10 lis 2015

Człowiek w turbanie


W Londynie byłem dotąd kilkanaście razy, a większość jego atrakcji zdążyłem poznać z perspektywy kilkudziesięciu lub nawet set metrów poprzez beningowe okienko. Big Ben, parlament, London Eye, itp. Nie było potrzeby wychylać nosa poza lotnisko dotychczas.

Zanim rodacy na Anglię ruszyć się zdecydowali, a Polak na wyspach stanowił ewenement, w czerwcu 95go wylądowałem na Heatrow. Pierwszy raz wówczas nogami królestwo deptałem. W Polsce, to wciąż jeszcze dominacja trzech szlaków turystycznych. Najmocniej rozbudowana gałąź - pielgrzymkowa. Dwa tygodnie autokarowego trudu z ograniczoną możliwoścą jego opuszczania. Dojazd na miejsce, szybka przebieżka do miejsca kultu, zdjęcie i powrót. Atrakcji niewiele, za to droga do raju gwarantowana. Szlak orientalno turecki. Kierunek wymagający biznesowej smykałki. Markowa dzianinka wytargowana na bazarku, kilka sztuk dźyńsów, torebka, parę sweterków. Wszystko z metkami sztukowanymi na miejscu gwarantowało zwrot kosztów wyprawy. Towar w godzinę upłynniał się na stadionie. I w końcu szlak trzeci - Costa del Sol z własną przyczepą. Dla nielicznych, bo kierunek mało dochodowy i nieuduchowiony. Kogo stać aby dwa tygodnie plackiem leżeć na słońcu (takim samym jak nad Bałtykiem) i bezproduktywnie Europę przemierzać? Wszystkie trzy kierunki charakteryzował zbliżony zestaw zaprowiantowania. Konserwa turystyczna na ciepło i zimno, Pudliszki, Kuksu oraz herbatniki. No i w tej rzeczywistości zdobywania zachodnich lądów przez rodaków, ja w tym karwa Londynie londuje. Stres mnie zżera bardziej niż tego pilota co za sterami siedział. Zadanie do wykonania mam jasne i czytelnie nakreślone. Przegrupować się z jednego terminala na drugi, skąd dalszą podróż miałem odbywać. Wtedy wydawało mi się to równoznaczne z samotną wyprawą na biegun obojętnie jaki. Mój poziom oświecenia językowego mocno ograniczał moją zdolność operacyjną. Znane mi słowa w języku langłicz zliczyłbym na palcach dwóch dłoni, włączając w to liczebniki i słowo Fuck. Moja starsza siostra, z czasem dochodzę do przekonania, że nie zawsze mądrzejsza, poinstruowała mnie, że jak już będzie źle, że aż tragicznie, a Tytanic będzie tonął, to mam się rzucić na szyję jakiemuś pracownikowi służb umundurowanych i on/ona na pewno mnie na odpowiedni samolot odprowadzą. Taki mają - twierdziła - obowiązek. Odporności angielskich służb mundurowych na kontakt z namolnym pasażerem z Polski, wolałem nie wystawiać na próbę. Postanowiłem - przedzieram się sam. Albo polegnę na Heatrow, albo obwołają mnie bohaterem. Dotarłem! Szczęśliwy, z promiennym uśmiechem, podbiłem do jakiegoś desku. Nawet nie wiem, czy była to informacja, ale byłem tak zaślepiony szczęściem, że udało mi się dojść kresu mego cierpienia, znaczy sie na odpowiedni terminal dostać, że mało mnie to interesowało. Rzuciłem dumnie paszport z orłem na blat i oczekuję wsparcia. Po drugiej stronie typ w turbanie mi się wyprężył przed oczami, niczym Gurkhek gotów swego deskowego stanowiska bronić. Paszport plus bilet z przejęciem w dłoni dzierżony wystarczył, by turban wyłapał, że tu gdzieś za niedługo samolot po mnie zajedzie. Był miły i sympatyczny. Wyjaśnił mi, że samolot będzie i owszem o czasie, ale nie wiadomo do którego rękawa się przyssie. Poradził bym błąkał się gdzieś w okolicy, a szczegółowe info w odpowiednim czasie wyświetli się na takim monitorku nad jego głową. Jak sugerował, tak zrobiłem. Zacząłem się snuć po terminalu. Łeb mi latał na wszystkie strony. Friszopy bombardujące światłem i masą produktów. W Polsce wciąż jeszcze niedostępnych na taką skalę i w takim obrandowaniu. Największe wrażenie jednak, bezsprzecznie wywarła na mnie wielokulturowość i tygiel narodowościowy. Zakochałem się w lotniskach, lub bardziej w atmosferze im towarzyszącej. Setki, tysiące ludzi, przetaczających się każdy swoim tempem, we wszystkich kierunkach. Mnogość języków, dowolne odcienie skóry. Tam pośpiech, tu znużenie przeciągającym się oczekiwaniem. Tam kawa, gdzie indziej szybkie prezentozakupy przed powrotem do domu. Do dzisiaj nie przeszła mi ta fascynacja lotniskami. I właśnie podczas konsumowania lotniskowej atmosfery rozluźnienie się wkradło w szeregi. Zdarza się. Skupiłem się na poszukiwaniu drzwi z trójkątem, a za nimi w swoim przytulnym boksiku oddałem kontemplacji. Jak już cały stres ze mnie wyszedł, a bakelit uwierającym się stawał, zacząłem ponownie odbierać bodźce zewnętrzne. Betoniarka gdzieś pod sufitem umieszczona obwieszczenie z siebie wypuszczała. Zrazu lekceważyłem, bo co miałem słuchać, skoro nikt mnie tu nie zna i nie do mnie mówią. Błąd. To -ski, -dzki, -cki jakoś znajomo zaczęło brzmieć, a z potoku treści wyłowiłem paseńdżer dzalubsky. Wystarczyło. Zasadniczą robótkę miałem za sobą. Pozostało jedynie pory relaksu wciągnąć na pozycje i dzida. Rwę z obłędem w oczach, a w głowie kolejne pliki analizuję - co takiego nawywijałem, że turban mnie przez radiowęzeł lotniskowy nawołuje? Jak już dotarłem do tego turbaniego stanowiska dowodzenia, rozpromienił się typ całą szerokością paszczy jakbym z samą królową pod pachą przygnał. Mówił i mówił i mówił. Niewiele z tego zrozumiałem, ale z grubsza jak sądzę chodziło o to, że on już wie przy którym rękawie ten mój samolot będzie oczekiwał. W dechę. To po to trzeba było taki raban na całe lotnisko robić? Odebrałem boarding pass, uśmiechnąłem równie promiennie jak Turban do mnie i poszedłem przycupnąć sobie bliżej rzeczonego rękawa, by już więcej chryi nie musieli robić.

Z całej tej mojej pierwszej wizyty londyńskiej morał oczywisty dla mnie pozostał, by nigdy nie tracić czujności. Od tej pory wkraczając na Heatrow jestem czujny i skoncentrowany. Nie ma mowy o nawet chwiluni luzu, która zaprowadziła by mnie tam skąd zostałem niespodziewanie wyrwany przez człowieka w turbanie.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers