14 lut 2017

Kocham Cię ..., qrwa !


Ta historia nie przytrafiła mi się wczoraj, czy w ubiegłym tygodniu. Jest na tyle absurdalna, że zaczynam w ogóle wątpić, czy aby na pewno miała miejsce. Nie opowiadałem jej nikomu. Nawet Nati. Celowo bowiem i z rozmysłem postanowiłem przetrzymać ją na tę okazję. W ubiegłym roku zamieściłem wpis walentynkowy, to i w tym, skoro mam już gotową historię, czemu tego nie powtórzyć?
* * *
Umówiliśmy się z Nati, że pójdziemy do kina. Jak zawsze i niemal co tydzień, w poniedziałek do Barbicanu. Przyjemny rytuał zdołaliśmy wypracować, a zwyczaj pomagają nam podtrzymać tańsze bilety na poniedziałkowe seanse. Kino uwielbiamy pasjami i rzadko trafia się tydzień żebyśmy się do niego nie wybrali.

Autobusem numer 56 zamierzałem dotrzeć na miejsce. Podjeżdża, wsiadam i mechanicznie podążam na górę. Wyrobiony nawyk, prawie jak u małpy. Spoglądając na wszystko z góry zyskuję poczucie, że jestem przynajmniej ciut lepszy niż cały świat i wszyscy co na dole. Na moment rośnie mi ego i leczę się z kompleksów. Ja tu, oni tam na dole. Czuje się jak Medyceusz. Poza tym, na górze panuje zwykle mniejszy rozgardiasz, a przede mną minimum pół godziny jazdy i okazja żeby z książką się rozłożyć.

Słusznie przewidywałem, na górnym pokładzie nie ma prawie nikogo. Na samym końcu, czarnoskóry mężczyzna wydziera się do telefonu w jednym z afrykańskich języków, jakby chciał bezpośrednio i bez użycia urządzenia dokrzyczeć się tam dokąd dzwoni. W pierwszym rzędzie, milcząca para. On i ona. Zmęczenie wypisane na twarzy. Troski świata chyba ich przygniatają. Zajmuję miejsce dwa rzędy dalej. Wyjmuję Kindelka i nic nie wskazuje żeby była to podróż inna niż wszystkie. Wkrótce okazuje się, że przystanek i moje wejście stanowiły tylko krótkotrwałą pauzę w ożywionej konwersacji pary siedzącej na przedzie.
- …Nooo..., ale ty popierdolona jesteś zdrowo
Ni mniej ni więcej, rodacy muszą być.
- Weź się jeb ( a może to było jep?), sam jesteś popierdolony
- Co ci odpierdoliło, żeby z Magdą się napierdalać?
Bogactwo języka kłuje w uszy, ale staram się odwzorować pierwowzór.
Z czytania chyba nici. Na moich oczach rozgrywa się historia, która zapowiada się dużo ciekawiej niż moja książka. Na pewno więcej w niej realizmu. Takiego życiowego. Udaję, że czytam, ale słuch mam wyostrzony by nie uronić ani słowa. Moja ciekawość została pobudzona do tego stopnia, że bezwzględnie chciałem się dowiedzieć, co takiego jej odpierdoliło. Bo kto by nie chciał?
- Wqrwiła mnie suka
Phi, tylko tyle?
- To co, już się nie kumplujecie? Tak, to wszędzie razem, a teraz się napierdalać chciałaś? Ty qrwa pić nie możesz. 
Diagnoza, można by powiedzieć, że słuszna.
- Mówiłam ci, że mnie podqrwiła. Dupę mi dziwka obrabiała przed Izką. 
- A ty skąd wiesz... 
- Bo mi Monika mówiła Można się pogubić Magda, Izka, Monika...
- A ona qrwa skąd wie? Może awanturę kręci. Rozmawiałaś z Moniką? - męska część pary może i prostymi środkami, ale stara się przywołać głos rozsądku.
- Nie będę ze szmatą rozmawiać 
Niestety, próba spełzła chyba na niczym, a rozsądek czmychnął niezauważony.

Zalega cisza, jeśli nie liczyć mężczyzny krzyczącego do telefonu. Szkoda, bo nawet się nie dowiedziałem, czy była damska napierdalanka, czy tylko próba napierdalanki. Ale nie odważyłbym się posądzać którąś z dam o rejteradę. Nieco zawiedziony wracam do swojego Kindla.

- … Ale, że się ruchaliśmy to nic nie pamiętam
Nie mam pojęcia ile czasu w normalnych okolicznościach potrzebuje ludzkie oko by przejść w stan całkowitego rozwarcia? Okoliczności jednak nie były normalne, a ja zrobiłem to, o czym jestem przekonany,  o wiele szybciej niż zwykle. Błyskawicznie. Z trudem powstrzymałem - O qrwa!
Dziewczyna dopiero po chwili zapobiegawczo omiotła wzrokiem prawie pusty autobus, nie dostrzegając mojego zainteresowania. Strzygę uszami jak koń - no dalej, dalej, mówcie co było dalej.
- A co masz pamiętać jak najebana byłaś 
- Nic nie pamiętam. Dopiero... 
- Całe łóżko zarzygałaś! 
- To na chuj się zabierałeś? Mówiłam, że będę rzygać... 
- …Będziesz..., to na pewno sprzątać. Całe łóżko jest qrwa obrzygane. Pościel trzeba wyprać
 * * * 
I chociaż nie naglił mnie czas, mogłem sobie pozwolić na przejechanie jeszcze kilka dodatkowych przestanków by być świadkiem głębokiego uczucia i niezwykłych namiętności, ale chyba mi wystarczyło. Wysiadłem. Co prawda nie przeczytałem ani zdania w książce, ale wysłuchałem równie ciekawie brzmiący fragment prawdziwej historii. Aczkolwiek męczy mnie trochę i żałuję, że na odchodnym nie zapytałem - skoro nie pamiętała, że się ruchali, to skąd wiedziała, że się ruchali?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

8 lut 2017

Pedał, ciota, lesba, zdzira - trudne życie geja i nie tylko


Każda lesba to pedał!
Zdaje mi się wzmiankowałem już kiedyś o pani, która grzmiąc z telewizyjnego ekranu, w powyższy sposób wyraziła swą niechęć do jednych i drugich. Mogę tylko przypuszczać, że za stan umysłu pani odpowiadał obłęd graniczący z głupotą, a poza pedałami i lesbami dostało się jeszcze żydom oraz masonom, chociaż idę w zakład, że z ani jednym, ani drugim nigdy nie miała przyjemności.
Gdybym był nieświadomym mieszkańcem odległych wysp Pacyfiku, który nie wie, że słowa wypowiedziano w Polsce, uznałbym je za cienki żart. Ale niestety, byłem mimowolnym świadkiem padania owych słów i potwierdzam, że są prawdziwe. Pani ciskała gromy na wszystko co wokół. A najbardziej właśnie na pedałów i lesby. Przykre i smutne, że życie zagoniło ją w narożnik nienawiści, ale takie prawo pani - nienawidzić. Do czasu kiedy nikogo nie obraża, bądź jej nienawiść słowna nie przeradza się w czyny, może czerpać z tego pokarm.
* * *
Czemu o lesbach i pedałach? Dziwne, bo przecież żaden ze mnie zaangażowany w walkę aktywista.
Wędrowałem dzisiaj spacerowo ze sklepu. Słońce przyjemnie świeciło, co w Londynie jest jak wygrana na loterii, torbę sobie przewiesiłem przez ramię, a na nos solarki od Prady wrzuciłem, bo styl przecież warto w każdym momencie trzymać. Budrysówkę, którą Nati pewnie już dawno by mi wyrzuciła, bo podobno schodzona, rozpiąłem i zwolniłem kroku. Podążałem za parą mężczyzn. Uśmiechnięci, zadowoleni, trzymali się za ręce. Przyjemnie było na nich patrzeć, bo radosny przekaz od nich bił. Wyglądali jak wyjęci z folderu reklamowego lepszego jutra. W statecznym wieku, zadbani, przystojni, na twarzach wypisane szczęście. Każda matka chciałaby mieć takich synów, tylko… no właśnie. Pomyślałem jakie to dla nich szczęście, którego być może nie doceniają, albo wręcz odwrotnie dlatego się tu właśnie znaleźli, że znajdują się w miejscu, gdzie mogą bez przeszkód okazywać sobie uczucie.
* * *
Pogoda w niedzielę była do bani. Zimno, wilgotno, ciemno. Prawdziwy Londyn. Kilka butelek wina wypitego poprzedniego wieczoru, dodatkowo nie napędzało do wyjścia na zewnątrz. Mimo tego, Nati wyciągnęła mnie z domu. Potrzebowała ładną kartkę pocztową kupić w księgarni.
Poszliśmy nieco na około, ładniejszą drogą jak to nazywamy, robiąc sobie spacer. Przez krótki odcinek szliśmy za czterema mężczyznami. Schemat zbliżony do tego jaki wcześniej opisałem. Dojrzali, zadbani, przystojni, uśmiechnięci, a do tego znów ta magiczno radosna aura, która się wokół nich roztaczała. Nie wiem na czym rzecz polega. Ktoś spyta, skąd wiem, że to geje. Akurat w tym przypadku pewności nie mam. Jedynie się domyślam. Ale czym zawsze się wspieram w podobnych sytuacjach, tylko niewiele ponad 30% komunikatu pochodzi z przekazu werbalnego. Reszta to gesty, mimika, tembr, mowa ciała...
* * *
Na okoliczność kiedy nie mamy ochoty opuszczać dzielni w sobotnie popołudnia, wypracowaliśmy z Nati często powtarzający się algorytm spacerów. Sprowadza nas przed budynek dzielnicowego ratusza. Rzadko w którym miejscu są tak wygodne ławki jak tam. Nati lubi podziwiać ślubne kreacje par wychodzących z magistratu. Kupujemy sobie kawę i uprawiamy people watching, przyglądając się weselnikom oraz młodej parze. Nati instruuje mnie w temacie co i jak, kto beza, kto nie beza. Voueryzm dla ubogich. Kiedyś zdarzyło nam się czekać na wyjście młodych i… zdziwienie. Wyszło dwóch mężczyzn. Absolutna nowość dla nas. Czad. Dały o sobie znać nasze ograniczenia, bo tego się nie spodziewaliśmy. Pierwszy raz widziałem ślub pary jednopłciowej na żywca.
* * *
Widok mężczyzn w związkach homoseksualnych jest w Londynie rzeczą, która nie budzi zdziwienia. Czymś powszechnym. Powiedziałbym, że nawet w uznawanej za liberalną w obyczajach Holandii, nie było to tak często spotykane. Nie wszyscy są przystojni i atrakcyjni jak opisani przeze mnie mężczyźni. W większości to przeciętni ludzie jakich tysiące na ulicach. Ale lubimy etykietować. Bo gej to albo zwyrodnialec i pedał, albo ktoś przystojny, zadbany, co akurat najczęściej się zgadza, o lekko zniewieściałej aparycji i sposobie bycia. Może głupio zabrzmi, ale to po prostu ludzie i jest wśród nich cała armia przeciętnych nie wyróżniających się mężczyzn, czasami w za dużych swetrach lub schodzonych butach. Nie ma potrzeby i konieczności ich kategoryzowania, oznaczania hasztagiem, bo to się teraz tak zdaje robi - gej#… itd. Bez względu czy są przystojni, czy też nie, ładni, czy nie, mają prawo do szczęścia.

Na początku widok mężczyzn okazujących sobie w tak naturalny sposób uczucie był dla mnie czymś nowym. Kobiet wydaje mi się jest zdecydowanie mniej, dlatego skupiam się na mężczyznach, ale dotyczy to również ich. Na tyle nowym, że nie wiedziałem jak reagować. Nie, nie byłem zamrożony przez ostatnich kilkanaście lat. Dużo wcześniej niż statystyczny rodak zacząłem poznawać kraje inne niż demokracji ludowej, ale w naszej zatrutej rzeczywistości, to nie jest normalny obrazek w polskiego krajobrazu. Dlatego gdzieś ta wąskotorowość myślenia we mnie tkwi. Patrząc na takie pary nie do końca wiem jak się zachować. To trochę jak z patrzeniem na inwalidę. Udajemy, że wszystko jest normalne, ale jednocześnie chcemy się przyglądać, bo normalne nie jest, chociaż obawiamy się, że może być to nazbyt natarczywe. Taka mieszanina odczuć. Ze mną podobnie. Udawałem, że mnie to nie zdziwi, ale kątem oka zerkałem, bo przyjemnie się patrzy na radość i szczęście.

Nie chcę gloryfikować. To perspektywa londyńskiej ulicy. Na angielskiej prowincji obraz w przekazie może być bliższy temu co wyrażała pani w telewizji. Brytyjczycy to dość konserwatywne mentalnie społeczeństwo i ten róż im dalej od Londynu może być ciemniejszy. Początkowo chciałem się podeprzeć jakimiś cyferkami, żeby mój tekst nabrał głębszej wymowy. Przytoczyć badania, liczby - ilu gejów, a ile lesbijek. Tak by było inteligentniej. Nawet zabrałem się za takie zestawienia, zacząłem czytać, przeglądać, ale zaraz chwila… . Co mi do tego i co to zmienia. Chcialem powiedzieć, że jest mi ich żal po ludzku. Bo jeśli w Londynie jest tak wiele osób tworzących związki homoseksualne, to w innych miejscach, na przykład w polskich miastach, musi być podobnie. Na pewno jest. Z tą różnicą, że nie mogą sobie tych uczuć okazywać. Muszą je tłumić, ukrywać. Współczuję im, naprawdę im współczuję, bo to odcina im kawałek z sensu życia.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

1 lut 2017

TGiF, czyli pod prąd do celu


...Qrrrrwa! - Przelatuje mi w myślach, z mocnym akcentem na er.
- Kierowca wie jakie przekroczenie popełnił? ...

Chwilę wcześniej.

Ile razy zdarza mi się przemierzać warszawskie ulice wczesnym piątkowym popołudniem, tyle razy zadaje sobie pytanie - co ci wszyscy ludzie robią o tej porze na drogach i ilu z nich powinno być obecnie w swoich miejscach pracy? Już w południe bowiem, na wszystkich wyjazdówkach ze stolycy tworzą się korki. Nie inaczej dzisiaj. Na zegarku niespełna 14.00, a Jerozolimskie stoją. Pokonuję je w ślimaczym tempie, po raz enty zadając sobie pytanie, na które i tak nigdy nie poznam odpowiedzi.

Mimo dostojnego tempa z jakim się przemieszczam, optymizm i humor wciąż przy mnie. Nawet błotnista aura wisząca nad miastem jak zmora, serwowana przez ciepły i dżdżysty ostatnio styczeń, nie jest w stanie nimi zachwiać. Siedzę w nagrzanym aucie, gdzie chłód ani wilgoć mnie nie dochodzą, a radio pobrzękuje nastrojowo. To pora, kiedy stacje radiowe prześcigają się by zaszczepić w słuchaczach optymizm. Już niedługo i na wyciągnięcie ręki lepsze. Nadciąga weekend. Czas odrzucić całotygodniowy marazm, zdaje się mówić przekaz.
Rzeczywiście. Jeśli sprawnie się uwinę, w domu powinienem być, nawet przy całej beznadziei panującej w Jerozolimskich, jeszcze przed 16.00. Nie ma zatem powodu wyzywać wszystkich wokół, klaksonić, nakręcać się w nerwach. Sunę spokojnie metr po metrze i przyglądam znudzonym twarzom w autach.
* * *
O, o, o… to chyba tu powinienem skręcić. Jeszcze chwila i porzucam Jerozolimskie. Droga niewielka. Ruch prawie żaden. Mknę sprawnie do swojego celu. Niestety, czas Google maps dopiero ma nadejść, ale przypuszczam, że to już niedaleko. 158, 160, 162, 164… i w pizdu! Nieparzyste numery są po drugiej stronie. W chuj!
Zatrzymuje się pod zakazem wjazdu. Przed sobą mam podmiejską drogę, na której końcu usytuowany jest mój cel podróży. Długa na jakieś 20 metrów, a ostatni pojazd widziała kilka miesięcy temu. Niemniej, zakaz jak byk. Stoję przed wyborem. 20 metrów pod prąd zapomnianym przez życie traktem by po 10 sekundach być u celu? Czy powrót na Jerozolimskie, dojazd do najbliższego skrzyżowania, na którym muszę zawrócić, dojazd do kolejnego, gdzie powtórnie muszę zawrócić i dojazd do odpowiedniego tym razem zjazdu. Całość operacji kalkuluję na nie krócej niż czterdzieści minut.

Zamykam oczy i jadę. Oczywiście nie z zamkniętymi, ale tak przysłowiowo zamkniętymi. Borykam się z wyrzutami sumienia i dylematem - powinienem wdepnąć mocniej gaz żeby jak najszybciej przejechać ten newralgiczny odcinek, czy wręcz przeciwnie, nie powinienem naginać prawa w większym stopniu? Pozostaję przy zminimalizowaniu szkód i przepisowej prędkości.
* * *
Życie najwyraźniej lubi się tak przyczaić i odwinąć w najmniej odpowiednich momentach. Bo co komu szkodzi, gdybym przejechał pod prąd dwadzieścia metrów drogą czwartej kolejności odśnieżania? Najwyraźniej wudu, hudu lub ktoś inny uważali inaczej. W zasadzie zdążyłem zapomnieć jakim jestem złoczyńcą, mającym w pogardzie przepisy ruchu drogowego, gdy zza stacji transformatorowej otoczonej gąszczem niestrzyżonych od wieków krzaków, wyskakuje postać niebiesko mundurowa i rzuca mi się niemal na maskę. Qrrrrwa! Przelatuje mi w myślach, z mocnym akcentem na er.
- Dzień dobry, sierżant, aspirant, posterunkowy jakiś tam. Czy kierowca wie jakie wykroczenie popełnił? - sapie zdyszany, ale wyraźnie dumny z siebie niebiesko mundurowy. Trudno się dziwić. Karkołomne ewolucje doprowadzające do mojego zatrzymania, musiały kosztować go masę energii. Teraz trudno skrywany uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Wciąż chyba nie dowierza, że udało mu się dokonać zatrzymania na tej autostradzie. Stanę się pewnie pośmiewiskiem lokalnego komisariatu do końca jego istnienia. Cały piątkowy optymizm gdzieś wyparował. Czego nie zdołały zrobić zakorkowane Jerozolimskie, uczynił patrol Policji z peryferii miasta.
- Tak, kierowca wie 
- A więc, nie zastosowanie się do znaku pionowego numer bla, bla, bla… Proszę przygotować dokumenty samochodu i prawo jazdy

Niebiesko mundurowa postać udaje się z moimi dokumentami do błyskawicy, zamaskowanej w gąszczu wokół trafostacji. Złość zdołałem przegonić, ale jej miejsce zastępuje humor straceńca. Ciekawe jak kosztowna okaże się przyjemność dziesięciometowej jazdy pod prąd?
* * *
- Panie kierowco, nie zastosowanie się do znaku pionowego numer … to jest X punktów karnych i 100 złotych mandatu karnego. Istnieje możliwość odmowy przyjęcia mandatu, w takim wypadku zostanie skierowany wniosek do sądu … bla, bla, bla…  - uprawia coś na kształt melorecytacji niebiesko mundurowy. Nie tak tragicznie, a i punktów myślałem, że więcej będzie. Ale zawsze…, no i ta stówka piechotą nie chodzi...

Zbieram się w sobie, mobilizuję, postanawiam nadludzkim wysiłkiem stoczyć ostatnią, ale najważniejszą bodaj batalię tego tygodnia. Niewiele mam do stracenia.
- Kurde, piątek jest. Nie da się nic taniej? No i bez tych punktów?
- Co, ulgowy mam wypisać?
Przyznaję, służba mundurowa zaskakuje mnie błyskotliwością. Pewnie z nudy i podczas wysiadywania w tych krzakach takie bon moty wymyślają.
- Nieee…, w ogóle bez wypisywania. Po co papier marnować, drzewa niszczyć. Za niższą kwotę też bym zrozumiał, że źle postąpiłem jadąc pod zakaz.
- 50?
- 40 i bez punktów?
Ledwo dostrzegalne kiwnięcie. Umowa zawarta. Równocześnie uświadamiam sobie negocjacyjny błąd. Qrwa, w portfelu mam całe pięć dych. Niech będzie, moja strata. Idę do błyskawicy, bo tam umawiamy się na transakcję. Wyciągam 50 złotych z portfela i konsternacja. Byłem przygotowany, że usłyszę coś na wzór, że oni mi dobrze, bo myśleli, że nie mam, a ja im z pięćdziesiątką wyjeżdżam. Tymczasem,
- Kurczę, ale ja nie mam wydać. Ty masz? - pytanie do przysypiającego za sterami błyskawicy kolegi. Osiągam czwarty stan umysłu w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut. Amplituda nastrojów hasa jak kolejka górska. Góra, dół, czasem pętla. Od zadowolenia, po wqrwienie, beznadzieję i obecnie osłupienie. Chłopaki w skupieniu odliczają resztę. W klepakach prawie całą kieszeń tego otrzymuję. 

Wychodząc z błyskawicy staram się ugrać całą pulę
- Panowie, skoro dojechałem już tutaj, to mogę śmignąć do końca?
- Nie! - powraca w nich dawny wigor
I chociaż jestem uboższy o cztery dychy, wracam na Jerozolimskie bardziej pogodny niż w momencie kiedy ją opuszczałem. Przepełniony wiarą w uczciwość. Nie, nie swoją. Miało być czterdzieści, było czterdzieści. Nie naciągali mnie na pięćdziesiąt.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

23 sty 2017

Po prostu tekst o mężczyznach


Nachodzi mnie czasem ochota by zmierzyć się z tematem, o których nie mam zielonego pojęcia. Coś na wzór - nie wiem, ale tym chętniej się wypowiem. Raz, dawno temu już wszedłem w zwarcie i uwodzicielski romans z czterdziestoletnią kobietą odprawiłem. Liczę, że od tego czasu chodzi dumnie i z podniesioną głową, a nie przemyka, pierś seksownie prężąc, pewnością siebie emanując, a zgrabną łydką, męskie i te bardziej nastoletnie spojrzenia przyciąga. Bo nic się nie zmieniło, czterdziestka to skarb.

Dzisiaj w męskim gronie postanowiłem namieszać i mężczyznę, niekoniecznie czterdziestoletniego za model sobie upatrzyłem. Dawno chciałem to zrobić. Kiedyś się nawet zabrałem, gdy mężczyznę do sklepu z drewnianymi podłogami wysłałem, ale tamten tekst wyszedł na tyle obszerny, że stał się tematem sam w sobie. Nie zamierzam robić z mężczyzny idioty, ale odpowiedni filtr na okulary sugeruję przyłożyć, bo opisuje przypadki raczej skrajne. Nie mężczyznę metro, lamberbrodatego, wyzwolonego, czy nowoczesnego, wyciętego z poradników psychologicznych co gotuje obiady lub z dziećmi po placu zabaw owinięty w chustę biega.

Nie uważam również aby obsługa mężczyzny wymagała specjalnej instrukcji. Niewątpliwie miewa mężczyzna swoje przyzwyczajenia oraz liczne defekty konstrukcyjne, a jego zachowanie w wielu przypadkach na próżno powiązać z logiką. Ale ten sam mężczyzna, gdy tylko zdoła oszczędzić swego widoku odzianego siateczkową koszulką na ramiączkach i szorty trzy czwarte, może być całkiem znośny. Bywa, że nawet uroczy. Mój mężczyzna to nie ćwierć inteligent i przy niezliczonej liczbie dziwnych zachowań, które znam między innymi z autopsji, mieści się w szeroko pojętych ramach normalności. By jakoś go uczłowieczyć i spersonalizować, mężczyzna nosi piękne imię Grzegorz. Przepraszam wszystkich Grzegorzów jeśli poczują się urażeni, lecz czego jak czego, ale tego, że każdy mężczyzna wyposażony jest w odpowiedni dystans do swojej osoby i poczucie humoru, mogę być pewien.

AUTORYTET 

Rzecz dla Grzegorza raczej priorytetowa. Stara się nim być niemal w każdej znanej i nieznanej sobie dziedzinie. W tych nieznanych z pomocą przychodzi internet i jego zasoby, a Android w kieszeni sprawę jakby upraszcza. Od zera do eksperta, w dowolnej kategorii. Czerpie z tej możliwości Grzegorz garściami i peroruje. Bryluje w domowym zaciszu, bryluje podczas imprez rodzinnych, ale zawsze czujnie i z dala od osób, które mogłyby rzucić cień podejrzeń na racjonalność jego wywodów. Nie wypieram się, i mnie się zdarza, ale problem zdiagnozowałem, a to początek drogi do sukcesu. Antidotum sobie zaaplikowałem - nie kłapać jadaczką kiedy nie mam nic do powiedzenia. Skuteczność osiągnąłem w zamierzeniu taką sobie, ale staram się i jestem chyba na dobrej drodze.

WCALE NIE JESTEM OBRAŻONY 

Mężczyzna ma tendencje do obrażania się. Wprawdzie własnymi oczami sytuację ocenia inaczej niż otoczenie, uważa że to nie tak i wcale się nie obraża, ale dobrze gdyby sobie uświadomił, że mija się z prawdą. Zwykle nie bardzo wie o co się obraża, ale nigdy nie zaszkodzi. Męski rodzaj taktyki defensywnej - obrażę się, przeczekam, popatrzę na rozwój wypadków. Często chodzi o krytykę, bo mężczyzny krytykować nie wolno. Kto nie wiedział, niech zapamięta. Sam dąsałem się niezliczoną ilość razy. Z różnych powodów, najczęściej błahych. Zawieszałem się obrażony z częstotliwością podobną z jaką odcinano dopływ prądu w PRLu. To kiedyś. Dziś jestem mężczyzną świadomym i niezawieszającym się, z czym nie zamierzam polemizować.

ZAWSZE W FORMIE, ZAWSZE W KONDYCJI 

W przeciwieństwie do większości kobiet, Grzegorz zupełnie inaczej odbiera swoje lustrzane odbicie. Co ranek stając przed lustrem ogląda tego samego młodzieńca, którym był 20 lat temu. Żadnych worów pod oczami, nalanej twarzy, czy piwnego mięśnia. Góra mięśni. Zasadniczo jest z siebie i swojej kondycji zadowolony. Całkiem niedawno, mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu, grał w akademickiej drużynie koszykówki, więc w kondycji jest nie najgorszej i nic nie świadczy o tym, że jest inaczej. Wprawdzie faktycznie, gdy winda u teściów się ostatnio zepsuła (pewnie teściowa maczała w tym palce), dostał lekkiej zadyszki wchodząc na drugie piętro. Może trochę więcej browarka ostatnio sączy i zaangażowanie praktyczne w sport jakby mniejsze, ale regularnie ogląda Ligę Mistrzów, a to prawie tak, jakby sam biegał po murawie. Jakbym tylko chciał - myśli mężczyzna - to chwila moment jestem w formie. Nie jest tak źle. Przecież na studiach grałem...

JA PIJANY?!

Nie jestem w stanie przywołać w pamięci choćby jednego mężczyzny, który powie o sobie - Nie, nie. Nie polewaj mi tyle, mam za słaby łeb. Muszę pofolgować.
Spożywa mało, dużo, wcale, ale nigdy z siebie nie wydusi, że ma słabą głowę by pić ze słowiańską fantazją. Kolejna z ujm na męskim honorze, bo mężczyzna zawsze może oraz analogia z poprzednim akapitem - mężczyzna zdaje się nie dostrzegać upływu lat. Gdy tylko zakosztuje mandaryny, mentalnie przenosi się w czasy studenckie. Błędnie szacuje swoje możliwości i ryzyko z tym związane.
ONA: Już nie pij więcej, zaraz idziemy
ON: Czemu? 
ONA: Już masz dosyć. Chciałabym zaraz wyjść
ON: A co ty opowiadasz. Dopiero dwa drynki wypiłem
ONA: Wystarczy. Zrób sobie przerwę. Głupoty zaczynasz opowiadać i cały czerwony jesteś 
ON: Jakie głupoty...? Żartuję sobie, jakoś wszystkim się podoba. Czerwony…, bo tu gorąco
ONA: Nie pij więcej, za pół godziny wychodzimy. Nie chcę żebyś się upił... 
ON: Nieeee..., ja pijany… Już chcesz wychodzić? Marek z Iwoną dopiero co przyszli. Z Markiem chcę (czyt. muszę) się napić. Ty wiesz ile my z Markiem na studiach potrafiliśmy wypić… No, ja pijany. Wymyśliłaś 

UCZUCIE JEST, LECZ CIĘŻKO JE WYRAZIĆ

Pochodzę w prostej linii od górala. Tak, Józef Ojciec to góralik, jak mówił o nim dziadek. Dziedziczę więc wszystko co z góralską naturą związane. Jestem wredny, uparty, zamknięty. Ciężko do mnie dotrzeć, a jeszcze gorzej przyjmuje nowości. Noszę w sobie te wszystkie przypadłości, skrywane pod anielskimi loczkami i szelmowskim uśmiechem. U Józefa Ojca kiepawo również z wyrażaniem emocji i uczuć, bo tak nakazuje szablon góralskiej natury, a ja jako nieodrodny syn swego Ojca, wcale lepiej sobie z tym nie radzę. No cóż, można powiedzieć, Ojciec góral, jam jest góral, ale przecież nie każdy mężczyzna to góral. Chcę przez to powiedzieć, że mężczyźni mają kłopot z uzewnętrznianiem uczuć, emocji. Ciut lepiej, gdy mowa o ukochanej drużynie mężczyzny, bo w emocjach sportowych potrafi być mężczyzna mocno ekspresyjny - Widziałeś qrwa jak przyjebał! (co jest raczej stwierdzeniem niż pytaniem) Ale przypierdolił!!! W samo okno!

Gorzej ma się sprawa w sytuacjach nie związanych z futbolem. Jedyną emocją, jedynym uczuciem jakie mężczyzna wyraża to wqurwienie i złość. Ale oba wyrażają chyba to samo. Złość można wyrażać. Złość w języku mężczyzny oznacza asertywność. Złość jest męska. Każdy inny rodzaj emocji, nie. Kisi w sobie mężczyzna wszystko, bo w końcu - co pedał jakiś jestem, żeby o uczuciach gadać? Albo,
- Kochasz mnie? 
- Uhm... 
- To powiedz
- Co?! 
- No, że mnie kochasz...
- Przecież powiedziałem 

NAMIĘTNY KOCHANEK, NIEPOSKROMIONY UWODZICIEL, RUCHACZ, JEBAKA (TEORETYK), ALE KAŻDY WYTRAWNY KIEROWCA TAK MA 

W zasadzie chciałem zakończyć tekst opisując mężczyznę zmotoryzowanego. Ale co rozpoczynam nowy wątek, przychodzi mi do głowy kolejny. Mógłbym tak pisać bez końca. Nie zdawałem sobie sprawy, jaki z mężczyzny tak wdzięczny temat. Źródło do opisywania prawie niewyczerpalne.

Grzegorz kierowcą jest wyśmienitym. Jazda autem ma dla mężczyzny wymiar ambicjonalny. Tysiące, miliony osób porusza się po drogach, ale tylko On robi to idealnie. Wszyscy wokół popełniają błędy, On nigdy. Poza tym, przy całej swojej idealnej jeździe potrafi jeszcze wcisnąć gaz z taką werwą, że mylą go czasem z Hołowczycem. Przecież jemu się spieszy i nie ma zamiaru jechać jak te wszystkie cipy wokół. Bo On jeździ szybko, ale bezpiecznie.

Mężczyzna nie lubi oddawać steru swojego bolidu. Jeśli już siada na fotelu pasażera tworzy z prowadzenia auta czynność nader skomplikowaną. Jego uwagi mogą irytować - za szybko puszczasz sprzęgło, szarpiesz; wrzuć czwórkę, nie słyszysz jak wyje; no wciśnij qrwa to sprzęgło, bo skrzynię rozwalisz; i klasyk - ruszaj, bardziej zielone nie będzie.

W tym miejscu zamierzałem zakończyć znęcanie się nad mężczyzną, bo w przeciwieństwie do kobiet, które chyba nieco podbudowałem, facetowi doczepiłem sporej wielkości balast do nogi. Pojawił się jednak w mojej głowie jeszcze jeden element warty opisania. Wszedł do niej z werwą prawdziwego Polaka i zaczął napieprzać od środka na tyle skutecznie, że nie mogłem go pominąć. Męskie pogawędki i podboje miłosne. Zostawcie drogie Panie swojego mężczyznę samego. Pozwólcie mu iść na męską popijawę, zamontujcie w kieszeni małą słuchawkę. Dowiecie się jaki z waszego cichego Kazia jebaka. Tamtej nie, bo pasztet; tej nie, nawet po ciemku. Gdyby tylko chciał, mógłby mieć każdą; A widzieliście tą nową z marketingu? Jechałem dziś rano z nią windą i powiem wam, że… efektowne zawieszenie głosu zrozumiałe jest tylko dla kompanów biesiady, chociaż chyba nie całkiem, bo ja na przykład nigdy nie wiem co ma wyrażać.

Mógłbym tak długo, a kolejne odcinki przygód o mężczyźnie mogą brzmieć mężczyzna jest chory, mężczyzna w warsztacie samochodowym, który w sumie mógłbym podpiąć do części z samochodem, mężczyzna i gadżety, mężczyzna i teściowa. Jestem pewny, że nim doszedłbym do ostatniego w głowie zatliłyby się kolejne. Jeśli macie pomysły, możecie dopisywać.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

9 sty 2017

Książką po głowie, czyli dziecko drogie unikaj biblioteki


Pani Hober przypomniała mi się zupełnie, mogę powiedzieć, od pały. Ludzka pamięć to dziwne urządzenie. Całkiem niedawno i równie od czapy przyśnił mi się mój szkolny kolega, który w zasadzie szczególnie bliskim mi kolegą nie był, Stasiu Zalas. Skąd się wziął w moich snach, nie wiem. Stasiu pochodził z małej wioski pod Szczecinem, mieszkał w internacie i strasznie kręciło go wojsko. Do tego stopnia, że jedyne w co się ubierał to moro. Poza tym, pasjonował się filmami z gatunku Rambo. Niewiele więcej mógłbym o Stasiu powiedzieć. Przez ponad dwadzieścia lat nawet na sekundę nie pojawił się w moich myślach, aż do nocy kiedy zaistniał w śnie. Dziwne.

Chodziłem, czy jak kto woli, uczęszczałem do szkoły podstawowej usytuowanej w starym, pamiętającym czasy niemieckie, a być może i pruskie, budynku z czerwonej cegły. Szkoła posiadała niewiele udogodnień, była kiepsko wyposażona, miała malutką salkę gimnastyczną, za to całkiem przyzwoite boisko do kopanej oraz w większości beznadziejnych nauczycieli. Być może źle zapamiętałem, ale moje rozeznanie w temacie każe mi sądzić, że ówczesne metody wychowawcze i aktualne standardy bezstresowego chowu młodzieży mkną osobnymi torami. Grono nauczycieli, które czyniło wysiłki by ukształtować mnie na przyszłą komórkę społeczną, w dużej części się do tego najzwyczajniej nie nadawało. Niewiele w nich było z pedagogów, a dla niektórych kontakt z młodymi ludźmi powinien być zakazany odgórnie i z definicji ze względu na zachowania, które według dzisiejszych norm mogłoby zaprowadzić ich przed oblicze prokuratora.

Pani Hober była w szkole instytucją. Kiedy rozpoczynałem proces edukacji była nauczycielem na lekcjach wuefu. Trudno było się dopatrzyć w jej ruchach jak i posturze, więcej niż przeciętnego usportowienia, ale nadrabiała to ciągłym krzykiem, a bardziej opornych przekonywała do pracy nad tężyzną fizyczną smaganiem po plecach lub gołych nogach sznurkiem od gwizdka, który nosiła zawieszony na szyi.

W tej samej szkole, na najwyższym piętrze, w gabinecie fizyki, rezydował Pan Miarka. Indywiduum oślizłe i obleśne. Pan Miarka, nie bawiąc się w upiększone sformułowania, śmierdział. W całej rozciągłości słowa znaczeniu. Pan Miarka był także kawalerem. Nie wiem, czy drugie wynikało z pierwszego, czy pierwsze z drugiego, ale zdaje się to być średnio istotne. Pan Miarka roztaczał wokół siebie fetor kilkunastodniowego, przepoconego ciała z dotrzymującym kroku nieznośnym oddechem. Musiało to być ohydne, skoro utkwiło mi w pamięci na długie dwadzieścia kilka lat.
Ów brak higieny można by jeszcze Panu Miarce ostatecznie wybaczyć, ale w swym obleśnym zachowaniu, za rzecz naturalną uważał mało wyszukane karcenie dziewcząt. Nas, wczesno-męską część, jego żarty i docinki kierowane w stronę naszych koleżanek śmieszyły, ale dziewczętom, myślę sobie teraz, wcale do śmiechu chyba nie było. Przypominam sobie dla przykładu, że do Elki Matychniak, której fizyczność już bardziej przypominała podlotka niż dziewczynkę, Pan Miarka rzucał - Patrzcie, Matychniak piersi już urosły i myśli, że może rozmawiać na lekcji. W sumie nie ma się co obruszać, bo zawsze mógł powiedzieć - cycki. Elkę lubiłem, nawet nie dlatego, że dawała mi zrzynać matmę, bo była najlepsza w klasie, ale dlatego, że była w porządku. Jak na dziewczynę oczywiście.

Niżej, w gabinecie plastyki rezydowała Pani Chmielewska. Plastyka, ktoś pamięta jeszcze taki przedmiot? Pani Chmielewska była autorką zdań, szkolnych legend, którymi rzucała w chwilach wzburzenia. A że targało nią często i nietrudno było w taki stan Panią Chmielewską wprowadzić, to i często nimi smagała. Pępuszku, jak cię strzelę w papę, to ci majty spadną lub Ptysiu, jeśli mamusia w domu cię nie potrafi zachowania nauczyć, to ja cię wychowam i zdzielę w łeb tak, że ci głowa z płucami odleci. Jako posiadacz mocno pracującej wyobraźni zawsze starałem się tą lecącą głowę z płucami wyobrazić. Nawet zobrazowałem to stosownym rysunkiem, który zaprezentowałem koledze z ławki. O koledze wspomnę ciut dalej, ale mimo że nie przejawiam jak mi się zdaje zdolności plastycznych, chyba na tyle udanie odzwierciedliłem lecącą głowę z płucami, bo kolega usłyszał - Marsz gnoju do kąta! - gdy zaczął rżeć jak koń. Inną językową perełką Pani Chmielewskiej było - gówno zasrane będzie sobie stroić żarty na lekcji. To gówno zasrane, jako rzecz nie całkiem możliwą do realizacji wytknął kiedyś Pani Chmielewskiej właśnie mój kolega z ławki, Marcin, który rezolutnie, niczym serialowe dziecko starał się dojść sedna
- Proszę Pani, ale gówno nie może być chyba zasra…
Nie dokończył. Okazało się, że właśnie jako to gówno zasrane jest butny i krnąbrny. Musiał się stawić z rodzicem w szkole.

W ogóle mam wrażenie, że tą butą i krnąbrnością byłem punktowany nieustannie. Danuta Matka kilogramami ją przynosiła z każdej wywiadówki. Jako nie należący do grona uczniów wybijających się, na pochwały nie zasługiwałem. Byłem krnąbrny i butny. Dziś gdy słyszę o krnąbrności, automatycznie się uśmiecham, bo przypomina mi się szkoła podstawowa.

Jako uczeń krnąbrny lubiłem się zerwać z lekcji. Tak, już w podstawówie. Najczęściej nie sam, lecz z kolegą Marcinem. Zawsze przecież kompan z ławki dzielił te same zainteresowania. O ile nie został karnie usadzony w ławce z kimś o zainteresowaniach odmiennych, a na pewno bardziej zainteresowanym lekcją. Na wagarach bardzo często wędrowaliśmy do biblioteki (dzielnicowej), gdzie mieściła się również czytelnia. Tam spędzaliśmy wiele godzin czytając Tytusa, Kajko i Kokosza, Relaxy. Wprawdzie Pani w bibliotece wyrażała czasem swoje zainteresowanie naszą obecnością o tak wczesnej porze, ale mówiliśmy, że my dziś psze Pani mamy na popołudnie.

Po kilku latach, Pani Hober, przeszła na sportową emeryturę i jak to się wyraża w gwarze sportowej, zawiesiła buty na kołku. Została przerzucona w poziomie na nowy, odpowiedzialny odcinek. Stała się nauczycielem nauczania początkowego, a gdy odcinek został ostatecznie obroniony i wyprowadzony na prostą, osiadła w szkolnej bibliotece by pełnić funkcję bibliotekarki.

Szkolna biblioteka do imponujących nie należała. Cały proces wypożyczeń odbywał się przy kontuarze, a książki można było wypożyczyć dwie. Lekturę oraz książkę dowolną. Oba tytuły należało mieć uprzednio przygotowane, bo w innym przypadku Pani Hober obdzielała książkami według własnego wyboru. Grymasy nie były mile widziane.

Kiedyś zjawiliśmy się w bibliotece. Z Marcinem oczywiście, bo my tak długo funkcjonowaliśmy w tandemie. Do czasu, aż Marcin nie został przeniesiony do innej szkoły, kiedy Pani Chmielewska i Moruś od matematyki (były koleżankami) zasugerowały mamie Marcina, że będzie lepiej jeśli przeniesie syna do szkoły, w której sama uczyła. W innym wypadku Marcin nie otrzyma promocji do następnej klasy, z plastyki i matmy. Taka zawaluowana forma szantażu. Stoimy karnie przed bibliotecznym kontuarem. Otrzymałem swój zestaw książek zadowolony, że udało mi się nie zdenerwować Pani Hober. Marcin chyba również nie miał takiego zamiaru, ale mu nie wyszło. Nie pamiętam, jaką książkę sobie zażyczył, bo przecież to blisko 30 lat, ale jego życzenie nie pokrywało się z tym co otrzymał.
- Psze Pani, ale ja chciałem inną książkę
Tego było za wiele dla Pani Hober. Zaczęła tłuc Marcina po głowie opasłym tomiskiem, które przyniosła, a którego tytułu niestety również nie pamiętam, jedynie tyle, że było pokaźne. Nasłuchał się również Marcin, o swej bezczelności i braku szacunku.

I w takich trochę dziwacznych okolicznościach, okładania książką po głowie, objawiła mi się w myślach Pani Hober. Starałem się przypomnieć sobie tytuł książki, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Czy tylko moja podstawówka była nieco zwichrowana?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

19 gru 2016

Nie spiernicz sobie Świąt


Choinka już jest. Stoi dumna i rozświetlona od tygodnia. Sam ją na grzbiecie przytaszczyłem dlatego mogę powiedzieć, że mam do niej osobisty stosunek. Nati z drzewkiem nieco odleciała. Z roku na rok mamy większe i jeśli przyrost zostanie zachowany, jak nic, w przyszłym roku trzeba będzie dziurę w suficie kuć. Niestety, w tym roku nie znalazł się nikt kto by się zatrzymał, kto by zechciał podwieźć. Całą drogę od placyka do domu z chojakiem na ramieniu przedreptałem, przerzucając raz na ramię lewe, raz na ramię prawe. Szczęśliwie dla mnie i moich ramion, nie jest daleko, bo na siłownie nie chadzam, muskulatury nie rzeźbię i z krzepą bywa różnie. W każdym razie, udźwig odczułem w bicepsie następnego dnia rano.

Rozwiesiliśmy w oknach świetlne girlandy, udekorowaliśmy mieszkanie. Nawet w sypialni urządziliśmy sobie ze światełek hinduski burdel. Miło i atmosfera przyjemna. Cieszymy się, bo wprawdzie do Polski na Święta się nie wybieramy, ale znajomi do nas zawitają. Tym większa przyjemność i motywacja do krzątania w kuchni. Im nas więcej, tym przyjemniej.
Wpadłem w ten świąteczny klimat po uszy. Wszyscy chcemy wyidealizowanych Świąt podobnych do tych jakie można obejrzeć w filmach. Dążymy do nich, ale większość zapomina, że w Świętach najfajniejsza jest atmosfera i przygotowania. Nawet znalazłem w ubiegłym tygodniu czas by powłóczyć się po mieście. Nie zakupy, nie prezenty, ale po to, aby przyglądać się ludziom, wystawom sklepowym, neonom. Wchodziłem do sklepów słuchać bicia dzwonów, dzwoneczków, piosenek świątecznych. Minąłem po drodze dziesiątki Mikołajów. Wiedzieliście, że jest ich aż tylu? Można powiedzieć debil, pcha się w oko cyklonu. Nie, wcale nie. Taki plan miałem od dawna. I kiedy nie musiałem się spieszyć, nie miałem głowy zoranej myślami co kupić cioci Zosi, a co wujkowi Zbyszkowi i kiedy ja ugotuje kapustę, wyglądało to całkiem znośnie, a tłum nie okazywał się taki groźny.

W takim radosnym uniesieniu zaciągnąłem wewnętrzne zobowiązanie - a co tam, upiekę w tym roku pierniczki i piernik. Zobowiązanie tyleż ambitne co i karkołomne, biorąc pod uwagę, że jeszcze dotąd w swoim życiu nic nie upiekłem. Ponadto nasz domowy piekarnik kataloguje się jako antyk, który czasy viktoriańskie zna niekoniecznie tylko z opowiadań. No, ale qrwa, ja nie dam rady?! Spokojnie, bez napinki, na luzaku, musi się udać. Nie takie gambety piekły.

Wprawkę poczyniłem na pierniczkach. Raz, drugi. Przepis jeden, przepis drugi. Chwalić się nie wypada, ale jeśli sam tego nie zrobię to nikt mnie nie pochwali. Z pierniczków jestem dumny. Po takim preludium maestria tworzenia piernika zmalała jakby do zwykłej chałtury. Pierwszy, bo zamierzam piec dwa, wziąłem na warsztat piernik z przepisu Siorki. Siorka mówi - spoko brat, skoro mi się udaje, to trzeba być idiotą żeby spierdulić. Jak tak, to co? Do dzieła. Bakalie namoczyłem w gorzale, orzechy posiekałem, ciasto wyrobiłem, wszystko tugeder do kupy zmieszałem, wlałem w foremkę i poszło w piekarnik królowej Viktori. A tam naprawdę czarna magia. Nie wiadomo, czy już nagrzany, ile stopni, nic. Tylko ogień bucha. Przez godzinę chodziłem spięty jak bokser przed walką. Wzrok, chociaż bardziej węch wyczulony na najmniejszy smrodek spalenizny. Z patyczkiem się nie rozstaję. Udało się. Złapałem piernik gdzieś na granicy przypalania. Nic strasznego. Delikatnie z jednej strony. Poczekałem aż przestygnie i malutką tareczką defekt wyprostowałem. Pełen dumy z dzieła, udałem się na spoczynek.

W dzień następny planowałem domknięcie tematu pod postacią polewy czekoladowej. Prościzna. Masło, kakao, cukier, żelatyna…
- A po co ta żelatyna? - słyszę wciąż od Nati.
- Nie wiem. Taki mam przepis. 
- Jakiś dziwny.
Ale taka jest właśnie Nati. Niby rób jak chcesz, ale będzie chodziła, marudziła. W każdym razie, dobrze, że byłem sam, bo potrzebuję spokoju kiedy tworzę. No i dziergam tę polewę i coś mi nie idzie. Gluty się porobiły, tłuszcz na wierzchu. Dopiero mi się przypomniało, co Siorka kilkakrotnie powtarzała, a mi jakoś umknęło
- tylko nie przegrzej masła, tylko nie przegrzej masła… , bo się rozwarstwi 
- dobra, dobra
Teraz przynajmniej wiem co to jest to rozwarstwienie masła, bo dotychczas tylko teorią się posługiwałem. Przed oczami miałem praktykę. Szybka akcja z telefonem w dłoni - google ratuj! plis! No musi być coś do qrwy nędzy o rozwarstwianiu masła. 

No i niby było. Piernik polewą przykryłem, ale gdzieś jakby cały mój stoicyzm wyparował, bo ni mniej ni więcej, ale delikatnie mówiąc wqrwiony byłem na ziher. Z efektu niezadowolony. Najchętniej to bym tym piernikiem o ścianę pizdnął, ale byłbym dużo bardziej (wqrwiony) w chwili kiedy musiałbym sprzątać. Kto wie, czy gdyby Nati nie była świadkiem, że go z piekarnika wyjąłem, to piernik w koszu by nie wylądował. A tak, wzułem tylko trzewiki, jesionkę rzuciłem na garba przejdę się, zobaczę co na dzielni.

Wróciłem w dużo lepszym humorze. Spojrzałem na Mój Piernik. Polewa się błyszczy, a on sam jakby się do mnie uśmiechał. Jakby wypiękniał. Usiadłem i pomyślałem nad własną głupotą. Przyjebany facet jesteś. Nie pozwól żeby taka mała rzecz popsuła Ci humor. Nie pozwól, żebyś przez taką małą rzecz psuł humor innym, w tym wypadku pewnie Nati. To tylko piernik. Goście przyjadą i będzie miło nawet jeśli piernika nie będzie. Pomogło, bo humor wrócił mi całkowicie. A Mój Piernik od razu ładniejszy się zrobił. Nawet jeśli nie będzie nikomu smakował to zjem go sam. Bo jest to Mój Piernik, upiekłem go pierwszy raz i wsadziłem w to całe serce.

Nie pozwólmy, by drobne rzeczy, niepowodzenia spierniczyły nam humor i atmosferę. Nie w te dni. Nie przejmujmy się, że Ciocia Irena powie, że pierogi w zeszłym roku u Małgosi były lepiej doprawione. Ciocia Irena tak widocznie ma. Najlepiej nie spędzajmy z nią Świąt. Rozejrzyjmy się, może ktoś z naszych znajomych, życzliwych nam osób, nie ma bliskich, z którymi mógłby je spędzić. Nie dla wszystkich to miły okres. Lepiej zaprosić życzliwego kolegę z pracy niż nieżyczliwych ciocię, czy wujka. Bo bliskich i rodzinę ma się w sercu i głowie, nie na papierze.
Nie martwmy się, że kompot wyszedł jakiś nie bardzo. Znajdźmy za to czas aby usiąść na kanapie ja, ty, on, ona, dzieci. Obejmijmy się i każdy niech zada każdemu po jednym pytaniu - co dla ciebie było największym przeżyciem w mijającym roku. Spróbujmy się poznać. Bo żyjemy ze sobą pod jednym dachem, ale nie całkiem dobrze się znamy. Na na co dzień, brakuje nam na to czasu. A Święta to dobry moment by zwolnić i rozkoszować się tym spokojem. Bo w Świętach nie chodzi o to by wszystko było idealne.

* * *

Wszystkim, którzy tu zaglądają chcę życzyć miłych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Pięknej i rozświetlonej choinki, cudnej atmosfery, spokoju, spotkań z najbliższymi, chwil na odpoczynek i rozmowę. I żeby każdy spotkał swojego Mikołaja. 
W Nowym Roku natomiast,  przysłowiowego wiatru w plecy, by zawsze było z górki, słońce świeciło nad głową, spełnienia marzeń, które gdzieś zalegają, jak najmniej trosk, a najwięcej przyjemności, by każdy kolejny dzień Nowego Roku był lepszy od tego, który się właśnie kończy. I zdrowia. Zdrowia, które gdzieś zwykle klepiemy bez zastanowienia na początku życzeń. A bez niego nic co wyżej nie jest możliwe. Jak najwięcej szczęśliwie przeżytych dni w Roku 2017.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers