18 lis 2015

Frau Hilda


Do Londynu w dwóch rzutach docieraliśmy. W sobotnie popołudnie przeprawiła się Nati, w czwartek ja na wyspy pognałem. Broda, znaczy mój Wafel i kompan od szlajaczki, syna chrzcił w niedzielny poranek. Imprezy opuścić nie mogłem, bo jakże później dziecku w oczy spojrzeć. Dziecko, dzieckiem, a okazja jest okazja i okoliczność uczciliśmy jak należy. Impreza w kościele, jak to chrzciny. Wielki kościół, mało ludzi. Zimno, ksiądz w kazaniu pieprzy jak potłuczony i nie przychodzi mu do głowy by zerknąć na wiernych, którzy przysypiają marząc by skończył. Odbiór kazania - wnioskuję z otaczających mnie twarzy - znikomy. Na szczęście wszystko ma zawsze kiedyś swój koniec.
Nadliczbowe kilogramy bagażu, który rozrósł się zadziwiającymi siłami w czasie pobytu w kraju, zdałem na poczcie. To jej pozostawiłem kłopot by znalazł się na miejscu i tym sposobem życie sobie chwilowo uprościłem. Mogłem wyprawiać się na wyspy.

Zwarty i gotowy, walizę spakowałem. Dopiąłem na luzaku i bez konieczności przygniatania kolanem. Ze szwagrem grabę uścisnąłem, z siorką się wycałowałem, bo to Im na garbie siedziałem, po czym przemieściłem się na lotnisko w Berlinie. Wchodzę na Tegel, no i ... zaczyna się kolejna lotniskowa batalia. Nie oszczędziło mnie. Każdorazowo toczę mniejszy, większy bój gdy tylko lot mam w zanadrzu. Jakbym miał to dodane do pakietu w bilecie. Gdy lecę z Nati, reguła przestaje obowiązywać. Najzacieklejszą stoczoną dotychczas bitwę odbyłem gotując się do lotu Amsterdam - Warszawa. Dwadzieścia pięć minut do odlotu, wypadam z pociągu na Schipholu. Przede mną długość peronu, ruchome schody w górę przy akompaniamencie sorry, sorry, I’m sorry, rzadziej excuse me. Szedłem już na ostro i bez litości. Następnie 150 metrów galopem i czekin, zdać bagaż, przejść kontrolę bezpieczeństwa. Z paskiem, szalikiem, kurtką, zegarkiem, lapkiem pod pachą, trzymając pory by nie zjechały, przemierzyłem zajebiaszczo długi hol i zdołałem wpaść do samolotu. Do celu, czyli Warszawy dotarłem z planem. Bagaż niestety kolejnym lotem, wieczorem.

Jestem zatem na Teglu. Wchodzę i oszczędzam sobie wysiłku. Nie podejmuję próby namiaru wzrokowego osoby obsługi czekinowej, sprawiającej wrażenie najłatwiejszej do ugłaskania. Nie pękam. Walichę mam sformatowaną w dopuszczalnej normie wagowej więc tnę bezpośrednio i nieustraszenie do celu. Rzucam tobół na taśmowagę, a dupeńki, która koczuje za ladą nawet nie zaszczycam spojrzeniem. Z odrętwienia wyrywa mnie Too heavy. You will have to take something out of bla, bla, bla… Zerkam błyskawicznie na wyświetlacz przy taśmowadze i widzę 23,4 kg. No kurwa pogieło ją chyba - myślę. Wulgarnie? W tej sytuacji nie sądzę. Trwa szybka analiza sytuacji w mojej głowie. Plan zaradczy naprędce konstruuje i wcielam go w życie. Uśmiech amanta osiedlowego na paszcze sobie przykleiłem, szarmancki luz przybrałem, wsparłem na kontuarze i mówię, że to tylko 400 gram i takie tam. I qurwa nic! Frau Hilda nie daje mi dokończyć, a jej twarz w dalszym ciągu jak maska. Żadnego wyrazu. Być może wyniuchała całą swoją urzędową przebiegłością, że nie traktuję jej z należną stanowisku powagą? Najmniejszej oznaki ludzkiego odruchu. Nie wiem, za mało ciepła w spojrzeniu wygenerowałem? Za ciężka i za ciężka. Chcesz lecieć musisz coś wypakować terkotała jak nakręcona. U mnie pod kopułą w tym czasie już wrzątek i wojna ze trzy razy wybuchła. Wiedziałem, że tej batalii nie wygram, bo Frau Hilda dobrze okopana na pozycjach i wsparcie w postaci przepisów za nią stoi. Dwa kroki w bok zrobiłem - kurwami pod nosem rzucając - otworzyłem walizę na pół gwizdka i pierwsze co mi się pod rękę nawinęło to maszynka do brody. Jest w etui, niewielka, mogę sobie wrzucić do torby, a waży na pewno wymagane 400 g - pomyślałem. Nie myliłem się. Przy kolejnym podejściu czerwony Samsonite spełniał wymagane normy.

Przechodzę szklane drzwi. Ściągam pasek, ściągam zegarek, wyjmuję ermaka, wyjmuję kindelka, torbę rzucam na rolki. Wiadomo jak to wygląda. No i psia jego mać, coś im na monitorku nie gra z moją torbą. W zasadzie to właśnie im gra. Wewnątrz głowy, chociaż niewiele tam zwykle się dzieje, słyszę rozdzierające aaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!! Idę na bok i zawartość torby ochronie wybebeszam. Maszynka do brody tak ich wystraszyła. Ja głupia cipa zapomniałem, że w etui oprócz maszynki, jeszcze nożyczki są i to wcale nie małe. Machnąłem na nie ręką zrezygnowany, ale okazało się, że mój profil nożyczkowemu skrytobójcy chyba nie odpowiada. Gość staksował zarówno przedmiot jak i mnie spojrzeniem, uznał niebezpieczeństwo za minimalne. Przestrzegł jedynie na przyszłość, żebym te nożyczki to lepiej w bagażu nadawał. Nie ukrywam, że nawet mnie to lekko zdziwiło, a przez głowę śmignął nieśmiały pomysł by mu story o Frau Hilda zaserwować. Pomyślałem sobie jednak szybko, co go będę katował drętwą opowieścią o ofierze germańskiej skrupulatności. Ciężką i stresującą robotę ma chłop. Wystarczy. Godzinę z kawałkiem później, samolot niosący mnie do Londynu wzbił się w powietrze.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers