układa się w związku, następują tarcia, znudzenie - rozwodzimy się.

Ta lekkość tonu, być może odrobina za dużo alkoholu, spowodowały mój głęboki sprzeciw, mimo że sprawy rozwodów dotąd szczególnie mnie nie zajmowały. Że kolega się rozwiedzie prorokowałem jeszcze zanim się pobrał i radośnie mnie o tym poinformował. Jakoś nigdy nie widziałem w nich pary, a jedynie dobry seks i kumpli. Po rozwodzie nie było ani jednego, ani drugiego. Zeźliła mnie jednak beztroska tego - wiesz, rozwodzimy się. Bo fakt, człowiek z natury nie jest monogamistą i jak dotąd nie usłyszałem rozsądnego wytłumaczenia, dlaczego działa wbrew własnej naturze pakując się w monogamiczny układ. Lecz skoro zbudowaliśmy sobie jako ludzkość taką strukturę, to dobrze byłoby ją w miarę możliwości respektować. Przemyśleć zanim się zdecydujemy w nią wejść.

Oczywiście przy dwojgu dorosłych ludzi nieustająco pałujących się nawzajem w czterech ścianach, kontynuacja związku zwanego małżeńskim staje się dyskusyjna i traci zasadność. Trwanie w marazmie imitującym małżeństwo mija się z sensem. Więc co, może małżeństwo „Oreo” jest rozwiązaniem? Trafiłem i na takie rozwiązanie wertując internet.

Marcin Meller, którego felietony czytuje regularnie napisał, że jest kleptomanem słów i zwrotów. Kradnie je nieświadomie, i tak bardziej świadomie, z tekstów które zdarzy mu się czytać. Cierpię na podobną przypadłość. Wypatrzyłem ostatnio „pornografię cyfr” u Rafała Steca i chciałbym ją właśnie pouprawiać, bowiem wiedziony ciekawością poszperałem trochę w necie i choć dane nie posiadają podbudowy naukowej, przytoczę:
  • 67% Polaków zdradza regularnie swojego współmałżonka 
  • 59% Polek zdradziło przynajmniej raz swojego partnera 
  • 4 z 5 małżeństw dotyka problem zdrady 
  • 88% współmałżonków jest gotowa do zdrady gdyby istniała/mieli pewność, że nie zostanie ona wykryta 
To trochę smutne, bo w takim razie, po co wiążemy się w pary? Po co na siłę obiecujemy sobie wierność? Obróć się w lewo, obróć się w prawo i na pewno ujrzysz kogoś, kto zdradził, zdradza. Zakładając, że nie robisz tego Ty. Oczywiście zdradę można rozpatrywać z wielu stron i nie zawsze wynika ze złych pobudek. Jest ciężka do wybaczenia, ale czasem to efekt braku ciepła, bliskości, uczucia, uwagi poświęconej partnerowi, zrozumienia. To pewnie bardziej złożone niż się wydaje. Tak przypuszczam, chociaż ekspertem od spraw damsko męskich nie jestem. Sześć do ośmiu miesięcy, tyle według fachowców utrzymuje się w ludzkim mózgu chemiczna mieszanka odpowiedzialna za sławetne motylki w brzuchu. Po tym okresie związek wkracza w kolejne fazy, niekoniecznie już tak ekscytujące jak pierwsza. Partner nabiera wad i mankamentów, których wcześniej nie posiadał. Te kolejne etapy wymagają więcej wysiłku.

Nie sztuką jest zdradzić. To banalnie proste. Nie sztuką jest się rozwieść i łudzić mrzonką, że za chwilę życie ułoży się tak jak tego chcemy. Znajdziemy partnera, takiego idealnego, takiego z bajki. I znów będzie miło, znów romantycznie. Przypomina myślenie narkomana, który sądzi, że kolejnym strzałem poprawi sobie życie. Być może, ale na krótko. Terminologia sportowa zaś, którą lubię się wspierać, mówi, że łatwiej jest wejść na szczyt niż się na nim utrzymać. Bo łatwiej jest się nam zakochać, aniżeli tą miłość w kolejnych jej odsłonach utrzymać.

Czy gdyby więc małżeństwa zawierano w formie kontraktowej, dajmy na to na pięć lat, po upływie których należałoby je odnawiać, ludzie częściej by od siebie odchodzili, czy też może bardziej dbaliby o związek?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

14 lut 2017

Kocham Cię ..., qrwa !


Ta historia nie przytrafiła mi się wczoraj, czy w ubiegłym tygodniu. Jest na tyle absurdalna, że zaczynam w ogóle wątpić, czy aby na pewno miała miejsce. Nie opowiadałem jej nikomu. Nawet Nati. Celowo bowiem i z rozmysłem postanowiłem przetrzymać ją na tę okazję. W ubiegłym roku zamieściłem wpis walentynkowy, to i w tym, skoro mam już gotową historię, czemu tego nie powtórzyć?
* * *
Umówiliśmy się z Nati, że pójdziemy do kina. Jak zawsze i niemal co tydzień, w poniedziałek do Barbicanu. Przyjemny rytuał zdołaliśmy wypracować, a zwyczaj pomagają nam podtrzymać tańsze bilety na poniedziałkowe seanse. Kino uwielbiamy pasjami i rzadko trafia się tydzień żebyśmy się do niego nie wybrali.

Autobusem numer 56 zamierzałem dotrzeć na miejsce. Podjeżdża, wsiadam i mechanicznie podążam na górę. Wyrobiony nawyk, prawie jak u małpy. Spoglądając na wszystko z góry zyskuję poczucie, że jestem przynajmniej ciut lepszy niż cały świat i wszyscy co na dole. Na moment rośnie mi ego i leczę się z kompleksów. Ja tu, oni tam na dole. Czuje się jak Medyceusz. Poza tym, na górze panuje zwykle mniejszy rozgardiasz, a przede mną minimum pół godziny jazdy i okazja żeby z książką się rozłożyć.

Słusznie przewidywałem, na górnym pokładzie nie ma prawie nikogo. Na samym końcu, czarnoskóry mężczyzna wydziera się do telefonu w jednym z afrykańskich języków, jakby chciał bezpośrednio i bez użycia urządzenia dokrzyczeć się tam dokąd dzwoni. W pierwszym rzędzie, milcząca para. On i ona. Zmęczenie wypisane na twarzy. Troski świata chyba ich przygniatają. Zajmuję miejsce dwa rzędy dalej. Wyjmuję Kindelka i nic nie wskazuje żeby była to podróż inna niż wszystkie. Wkrótce okazuje się, że przystanek i moje wejście stanowiły tylko krótkotrwałą pauzę w ożywionej konwersacji pary siedzącej na przedzie.
- …Nooo..., ale ty popierdolona jesteś zdrowo
Ni mniej ni więcej, rodacy muszą być.
- Weź się jeb ( a może to było jep?), sam jesteś popierdolony
- Co ci odpierdoliło, żeby z Magdą się napierdalać?
Bogactwo języka kłuje w uszy, ale staram się odwzorować pierwowzór.
Z czytania chyba nici. Na moich oczach rozgrywa się historia, która zapowiada się dużo ciekawiej niż moja książka. Na pewno więcej w niej realizmu. Takiego życiowego. Udaję, że czytam, ale słuch mam wyostrzony by nie uronić ani słowa. Moja ciekawość została pobudzona do tego stopnia, że bezwzględnie chciałem się dowiedzieć, co takiego jej odpierdoliło. Bo kto by nie chciał?
- Wqrwiła mnie suka
Phi, tylko tyle?
- To co, już się nie kumplujecie? Tak, to wszędzie razem, a teraz się napierdalać chciałaś? Ty qrwa pić nie możesz. 
Diagnoza, można by powiedzieć, że słuszna.
- Mówiłam ci, że mnie podqrwiła. Dupę mi dziwka obrabiała przed Izką. 
- A ty skąd wiesz... 
- Bo mi Monika mówiła Można się pogubić Magda, Izka, Monika...
- A ona qrwa skąd wie? Może awanturę kręci. Rozmawiałaś z Moniką? - męska część pary może i prostymi środkami, ale stara się przywołać głos rozsądku.
- Nie będę ze szmatą rozmawiać 
Niestety, próba spełzła chyba na niczym, a rozsądek czmychnął niezauważony.

Zalega cisza, jeśli nie liczyć mężczyzny krzyczącego do telefonu. Szkoda, bo nawet się nie dowiedziałem, czy była damska napierdalanka, czy tylko próba napierdalanki. Ale nie odważyłbym się posądzać którąś z dam o rejteradę. Nieco zawiedziony wracam do swojego Kindla.

- … Ale, że się ruchaliśmy to nic nie pamiętam
Nie mam pojęcia ile czasu w normalnych okolicznościach potrzebuje ludzkie oko by przejść w stan całkowitego rozwarcia? Okoliczności jednak nie były normalne, a ja zrobiłem to, o czym jestem przekonany,  o wiele szybciej niż zwykle. Błyskawicznie. Z trudem powstrzymałem - O qrwa!
Dziewczyna dopiero po chwili zapobiegawczo omiotła wzrokiem prawie pusty autobus, nie dostrzegając mojego zainteresowania. Strzygę uszami jak koń - no dalej, dalej, mówcie co było dalej.
- A co masz pamiętać jak najebana byłaś 
- Nic nie pamiętam. Dopiero... 
- Całe łóżko zarzygałaś! 
- To na chuj się zabierałeś? Mówiłam, że będę rzygać... 
- …Będziesz..., to na pewno sprzątać. Całe łóżko jest qrwa obrzygane. Pościel trzeba wyprać
 * * * 
I chociaż nie naglił mnie czas, mogłem sobie pozwolić na przejechanie jeszcze kilka dodatkowych przestanków by być świadkiem głębokiego uczucia i niezwykłych namiętności, ale chyba mi wystarczyło. Wysiadłem. Co prawda nie przeczytałem ani zdania w książce, ale wysłuchałem równie ciekawie brzmiący fragment prawdziwej historii. Aczkolwiek męczy mnie trochę i żałuję, że na odchodnym nie zapytałem - skoro nie pamiętała, że się ruchali, to skąd wiedziała, że się ruchali?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

8 lut 2017

Pedał, ciota, lesba, zdzira - trudne życie geja i nie tylko


Każda lesba to pedał!
Zdaje mi się wzmiankowałem już kiedyś o pani, która grzmiąc z telewizyjnego ekranu, w powyższy sposób wyraziła swą niechęć do jednych i drugich. Mogę tylko przypuszczać, że za stan umysłu pani odpowiadał obłęd graniczący z głupotą, a poza pedałami i lesbami dostało się jeszcze żydom oraz masonom, chociaż idę w zakład, że z ani jednym, ani drugim nigdy nie miała przyjemności.
Gdybym był nieświadomym mieszkańcem odległych wysp Pacyfiku, który nie wie, że słowa wypowiedziano w Polsce, uznałbym je za cienki żart. Ale niestety, byłem mimowolnym świadkiem padania owych słów i potwierdzam, że są prawdziwe. Pani ciskała gromy na wszystko co wokół. A najbardziej właśnie na pedałów i lesby. Przykre i smutne, że życie zagoniło ją w narożnik nienawiści, ale takie prawo pani - nienawidzić. Do czasu kiedy nikogo nie obraża, bądź jej nienawiść słowna nie przeradza się w czyny, może czerpać z tego pokarm.
* * *
Czemu o lesbach i pedałach? Dziwne, bo przecież żaden ze mnie zaangażowany w walkę aktywista.
Wędrowałem dzisiaj spacerowo ze sklepu. Słońce przyjemnie świeciło, co w Londynie jest jak wygrana na loterii, torbę sobie przewiesiłem przez ramię, a na nos solarki od Prady wrzuciłem, bo styl przecież warto w każdym momencie trzymać. Budrysówkę, którą Nati pewnie już dawno by mi wyrzuciła, bo podobno schodzona, rozpiąłem i zwolniłem kroku. Podążałem za parą mężczyzn. Uśmiechnięci, zadowoleni, trzymali się za ręce. Przyjemnie było na nich patrzeć, bo radosny przekaz od nich bił. Wyglądali jak wyjęci z folderu reklamowego lepszego jutra. W statecznym wieku, zadbani, przystojni, na twarzach wypisane szczęście. Każda matka chciałaby mieć takich synów, tylko… no właśnie. Pomyślałem jakie to dla nich szczęście, którego być może nie doceniają, albo wręcz odwrotnie dlatego się tu właśnie znaleźli, że znajdują się w miejscu, gdzie mogą bez przeszkód okazywać sobie uczucie.
* * *
Pogoda w niedzielę była do bani. Zimno, wilgotno, ciemno. Prawdziwy Londyn. Kilka butelek wina wypitego poprzedniego wieczoru, dodatkowo nie napędzało do wyjścia na zewnątrz. Mimo tego, Nati wyciągnęła mnie z domu. Potrzebowała ładną kartkę pocztową kupić w księgarni.
Poszliśmy nieco na około, ładniejszą drogą jak to nazywamy, robiąc sobie spacer. Przez krótki odcinek szliśmy za czterema mężczyznami. Schemat zbliżony do tego jaki wcześniej opisałem. Dojrzali, zadbani, przystojni, uśmiechnięci, a do tego znów ta magiczno radosna aura, która się wokół nich roztaczała. Nie wiem na czym rzecz polega. Ktoś spyta, skąd wiem, że to geje. Akurat w tym przypadku pewności nie mam. Jedynie się domyślam. Ale czym zawsze się wspieram w podobnych sytuacjach, tylko niewiele ponad 30% komunikatu pochodzi z przekazu werbalnego. Reszta to gesty, mimika, tembr, mowa ciała...
* * *
Na okoliczność kiedy nie mamy ochoty opuszczać dzielni w sobotnie popołudnia, wypracowaliśmy z Nati często powtarzający się algorytm spacerów. Sprowadza nas przed budynek dzielnicowego ratusza. Rzadko w którym miejscu są tak wygodne ławki jak tam. Nati lubi podziwiać ślubne kreacje par wychodzących z magistratu. Kupujemy sobie kawę i uprawiamy people watching, przyglądając się weselnikom oraz młodej parze. Nati instruuje mnie w temacie co i jak, kto beza, kto nie beza. Voueryzm dla ubogich. Kiedyś zdarzyło nam się czekać na wyjście młodych i… zdziwienie. Wyszło dwóch mężczyzn. Absolutna nowość dla nas. Czad. Dały o sobie znać nasze ograniczenia, bo tego się nie spodziewaliśmy. Pierwszy raz widziałem ślub pary jednopłciowej na żywca.
* * *
Widok mężczyzn w związkach homoseksualnych jest w Londynie rzeczą, która nie budzi zdziwienia. Czymś powszechnym. Powiedziałbym, że nawet w uznawanej za liberalną w obyczajach Holandii, nie było to tak często spotykane. Nie wszyscy są przystojni i atrakcyjni jak opisani przeze mnie mężczyźni. W większości to przeciętni ludzie jakich tysiące na ulicach. Ale lubimy etykietować. Bo gej to albo zwyrodnialec i pedał, albo ktoś przystojny, zadbany, co akurat najczęściej się zgadza, o lekko zniewieściałej aparycji i sposobie bycia. Może głupio zabrzmi, ale to po prostu ludzie i jest wśród nich cała armia przeciętnych nie wyróżniających się mężczyzn, czasami w za dużych swetrach lub schodzonych butach. Nie ma potrzeby i konieczności ich kategoryzowania, oznaczania hasztagiem, bo to się teraz tak zdaje robi - gej#… itd. Bez względu czy są przystojni, czy też nie, ładni, czy nie, mają prawo do szczęścia.

Na początku widok mężczyzn okazujących sobie w tak naturalny sposób uczucie był dla mnie czymś nowym. Kobiet wydaje mi się jest zdecydowanie mniej, dlatego skupiam się na mężczyznach, ale dotyczy to również ich. Na tyle nowym, że nie wiedziałem jak reagować. Nie, nie byłem zamrożony przez ostatnich kilkanaście lat. Dużo wcześniej niż statystyczny rodak zacząłem poznawać kraje inne niż demokracji ludowej, ale w naszej zatrutej rzeczywistości, to nie jest normalny obrazek w polskiego krajobrazu. Dlatego gdzieś ta wąskotorowość myślenia we mnie tkwi. Patrząc na takie pary nie do końca wiem jak się zachować. To trochę jak z patrzeniem na inwalidę. Udajemy, że wszystko jest normalne, ale jednocześnie chcemy się przyglądać, bo normalne nie jest, chociaż obawiamy się, że może być to nazbyt natarczywe. Taka mieszanina odczuć. Ze mną podobnie. Udawałem, że mnie to nie zdziwi, ale kątem oka zerkałem, bo przyjemnie się patrzy na radość i szczęście.

Nie chcę gloryfikować. To perspektywa londyńskiej ulicy. Na angielskiej prowincji obraz w przekazie może być bliższy temu co wyrażała pani w telewizji. Brytyjczycy to dość konserwatywne mentalnie społeczeństwo i ten róż im dalej od Londynu może być ciemniejszy. Początkowo chciałem się podeprzeć jakimiś cyferkami, żeby mój tekst nabrał głębszej wymowy. Przytoczyć badania, liczby - ilu gejów, a ile lesbijek. Tak by było inteligentniej. Nawet zabrałem się za takie zestawienia, zacząłem czytać, przeglądać, ale zaraz chwila… . Co mi do tego i co to zmienia. Chcialem powiedzieć, że jest mi ich żal po ludzku. Bo jeśli w Londynie jest tak wiele osób tworzących związki homoseksualne, to w innych miejscach, na przykład w polskich miastach, musi być podobnie. Na pewno jest. Z tą różnicą, że nie mogą sobie tych uczuć okazywać. Muszą je tłumić, ukrywać. Współczuję im, naprawdę im współczuję, bo to odcina im kawałek z sensu życia.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers