21 gru 2015

Gość



No i zebrał Brytol po kulach. Jak doniosły lokalne niusy radiowe - co czwarty nie reaguje na dźwięk dzwonka do drzwi, ponieważ wstydzi się syfu panującego w mieszkaniu na tyle mocno, by udawać, że nie ma go w domu. Zdziwiony zbytnio nie jestem, bowiem w obcowaniu i w ogóle, gość szybko przekonuje, że z godną podziwu konsekwencją i pasją lubi tworzyć chlew wokół siebie.

Brytyjczyk ze swoim bajzlem tylko na chwilę zaistniał w mojej głowie, ale wystarczająco by nadać kierunek rozważaniom. Po chwili mknąłem myślami już daleko, konstatując że, ten angielski producent syfu wcale nie jest odosobniony i zdziwaczały w swoich poczynaniach. Odpaliłem wyobraźnie i ulotniłem ze świata realnego, zaganiając malutkie ludziki w głowie do pracy nad analizą aktualnie panujących obyczajów w sferze kontaktów międzyludzkich. Błyskotliwych efektów wytężona praca mojego umysłu nie zanotowała, ale poniższa scena zamajaczyła mi we mgle. Późne popołudnie albo wczesny wieczór, zależy od pory roku. Zapada zmrok i nagle ktoś nawala w drzwi, co mniej więcej ma obwieszczać przybycie. Tak znienacka, nie zapowiedziany.
- Cześć, co robisz? - Jeśli założyć, że nie tworzysz z nikim związku formalnego, nieformalnego, partnerskiego oraz każdego innego, śmiało możesz odpowiedzieć stojącemu w progu koledze,
- Niewiele. Pakuj się. Zaraz Liga Mistrzów startuje. - I nawet szczerze, niespodziewany widok kolegi Cię ucieszy.
- No właśnie po to qrwa wpadłem. Meczyk obejrzymy, piwko wypijemy - No..., ale to scenariusz możliwy w realizacji tylko w przypadku gdy luzak z Ciebie, dnie spędzasz na serfowaniu w necie lub na desce, a życie traktujesz jak nie kończący się rock and roll.

Niestety, proza życia podpowiada mi, że jesteś czerstwy jak buła w barze. Mecz - jeśli żona ci pozwoli, bo akurat gdzie indziej nie tańczą gwiazdy - oglądasz pod kocem, w wełnianych skietach, z herbatą malinową w dłoni, bo o dwudziestej to jesteś zajeżdżony jak kasztanka marszałka. Ponadto zastanawiasz się, czy to już aby nie pora, by odpalić ogrzewanie w mieszkaniu, bo jakoś Ci stopy marzną. I z tej sytuacji kanapowej zostajesz wyrwany nawalaniem w drzwi.
- Cześć. Co robicie? Byliśmy w okolicy i pomyśleliśmy, że wpadniemy do was. Czujesz jakby ci ktoś w mordę dał. Wieczór do teraz zapowiadający się na miły, może przerodzić się w katorgę. Szybki pamięciowy skan kalendarza przynosi mizerne rezultaty. Główkujesz zatem - Czy my się na dzisiaj z nimi umawialiśmy? Hmmm… wydaje mi się, że w marcu mogliśmy się wstępnie umówić. Przypominam, jest qrwa grudzień. Wołasz - Kochanie, Marek z Izą przyszli. Kochanie wyłania się z za winkla z miną pod tytułem - a czego oni chcą?! No i tak dalej, i tak dalej, historia się toczy.

Kontynuowałem rozważania - sprawdzając jedną nogą pod prysznicem, czy zimna woda już zleciała - dochodząc do wniosku, że w dzisiejszych czasach nikt się chyba nie porwie na składanie niezapowiedzianej wizyty. Wszystko musi być ustalone, zaplanowane i potwierdzone. Jak Blitzkrig. Nie ma wizyt tu i teraz. Obrządek zaczynają zwykle słowa klucze może byśmy się…, koniecznie musimy się… To taki przyczółek.
Pierwszy manewr został poczyniony. Teraz należy odczekać kilka dni i z pomocą maila ustalić termin spotkania, koniecznie dwa miesiące naprzód. Przygotowania mogą zająć kapunie. Szybciej jak mi się zdaje, dostanę się do lekarza specjalisty w publicznej służbie zdrowia. Miesiąc przed, to czas kolejnego maila, zdawkowego, niby o niczym, niby przypadkowego, tak na koniec pracy w piątek - pamiętacie, za miesiąc się spotykamy? Tydzień do spotkania, szczegóły dopina się esemesami. Dwa dni, to już pora na rozmowę bezpośrednio telefoniczną. Tak to powinno wyglądać i wygląda. Nie ma, że znienacka, że byliśmy niedaleko. Gościu znużony, gościu spragniony nawet nie próbuj zajrzeć w te strony. Sam nie jestem lepszy i wcale nie zamierzam prowadzić przytułku. Nie uśmiecha mi się nagłe najście, kiedy już sobie umoszczę gniazdko w fotelu, nogi w gazety pozawijam, a przyjemne ciepełko zacznie rozchodzić się po moim ciele. Zepchnę każdego ze schodów jeśli przyjdzie mu do głowy zapukać do nas z zaskoczki.

Jeszcze nie tak dawno osiedla nie stały za betonowo stalowymi zasiekami. Nie było domofonów, a jedyny telefon w bloku posiadała sąsiadka spod 56 na szóstym. Rodzice moi i siorki spotykali się z ciotką Ireną właśnie tu i teraz. Bez zapowiedzi. Albo my do nich, albo oni do nas. Równie często zaglądał do nas wujek Zbyszek. Wujek Rysiek przyjeżdżał z kuzynkami. Wpadał Jacek, kolega z czasów kawalerskich Józefa Ojca. Rekord bił Dziadek, który w sobotni poranek potrafił przyjechać z wiaderkami owoców - bo wczoraj narwał. Zawsze był zdziwiony, że śpimy o szóstej rano. Góralik jest? - znaczy się Józef Ojciec, wołał od progu.
Albo byłem zbyt młody i zbyt zakochany w Rominie Power z jej kwiatkiem, albo było to normalne. Niezapowiedziane wizyty może nie zawsze były czymś miłym, ale nie zaskakującym. Ludzie częściej się kiedyś odwiedzali, mam takie wrażenie. Nikt z nikim nie ustalał spotkania miesiąc do przodu. Dzwonił do drzwi, stawał w progu i zagaszczał. Żadne wydarzenie, a normalność. Beznadziejna herbata fusiasta w szklance z enerdowskim koszyczkiem, grzybki marynowane, ciasto co zostało z niedzieli, czasem zbunkrowana butelka mandaryny się znalazła.

Obecnie każde spotkanie to wydarzenie. Należy się przygotować. Zakupy na tysiąc osób, odpowiednie meni, stres. Nie żeby tam jakaś sałatka jarzynowa. Na wsiurów nikt nie chce wyjść. Warunkowo, polskie jadło, bo teraz się dobrze sprzedaje. Przaśne i jeszcze wyjdzie, że gospodarze tacy normalni i poczuciem humoru obdarzeni. Gościa, nie daj Boże gości, należy zaatakować czymś oryginalnym, ostro i z przytupem, a wszystko ma sprawiać wrażenie, że niby od niechcenia, że na ostatnią chwilę, że to co udało się znaleźć w lodówce i w ogóle tego typu zasłona. Wszystko musi być odpowiednio dograne, jak atak Rudego na Berlin, ponieważ musi trafić i dobrze prezentować się na fejsie. Włoszczyzna to truizm, suszi się przejadło, obecnie daleki wschód chyba króluje, choć nim skończę pisać może się coś zmienić w tej materii.

W dobie zamurowanych, zaszlabanionych i obsadzonych przez armie ochroniarzy osiedli, trudno się przebić i dotrzeć do progu znienacka i niezapowiedzianym. Jeśli sztuka się jednak powiedzie i gdzieś między zasiekami, polem minowym i laserowym detektorem ruchu uda się śmiałkowi dotrzeć niepostrzeżenie do drzwi znajomych, to delikwent wyjdzie tylko na chama i dziwaka. Gospodarzom, nim wpadną w panikę - przecież nic nie mamy przygotowane, twarz wykręca grymas - nigdy więcej tak nie rób. Rozsadza ich wściekłość. Tak się dać podejść. Byli przekonani, że to serwis do dekodera. Ciebie się nie spodziewali i udawaliby, że ich nie ma.

Na koniec o Baśce kilka słów, czyli zajebie tak zwanego peana. Baśka z automatu przychodzi mi do głowy i należy jej się kilka ciepłych słów. To jej dom jest zawsze pełen dobrej atmosfery i otwarty dla każdego kto chce do niego zawitać. Wszystko w rozsądnych granicach. To znaczy nie pchać ryja bez umiaru. U Baśki zawsze jest się mile widzianym, albo zajebiście dobrze to maskuje, a to na to samo wychodzi. Każdy wie, że do Baśki nie wchodzi się przez drzwi frontowe, tylko przez ogródek. Do Baśki nikt nie potrzebuje zaproszenia, wcześniejszego umawiania, ustalania taimingu.
- Jesteśmy po drugiej stronie ulicy. Za chwilę będziemy u Ciebie.
- To wy wejdźcie, a ja wsiadam w samochód i szybko podjadę do sklepu, bo nic w lodówce nie ma
Jest wino, Baśka improwizuje w kuchni. Gdy wina więcej, improwizacji również więcej. Nie wiem jak - Baśka ma w pogardzie gotowanie z przepisów - zawsze wychodzi coś zajebistego. Niestety, nigdy możliwego do skopiowania. Mnie nikt nie wciąga w rozmowę, tylko dlatego, że sądzi, iż moje nic nie mówienie jest efektem skrępowania, cieniawego humoru. Nie! Nie odzywam się, bo tak qrwa chcę! Baśka wie, że ze mną co najwyżej monolog może poprowadzić. Moje monosylabowe wypowiedzi są jak najbardziej wystarczające. Przychodzi mi do głowy jeszcze sytuacja. Grudzień, gwiździ jak to w grudniu, środek tygodnia. My pod pałacem, Baśka jeszcze na Nowolipiu. Może do Baśki na herbatę? Dzwonimy, skarżymy się, że my pod pałacem, że zima, że gwiździ, że nie wiemy co ze sobą począć… Nim Nati doszła do końca padło - Przychodźcie. Za ile będziecie? Ugotuje naszą zupę zimową.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

4 komentarze:

  1. ha. to o Kwiaciu!
    fajnie się czyta, Blondyn otrzaskał się stylowo całkiem :)

    Ta, ja też mam panikę w oczach. A w Afryce wizyty bez zapowiedzi to codzienność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przychodzą o świcie, aby podziękować za coś, co dobrego wczoraj zrobiłeś. Czasami niestety trochę to boli, jak trzeba łóżeczko opuścić, otwierać bramę i kurtuazje wymieniać z gośćmi

      Usuń
  2. Wilku, teraz wpadaj do Lome lub do Cotonou. Wystarczy, że zadzwonisz z lotniska.Coś przedsięweźmiemy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Baśka mnie powtarzać nie musisz, ale co z ogródkiem? Bez ogródka do leżingu w cieniu nie jadę. Poza tym, za mną jak cień pewnie pojawi się Nati i jak to zwykle Ona, będzie pierwsza by popsuć imprezę.

    OdpowiedzUsuń

Google+ Followers