9 gru 2015

Warszawa



Dojrzeliśmy, by nasz kartonowy dobytek w części do Londynu sprowadzić i mój odwlekany do granic możliwości wyjazd stał się faktem. Niestety na krótko, bo tylko na trzy dni, dlatego pierwotnie nie planowałem o tym nadmieniać, ale zdzierając podeszwy na warszawskich trotuarach kilka uwag sobie w głowie wynotowałem. Nie nazywałbym się jak nazywam, gdybym nie przemycił również szpili wetkniętej w rzeczywistość, lecz nie tylko warszawską, bo sądzę, że opisane przypadłości, to ogólne bolączki, polskie. Nie, nie będzie nic o brodach, napince, pikowanych kurtkach, kaloszach, brudzie, kupach, szarości, męskich fryzurach. Po kolei.

Swój lot odbyłem Rajanerem. Pocieszałem się, że może nie będzie tak źle. Aż tak źle, żeby nie mogło być gorzej faktycznie nie było, lecz wystarczająco źle, by na długi czas latanie Rajanem sobie odpuścić. Takie powietrzny pekape drugiej klasy relacji Siedlce-Radom. Samolot wewnątrz schodzony i sprany jak uniformy dziewczyn, które za stjułardesy w nim śmigały. Brudno i śmierdzi. Nie wiem, czy śmierdzi, bo ludzie..., czy śmierdzi, bo samolot? Nie istotne, po prostu śmierdzi. Fotele z pakietu bardziej ekonomik niż de luks - żadnych kieszonek, żadnego rozkładania. Na czas lotu najlepiej odpiąć sobie kolana i wsadzić w kieszeń, bo i tak trudno znaleźć na nie miejsce kiedy fotel poprzedzający ma się tuż przed swoim nosem. Kurtkę proszę na razie trzymać na kolanach, bo nie ma wystarczająco miejsca w schowkach kilkakrotnie informowała mnie stjułardesa z odpryskami lakieru na paznokciach i równie gustownym jak jej uniform mejkapem, kiedy bezradnie poszukiwałem miejsca gdzie mógłbym ją wetknąć. Kurtkę oczywiście. Całość przygody dopełnił typ z fotela obok ziejący oddechem kupy. Spoko myślałem to tylko dwie godzinki. Dasz radę. Wyciągnij sobie ermaka, udawaj, że nikogo wokół ciebie nie ma. Technika relaksacyjna w mniejszym większym stopniu się sprawdziła, typ obok poszedł na całość i w rajanarowym barku strzelił sobie colkę, którą byłem nawet gotów współfinansować, bo podziałała na oddech jak lekarstwo i jakoś do Modlina dobrnąłem.

Wylądowałem w Modlinie koło południa. Auto wcześniej sobie zaklepałem, więc gdy tylko wydostałem się z samolotu i po spojrzeniu w oczy srogiej strażniczce granicznej, mogłem je odebrać nie tracąc wiele czasu. Ruszyłem malowniczymi drogami drugiej klasy odśnieżania, w dali podziwiałem prastare polskie domostwa, a droga wiła się wśród łanów zbóż i radarów ustawionych w każdej mijanej wiosce. Po trochę więcej niż godzinie i krótkim postoju na Orlenie, ponieważ musiałem odbyć konsultacje w sprawie drogi, bo mi się lekko była popieprzyła, otwierałem bramę u GreKa. To Grek i Kama chronią nasz kartonowy dobytek od dnia kiedy został spakowany, czyli od prawie dwóch lat.
Jak górnik na przodku fedrowałem w kartonowej hałdzie by wydobyć te, które zostały przez nas wytypowane do zabrania. Repaking - niezbędny w niektórych przypadkach - zabrał mi sporo czasu i tyle samo nerwów. Więcej niż sądziłem, że zajmie, bo jak zwykle przy podobnych operacjach, naznaczone są one niespodziewanymi okolicznościami. Teraz już na ziher nie wiemy co, gdzie i w którym kartonie przetrzymujemy. 20 kartonów do Londynu, 40 nadal u GreKa. Pojechały.
Przesłanie przestroga - zresztą nie po raz pierwszy - mi się wykluła odnośnie, by przeglądać szafy przynajmniej raz do roku i wyzbyć się litości. Żadnych skrupułów - to się jeszcze przyda. W bagażnik i do Czerwonego Krzyża. Jako człowiek, który spakował niewąską ilość dobytku w kartony, człowiek, który przez osiem lat zaliczył sześć przeprowadzek wiem co mówię. Obrośliśmy w gigantyczną ilość przedmiotów, rzeczy, których nie używamy. Do Holandii dotarliśmy na cztery walizki plus samochód zapakowany głównie kocim ekwipunkiem, by po trzech latach na bagnach wracać z tymi samymi czterema walizkami, kocią wyprawką, ale bogatsi o trzydzieści kartonów. Medal nam jakiś qurwa powinni przypiąć na piersi, bo nie wiem jak to zdołaliśmy uzbierać. Kartony trafiły na Alaskę. Część rozpakowaliśmy, część zostawiliśmy jak stała. Wyprawiliśmy się do Singapuru. Każde z nas dwukrotnie kursowało, co pozwoliło w sześć walizek zabrać się do Azji. Żadnych kożuchów, czy wełnianych skarpet. Sama letnia cienizna. Kot-ka nie wytrzymała ciśnienia, słowami pierdolę, ja w tych upałach nie wyrobię pożegnała się z nami i wyprowadziła do Gdańska. Z czasem oswoiliśmy się z myślą - Alaskę trzeba wynająć. Wynająć, znaczy wcześniej spakować. Do piętnastu nierozpakowanych kartonów zalegających w korytarzu dobiły kolejne. Razem 60 wyszło. Rechotałem, gdy patrzyłem na niektóre pakowane ubrania, o istnieniu innych dopiero sobie przypominałem. Nie sądzę abyśmy ponownie je kiedykolwiek założyli. 60 kartonów zostało transportem przesłanych do GreKa.
Z Singapuru do Londynu zjeżdżaliśmy z czternastoma kartonami plus cztery walizki. Pozbywamy się niewielu rzeczy, bo stare będą po domu, dochodzą wciąż nowe i nowe. Mózg się lasuje z głupoty.

Gdy tylko zdałem kartony, przewiozłem się Fiatem Pandą kawa z mlekiem do DżejZi. Stąd do sity miałem bliżej. Z rana, ale tak nie specjalnie, bo pozwoliłem, aby poranne dojazdowe korki nieco się rozmyły, pojechałem sobie wzrok zbadać, ponieważ ręce stają się za krótkie i czcionka na ekranie jakby się większa musiała zrobić. Kolega mi powiedział żebym nie pękał, bo dobrze utrzymany czterdziestoletni, szpakowaty okularnik jest w czubie listy u młodych dupeniek. Nie wiem skąd wie, ale tak powiedział. Okular sznyt tworzy. Pocieszające, że Wafel ma mnie za dobrze utrzymanego. Tak jak przypuszczałem, okazało się, że ja ten okular powinienem sobie na nos zarzucać w czasie czytania, bądź kiedy w ekran ślepię. A, że ślepię często, to podobno lżej w życiu mi będzie z tymi okularami na nosie. Póki co, jeszcze sobie nie sprawiłem, bo tak szybko i tak nagle? Musiałem to strawić, no i czasu było mało aby kozackie oprawki wybrać. Następnym razem. Po oczach, zostało mi jeszcze całe piękne, słoneczne i mroźne popołudnie na spacer po Warszawie. Nie jakiś tam szczególny. W zasadzie to jak turysta się zachowałem. Spod Forum, Chmielną do rynku Nowego Miasta dotarłem. Później szerokim łukiem poprzez plac Zgody, na plac Zbawiciela trafiłem. Tam to mnie już ciemność zastała, bo zmrok teraz szybko zapada, akurat by zerknąć przez szybę do Szarloty na glonojada. Nie wiem, czy wciąż na top trendy łorsoł w czołówce się plasuje, ale mnie się zdawało, że w środku to jakoś tak bardziej licealnie się teraz lansuje. Na pewno na zewnątrz niewiele się zmieniło i jak było tak jest, niezmiennie pod Szarlotą kolarzówki wypisz, wymaluj cudeńka.

Sam siebie do optymistów bym nie zaliczył. Raczej zgorzkniały, wypalony, cyniczny pesymista. Danuta Matka dodałaby jeszcze, że wiecznie skrzywiony i niezadowolony. Mimo tego, odczuwam, że ja na tej warszawskiej ulicy jakąś pozytywną energią się wyróżniałem. Przemierzałem stolycę dziarsko jak ołowiany żołnierzyk. Wyprostowany, pierś wypięta, wzrok hardy by nie powiedzieć, że dumny, skierowany przed siebie, rozdzielam uśmiechy i gdzie tylko mogę inicjuje rozmowy. Wyglądam na przygłupa, albo na jeszcze nie zgnojonego przez nie wiem co. Rzeczywistość, szefa w pracy, codzienność, życie do dupy, pracę, brak pracy, służbę zdrowia, pogodę, korki, koklusz? Rok 2012, pierwsze zdanie Olka po powrocie z Holandii. Nie wiem o co chodzi, ale wszyscy na ulicach są jacyś wqrwieni. W punkt. Ja też nie wiem o co chodzi, ale każdorazowo mam te same odczucia. Agresja, zacięcie, zaciśnięte usta, wzrok wbity w trzewiki, nieodwzajemniony uśmiech. Osoba pogodna, z podniesioną głową, emanującą pozytywnym nastawieniem, to zwykle cudzoziemiec. Taki obraz ulicy.

To co na chodnikach, w zmutowanej wersji przenosi się na jezdnie. Skąd tyle agresji i złości w tym katolickim kraju? Kto karze się tak spieszyć, pędzić? Czy jeśli znajdę się na miejscu kilkadziesiąt sekund wcześniej, to warto drzeć łacha? Warto robić z siebie chamskiego przygłupa? Tutaj pewnie nie otrzymam odpowiedzi, bo nikt w sobie nie dostrzega tego agresywnego, tego łamiącego przepisy przydupasa, co skacze z pasa na pas. Kiedyś kolega, sympatyczny, kulturalny, miły, uprzejmy, generalnie dobry chłopak, przewiózł nas ulicami Warszawy stodwadzieścia. Czad. Tylko dlatego, że spieszyliśmy się do teatru. Czy było warto? Moim zdaniem nie bardzo, ale kolega jak większość warszawskich kierowców uważa się za wytrawnego draiwera i w sztuce prowadzenia auta niezwykle wyrobionego. Taka warszawska, chociaż chyba właściwie ogólnopolska przypadłość. Zapierdalamy ile wlezie, bo jeżdżę szybko, ale bezpiecznie. No większej qrwa bzdury, nie słyszałem. Inny kolega, kiedy spytałem gdy frunął dwie paczki po autostradzie, a potrafisz przy takiej prędkości zapanować nad autem gdy ci pęknie opona? A co mi się może stać? 12 poduszek mam? No i tak sobie pogadaliśmy w ten deseń właśnie, bo co ja mu na te poduszki mogłem odpowiedzieć.
Kolega, który wiózł nas do tego teatru, też kozak, bo po dwudniowym kursie akłaplaningu, czy innych chujachmujach. Musiał się ciągnąć biedaczycho między wlokącymi się paparuchami, a On prawie jak Hołek wyćwiczony. No i wysiedliśmy z tego samochodu, nic nie powiedziałem, a chyba powinienem, bo gdybym go był wtedy zawstydził, może jakiś efekt by to odniosło? A tak, tylko sobie pomyślałem, ilu takich dobrych, kulturalnych, sympatycznych zjebów uwija się po drogach? To tak apropo jazdy po warszawskich ulicach.

Na koniec pytanie - gdzie się podziali ludzie z warszawskich ulic? Zawsze było tak pusto, tylko mi się aktualnie zmienił punkt odniesienia, czy faktycznie warszawska ulica się wyludniła? Mam podobne odczucia do tych jakie towarzyszyły mi kilka lat temu, gdy przyjeżdżałem do Szczecina z Warszawy. Również zastanawiało mnie gdzie się podziali ludzie? Miasto wygląda jak wycięte z łesternu przed pojedynkiem. Puchy. Odpowiedź brzmi, ludzie są w centrach handlowych, które przejęły funkcje kulturalno rozrywkowe, dobijając tym samym miasto.
W Wawce podobnie mało ludzi popyla ulicami. Jako niespełniony socjolog, gdybym porwał się przeprowadzać na ulicach ankietę, do której potrzebowałbym upolować stu przypadkowych respondentów, utknąłbym tam na kilka dni. Marszałkowską natomiast można biegać w linii prostej - pod warunkiem, że komuś się chce - w tę i z powrotem bez konieczności zboczenia z kursu choćby o milimetr lub najmniejszej obawy otarcia się o kogokolwiek. Więc gdzie się podział ludź z warszawskiej ulicy? Czyżby też wyprowadził się do molów? Trochę słabo jak na stolycę i miasto, które nieustannie kopiuje wzorce w pragnieniu bycia drugim Londynem, Berlinem, Paryżem, Amsterdamem i każdym innym miastem, tylko nie Warszawą. Za to kebab na Francuskiej wciąż jaki był, taki jest. Świętność nadal pozostaje świętnością.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

6 komentarzy:

  1. Obawiam się, że temperatura nie sprzyja spacerom tłumacząc całą resztę zarzutów o agresję i inne tam pomruki pod nosem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze primo, ja spacerowałem i jakoś dałem radę, to inni też mogą. Po drugie primo, nie mówię o spacerowaniu, ale o ludziach, którzy by się przemieszczali z lewa na prawo, z prawa na lewo. O zwykłych użytkownikach miasta. To była godzina od trzynastej do osiemnastej czyli godziny wytężonego funkcjonowania miasta, a tu puchy. No jak nie stolyca, ale zatęchła prowincja. Agresja i wściekłość na twarzach maluje się o każdej porze roku. Wiosną, latem, jesienią, zimą. Każdorazowo kiedy goszczę nie tylko w Warszawie.

      Usuń
  2. Jedna z teorii psychologicznych sugeruje, ze widzimy w innych to kim sami jesteśmy :) Pozdrawiam z cieplej, wyluzowanej i słynącej z przemiłych obywateli Australii

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach ta psychologia, nic się przed nią nie ukryje. Wszystko dostrzeże, wszystko wyjaśni, każdego obnaży. Człowiek czuje się bezbronny. Zastanawiam się tylko, czy ta jedna z teorii bije we mnie? Że niby miałbym projektować swoje fobie, lęki, obawy, postawy itd. na otoczenie? Chciałbym więc nadmienić, że mnie się na tym blogu nie krytykuje. Jestem tu nietykalny i bezwzględnie bohaterem wyłącznie pozytywnym.
      Czy też mamy do czynienia z opszyn dwa - teoria uderza w bliżej nieokreślonego X przeświadczonego o poprawności swych zachowań? Australia jest przereklamowana. Węże, krokodyle, kangury na drogach. Kto to widział, aby w cywilizowanym kraju zwierzęta po drodze skakały. Dziki kraj. A, byłbym zapomniał. Jedna z teorii, nie wiem czego, sugeruje by podpisywać swoje komentarze. Popraw się.

      Usuń
  3. Moze i przereklamowana, ale brak napinki czyli No worries jest dla mnie ważniejszym wyznacznikiem. Jestem tu czwarty raz nie widziałam ani jednego pająka, węża ok są kangury ale to takie wyrośnięte króliki kochające wesoło . Przy okazji zdrowych wesołych świat .

    OdpowiedzUsuń
  4. Miało być kicające wesoło króliki :) ale na jedno wyszło.

    OdpowiedzUsuń

Google+ Followers