30 lis 2015

Czy nadaje się na lokatora?


Londyńska hiena dowiozła nas do tymczasowego mieszkania, co prawie definitywnie zakończyło proces naszego przerzutu na wyspy. Moja wyobraźnia, chyba zbyt mocno naładowana we wczesnym młodzieństwie angielskimi horrorami, dopatruje się za ich kierownicą seryjnych mordercokierowców. Tak jej jakoś pasuje. Dewiat za kierownikiem i trupy w bagażniku. W wiozącej nas, kierowca okazał się być tylko kierowcą i dojechaliśmy szczęśliwie.
* * * 
Beisment. Dziwne wrażenie dla kogoś nie nawykłego, ale w UK nic szczególnego. Bywają różne. Łączy je niewielka ilość światła, dużo wilgoci oraz ograniczony widok z okien, skierowany raczej na przeciwną stronę niż morze i malownicze zachody słońca. Niektóre beismenty w naciąganej teorii faktów można nazwać niskim parterem. Nasz posiadał niestety wszystkie cechy beismentu klasycznego. Mieszkanie duże, przyjemne i urządzone pod nasz gust. Nie można się przyczepić. Ładna i schludna łazienka, fajna kuchnia. Niestety okna usytuowane poniżej poziomu chodnika, przez co ludzie na zewnątrz oglądani w wymiarze od stóp do kolan. Wewnątrz zaś mrok, wymuszający całodobowe korzystanie z oświetlenia. Było nie było, człowiek to plastyczna masa i potrafi przywyknąć do wszystkiego, tym bardziej że mieszkanie ma nam służyć jedynie przez pierwszy miesiąc pobytu. Niejako na rozkręte.

Bez ociągania ruszyliśmy na rozpoznanie okolicy. Strzał w dzielnię, to namiar od Jeffa, jeszcze w Singapurze. Kawa za kawą, tu ciasto, tam ciasteczko. Wszystko by przetestować jak największą ilość miejsc. Mecz w lokalnym pabie, rzut oka na dzielnicową żulerkę. W podsumowaniu centrala zdecydowała - dzielnica zaakceptowana. To wszystko w weekend. Od poniedziałku natomiast, kołczing z riserczu rynku mieszkaniowego zaimplementowaliśmy i już po kilku dniach Nati mogła umawiać nas na pierwsze zwiedzania.
* * * 
Londyński rynek mieszkaniowy nie zna litości. Ceny osiągają absurdalnie kwoty, a oferowany standard nijak do nich nie przystaje. Od chwili kiedy opuściliśmy Polskę, znajdujemy się na cenowej fali wznoszącej, a każde kolejne miejsce na mapie oznacza wyższy koszt najmu mieszkań. Taka niezaplanowana prawidłowość się do nas przypałętała. Londyn postanowił nas pod tym względem znokautować. Panujący niedobór mieszkań to gratka dla naciągaczy i pole do wałków dla kreatywnych agentów.

Pierwsze z oglądanych mieszkań potwierdziło czarne scenariusz i chujkowatą opinię o londyńskim rynku mieszkaniowym. Nim zdążyłem przekroczyć obunóż próg, wiedziałem, że możemy sobie odpuścić. Co prawda agent robił wiele by nas przekonać, czyniąc próby wirtualnej wizualizacji potencjału mieszkania, które podobno taki posiadało, ale bez dwóch zdań, dostrzeżenie go wymagało sporej ilości wypalonych lolków. Agent widział penthaus, ja metę u Nowaka. Podążam krok w krok za chłopem, twarz przyozdobiłem nieprzemijającym zdziwieniem i jednocześnie główkując - czy on tak na poważnie kit nam wciska? Może zaraz wyskoczy - Ha, nabrałem Was. Nie wyskoczył. Było na poważnie.

Penthaus na moje inżynierskie oko wymagał sporego remontu na granicy z wyburzeniem. Można powiedzieć, że był mocno po przejściach. Jakby zamieszkiwała go patologiczna rodzina uchodźców pakistańskich wraz z kozami, którzy koniec końców się wystrzelali. Chwilę po nich mieszkanie przejęła zaś dwudziestoosobowa rodzina z Kolumbii, lecz szybko zwolniła lokal, bo wszyscy byli zeszli z przedawkowania. Teraz przyszła kolej na nas. Nie, dzięki.
Straciliśmy sporo czasu oglądając wiele mieszkań. Stan większości wpędzał w depresje. Były to dziwne twory, pół przeróbki z czegoś tam. Małe, ciemne, klaustrofobiczne, z odjechanym wyposażeniem i zagadkowym kolorem ścian. Po kilku, lub nawet nastu zwiedzonych mieszkaniach, Nataliowy zorganizowany i uporządkowany umysł wszczął emisję sygnałów zaniepokojenia. Ale chwalmy Pana, kimkolwiek jest. Udało nam się namierzyć satysfakcjonujące nas mieszkanie.

Przyszła pora na działania proceduralno dokumentalne. Złożyliśmy ofertę z kilkoma uwagami min. o usunięcie niektórych mebli. W międzyczasie dotarły do nas kartony z dobytkiem wyprawione z Singapuru. Równocześnie wyszło na jaw, że posiałem w samolocie swój sprzęt grająco-muzyczny z zajebistymi słuchawkami od zeszłorocznego Mikołaja. Humoru tym sobie nie poprawiłem. W tym samym czasie w Chinach wstawał nowy dzień.

Nasza oferta została wstępnie zaakceptowana. Właścicielka przystała na warunki i godziła się usunąć wskazane sprzęty. Wydawało się wszystko gra i możemy się wprowadzać, malować ściany sprejem. Nie do końca. Przyszła kolej na weryfikację. Tak, zostaliśmy poddani weryfikacji, która miała przeskanować naszą wiarygodność i ustalić czy nadajemy się na lokatorów. Nie wiem, trudno mi powiedzieć, czy to normalna praktyka, lecz nie dało się jej obejść. Proces weryfikacji przeprowadzała niezależna komórka, działająca na zlecenie agencji nieruchomości. Angielski humor wyceniony na 150£ wpisane jako element umowy najmu. Taki emajsiks bez licencji na zabijanie. Pod lupę poszła historia najmu kolejnych mieszkań ostatnich kilku lat. Regularność i terminowość uiszczania opłat, ewentualne zadłużenie. Każde nasze słowo i oświadczenie było dokładnie sprawdzane. W naszych skrzynkach mailowych wylądował - idiotyczny z mojej perspektywy - formularz z o wiele za dużą liczbą pytań. Coraz bardziej wyglądało to jak procedura adopcyjna setki kambodżańskich dzieci z porażeniem mózgowym, a my chcieliśmy do piczy tylko mieszkanie wynająć. Wypełniając nachujkomupotrzebny formularz, udzieliło mi się zniecierpliwienie.

pytanie: Jak opisałbyś swoją sytuację finansową?
odpowiedź: Doskonale. Generalnie nie narzekam, choć czasem brakuje mi pieniędzy, ale wtedy napadam na bank.

Nati chyba do dzisiaj mi nie wierzy, że coś takiego wpisałem w swoje oświadczenie. Nie załapała humoru i zwymyślała mnie od idiotów. Ja wprost przeciwnie. Poprawiłem go sobie, widząc w myślach twarz osoby czytającej moją odpowiedź. Uznałem, że jeśli stanie się to przyczynkiem do tego aby odrzucić naszą ofertę, to niech sobie w dupę wsadzą to mieszkanie. Chociaż wcale nie jest takie małe i mogliby mieć z tym spory kłopot.

Historia mknie dalej i następnego dnia dzwoni telefon. Zerkam na wyświetlacz - Oho, Manypeny poczuła się w obowiązku dowiedzieć, który to bank zamierzam wyreperować. Odbieram i słyszę miły, lekko zafrapowany głos, ale żadnej wzmianki o banku. Zatroskanie weryfikatorki z czego innego wynikało, jak się okazało wkrótce. Nie mogła dojść do ładu, jak to jest z tym mieszkaniem w Singapurze. Tu mnie zastrzeliła, bo wydawało mi się, że sytuację i wszystkie niejasności rozwialiśmy poruszając kwestię kilka dni wcześniej. Rozmawiałem ja, rozmawiała Nati. Nie zadziałało. Dla Manypeny wciąż byliśmy zagadką.

Manypeny: Dlaczego mając podpisaną umowę najmu w Singapurze opiewającą na dwa lata, opuściliśmy mieszkanie po 20 miesiącach?
Ja: Ponieważ żona przyjęła ofertę pracy w Londynie. Wyjechaliśmy z Singapuru, ale wypełniliśmy warunki umowy najmu, opłacając czynsz do końca trwania umowy. 
Manypeny: Aaaa…, a dlaczego ty wyjechałeś z Singapuru?
Ja: (na usta ciśnie mi się głupawa odpowiedź) Już mówiłem, żona przyjęła ofertę pracy i postanowiliśmy przenieść się do Londynu. 
Manypeny: (ponownie) Aaaaa… (bez wyraźnych oznak zrozumienia), a czemu wyjechaliście z Singapuru skoro mieliście wynajęte mieszkanie…? 

Tak balansowaliśmy na cienkiej linii niezrozumienia. Moje odpowiedzi najwyraźniej nie satysfakcjonowały weryfikatorki. Za nic nie potrafiła sobie tego wszystkiego pozbierać do kupy. Koniec końców, zdawała się mieć podobne rozeznanie w sytuacji jak w chwili kiedy zaczynaliśmy naszą nic nie znaczącą konwersację. Przed zakończeniem rozmowy skonkludowała, że musi jeszcze raz porozmawiać z naszym agentem w Singapurze. Pożegnaliśmy się.

Podczas kolacji Nati oświadczyła, że pozytywnie przeszła proces i została zaakceptowana jako lokator.
- To świetnie, przeprowadzisz się.
Sytuacja zaczynała się robić stresogenna jak wiosenne pylenia. Czas naglił. Wkrótce musimy opuścić tymczasowe mieszkanie, a nie mamy jeszcze podpisanej umowy na wynajem nowego, bo weryfikatorce coś w zgrzyta.

Dzień kolejny. Czas porannej kawy. Melodia z telefonu wyrywa mnie z odrętwienia - O, weryfikatorka postanowiła umilić mi czas. Odbieram.
Manypeny: Bo Ona przeglądała te moje papiery, dzwoniła do Singapuru, rozmawiała z agentem (Patricią), która jej powiedziała, że umowa najmu zawarta była na dwa lata, a ja podałem, że mieszkałem pod wskazanym adresem 20 miesięcy. 
Ja: ???!!!... 
Szczęśliwie kawę miałem letniawą, więc się nie oparzyłem. Pomyślałem sobie - OK. Każdy w głowie prowadzi jakąś wojnę, a weryfikatorka najwyraźniej nie daje rady uporać się ze swoją. Temat naszej przeprowadzki wydaje się dla niej za obszerny do ogarnięcia. Cokolwiek bym nie powiedział, jutro i tak zadzwoni w sprawie tych samych pytań. Wciąż dyndamy z problemem na tym samym pułapie i ani rusz nie możemy przejść do pytań z puli o wyższą stawkę. Ani o milimetr nie przesuwaliśmy się ku rozwiązaniu. Jadę już z kogutem na dachu, długimi daje po gałach. Poirytowany wtrącam uwagę, że to nasza czwarta rozmowa poruszająca ten sam temat. Niewiele pomogło.
Zadzwoniłem do Nati się poskarżyć. Nati skarżyć się nie zamierzała. Zadzwoniła do agencji nieruchomości i pojechała z grubej rury. Postraszyła trochę szarżą husarii, trochę chłopakami z Żylety, trochę Gołotą. Wróć ! Gołotą nie straszyła. Grunt, że efekt uzyskała. W agencji obiecali interwencję. Późnym popołudniem otrzymałem informację o pomyślnie zakończonym procesie weryfikacyjnym.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

2 komentarze:

  1. Się popłakałem. Rym prawie wyeliminowany. Czyta się lepiej. Napad na bank - rządzi, jest moc widzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaki znowu rym? O co chodzi? Nic nie wiem.

      Usuń

Google+ Followers