19 gru 2016

Nie spiernicz sobie Świąt


Choinka już jest. Stoi dumna i rozświetlona od tygodnia. Sam ją na grzbiecie przytaszczyłem dlatego mogę powiedzieć, że mam do niej osobisty stosunek. Nati z drzewkiem nieco odleciała. Z roku na rok mamy większe i jeśli przyrost zostanie zachowany, jak nic, w przyszłym roku trzeba będzie dziurę w suficie kuć. Niestety, w tym roku nie znalazł się nikt kto by się zatrzymał, kto by zechciał podwieźć. Całą drogę od placyka do domu z chojakiem na ramieniu przedreptałem, przerzucając raz na ramię lewe, raz na ramię prawe. Szczęśliwie dla mnie i moich ramion, nie jest daleko, bo na siłownie nie chadzam, muskulatury nie rzeźbię i z krzepą bywa różnie. W każdym razie, udźwig odczułem w bicepsie następnego dnia rano.

Rozwiesiliśmy w oknach świetlne girlandy, udekorowaliśmy mieszkanie. Nawet w sypialni urządziliśmy sobie ze światełek hinduski burdel. Miło i atmosfera przyjemna. Cieszymy się, bo wprawdzie do Polski na Święta się nie wybieramy, ale znajomi do nas zawitają. Tym większa przyjemność i motywacja do krzątania w kuchni. Im nas więcej, tym przyjemniej.
Wpadłem w ten świąteczny klimat po uszy. Wszyscy chcemy wyidealizowanych Świąt podobnych do tych jakie można obejrzeć w filmach. Dążymy do nich, ale większość zapomina, że w Świętach najfajniejsza jest atmosfera i przygotowania. Nawet znalazłem w ubiegłym tygodniu czas by powłóczyć się po mieście. Nie zakupy, nie prezenty, ale po to, aby przyglądać się ludziom, wystawom sklepowym, neonom. Wchodziłem do sklepów słuchać bicia dzwonów, dzwoneczków, piosenek świątecznych. Minąłem po drodze dziesiątki Mikołajów. Wiedzieliście, że jest ich aż tylu? Można powiedzieć debil, pcha się w oko cyklonu. Nie, wcale nie. Taki plan miałem od dawna. I kiedy nie musiałem się spieszyć, nie miałem głowy zoranej myślami co kupić cioci Zosi, a co wujkowi Zbyszkowi i kiedy ja ugotuje kapustę, wyglądało to całkiem znośnie, a tłum nie okazywał się taki groźny.

W takim radosnym uniesieniu zaciągnąłem wewnętrzne zobowiązanie - a co tam, upiekę w tym roku pierniczki i piernik. Zobowiązanie tyleż ambitne co i karkołomne, biorąc pod uwagę, że jeszcze dotąd w swoim życiu nic nie upiekłem. Ponadto nasz domowy piekarnik kataloguje się jako antyk, który czasy viktoriańskie zna niekoniecznie tylko z opowiadań. No, ale qrwa, ja nie dam rady?! Spokojnie, bez napinki, na luzaku, musi się udać. Nie takie gambety piekły.

Wprawkę poczyniłem na pierniczkach. Raz, drugi. Przepis jeden, przepis drugi. Chwalić się nie wypada, ale jeśli sam tego nie zrobię to nikt mnie nie pochwali. Z pierniczków jestem dumny. Po takim preludium maestria tworzenia piernika zmalała jakby do zwykłej chałtury. Pierwszy, bo zamierzam piec dwa, wziąłem na warsztat piernik z przepisu Siorki. Siorka mówi - spoko brat, skoro mi się udaje, to trzeba być idiotą żeby spierdulić. Jak tak, to co? Do dzieła. Bakalie namoczyłem w gorzale, orzechy posiekałem, ciasto wyrobiłem, wszystko tugeder do kupy zmieszałem, wlałem w foremkę i poszło w piekarnik królowej Viktori. A tam naprawdę czarna magia. Nie wiadomo, czy już nagrzany, ile stopni, nic. Tylko ogień bucha. Przez godzinę chodziłem spięty jak bokser przed walką. Wzrok, chociaż bardziej węch wyczulony na najmniejszy smrodek spalenizny. Z patyczkiem się nie rozstaję. Udało się. Złapałem piernik gdzieś na granicy przypalania. Nic strasznego. Delikatnie z jednej strony. Poczekałem aż przestygnie i malutką tareczką defekt wyprostowałem. Pełen dumy z dzieła, udałem się na spoczynek.

W dzień następny planowałem domknięcie tematu pod postacią polewy czekoladowej. Prościzna. Masło, kakao, cukier, żelatyna…
- A po co ta żelatyna? - słyszę wciąż od Nati.
- Nie wiem. Taki mam przepis. 
- Jakiś dziwny.
Ale taka jest właśnie Nati. Niby rób jak chcesz, ale będzie chodziła, marudziła. W każdym razie, dobrze, że byłem sam, bo potrzebuję spokoju kiedy tworzę. No i dziergam tę polewę i coś mi nie idzie. Gluty się porobiły, tłuszcz na wierzchu. Dopiero mi się przypomniało, co Siorka kilkakrotnie powtarzała, a mi jakoś umknęło
- tylko nie przegrzej masła, tylko nie przegrzej masła… , bo się rozwarstwi 
- dobra, dobra
Teraz przynajmniej wiem co to jest to rozwarstwienie masła, bo dotychczas tylko teorią się posługiwałem. Przed oczami miałem praktykę. Szybka akcja z telefonem w dłoni - google ratuj! plis! No musi być coś do qrwy nędzy o rozwarstwianiu masła. 

No i niby było. Piernik polewą przykryłem, ale gdzieś jakby cały mój stoicyzm wyparował, bo ni mniej ni więcej, ale delikatnie mówiąc wqrwiony byłem na ziher. Z efektu niezadowolony. Najchętniej to bym tym piernikiem o ścianę pizdnął, ale byłbym dużo bardziej (wqrwiony) w chwili kiedy musiałbym sprzątać. Kto wie, czy gdyby Nati nie była świadkiem, że go z piekarnika wyjąłem, to piernik w koszu by nie wylądował. A tak, wzułem tylko trzewiki, jesionkę rzuciłem na garba przejdę się, zobaczę co na dzielni.

Wróciłem w dużo lepszym humorze. Spojrzałem na Mój Piernik. Polewa się błyszczy, a on sam jakby się do mnie uśmiechał. Jakby wypiękniał. Usiadłem i pomyślałem nad własną głupotą. Przyjebany facet jesteś. Nie pozwól żeby taka mała rzecz popsuła Ci humor. Nie pozwól, żebyś przez taką małą rzecz psuł humor innym, w tym wypadku pewnie Nati. To tylko piernik. Goście przyjadą i będzie miło nawet jeśli piernika nie będzie. Pomogło, bo humor wrócił mi całkowicie. A Mój Piernik od razu ładniejszy się zrobił. Nawet jeśli nie będzie nikomu smakował to zjem go sam. Bo jest to Mój Piernik, upiekłem go pierwszy raz i wsadziłem w to całe serce.

Nie pozwólmy, by drobne rzeczy, niepowodzenia spierniczyły nam humor i atmosferę. Nie w te dni. Nie przejmujmy się, że Ciocia Irena powie, że pierogi w zeszłym roku u Małgosi były lepiej doprawione. Ciocia Irena tak widocznie ma. Najlepiej nie spędzajmy z nią Świąt. Rozejrzyjmy się, może ktoś z naszych znajomych, życzliwych nam osób, nie ma bliskich, z którymi mógłby je spędzić. Nie dla wszystkich to miły okres. Lepiej zaprosić życzliwego kolegę z pracy niż nieżyczliwych ciocię, czy wujka. Bo bliskich i rodzinę ma się w sercu i głowie, nie na papierze.
Nie martwmy się, że kompot wyszedł jakiś nie bardzo. Znajdźmy za to czas aby usiąść na kanapie ja, ty, on, ona, dzieci. Obejmijmy się i każdy niech zada każdemu po jednym pytaniu - co dla ciebie było największym przeżyciem w mijającym roku. Spróbujmy się poznać. Bo żyjemy ze sobą pod jednym dachem, ale nie całkiem dobrze się znamy. Na na co dzień, brakuje nam na to czasu. A Święta to dobry moment by zwolnić i rozkoszować się tym spokojem. Bo w Świętach nie chodzi o to by wszystko było idealne.

* * *

Wszystkim, którzy tu zaglądają chcę życzyć miłych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Pięknej i rozświetlonej choinki, cudnej atmosfery, spokoju, spotkań z najbliższymi, chwil na odpoczynek i rozmowę. I żeby każdy spotkał swojego Mikołaja. 
W Nowym Roku natomiast,  przysłowiowego wiatru w plecy, by zawsze było z górki, słońce świeciło nad głową, spełnienia marzeń, które gdzieś zalegają, jak najmniej trosk, a najwięcej przyjemności, by każdy kolejny dzień Nowego Roku był lepszy od tego, który się właśnie kończy. I zdrowia. Zdrowia, które gdzieś zwykle klepiemy bez zastanowienia na początku życzeń. A bez niego nic co wyżej nie jest możliwe. Jak najwięcej szczęśliwie przeżytych dni w Roku 2017.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

12 gru 2016

Jak ciało body się stało


Do rozgadanych nie należę. Głosu używam oszczędnie. Raczej słucham niż mówię. Można by w moim przypadku mówić o minimalizmie werbalnym, co jakby ponownie i w sposób niezamierzony lokuje mnie w pozycji osobnika bezbłędnie odczytującego trendy. Bo minimalizm i slow robią ostatnio zawrotną karierę.

Langłiczem posługuję się z czasem lepszą, czasem gorszą wprawą. Nie posiadam żadnego certyfikatu potwierdzającego jego znajomość. Sam bywam nieraz zaskoczony, że mimo nieuleczalnego nawyku mówienia przez zaciśnięte zęby, jestem rozumiany. Spotkałem jednak już tyle odmian langłicza, z chińską w szczególności, że mój nie jest chyba niczym wyjątkowym. Zastanawiające w tym wszystkim jest to, że jeszcze nikt, poza Polską i Polakami, nie zwrócił mi uwagi kwestionującej poprawność. Tylko rodacy. Czemu się tak dzieje i skąd tyle ochoty do poprawiania, nie wiem.

Tkwi w naszym narodzie fascynacja i głębokie zamiłowanie do langłicza. Nie znam i nie potrafię przywołać w pamięci, drugiej nacji, która z takim obłędem i szaleńczą konsekwencją wspiera swoje wypowiedzi obcojęzycznymi zwrotami. Wkładamy te obce formy w co drugie, albo nawet w każde zdanie. Taka ogólnonarodowa dyscyplina sportowa. Zastanawiam się czy to kompleksy, próba oznakowania jako oczytanych i wyrobionych światowców, czy jedno wynika z drugiego?

Dość dawno temu, spędzałem czas z dwójką moich kolegów. Siedzieliśmy sobie w aucie. Wycha, Adaś Jabłoński i ja. Wycha, z którym nie widziałem się już z 15 lat, to gatunek pogodnego i pozytywnie nastawionego człowieka. Prawie na wymarciu. Adaś, chłopak równie dobry, lecz niestety natura skazała go już we wczesnym dzieciństwie na okulary rozmiarów denka od coca coli. Nasłuchał się przez nie Adaś żartów i docinek od metra, bo dzieci potrafią być okrutne. Robił co mógł by zatrzeć niekorzystny imidż lalusiowatego okularnika, ale nie zawsze wychodziło. W międzyczasie zmienił okulary na bardziej subtelne, ale głęboka wyrwa w Adasiowym umyśle pozostała. Wciąż robił wszystko by inni uznali go za fajnego gościa.

W zaawansowanych latach 90' trafił Adaś do Niemiec. Do naszych zachodnich sąsiadów. Duże przeżycie, bo pierwszy raz w życiu przebywał w państwie innym niż kraj demokracji ludowej. Pławił się w niemieckim dobrobycie ze dwa tygodnie. Wypoczął, niemieckiego piwa opił i wrócił. Od tego czasu nabrał irytujących nawyków. Zakupy robił w markecie, tanksztele zastąpiły stacje benzynowe. To było takie fajne; według Adasia.

Siedzę sobie zatem w aucie z wyżej wymienionym towarzystwem. Nie ukrywam, fajczymy. Lolek krąży tempem miarowym, muzyka sączy się powoli z głośników, a dyskusja układa równie powoli jak muzyka sączy. Głos zabiera Adaś
- Trzeba by było podskoczyć na tanksztele kupić coś do picia. 
Zasadniczo niby i racja, bo w ustach zaschło i pić się chce, ale widzę, że Wycha procesuje. Ma prawo, bo auto jego, w zasadzie ojca, a w sumie to nie wiadomo czyje. Otóż trzeba wiedzieć, że Tata Wychy, Henryk, prowadził liczne interesy, które posiadały wspólny mankament. Zwykle nie wypalały. Ale miał też w sobie werwę i zapał, a co najważniejsze pieniądze by zaczynać nowe. Pewnie po nim Wycha dziedziczył optymizm. Henryk był tak zadłużony, że aby ustrzec majątek przed komornikiem rozpisał go na członków całej rodziny. Stąd nie wiadomo, kto w rzeczywistości był formalnym właścicielem auta.

Wycha sobie sprawę niespiesznie przeprocesował i odezwał się mniej więcej w ten sposób,
- Wiesz co?! Wysiadaj! Tam masz granicę - wskazał Adasiowi dłonią orientacyjny kierunek - idź sobie qrwa na tą tanksztele, a my się bujniemy na stacje benzynową. 
Adaś przeszedł błyskawiczną terapię i nie słyszałem nigdy później aby wspomniał cokolwiek o tankszteli.

Drażnią mnie makaronizmy i piętnuje je wszędzie gdzie napotykam, ale rozumiem, język polski ewoluuje. To akurat usłyszałem od profesora Miodka. Bardzo go lubię i cenię.
Ilość przyswajanych przez nas informacji mocno się zwiększyła, a potrzeba ich szybkiego przekazania sprawia, że język musi być prostszy. To język ma być na potrzeby człowieka, a nie odwrotnie. Internet i wszystko co z nim związane wprowadziły dużo obcobrzmiących naleciałości. Rodzimy język nie był przygotowany i często nie posiadał w swym zbiorze odpowiedniego słownictwa, najczęściej branżowego, więc poprzez umasowione użycie zdołało się ono, to obce, upowszechnić. Jest piłka nożna i jest futbol. Oba zwroty funkcjonują dzisiaj zamiennie, aczkolwiek futbol kiedyś również musiał dotrzeć do Polski, a nikogo dziś nie obrusza jego angielskie pochodzenie. Zejdzie z tego świata pokolenie moich rodziców, mi z męskich przyjemności pozostanie jedynie golenie, a pewnie wtedy lajfstajl, a nie styl życia będzie czymś tak polskim, że nikt nie będzie pamiętał ze zlepku jakich słów się wzięło. Przykłady mógłbym i można by mnożyć, ale przecież nie jestem specjalistą językowym.

Moja odezwa ukierunkowana jest w stronę, na co często się powołuję, utrzymania zasady złotego środka. Przed angielskim nie uciekniemy. Niestety, dziwnym zrządzeniem, Brytyjczycy przekonali świat, żeby uczył się ich języka. Sami swoje mózgi mają chyba zbyt nasiąknięte alkoholem, by posiąść znajomość jakiegokolwiek innego. Walczą ze zjawiskiem od dawien dawna Francuzi i jest to walka z wiatrakami. Mimo wszystko posiadamy bardzo bogaty język z mnogością opisowych określeń i nie trzeba przyjmować wszystkiego w ciemno. Panująca dziwna moda na obcobrzmiące sentencje w zdaniach, mająca dać świadectwo obycia i otrzaskania jest buraczana. W równym stopniu jak kampania buraczana w PeeReLu. Walczę i będę walczył ze zjawiskiem jako ten Zawisza samotny rycerz. Taki czelendż.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

29 lis 2016

Black friday z Helen Mirren, czyli jak nie ulegać promocjom


Zarejestrowałem się na usługę do mojego londyńskiego stylisty fryzur z Brazylii. Douglasa przedstawiać nie muszę, bo już to kiedyś uczyniłem. Na znudzonego musiałem chyba wyglądać siadając na fotelu, bo nim rozpoczął harce z moimi lokami, położył na pulpicie kilka kolorowych czasopism. Takich, które zwykle zalegają w poczekalniach. Okładkę wierzchniego zdobiły elektroniczne gadżety.
- Black friday. Może chcesz przejrzeć? 
- Nie, dzięki. To szaleństwo. Nie dla mnie.
Wpadam w letarg, a Douglas tnie.
* * * 
Buty do biegania stanowią jeden z najdroższych elementów mojej garderoby. Jeżeli wziąć pod uwagę ich stosunkowo krótki okres żywotności, inwestycja z perspektywy biznesowej średnio opłacalna. Kupuję nowe, a już następnego dnia rozpoczynam poszukiwania kolejnej pary, bo to nie takie proste zsumować jakość, cenę i odpowiadającą mi estetykę. Wyszukiwarka chyba zdążyła poznać moje preferencje markowe i wie co sobie upodobałem. Od kilku tygodni prowadzę poszukiwania gwałtowne, zakrawające nawet o paniczne, ponieważ w prawym trzewiku aktualnie użytkowanej pary, pojawiło się niepokojące przetarcie, które rychło przerodzić się może w dziurę.
* * * 
Londyn zwariował, a „Black Friday” zaatakował z całą mocą. Nie sposób przed nim uciec. Jakby wszystko inne schodziło na dalszy plan. Media pompują balon i próbują stworzyć z zakupowego obłędu świąteczny rytuał. Nadać mu głębszy sens. Londyn świruje. Grzmi radio, sklepowe witryny bombardują przekazem zachęcającym do skorzystania z oferty, skrzynka pocztowa wystawiona zostaje na ostrzał przychodzących materiałów promocyjnych, a wyszukiwarka automatycznie wyrzuca coraz to nowe i lepsze oferty. Obłęd zmiksowany z szaleństwem, nie doświadczane dotąd przeze mnie w żadnym kraju. Ubiegłorocznego przejawu masowej psychozy uniknąłem ponieważ przebywałem akurat w Polsce. Ominęło mnie. W tym roku znalazłem się w epicentrum.

Nie można ludziom zabronić. Podnosić argument, że nikt nikogo na siłę, że nikt nikomu nie karze? Raczej słabe. W każdym razie, żadna tradycja, a nachalne manipulowanie. Całkowita obłuda, bo gdzie te media, które potrafią nas, znaczy społeczeństwo ganić za konsumpcyjny styl życia? Gdzie gremia mądro głowych socjo-psychologów aby zagrzmieć donośnie - Qrwa! Ludzie opamiętajcie się!
 * * * 
Myślałem o sobie jako jedynym mądrym. Trwało to gdzieś do wczesnego popołudnia, ale Google odczekał, uśpił czujność i bach mi te buty na pulpit w cenie prawie, że za darmo. Kto by nie skapitulował? Zapory i blokady bezpieczeństwa zostały ominięte.
Jak to…? Za taką cenę…? Okazja! Może online kupić, nie będę musiał jechać? Ale jak online? Muszę przymierzyć, dopasować. Jadę! Nawet nie sekunda, a doświadczyłem myślowej Niagary. Nieco karkołomne, bo musiałem się udać na Oxford Str., ale - dam radę - myślałem. W pochodach pierwszomajowych chodziłem, to i z tłumem na Oxford sobie poradzę.
Wystukałem numer do Nati, której nieskładnie wytłumaczyłem w czym rzecz. Że ja tu, buty tam, cena dobra, mogą wykupić, trzeba się spieszyć, sama rozumiesz...
- Dobrze, to jedź. Ja ci do tego nie jestem potrzebna, ale może spotkamy się w mieście?
- Dobra. Pa. Lece, śmigam... 

Autobus numer 73 skręca w prawo i wjeżdża na Oxford. Nie wygląda to dobrze. Stopień wyższy słowa „tłum” brzmi „Oxford Str”. Ludzie przemieszczający się ulicą przypominają zombi. W oczach obłęd i otępienie. Niemożliwe aby wywołać taki stan bez użycia środków odurzających. Mam ochotę krzyczeć do kierowcy „Zawracaj! Spierdalaj!”.

Przystanek autobusowy usytuowany jest bezpośrednio przy wejściu. Punkt dla mnie. Może nie nazwałbym tego przemknięciem, ale zaatakowałem tłum pod kątem 90 stopni i po chwili chamskiego przepychania już byłem w sklepie. Przystojny, śniady młodzieniec z warkoczykami - wyglądał jak klon Milli Vanilli - dostarczył mi trzy pary tych samych butów. Skarpetę od buta lakierka zastąpiłem skarpetą sportową i rozpocząłem taniec godowy. Na jednej nodze but większy, na drugiej mniejszy. Podskakuje, biegam po sklepie, przysiady, prostuje nogę, sprawdzam ile luzu w bucie, a Milli Vanilli rzuca mi spojrzenia, jakby w obawie, że zaraz mu w tych butach dam dyla ze sklepu.

Wybrałem. Z butami pod pachą, gotowy jestem przemieścić się do punktu opłat, ale jak z kapelusza pojawia się Milli Vanilli i oferuje swoją pomoc w doniesieniu butów do kasy. Miło z jego strony. Zanim wyruszyliśmy w podróż do kasy zapytałem, czy buty na pewno objęte są obniżką. No i można powiedzieć, że Milli Vanilli wyrwał mnie z butów, które trzymał nota bene pod pachą, bo niestety, oferta ważna tylko w sklepie online. Z miejsca straciłem cała sympatię do Milli Vanilli.

Wyszedłem ze sklepu, stanąłem za rogiem, by tłumowi nie przeszkadzać w swobodnym przepływie. Tyle trudu, poświęcenia, wysiłku aby w czarno piątkowym obrządku wziąć udział i wszystko na chuj. Mogłem siedzieć w domu i grzać teraz nogi pod kocem. Przynajmniej rozmiar dobrałem i będę mógł w necie zamówić. Zadzwoniłem do Nati. Cierpliwie wysłuchała historii mojej czarno piątkowej klęski. Już mieliśmy kończyć, już prawie, odwracam się i stoję twarzą w twarz z... Helen Mirren. Jak stałem, tak mnie zatkało. Zaniemówiłem. Nie taka sztuczna i plakatowa Helen Mirren. Całkowity oryginał, z krwi i kości. Nati do słuchawki wykrzykuje jesteś? jesteś?, a ja przecież nie powiem, że stoję 30 centymetrów od Helen Mirren, bo mnie usłyszy. Musiałem więc odejść kilka kroków, żeby nie wyszło jak w skeczu u młodego Stuhra i powiedzieć Nati
- Ty wiesz kto tu obok mnie stoi...
Wprawdzie nim odszedłem i szeptem znanym ze szpiegowskich filmów wyjawiłem kto przy mnie stoi, Helen Mirren była mi się gdzieś rozpłynęła w tłumie, ale zawsze to razem z Helen Mirren na Oxford Str. w czarny piątek. Czad.

Popołudnie stracone, ale buty zamówię w necie. Przecinam kolejne ulice, bo umówiliśmy się z Nati na Covent Garden. To niedaleko. Mam czas, chętnie się przejdę, zobaczę świąteczne iluminacje. Odbijam od Oxford jak najszybciej. Docieram na Regent Str. Coś jest nie tak, inaczej. Ulicę rozświetlają imponujące anieli rozwieszone między budynkami, ale oprócz tego widzę ciemność. W oknach ciemno, sklepowe witryny ciemne, latarnie ciemne. Nie ma prądu. Blackout. Niesamowite wrażenie. Picadilly pogrążone w ciemności i nawet ściana reklamowych neonów zieje nicością. Trochę jak w filmie katastroficznym. Ogarnięte ciemnością miasto i ludzki materiał w ilościach nie mających końca. Kiedy spotykamy się z Nati, staramy się znaleźć miejsce, w którym moglibyśmy usiąść na kolacje. Niestety, Soho pozbawione jest prądu. Knajpki, restauracje zawieszają działalność. Atrakcja przeradza się w uciążliwość. Znalezienie wolnego stolika to cud. W końcu się udaje.

W oczekiwaniu na starter, próbujemy zamówić buty. Bezskutecznie. Siedzimy w piwnicy, zasięgu nie ma. Nati ponawia próbę, kiedy wracamy do domu autobusem. No i znowu już prawie, już prawie mam te buty, już prawie w nich biegnę, ale okazuje się, że qrwa nie ma mojego rozmiaru. Do dupy z takim Czarnym Piątkiem. Przynajmniej nie uległem ogólnemu szaleństwu.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

8 lis 2016

Hygge, duński styl który uczynił mnie trendseterem


W scenie prawie końcowej filmu „Pożądanie” pada zdanie - aby historia nie mogła się skończyć, nigdy nie może się zacząć. Film polecam nie tylko ze względu na piękną Sophie Marceau, która w nim występuje, ale również dlatego, że traktuje z wdziękiem miłość, pożądanie i że francuski, a oni takie filmy o zawiłościach damsko męskich tworzą z lekkością. Wspominałem w poprzednim tekście, że sentymentalny z natury jestem i jakby na potwierdzenie dodam, że lubię taki film obejrzeć, gdzie on kocha ją, ona kocha jego, ale nie do końca im kochanie wychodzi. Wracając zatem do owego zdania, przekuję je na własne potrzeby, co fachowo się zdaje parafrazą nazywa. Jeśli historia ma się skończyć, to musi się kiedyś zacząć. Czyli w moim przypadku, ni mniej ni więcej, muszę zacząć ją pisać. Ale po kolei.
* * *
Informuję, że jesień rządy przejęłą, gdyby zdarzyło się komuś nie dostrzec. Przypomina nie tylko kalendarz, ale i okoliczności przyrody za oknem. Dzień krótszy, wieczory zaś dłuższe, a słońce reglamentuje swoje wdzięki. Deszcze, wiatry, zawieruchy, a wkrótce jeszcze zamiecie i żadnej nadziei na rychłą poprawę. Taki mamy klimat, powiedział ktoś kiedyś, i nic się nie da z tym zrobić. Chyba, żeby na ulicach ustawić automaty, takie jak z lizakami w lunaparku. Wrzucasz monetę i wychodzi słońce. Pół godziny za pięć zeta. 10 zł to półtorej godziny, bo w promocji. Niestety, ale to chyba tylko w Nibylandii, chociaż kto wie nad czym NASA dzisiaj pracuje? Pozostaje kanapa, sofa, wygodny fotel lub czym kto dysponuje oraz koc i herbata, najlepiej taka z sokiem malinowym. Sposób stary i sprawdzony.
Od dawna, czyli czasów kiedy nie miałem jeszcze twarzy pooranej bruzdami dojrzałości, staram się, do spółki z Nati, przetrwać w powyższy sposób ciężkie, jesienno zimowe chwile. Domator jestem z zamiłowania i w jesienno zimowy czas, lubię ugrząźć pod kocem z herbatą malinową w dłoni. Spędzamy tak razem do pary jesień i zimę, grzejąc się pod kocami, popijając herbatę i rozświetlając mieszkanie świeczkami. Ich blask nadaje lepszej aury, ciepła i przytulności. Nawet gdy zdarzy mi się spędzać samotnie wieczory, obstawiam się nimi, chociaż ani ze mnie gej, ani pedał, czy też lesba. Bo każda lesba to pedał, jak powiedziała kiedyś nieznana mi bliżej pani w telewizorze, ziejąc wściekłą nienawiścią do wszystkiego co wokół. Tak mnie wtedy wystraszyła, że od razu wyłączyłem telewizor. Bałem się, że z niego wyskoczy i rzuci mi się do gardła.
* * *
Zasadniczo, w tym właśnie miejscu powinienem rozpocząć swoją opowieść, ale posiadłem trudne niekiedy do zniesienia upodobanie do zbyt długich wprowadzeń. Opisane przeze mnie kilka zdań wcześniej czynności, to taki domowy sarwiwal na jesień i zimę. Przetrenowany nie tylko przez nas, ale i szerszą rzeszę lubiących kocowy klimat. Model odpoczynku przechodzący z ojca na syna, z matki na córkę (by kobiety nie czuły się pokrzywdzone), z pokolenie na pokolenie.
Londyn stworzył nam warunki idealne, bo gdzie jak gdzie, ale aura bywa tu podła. Akceptowalnego wymiaru, nabiera dopiero obserwowana spod koca i perspektywy za okiennej. Koce posiadamy, a jakże. Grube, duże, wełniane, milaśne i zapewniające ciepło. Zazdrości nam ich cała dzielnica, a przypuszczam, że po cichu również rodzina królewska. Takie z tych opatrzonych szyldem - zawijam się i nie wychodzę. Ja mam swój, Nati swój.
I podczas jednego z tak reżyserowanych wieczorów, zdaje się był wtorkowy, gdy ogarnęła mnie przyjemna błogość, a najdalej wysuniętemu punkcikowi moich stóp zdołałem przywrócić ciepło polegując pod kocem, Nati odpaliła we mnie słowami, które stały się początkiem naszej kulturalnej rozmowy. W sumie wywodu Nati. Jako kobieta bywała i bardziej świadoma, poinformowała mnie, że to co w danej chwili uprawiamy nazywa się Hygge i jest aktualnie panującym lajfstajlem.
- Znaczy się co? - zapytałem ślubną
- No właśnie to. Przytulne, dające uczucie ciepła wnętrze, świeczki, pledy, koce, herbata, książka, itd. Takie zorganizowanie wnętrza i otoczenie się przedmiotami, które sprawią, że przetrwanie zimy stanie się łatwiejsze i bardziej pogodne. Taka duńska kultura.
- Taaaaa…..? Ale my to robi... 
- Nieważne. Teraz jest to lajfstajl 
- Aaaaaaa...
Myślałem, że sobie żartuje, ale nie. Rzecz ma się poważnie i jest próbą sprzedania kolejnej mody dla znudzonego życiem wycinka społeczeństwa. Przywędrowała lub ściągnięto ją z Danii i się panoszy. Na księgarnianych półkach nie brakuje instruktażowych książek, jak do zagadnienia Hygge podejść, w co również nie byłem skłonny wierzyć. Wprawdzie ufam Nati bezgranicznie, ale sprawdziłem.
Weekend spędzałem samotnie, bo Nati na babskie spotkanie się wybrała gdzieś w Europe. Wobec tego, pojechałem w sobotę odebrać trzewiki ze sklepu, które sobie wcześniej zamówiłem. Księgarnie miałem po drugiej stronie. Pomyślałem, że zajdę. Tym bardziej, że fajne i skromne dziewczyny nieraz się tam przechadzają. Zerknąć nie zaszkodzi. Dziewczyn nie było, za to Hygge jak byk na półkach stoi.
* * *
Duńczycy, których język brzmi jak bulgot stada wystraszonych fok, zaszczepili nowy trend. Nie klabing, nie melanż w kafe z late, a Hygge. Teraz mężczyzna z brodą i jego okulary w rogowych oprawkach oraz ich damska odpowiedniczka uprawiają Hygge. Co to jednak za przyjemność uprawiania Hygge w samotności, kiedy nikt nie widzi? Nic straconego przyjacielu z brodą. Znam przynajmniej jedną knajpę gdzie można Hygge uprawiać. Można, bądź można było, bo dawno nie byłem.
Mój ulubiony Plac Zbawiciela, a knajpa tak natchniona, jak i zintelektualizowana. Niespełnieni artyści, tacy sami muzycy, intelektualiści, przedstawiciele wolnych zawodów oraz wszyscy, którzy pragną i pragnęli być za nich uważani. No i studentki kierunków humanistycznych pozujące na dorosłość. Frappe, czy latte? Miny znudzone, przechodzące w zblazowanie. Niemal każdy bez butów bo taki tam lans. Dziwne przekonanie, że to dodaje luzu. Więc skłonny jestem sądzić, że to odpowiednie środowisko dla Hygge.
* * *
Morał jest nawet budujący. Fakt, ktoś stara się sprzedać jako styl życia dawno wymyśloną oczywistość, ale co mnie to. Przynajmniej mam pretekst do kpin. Najwyraźniej znajdzie się głupi, potrzebujący przewodnika. Kupi wszystko byleby tylko nosiło znamiona trendu. Dla mnie ma to inny wymiar. Awansowałem do trendseterskiej awangardy. Pierwsza liga. Nie wiadomo komu i kiedy bije dzwon. Wchodzę pod ten koc zapamiętale od przed wojny. Ktoś mógłby powiedzieć, nudziarz. A tu proszę. Nie nudziarz, lecz znawca trendów. Nie wiadomo czy moje dzisiejsze dziwactwa za jakiś czas nie zostaną uznane za stylowe. Oczywiście poza oglądaniem świerszczyków pod kołdrą w świetle latarki. To jest naganne, ale jak się powstrzymać?
Wszystkim życzę miłego uprawiania Hygge w długie, zimowe wieczory.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

27 paź 2016

Wakacje - 10 lat połączone z nostalgią


Wakacje mimo niezaprzeczalnych zalet, obarczone są również wadami. Naliczyłem trzy. Trwają zbyt krótko, zawsze następuje ich koniec, trzeba z nich wrócić. W zasadzie jedna wynika z drugiej.
Będzie więc trochę o wakacjach, ale niespójnie, nieskładnie i miejscami być może chaotycznie, bo do rzeczywistości - tej szarej, ponurej z ołowianym niebem - wracam powoli i opornie. Podobnie jak do klepania w klawiaturę, ale boję się, że emocje i odczucia mi towarzyszące z każdą godziną się oddalają. Dlatego staram się mimo wszystko tekst w spójną całość poukładać i puścić, bo to co aktualnie wydaje mi się warte wzmianki, za parę dni być może okaże się śmieszne.
Głupi nie jestem i niech wystąpi przed szereg ten, kto twierdzi, że na takiego wyglądam. Aby nie stracić żaru wspomnień i przeżyć, złote myśli notowałem w swoim Ciaku (lokowanie produktu) jeszcze na pokładzie AlItalii, która niosła nas do Londynu. Nota bene niezbyt się popisała. Przymusowy nocleg w Rzymie i pakiet perturbacji w pakiecie gratis otrzymaliśmy. Przerzucam zatem niezdarnie formułowane myśli z papieru na ekran i niewiele zmieniam. W samolocie byłem zasmucony do tego stopnia, że na odpalenie ermaka nie miałem ochoty.

NOSTALGIA 
Nachodziła mnie często. W Isoli byliśmy dokładnie 10 lat temu. Nostalgia, jak powiedziała moja mądra Nati, związana jest z tęsknotą za czymś. A moja za czym? Problem upływającego czasu i siwiejących skroni dotąd mnie nie nurtował. Wciąż wyznaje teorię głoszącą - dobrze utrzymani, szpakowaci mężczyźni w średnim wieku są wartością wschodzącą na rynku. W czym więc rzecz? W gruncie rzeczy, przy całym moim chamstwie i niekończących się złośliwościach, to chyba sentymentalny jestem. Tak mi wychodzi z obliczeń.
10 lat naszego i nie tylko życia. Dużo i mało. Co się wydarzyło, a co pozostało tylko planami i wydarzyć się jedynie mogło, gdyby nasze wybory były inne? Jaka liczba znajomych zniknęła z naszej orbity, a ilu pojawiło się nowych?
10 lat temu nie byliśmy jeszcze, ja mężem, a Nati żoną. Nie myśleliśmy o rozpisanym na 30 lat kredycie. 10 lat i 4 różne kraje zamieszkania. Ani w głowie mi to było, kiedy w październiku 2006 roku prężyłem się na Janikowym tarasie popijając kawę. Siedząc teraz, zastanawiałem się, czy coś nam umknęło, czy może teraz umyka, czy jesteśmy tam gdzie być chcemy? W końcu, 10 lat temu mieliśmy lat 30-ci, a kto nie chce być młodszy? Taka wspomnieniowa podróż.

WAKACJE
Dały mi to, czego oczekiwałem, ale południe Włoch, to nie urocze niewielkie miasteczka i kadry z romantycznych filmów o Italii. Wcale piękne, w żadnym miejscu bajeczne. No może ciut przesadzam, lecz to nie Włochy jakie widnieją na pocztówkach. Isola, najbliższa Santa Christinie wioska, jest brzydka i obskórna. Z każdego kąta wyziera ubóstwo łamane przez zaniedbanie. Klimatu nadają pizzerie z piecami opalanymi drewnem; rząd staruszków siedzących na placu przed ratuszem. Na ulicach panuje radosny brak zasad, ale w tym szaleństwie - nieprzestrzegania odgórnie ustanowionych przepisów - jest metoda. Szybko się jednak można połapać o co w tym ulicznym zamieszaniu chodzi. Mimo wszystko, po zapoznaniu się z sytuacją okazuje się, że jakieś zasady panują. Właściwie jedna. Trzeba być zdecydowanym w swoich zamierzeniach (tych na drodze) i wprowadzać pewną ręką w życie. Żadnego STOPu, żadnego pierwszeństwa, czy skrzyżowania równoważnego. Nie! Trzeba umiejętnie balansować na granicy wymuszania i tego, na co w danej chwili można sobie pozwolić. Jakkolwiek byłoby to pozbawione sensu, tam sens posiada. Pogarda dla przepisów tak, ale bez porywczości i złośliwości. Włoch na drodze natomiast, jest w stanie wybaczyć wszystko. Nawet najdziwniejsze ewolucje, tylko nie brak zdecydowania w poczynaniach na drodze.
* * *
Czas w Isoli upływał w zwolnionym tempie. Istotne, stało się nieistotne. Poczta meilowa przestała mnie interesować, chociaż łącze onlain utrzymywało mnie w granicach cywilizacji. Na wszelki wypadek.
W tym spowolnionym świecie okazało się, że przytargałem ze sobą więcej niż potrzebuję. Moda i miejski szyk zeszły na dalszy plan. Trzy koszulki, prane i noszone na zmianę, wszystkie niebieskie, co raczyła mi wytknąć Nati. Szorty, dwie koszule, długie pory, gatki kąpielowe, rozczłapane adziorki, które w dniu wyjazdu skończyły w koszu, buty wsuwki oraz flip flopy. Okazało się, że wystarczy. Może jeszcze bluza i szal, bo Etna ze swoimi okolicami kiedy do nich dotarliśmy, okazała się zaskakująco gwiżdżąca. Jak ta głupia cipa przytargałem walichę wypchaną większą ilością rzeczy niż ludzie tu, znaczy tam, mają na cały rok. A wszystko wyłącznie na wakacje.
* * *
Cisza, cisza, cisza. Niczym nie zmącona cisza. Przeleci mucha, zabrzęczy osa. Cisza. Po pełnym jazgotu, przepełnionym wszechobecnym pośpiechem i hałasem Londynie niesamowite uczucie. Wyłącznie szum generowany przez wiatr, drzewa, palmy i w oddali mare. Bella mare. Pierwszy z wieczorów spędziłem na balkonie siedząc w ciemności, popijając wino i wsłuchując się w to czego nie słychać. W ciszę. Błogość.
Budziłem się wcześnie. Organizm wytrenowany, nawyków szybko nie zmieni. Poza tym lubię. Otwierałem okiennice oraz okna, a podczas golenia powoli nastawał dzień. W czasie śniadania popijanego zbożówką obserwowałem z tarasu poranne słońce, które wyłaniało się z morza. Szedłem biegać.
Bardzo szybko wszedłem na pułap „może jutro”, czyli domani bardziej znane jako maniana. „Może jutro pojadę do Castelli”, „Może jutro spędzę dzień wykazując się większą aktywnością”, „Jutro zrobię…”. Teraz książka i plaża, reszta jutro. Planowałem coś napisać. W tym celu zabrałem ermaka. Wstrętu jednak jakiegoś do klawiatury nabrałem. Bo czy to teraz ważne, i po co mi to składanie wyrazów w logiczną całość?
Bez małych spraw składających się na te duże, wywołujących irytacje i nerwy. W zamian kawa parzona w kawiarce do kompletu z książką na tarasie. Aktywność, która ograniczała się do przejazdu do Isoli po wino, winogrona, wędliny i sery oraz zagwarantowanie sobie czegoś na kolację. Drzemka po lanczu na tarasie, czy leżak na plaży? Problemy pierwszego świata. Innych nie miałem. Plaża natomiast cicha i opuszczona. Bez zgiełku, wrzasków i zalegających tłumów. Szum fal, leżak, książka, drzemka. Cudowne nic nie robienie.
Po południu Prosecco na orzeźwienie. Dużo się lało, a przyjazd Kamy i Grega jakby wzmógł jeszcze proceder. Wspólne kolacje, dobre jedzenie, dużo wina i przegadane wieczory. Tylko śpiewać mi zabronili.

PO WAKACJACH
To były nasze pierwsze wakacje z prawdziwego zdarzenia od 2011 roku. Pierwsze również tak długie, bo trzy tygodniowe, choć spędzane częściowo oddzielnie. Nati po wizycie w Singu przyjechała do mnie mocno naładowana. Potrzebowała kilku dni by wyhamować i przejść na inny tryb, nieco wolniejszy. Porzucić miejski. Musiałem tego mocno pilnować, bo bywało, że pędziła tak, iż nie miała czasu na kawę. Miniony rok i jeszcze obecnego połowa był dla ciężki. Staneliśmy obozem na wyspach. Stres przeprowadzki z Singapuru, osadzenie i odnalezienie ścieżek w nowych okolicznościach. Teraz, wypoczęty i z perspektywy czasu to widzę. Wakacje były jak lekarstwo. Kiedy dobiegały końca, gula w gardle sukcesywnie się powiększała. Osiągnęła wielkość nieprzełykalną w chwili gdy ostatecznie porzuciliśmy na parkingu naszą 500tkę, która woziła nas dzielnie po Kalabrii i części Sycylii. Bardzo lubię te nasze niespieszne podróże autem i dialogi nie za bardzo rozsądne. Jak choćby ten, o znanych kobietach, dla których tu i teraz gotów jestem paść na kolana. Ja swoją listę podałem. Wyszło, że Nati jest piątą w kolejności żoną. Po naciskach i długich namysłach, ze swej strony zdołała podać tylko jednego mężczyznę, którego pojawienie powinno wywoływać u mnie trwogę. Powinienem się cieszyć, czy nie chciała mnie dołować?
Codzienne czynności uznawane za ważne zatraciły podczas pobytu w Isoli swój sens, zbladły. Byliśmy w stanie się bez nich obejść. Po trzech tygodniach letargu byłem wystarczająco naładowany ciszą i spokojem (do czasu lądowania w Rzymie, a później Londynie). Ukojony. Byłem gotów by wyjeżdżać. Problem nie leżał już w tym co opuszczam, lecz w tym gdzie się udaje i świadomość, że duże problemy zaczynają się od małych. Duży stres zaczyna się od małego. Małe rzeczy rozrastają się potęgując frustrację, zmęczenie do dużych rozmiarów. Nie chcę na to pozwolić. Bywa, że sam sobie narzucam rodzaj zachowań, czynności, które mając mi przynieść satysfakcje, w gruncie rzeczy jej nie dostarczają. Wiele rzeczy, które „muszę” wcale nie „muszę”. Bez nich też będę żył, ziemia będzie się kręcić, a słońce wschodzić na wschodzie. Błahostki, które dorzucają do pieca. Strona się nie ładuje, bądź robi to wolno, lot opóźnia, a stary dziad przy kasie za wolno szuka drobnych. Naiwny nie jestem. Wiem, że nie da się przeżyć życia jak na wakacjach, ale spróbuję nie poddawać się własnemu rygorowi nakręcania sprężyny. Czytam „Sens” i prenumeruję „Charaktery”. Dokonałem wglądu we własne wnętrze i zobaczyłem w nim, jak wiele sytuacji stresogennych mógłbym, mogę uniknąć. Tylko czy to mi się uda, bo to zawsze takie chciejstwo pourlopowe, podobne do noworocznych założeń. Ocenię podczas następnych wakacji.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

29 wrz 2016

Gbur u fryzjera


W zasadzie przestępuje już nerwowo z nogi na nogę. Móżdżę co do walizki zapakować. Nati w środę do Singapuru szybuje (już poszybowała), a ja w sobotę do Yannicka, do Kalabrii. Rwany i niespokojny tydzień się więc zapowiada. Umysł już tam, ciało wciąż tutaj. Skupić się ciężko. Rajze fiwer przed długo wyczekiwanymi wakacjami. Całe trzy tygodnie. Mimo to, postanowiłem z klawiaturą się jeszcze zmierzyć i z pisaniem wystartować w napiętym przed wakacyjnym tygodniu. Liczę, że uda mi się dostukać tekst do końca i puścić jeszcze przed wyjazdem. Jeśli nie, dociągnę go pod kalabryjskim niebem. Tymbardziej, że pierwszy tydzień spędzam samotnie. Sam, 50 metrów od plaży, morza, otoczony ciszą, winem, książką i dobrym jedzeniem. Nie wiem, może powinienem się martwić o siebie, ale nie zamierzam. Danuta Matka podczas niedawnej rozmowy i nie mających końca aluzjach
- To będziesz się tam sam nudził 
- Nie Mamuś, nie będę 
w końcu nieśmiało wtrąciła
- Synuś, Ty to tak lubisz sam spędzać czas
- Co mam zrobić Mamuś, skoro nigdzie tak morowego towarzystwa jak moje nie mogę znaleźć
Bene.
* * * 
Byłem u fryzjera. Osiągnięcie wątpliwe i średnio istotne dla wydarzeń całości globu, bo nie jestem pierwszy i nie ostatni, który to robi. Pewności tylko nie mam, czy aby słowem „fryzjer” nie uwłaczam profesji. Nieprzeciętny zmysł obserwacyjny utwierdza mnie w przekonaniu, że fryzjer jako gatunek wyginął. Nastał stylista, salon fryzjerski zaś przeszedł rebranding by stać się atelier. Zwał jak zwał; natura Załubskich wychodzi, czepiam się.
A więc, udałem się do mojego londyńskiego stylisty fryzur z Brazylii, geja. Brzmi kozacko i jestem przekonany, że kwestia wygłoszona z odpowiednio reżyserowanym znudzeniem, zapewnia mi panowanie na placu Zbawiciela wśród ulokowanych tam knajp. Przynajmniej na kilka godzin.
Douglas, mój fryzjer stylista to uroczy facet. Uśmiechnięty, uprzejmy, delikatny. W zalewie londyńskiego chamstwa łączonego z prostactwem, zwracają uwagę Jego maniery. Uwielbiam gdy zajmuje się moją trwałą. Z fryzjerem mam prawie jak z opisywanym niedawno dentystą. Muszę mu ufać, ponieważ gdy tylko dotyka moich włosów odlatuję. Żadnych narkotyków, żadnego prądu, łamania palców. Podczas przesłuchania wystarczy dotknąć włosów i śpiewam wszystko jak leci; tylko proszę mnie smyrać.
* * *
Douglas, zgodnie ze sztuką, umył mi włosy, a potrafi - zapewniam - robić to qurwa bajecznie delikatnie. Balijskie masażystki w porównaniu wypadają blado jakby uprawiały kowalskie rzemiosło. Spocząłem przed lustrem w nastroju błogiego rozleniwienia. Stan narkomana po większej dawce heroiny. Douglas swoim
- Tak jak zwykle?
- Uhmmm... 
zrzucił ze mnie konieczność wyjaśnień. Bogu lub komu innemu dzięki. Po to mi zaufany fryzjer vel. stylista, by nie zarzucał pytaniami - Nad uchem krótko, czy do pół ucha? Grzywkę do góry, czy na bok wycieniować? Z tyłu zebrać więcej, czy zostawić jak jest? Qrwa ma być dobrze! Nie przyszedłem na przesłuchanie. Nie mam pojęcia jak ciąć i nie znam się na tym. Chcę tylko żeby było dobrze i bez pytań.
Douglas rusza do dzieła. Wkłada dłoń w moje włosy, kręci loki, a ja czuję jakby mi ktoś nową szprycę w żyły wkłuł. Nie ma gościa. Odlot. Niestety dla mnie, wyłania się również problem. Konwersacja o niczym i na bliżej nieokreślony temat. W normalnych warunkach i nie odurzony średnio sobie z tym radzę, a po za zastrzyku dużo bardziej i nijak do rozmowy się qrwa nie nadaje. Wzrok mętny jak maratończyk na 40-tym kilometrze, powieki mi wiszą jak u buldoga.
Staram się, ale mi nie wychodzi. Próbuję kontrolować kiedy Douglas snuje opowieść, a kiedy kończy wypowiedź pytaniem. Moje odpowiedzi są zdawkowe, ograniczone do monosylab - tak, nie, uhmmm, nie sądzę, ja wiem... Rzadko porywam się na konstruowanie całego zdania. To ponad moje siły. Nie cierpię rozmawiać siedząc na fryzjersko stylistycznym fotelu. Nie mam na to siły. Nie wiem co sobie o mnie myśli Douglas, ale każdorazowo gdy mnie widzi uśmiecha się na mój widok i nawet pamięta moje imię. Może nie jest więc tak źle i nie uważa mnie za gbura?
* * *
W tym całkowitym odlocie na fryzjersko-stylistycznym fotelu wpadłem w swobodny bieg myśli. Nawiedza mnie czasem w najdziwniejszych miejscach. Czasem na sedesie z bakelitu, czasem pod prysznicem, chociaż to ostatnie jak wyczytałem niedawno, wcale nie jest takie nietypowe, bo prysznic należy do miejsc, które w cudowny sposób odejmują nam stresu i przyczyniają do swobodnego myślenia. Pomyślałem, że naród z nas zamknięty, nieskory do zabawy bez alkoholu, a imprezy przeżywamy często z nosem utkwionym w sałatce. Osławiony smol tok jakby nie dla nas stworzony.
Zastanawiałem się, w czasie kiedy Douglas dbał o mój sznyt, z czego wynika ta nieumiejętność prowadzenia małych rozmów w dosłownym tłumaczeniu. Chociaż tutaj poza nawias nieumiejętności wystawiłbym Nati. Jakby ładowała akumulatory podczas takich rozmów. Wiruje i bryluje. Zadziwia mnie nieustannie, co jest ponoć elementem udanego związku, a odkąd przyswoiła sobie reguły „spalonego” wiem, że jej umysł nie posiada ograniczeń. W przeciwieństwie do mnie. Bo mi się właśnie te akumulatory rozładowują, kiedy ktoś usilnie stara się mnie wciągać w rozmowę.
* * * 
Wniosek mi się nasunął w moich rozważaniach, że nie zostałem rozmowy jako czynności wyuczony. Przeszedłem kolejne etapy szkoły. Polskiej szkoły, która selekcjonuje na podstawie sobie znanego klucza podawaną wiedzę, a istnieje chyba tylko po to, aby przydybać na tym czego się nie umie, bądź nie wie. W polskiej szkole, nie wiem czy wciąż i przynajmniej w takiej do jakiej ja uczęszczałem, dyskusja nie istnieje. Nie prowadzi się rozmów, wymiany poglądów. Nie uczy rozmowy. W polskiej szkole dominuje odpytywanie, testy i „wyciągnijcie karteczki”.
Z dziećmi w ogóle niewiele się dyskutuje i raczej nie dopuszcza do rozmów na poziomie dorosłych. Taka obyczajowość. Chyba tylko w serialach rodem z tefałenu, gdzie dzieci wyposażone są w nieograniczone pokłady elokwencji. Popularne powiedzenie - dzieci i ryby głosu nie mają, znikąd się nie wzięło. Dzieci są strofowane i tresowane - siedź prosto, nie kręć się, nie przeszkadzaj, nie teraz, złap porządnie, nie głaskaj, nie podnoś, co zrobiłeś, nie wstyd ci… W szkole nie rozmawia się o emocjach, w domach również nie często. Panuje kult powagi. Uśmiech jest traktowany jako synonim głupoty. Tylko głupi się śmieje. Nie jestem nauczony rozmowy, nie jestem nauczony wyrażania opinii. Nikt nie nauczył mnie mówić o tym co widzę, o tym co słyszę, o wczorajszej kolacji, dzisiejszej pogodzie, jutrzejszej wycieczce. Oczywiście w porównaniu z postępującym ociepleniem klimatu, czy wycinką amazońskiej dżungli to nie dramat, radzę sobie.
* * *
Pod czujnym okiem Douglasa, który rzeźbił moje fale na bóstwo i nanosił ostatnie poprawki, doszedłem do płenty.
Nie wiem czy się wstydzić i rumienić za zaistniałą sytuację oraz narodowe ponuractwo powiązane z nieumiejętnością rozmów o niczym, czy też nie? Zrazu chciałem się zarumienić, ale doszedłem do wniosku, że jako naród, społeczeństwo wstydzimy się niepotrzebnie za zbyt wiele rzeczy, a nie zwracamy uwagi na te, za które faktycznie powinniśmy się kajać. Więc w zasadzie nie mam jednoznacznej opinii. Na pewno fajniej, gdy ktoś o nas myśli inaczej niż gbur, smutas, ponurak, a taka umiejętność jak ów smol tok podobno w życiu pomaga i łagodzi napięcia. Na pewno umiejętności rozmowy, zobowiązującej bardziej, w innych przypadkach mniej, należy uczyć od maleńkości. Rozmowy i słuchania. Wtedy żaden kołczing nie będzie potrzebny. Więcej nie wiem.
Mistrz Douglas zakończył dzieło. Wyglądam bosko. A te wszystkie przemyślenia zebrane tylko w czasie jednorazowego posiedzenia na daglasowym fotelu i 25 £. Gdyby komuś przyszła ochota podumać, polecam mojego londyńskiego stylistę fryzur z Brazylii geja.
* * *
Udało się, zdążyłem. Bene.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

19 wrz 2016

Na ziemi ojców - Willkommen in Stettin


Oderwałem się od klawiatury na dobre. Ożywczy, aczkolwiek niezamierzony, odpoczynek od ermaka sobie zaaplikowałem. Zdaje się niemożliwe, a stało się. Widać tak potrzebowałem. Dwa tygodnie bez komputera, ale gwoli sprawiedliwości, nie internetu. Telefony mogą dziś wszystko, a moja płyta grzewcza funkcjami i wielkością wyświetlacza ermakowi niewiele ustępuje. Dziarsko mi go zastępowała. Okazuje się, że potrafię się obejść bez codziennego mielenia i przeglądania tego wszystkiego, co zwykle wydaje mi się z niezmiernie ważne.

NA ŁONIE RODZINY
Do Szczecina w końcu i po długich przedbiegach się wyprawiłem. Dawno nie byłem, a poza tym dentyście pojechałem się ukłonić. W Szczecinie Pani Wanda Dentystka urzęduje, od 18-tu lat naczelny strażnik mojego uzębienia. Dentysta rzecz nie byle jaka i ważne aby mieć do niego zaufanie. Wystarczający powód żeby gnać taki kawał.
Zatrzymałem się w mieszkaniu Siorki i Szwagra Krzysztofa, ponieważ dzielenie przestrzeni mieszkalnej z Danutą Matką i Józefem Ojcem bywa męczące i rodzi konflikty. Po miłych początkach nasze dziwactwa się nie zazębiają. Ponadto, Danuta Matka posiada niezbadaną zdolność doprowadzania największych optymistów na skraj przepaści. Najbardziej opornego potrafi pchnąć w czeluść, a wszystko w jego dobrze pojmowanym interesie. Taka to Danuta Matka, przy pakiecie niezaprzeczalnych zalet jak sos z kurek przygotowany dla dawno nie widzianego syna, czy gołąbki z prawdziwkami. Dlatego zmieniłem zwyczaje i umilam czas Siorce i Szwagrowi Krzysztofowi. Zatrzymuję się u nich od pewnego czasu. Taki układ jest zdrowszy dla wszystkich stron. Siorka dba by młodszy brat nie chodził głodny, brudny i obdarty. Identycznie jak w chwili kiedy miałem 10 lat. Wciąż jest tą samą starszą siostrą która nie da zrobić mi krzywdy. W czasie swojego pobytu jestem niejako substytutem Siostrzeńca Kuby, który porzucił Szczecin na rzecz Wrocka, gdzie studia uprawia.
U Danuty Matki i Józefa Ojca natomiast, pojawiam się na obiady, kawę, herbatę, świeże pączki, z przyjacielską wizytą. Wystarczająco by nie nadepnąć sobie na odcisk, a wszyscy są zadowoleni.
* * * 
Pani Wanda Dentystka gdy tylko się pojawiłem paszcze mi rozdziawiła. Straty oszacowała. W oczekiwaniu aż morda mi stężeje po szprycy znieczulającej, pogawędziliśmy do chwili gdy morda mnie stężała na tyle, że powiedzieć nie byłem już w stanie nic. Lewa dolna szóstka po godzinie została nareperowana.

SZCZECIN FAJNY
Pogoda była moim sprzymierzeńcem, a słońce grzało jak we wrześniu 39-go. Zelòwy zdarłem na szczecińskich trotuarach, przemierzając go w każdą możliwą stronę, lecz nie zamierzam narzekać (za bardzo) na to co widziałem. Słońce potrafi pomalować wszystko przyjemnymi barwami. Tym razem Szczecin wydał mi się zadziwiająco przyjemny, mimo swoich widocznych szkaradności.
To ładne miasto. Kto był, kto widział, tego nie trzeba przekonywać. Niewiele jest miast poròwnywalnych urokiem. Miasto niewykorzystanych i niewykorzystywanych szans, które jeśli nie popadło, to popada w prowincjonalizm. Wciąż jednak może być miastem przyjemnym. Miastem, które atakuje nie tyle intensywnością życia, ale spokojnie bijącym rytmem miasta na weekendowe wypady. Miastem, które poleca się z ust do ust jako cel kilkudniowych wizyt.
Fajnie, że ożywają ulice kiedyś uznawane za nieciekawe. Rayskiego, Mazurska, Śląska. Coraz więcej tam knajp, gdzie można zjeść, napić się. Niektóre może ciut pozerskie, inne nieco zbyt hipsterskie, ale każdy ma hipsterów na miarę swoich możliwości. Nie mniej są. Knajpy oczywiście. Fajnie, że odnowie poddano zdewastowane, ale piękne kamienice na części Śląskiej. Fajne są Jasne Błonia, gdzie biegałem wcześnie rano, gdy Szczecin ruszał do pracy.
Fajnie, że Szczecin odkrył lody. Lody własnej produkcji. Trafiłem w kilka miejsc, niektóre z polecenia, niektóre strzały w ciemno, z zajebiaszczymi lodami. Ustawiające się po nie kolejki są dowodem, że lody w Szczecinie się wstrzeliły. Jako lodziarz, mam nadzieję, że to nie tylko sezonowe zachłyśnięcie i trynd przetrwa dłużej.

SZCZECIN NIEFAJNY
Ten sam Szczecin jest ròwnież qrwa brudny, osrany i obskórny. Miejscami ciągnie uryną. Zalepiony starymi plakatami. Postrzępionymi i wyblakłymi. Nawet na uznawanym za reprezentacyjny dla Szczecina deptaku Bogusława. Nad sklepami dominują brzydkie, każdy na inną modłę, tworzone w garażach, szyldy i pseudo neony o wątpliwych walorach upiększających. Zabutkowo i jarmarcznie. Dwie dominujące galerie handlowe skutecznie udupiły życie i ludzki ruch na ulicach. Jak w polskim filmie. Nic się nie dzieje. Nie trudno zliczyć w dowolnym momencie ludzi przechodzących ulicą w zasięgu wzroku, bo jest ich tak niewielu. Handel poza galeriami nie istnieje lub istnieje w minimalnym stopniu. To one pełnią rolę kulturalną, rozrywkową i miejsce spotkań towarzyskich. Poza tym, ceny w niektórych knajpach wydają mi się ciut za wysokie jak na możliwości mieszkańców. Myślę sobie - przysiądę gdzieś w lokalu, sałatkę jak królik wrąbie. 25 złotych. Sałatka taka sobie, raczej bez historii. Zsumowałem zawarte produkty i wyszło mi mniej więcej 10 złotych. Energia, koszty pracy, zusysrusy, głupi nie jestem, ale mimo wszystko, chyba trochę za dużo. Z drugiej strony, te same lokale funkcjonowały kiedy byłem dwa lata wcześniej, w ubiegłym roku i teraz, więc chyba jakoś się to godzi. Co ja wiem o zabijaniu.

POŻEGNANIE
Dziewięć dni i było minęło. W weekend pomoczyliśmy jeszcze pięty ze Szwagrem Krzysztofem i Siorką w bałtyckiej solance, zdążyliśmy się skuć, wytrzeźwieć i już musiałem przygniatać kolanem samsonaita żeby się domykał. We wtorek obściskałem się ze Szwagrem Krzysztofem, obcałowałem z Siorką na pożegnanie i pięknym prawie nowym szynobusem pomknąłem wprost na lotnisko w Goleniowie. Szynobus kursujący wprost na, i z lotniska. Takie dziwy tylko w Szczecinie. Mniej więcej dwie godziny później samolot z niewyobrażalną ilością polskich dzieci - Dżesik, Aleksòw, Sandr, Brajanòw - powracających do angielskich szkół, niósł mnie ku dostojnej Brytanii. Czy Wielkiej? Za dwa dni, samolotem tych samych linii ciachałem niebo kierując się w stronę Sofii, gdzie na lotnisku czekali Diana i Nico.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

24 sie 2016

Awantura o pierś - karmić, czy nie karmić?


Lubimy toczyć wojny. Bez nich nudno. Naród polski najwyraźniej tak mieć musi, że jedną wojnę kończy, nową zaczyna. Naparzamy się po głowach z podziwu godną regularnością. Dymiły latem działa wycelowane w Januszy Bałtyku, pobrzmiewały salwy w bitwie o parawaning. Żadnych jeńców. Kultura w walce z prostactwem. Rozlało się na dobre poza wybrzeże, a błahe z pozoru problemy zyskały wymiar sporu narodowego. Kraj, co stało się już zwyczajem, podzielił się na dwa zaciekle i ziejące do siebie pogardą przeciwne obozy.
Nawet aura miała już chyba jednak dość. Lato się wypięło i zabrało upały, a spór rozstrzygnął samoistnie. Letnicy wyjechali; problem zniknął. Powstał nowy. Równie istotny i podobnie jak poprzedni, wymagający wzajemnego okładania się inwektywami. Karmienie piersią w miejscach publicznych. Spór w sprawie, Bałtycki Janusz kontra reszta, zaangażował w słowne przepychanki proletariat oraz klasę aspirującą wspieraną przez zaciąg celebrycki. Problem karmienia natomiast, nabrał rangi nie tylko społecznej, ale i politycznej. Nie dość, że trafił na wokandę, ale i pobudził do dyskusji elity z Wiejskiej.

Ktoś niezorientowany i przyglądający z boku, mógłby uznać Polskę za kraj dostatni i ustabilizowany. Polaków zaś, za szczęśliwych i spełnionych, bo tylko w ten sposòb można wytłumaczyć istnienie równie idiotycznych sporòw. Znudzeniem.
Nakręca nas dziwna energia powstająca z prania po pyskach. Łączymy się we fronty i opozycje. Okopujemy na liniach podziału i walimy do siebie czym popadnie. Tworzymy rodzaj sektowości. Matki karmiące piersią przeciw niekarmiącym. Matki chustowe przeciw niechustowym. Wszystkie matki, przeciw tym co nie mają dzieci. Zmotoryzowani przeciw rowerzystom. Rowerzyści przeciw zmotoryzowanym, ale i biegaczom nie odpuszczą. Biegacze przeciw wszystkim, którzy nie biegają. Każdy musi mieć cel do napierdalanki. Dzień za krótki by wyliczać. Potrafimy się porozumieć i połączyć w dążeniu, tylko przeciw czemuś, ale nie za czymś. Jałowe spory, kiedy do rozwiązania wystarczy kroczek wykonać.
* * *
Polska to wciąż miejsce, gdzie większą wagę przykłada się do głoszenia idei niż ich respektowania. Na poziomie deklaracji bywamy spełnieni. Jesteśmy tolerancyjny, pełni empatii, zrozumienia, otwarci, przepełnieni troską.
Realia trochę się rozjeżdżają. Ciężko w naszym kraju być matką karmiącą, niepełnosprawnym na wózku, bez wózka, ojcem chcącym czynnie uczestniczyć w wychowaniu pociechy i każdym, kto wystaje poza nurt uznawany za normalność. Przesrane ma nawet staruszka szukająca zbyt długo drobnych w portmonetce przy kasie. Czasem to wynik przepisów prawnych, innym razem mentalności, czy bezmyślności.
Opowiadał mi niedawno kolega, młody tata, jak przyszło mu się przedzierać przez zasieki chujowej organizacji i nieprzychylności. Potrzebował przewinąć syna podczas spaceru. Przyjazną toaletę znalazł w centrum handlowym. Przewijak owszem, ale niestety tylko w toalecie damskiej. Już sama zmiana pieluch w terenie była dla chłopa stresująca, bo maciejkami syn się nie zrąbał, a tata nie zabrał wacików, którymi woń tamuje wkładając je na okoliczność do nosa. Najgorsze były podejrzliwe i przepełnione agresją spojrzenia kobiet, które wcale nie widziały w nim rozczulającego samotnego ojca. Widziały intruza. I te niejednokrotnie przepełnione miłością matki, zwracały mu uwagę, jakby był idiotą i nie dostrzegał w jakiej toalecie się znajduje. A co ma taki qrwa ojciec począć będąc na basenie z córką? Zabrać ją do przebieralni męskiej, czy bezpardonowo wkroczyć do damskiej? Niewielkie problemy, do ktòrych rozwiązania zbyteczne powoływanie komisji, czy ingerencja sejmu. Dlaczego zatem problem karmienia się tak zmutował?
* * *
Przeciwnikiem karmienia piersią w miejscach publicznych nie jestem. Więcej, jestem z nim całkowicie po linii. Nie znaczy to jednak, że nie czuję się nieswojo w restauracji, widząc obok siedząca matkę, ktòra piersią karmi dziecko. I nie chodzi bynajmniej o widok piersi, chociaż w pewnym stopniu również. Gryzie mi się koncepcja. Istnieją miejsca gdzie nie zakłada się nóg na blat, popuszcza zwieraczy oraz nie wyciąga piersi by karmić. Nie odmawiam prawa. Nawet do tego, by robić to w restauracji, czy gdziekolwiek, ale może się to odbywać w nieco inny sposób. Niekoniecznie przy stole. Zachowanie dostosowane do okoliczności.

Jak zwykle niewiele w sporze racjonalności, dużo młócki, jeszcze więcej chęci postawienia na swoim. Moja mojsza jest najbardziej moja. Zwolennicy, by nie klamrować ich w grono wybitnie damskie, uprawiają swoją naparzankę jak dla mnie zbyt ostentacyjnie. Rodzaj agresywnej manifestacji - mam prawo, więc czemu nie.
Rzucam kamieniami w media społecznościowe, dołożę i teraz, bo to one przekrzywiły nieco obraz tego co dopuszczalne. Zamazały granice dobrego smaku i taktu. Porody, karmienie piersią, nagie pośladki. Co jeszcze? Kopulacja? Wszak to równie piękny i ludzki akt. Udostępniamy publicznie wydarzenia uznawane do niedawna za intymne. Dość opacznie rozumiane - nic co ludzkie nie jest mi obce.
Bez obawy, dostrzegłem istnienie rekwizytòw pozwalających matczyną pierś zamaskować. Mimo tego, nierzadko owa pierś karmiąca na widok publiczny bywa wystawiona. Jak dokonać rozgraniczenia, kiedy pierś występuje jako obiekt seksualny, a kiedy jako magazyn pokarmu? Czy w innych okolicznościach ta sama kobieta poproszona o obnażenie piersi, spełniłaby prośbę?
* * *
Nie nawołuję do chowania się po krzakach. W całym problemie przeszkadza mi, jak zaznaczyłem, jedynie ostentacyjność nie dopuszczająca innego rozumowania. Wiele czynności, które wykonujemy są równie ludzkie, a jednak nie w każdej sytuacji odpowiednie. Rozumiem cud życia, piękno, naturę, ale różne sytuacje, przez różnych ludzi, są różnie odbierane. Nie narzucajmy nikomu swoich wartości uznając, że są jedyne i lepsze. Dawno temu usłyszałem, że kulturalne zachowanie to umiejętność niewprawiania drugiego człowieka w zakłopotanie. Jak dla mnie dobre.
Wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Granice bywają płynne, a prawo nie jest w stanie i nie powinno wszystkiego regulować. Poziom ewolucji jaki osiągnęliśmy jako ludzie pozwala nam radzić sobie z podobnymi kłopotami w oparciu o zwykłe kontakty międzyludzkie, dobre chęci i zdrowy rozsądek. Z pominięciem wyższych instancji. Pomiędzy „absolutnie tak” i „kategorycznie nie” istnieje coś jeszcze. Rozwiązania należy więc szukać w zasadzie złotego środka. Chciałbym bardzo, ale nie wierzę, że do tego dojdzie, bo my to się lubimy tak pookładać bez sensu.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

11 sie 2016

Czy i jak drewniana podłoga potrafi ujebać mylne wyobrażenie o posiadaniu władzy?


Długo zmagałem się z brakiem pomysłu. Z pomocą przyszła mi para stojąca przede mną w kolejce do sklepowej kasy. On, archetyp męskiego zachowania. Nadęty i chyba obrażony. Ona nadskakująca. Zdecydowałem, napiszę o mężczyźnie. Nie tym konkretnym, lecz ogólnym wzorcu zachowań. Poniższy tekst miał być więc częścią większej całości, ale okazał się zbyt obszerny. Powstał jako osobny twór. Opracowania dotyczącego mężczyzny w szerszym aspekcie nie porzucam, a jedynie odsuwam w czasie. Dziś historia pół prawdziwa lub taka, która mogła się gdzieś wydarzyć i jakich wiele w mieście.
* * *
Stereotypy oraz silnie zakorzeniony patriarchat sprawiają, że mężczyzna lubi trwać w przekonaniu trzymania pieczy nad domową konsolą dowodzenia. Coś pomiędzy jestem bogiem i numero uno onczo. Często to same kobiety utwierdzają swojego wybranka w teorii. Wygodne rozwiązanie, które upraszcza proces manipulacji, kiedy mężczyźnie wydaje się, iż to on podjął decyzję, a nie rozwiązanie zostało mu podsunięte. Mężczyzna jest jak działo strzelające na wiwat. Czyni dużo hałasu, z którego często niewiele wynika.
* * *
Życiu towarzyszą schematy. Mężczyźnie również. SUVem jeździ, bądź dopiero przygląda mu się w salonie z zachwytem. Syna spłodził. Atakuje próg klasy aspirującej i rzuca nowy krzyż na garba. Buduje dom. Dom stoi, kredyt w przypływie szczęścia się spłaca. Lecz generalnie nie jest tak zajebiście jak mężczyzna opowiada znajomym, że jest. Finansowo z budową nieco przeinwestowaliśmy, a na bankowym rachunku od kilkunastu miesięcy jarzy się czerwona lampka. Dom jednak stoi i trzeba go wyposażyć. Na scenę wchodzi partnerka mężczyzny. Zasadniczo byłoby gicio, bo mężczyzna nie zamierza zbytnio ingerować. Woli się oddać wtorkowo środowym wieczorom z Ligą Mistrzów, ale w kwestii wydawania pieniędzy kobiecie zaufać nie można i mężczyzna o tym wie. Nakreśla rygor finansowy, który zamierza nadzorować.
* * *
Zgodna para, z ustalonym budżetem trafia do atelier podłóg drewnianych, które jeszcze niedawno zwano by sklepem, ale czasy się zmieniają. Atelier, wybranka mężczyzny namierzyła do spółki z Monią z HaeRu.
Państwo wchodzą, rozglądają się. Mężczyzna ma twarz napiętą w uwadze i czujności jak samuraj. Sprzedawca będzie chciał go wydymać, naciągając na coś zasadniczo niepotrzebnego i drogiego. Musi być gotòw by temu przeciwdziałać. Zanim się jeszcze odezwał, sprzedawca już zdołał wqrwić mężczyznę. Jest szczupły, przystojny i wysportowany. Świetnie prezentuje się w sportowym garniturze, podczas gdy mężczyźnie zaczynają ciążyć niedostrzegane dotąd, zbędne kilogramy w pasie. I Anka jakaś mięka się przy nim zaczęła robić. Postanawia się podleczyć i pokazać, kto tu gra pierwsze skrzypce.

ON: Dzień dobry! Interesują nas podłogi drewniane. Nie panele, ale deski! Nie zamierzamy zostać bankrutami. Mamy ustalony górny pułap cenowy. Niech mi pan oszczędzi opowiadania o jakości i wciskania marketingowego kitu. Widzę, że ceny macie z kosmosu, ale się zapytam, czy znajdziemy coś u pana? Szczerze, bo nie chcę tracić nerwów. Nie zamierzamy wydać więcej niż powiedziałem. 

Tyrada imponująca i uny jest z siebie dumny. Wzrokiem zwycięzcy omiata atelier dizajnu i sprzedaży podłóg drewnianych. Już na początku usadził sprzedawcę Arkadiusza, który nie wygląda w tej chwili tak dobrze w swoim odpicowanym garniturze. Ustalił porządek i wyznaczył linię podziału. Ja pan, ty Kunta. Tak się unemu wydaje.
Sprzedawca Arkadiusz odbył cykl niezbędnych szkoleń z zakresu sprzedaży, akwizycji i kontaktu z klyentem namolnym. Wyraża pełne zrozumienie i aprobatę. Prowadzi mężczyznę w półki. O qrwa, chyba nawet się uda znaleźć coś taniej niż sądziłem - myśli mężczyzny mkną jak błyskawica, ale nie zdradza swojej euforii - żeby tylko Ance się spodobały. Sprzedawca Arkadiusz wqrwia go coraz mocniej, dlatego jeszcze raz postanawia włożyć mu palec w oko.

ON: To wszystko?! Niewiele tego. Byliśmy na Kruczej w „Wyśnij swoją podłogę” i mają więcej do zaoferowania. 
Sprzedawca Arkadiusz kiwa potakująco głową, równocześnie bacznie obserwuje pole poczynań szanownej małżonki, cichej kury.
ON: Podoba Ci się coś, czy idziemy?

Pani Ania przechadza się z karteczką niezauważona po stylowo oświetlonym atelier. To notuje, to przymierza testery kolorów ścian do podłóg. Mówi niewiele, zadaje proste pytania, słucha odpowiedzi, kiedy On grzmi.
Sprzedawca Arkadiusz nie na darmo przechodził swoje szkolenia. Zorientował się, że w tej armii dowodzi cicha pani Ania. Uny zaś, to przysłowiowy jebaka teoretyk. Sprzedawca Arkadiusz poprawia rękawy marynarki (co on się tak pedał uśmiecha do Anki?!). Postanawia przejść do ataku. Porzuca Jego, by zająć się Nią. To od jej słów zależy na co się zdecydują. I sprzedawca Arkadiusz jest tego świadom. Mówi do nich, ale zwraca się do niej.

AS: Chciałbym państwu coś zaproponować. Proszę mnie wysłuchać do końca. Coś państwu pokaże, ale to państwo oczywiście podejmą decyzję końcową.

Pierwszy hak jest. Decyzję bez względu na okoliczności podejmuje zawsze klyent, ale kto by o tym pamiętał w świetle tak emocjonujących wydarzeń. Pani Ania jest mocno zainteresowana i czuje się bezpiecznie. Przecież nie musi się decydować, jak zaznaczył ten miły sprzedawca. Chce tylko zerknąć.

AS: Otóż - ciągnie sprzedawca Arkadiusz - to jest podłoga w pierwotnej cenie wielokrotnie przekraczająca państwa budżet. Obecnie jest przeceniona. Wprawdzie w dalszym ciągu o kilkadziesiąt złotych na metrze przekracza państwa założenia, ale… to jest jakość z najwyższej półki. 
ON: To czemu jest przeceniona? - mężczyzna chce wrócić do gry na swoich zasadach i atakuje. Czuje, że jego pozycja traci na znaczeniu, a poprzez manewr oskrzydlenia wykonany przez sprzedawcę Arkadiusza jest odsuwany na boczny tor.
AS: Niech pani spojrzy. Świetnie pasuje do koloru ścian, które ma Pani na próbkach. 

Tym zagraniem sprzedawca Arkadiusz całkowicie autuje unego i jednoznacznie wskazuje z kim zamierza prowadzić rozmowę.

AS: Rzeczywiście jest przeceniona, ale to dlatego, że nie znajduje popytu. Jest zbyt ekskluzywna i nie znajdujemy wielu chętnych na taki poziom jakości, co za tym idzie i cenę. Wycofujemy się z jej sprzedaży. Sprzedajemy zapasy z magazynu i dlatego obniżka. Natomiast w aktualnej cenie, to istna rewelacja. Od kiedy wprowadziliśmy promocję, czyli od wczoraj (w rzeczywistości od dwóch miesięcy) sprzedaliśmy prawie cały stan posiadania. I nie wspominałbym państwu o tym, ale… zostało jeszcze akurat tyle metrów plus niewielki zapas, ile państwo potrzebują. Nic więcej od siebie nie mogę dodać. Gdybym miał odpowiednią gotówkę, sam kupiłbym, aby tylko sprzedać w internecie niewiele drożej i zarobić bez żadnych kłopotów. Jeżeli mogę tylko coś doradzić. Proszę się szybko decydować, bo tylko dzisiaj odebraliśmy zamówienia od kilku osób. To końcówka. 

Pani Ania płonie z pożądania. Ekskluzywność podłogi działa jak magnes. Dokonała wyboru. Nikt w biurze chyba nie ma takiej podłogi.

PANI ANIA: To co? Wprawdzie trochę drożej, ale może zaoszczędzimy na armaturze? Baśka mówiła, że jej mąż ma znajomości w tej hurtowni, to zawsze coś taniej się uda. A tu, za taką jakość (Pani Ania za tą jakość dałaby się pokroić) taka dobra cena. I to już na lata. Nie musimy wymieniać za rok, czy dwa. Bierzemy, nie...
ON: Skoro Ci się podoba… - Świadomy, że przegrał batalię. Odbije sobie w domu na dzieciakach (Ciekawe czy smarkacze już lekcje odrobiły?) i jeszcze raz na Arkadiuszu sprzedawcy.
ON: Ale transport mam rozumieć darmowy?!
AS: Oczywiście. To co, może przejdziemy do komputera, wypiszę rachunek?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

27 lip 2016

Zamach w sensie wymach, czyli zamach zamachowi nierówny


Sezon ogórkowy w pełni. Ludzie do kin nie chodzą, w teatrach nie siedzą. Mój umysł też jakby gdzieś migrował i przesiaduje chyba na rajskiej plaży, bo w głowie mam pustkę. Niemoc trwa. Zapaść twórcza trzyma i nie odpuszcza. Klawiatura parzy. Ostanie dni, najchętniej kontemplowałbym leżąc ze skrętem w zębach. Nawet zrobiłem stosowny risercz w szafach celem odszukania czegokolwiek co by się nadawało i w przybliżeniu gwarantowało podobny efekt. Niestety, jedyne do czego dotarłem, to skarpetki, które jeszcze w lutym powinny były znaleźć się w pralce. Przynajmniej wiem, że odrzucający zapach w szafie, to nic groźnego.
Wracam powoli do śledzenia prasy nie tylko sportowej, w której jeżeli pomijać politykę niewiele bywa do czytania. Zerkam z nieśmiałością na Kindelka, czy aby go nie przetrzeć z kurzu i pajęczynki pozbawić. Powracają kolory życia, zwyczajowa złośliwość i sarkazm w komentowaniu realiów życia. Pustka pofutbolowa odchodzi w zapomnienie.
 * * *
Wakacje w pełni, dlatego zamierzałem dzisiaj nie szarżować i z lekkością tematu pojechać. Nie całkiem mi się chyba sztuka powiodła. Następnym razem skreślę coś bardziej na plażę. Dzisiaj natomiast o ćwierć nutki poważniej poklepię, co nie oznacza, że bez cienia ironii. Lato w ubiegłym tygodniu zaatakowało Londyn. Wiem, brzmi równie absurdalnie jak specjał kuchni angielskiej, ale nie ma co drwić. Prawda odnotowana przez kroniki. Nie przymilało się, nie kokietowało. Wtargnęło wyważając drzwi i było. Deszcz, siąpiący niezmiennie od stycznia czmychnął, zza chmur zaś wychynęło słońce. Po raz drugi, i trzeci, i czwarty, i piąty, i szósty tego roku temperatura przekroczyła 25 stopni, by w kulminacyjnym momencie wspiąć się na magiczny pułap 32 stopni Celsjusza. Wydarzenie rzadkie i szeroko komentowane w lokalnych mediach.
 * * *
W piątkowe późne popołudnie, z tylko nam znanych powodów znaleźliśmy się z Nati w miejscu, które nigdy nie zasypia więc i nigdy nie musi się budzić. W okolicach Soho. Bez wcześniejszego planowania, przypadkiem, bo tak jest najfajniej, trafiliśmy do pabu na przysłowiowego jednego. Jednego nie mieli, więc zostaliśmy na kilka. Pogoda dopisywała, londyńczycy po męczącym tygodniu wylegli rozkoszować się prawdziwie letnim wieczorem. Tłumy, a pośród nich my. Nim na dobre zagościliśmy w lokalu, na imponujących rozmiarów wyświetlaczu telefonu, który mogę odblokowywać liniami papilarnymi, odczytałem wielki tytuł - STRZAŁY W MONACHIUM! X OSÓB ZABITYCH! X OSÓB RANNYCH! TRWA POLICYJNA OBŁAWA!
Podzieliłem się z Nati informacją, po czym pozostawiłem na ławce przed lokalem i poszybowałem w stronę baru. W lokalu gwar, śmiech i zabawa. Otrzymałem co chciałem i dzierżąc w dłoniach pokale, manewrując między skupiskiem ludzkim, wszedłem na kurs powrotny. I kiedy wydawało się, że operację zakończę sukcesem, na drodze wyrósł mi wysoki lecz nie jakoś imponująco szeroki, choć wystarczająco, ochroniarz. Stanowczo namawiał mnie na pozostanie z glasem w lokalu. Wyjaśniał że oni, znaczy lokal, koncesji na spożywanie alkoholu na zewnątrz nie mają i on mnie prosi. W innych okolicznościach być może i podjąłbym polemikę, ale mając dwie ręce zajęte i damę u boku, nie próbowałem. Zawsze to ochroniarz i co chłopu robotę będę utrudniał. Poderwałem ślubną z ławki nakazując wejście do lokalu. Pod sufitem wielki plazmowy ekran, czerwony pasek, brejking nius i wiadomości z Monachium.
- Patrz Miś, my sobie pijemy, ludzie się bawią i mają wszystko w dupie. A tam wariat strzela i ludzie giną. Nikogo teraz, tutaj to nie obchodzi. Nikt nie ma zamiaru przerywać sobie zabawy tylko dlatego, że gdzieś tam dzieje się tragedia. Takie życie. Świat kręci się dalej.
Monachium jeszcze przez kolejny dzień utrzymywało się na czołówkach i czerwonych paskach do chwili aż stało się jasne, że to jednak nie kolejny atak terrorystyczny. Eeee…, zwykła jatka. Kogo to obchodzi. Nikogo poza ofiarami i ich bliskimi. Pojedynczy wariat strzelający w centrum handlowym przedstawia aktualnie mniejszą wartości medialną niż zamach terrorystyczny. Spirala nie została nakręcona.
 * * *
Nazajutrz po zamachu w Nicei rozmawialiśmy z Nati o wydarzeniu, gdyż mamy taki zwyczaj - zanikający wprawdzie - konwersowania przy śniadaniu. Nie omieszkałem zagrać swoją tradycyjną kartą, szyderczą ironią. Zastanawiałem się, ile osób zdążyło już przyozdobić swój fejsbukowy profil flagami Francji. Tu nasze drogi rozumowania się rozeszły. Nati bowiem uważa, że jest to element wsparcia i solidarności; ja, że być może i owszem by był, ale nie wyrażany na fejsbuku, co w moim odczuciu przeradza się w lans i pogoń za byciem fajnym, a nie rzeczywistymi odczuciami. Odbyliśmy jeszcze kilkuminutową wymianę poglądów i w w miarę pokojowych nastrojach zakończyliśmy śniadanie, choć wcale nie bardziej przekonani do racji, ja do Nati, Nati do moich. Przez kilka kolejnych dni media żyły wydarzeniami z Nicei, aż do granic absurdu. Nieistotne detale opisywane i omawiany wielokrotnie i do znudzenia. Terroryzm stał się zdaje czymś, co nas podnieca. Film Hiczkoka w realu. Boimy się, ale nas fascynuje.
Nie drwiłbym, bo sprawa wybitnie poważna, ale...
... 3 lipca Bagdad, w zamachu giną 292 osoby, a prawie drugie tyle odnosi rany. Nie przeczę, prasowe nagłówki odnotowały zdarzenie i nawet przez chwile na czerwonym tle, ale nie zauważyłem by fejsbuk był jakoś szczególnie wstrząśnięty. Historia w zasadzie przeszła bez echa. Z Nati nawet słówka o tym nie zamieniliśmy. Przypuszczam, że niewiele osób zanotowało w pamięci wydarzenie. 292 osoby! To jakby średniej wielkości samolot się spierdulił. Gdyby dajmy na to samolot szanowanego europejskiego przewoźnika rymsnął na ziemię byłaby chryja. A tak, nie ma tematu. Czyżby więc tamto życie było mniej warte?
23 lipca Kabul, 80 osób zabitych, 231 rannych. Tu również fejsbuk nie dekorował się afgańskimi barwami. Za oboma zamachami podobnie jak w przypadku francuskim stoi ISIS. Sytuacja więc analogiczna. Jednak zamachy tam, daleko, budzą w nas mniej współczucia. W sumie niewiele nas interesują. Nie potrafią przebić się do świadomości i utrzymać na czołówkach.
* * *
Na koniec by namieszać całkowicie, garść tego co rzuciło mi się w oczy. Atak tu, atak tam. Aresztowania i udaremnienia. Media w Polsce bombardują stanem zagrożenia. Odnoszę wrażenie, że zaczął podążać za tym pewien stopień wyczekiwania. Nikt pewnie się nie przyzna, ale kiełkuje we mnie przekonanie, że istnieją osoby myślące, iż fajnie by było gdyby i w Polsce coś wyleciało w powietrze. Nie tu gdzie znajduję się właśnie ja, znaczy porąbany w swej logice rozumowania iksiński. Nie, gdzieś daleko, ale żeby było w Polsce. W głowach wielu byłaby to miara naszej europejskości. Polska stałaby w jednym szeregu, na równi z Anglią, Francją, Niemcami, Belgią. W gronie państw zagrożonych terroryzmem. Państw na tyle ważnych i europejskich, że wartych zaatakowania. Może się to wydawać bredzeniem wywołanymi angielskimi upałami, ale coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w wielu głowach pojawiły się takie myśli.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

8 lip 2016

Peter Jackson, od pierścieni do mojego telefonu


Gdybym się uparł, dzisiejszy tekst w trzech zdaniach zdołałbym upchać. Standardowej długości tekst z prasy skierowanej do mężczyzn. Może i dobrze? Po co wysilać zwoje na koniec tygodnia. Apatia twórcza dopadła mnie całą mocą i wcale nie ma zamiaru odpuszczać. Można powiedzieć - zawiesił się. A to jeszcze nie koniec.
Futboliści nadal zapamiętale biegają za piłką, jak ja zapamiętale nie odpuszczam prawie żadnego meczu. Pozostał jeszcze jeden. Mam szczęście. BBC darmowo raczy mnie całością francuskich mistrzostw. Na bok zeszło wszystko co istotne i nieistotne. Od miesiąca książki nie tknąłem, od miesiąca nietknięte gazety w domu zalegają, które Nati z Polski przytargała. Klepanie w klawiaturę idzie mi po grudzie. Niemoc.
Orły odpadły, pochlipałem, ale nie odpuszczam. Bo czemu? Teraz na spokojnie, bardziej jako koneser, ale oglądam nieprzerwanie. Dni bez meczu w imprezie pustkę w moje życie wprowadzają. A co będzie w niedzielę, gdy sędzia ostatnim gwizdkiem całkowicie imprezę zakończy? Syndrom odstawienia straszy. Będę sobie musiał życie na nowo układać.

Dzisiejszy tekst nie jest analizą. Nie skłania do podsumowań, nie nasuwa wniosków. Temat spłynął na mnie nagle i uznałem, że warty wyklepania kilku słów, akurat na przerwanie niemocy, bo jest dobry i pozytywny. Ostatni poniedziałek ogłosiliśmy dniem lenia. Żadnej pracy, obowiązków. Nic. Siedzimy, palimy długie papierosy, pijemy drinki z cienkiego szkła. Rano podniosłem się żeby iść pobiegać, bo to żaden obowiązek, a dobrze mnie stroi na resztę dnia. Nati w tym czasie dosypiała. Wczesnym przedpołudniem opuściliśmy mieszkanie by cieszyć się rzadkim w Londynie słońcem. Słońce, słońcem, ale moja lniana koszula na garbie okazała się mocno na wyrost. Przynajmniej świeciło. Jeszcze.
Przechadzka po dzielni, mały lancz zjedzony na skwerku, potem czarity szop, kawa w kafejce i kino. Prawie jak w piosence śpiewanej przez Eugeniusza Bodo. Przed kinem zaszliśmy do operatora, by mój telefon wymienić. Biedak już ledwo dawał radę. Mam nowy. Drwiłem ja, będą drwić ze mnie. Stałem się posiadaczem telefonu wielkości grzewczej płyty indukcyjnej. Być może mam nawet aplikacje, która pozwala podgrzewać garnki na telefonie? Sam wybierałem, do nikogo pretensji mieć nie mogę.

Zakup telefonu okazał się proceduralnie zawiły. Nic to, mieliśmy sporo czasu. Chłopak, który się nami zajmował wykonał w tej sprawie więcej telefonów, niż ja w miesiąc. Nie wiem gdzie i po co dzwonił. Nieważne. Nazywał się Peter Jackson, co wielkimi literami widniało na identyfikatorze przypiętym do piersi. Podobnie jak to, że jest nowym pracownikiem przez co może popełniać błędy. Niestety, a może stety, nie był to ten Peter Jackson, reżyser sagi o pierścieniach. Chociaż na pewno w dechę by było móc powiedzieć, że telefon sprzedał mi sam Peter Jackson od hobbitów.
Więc nie reżyser Peter, wspierany przez Caren, która każde zdanie zamiast kropki puentowała „fantastic” lub „make sens?” starali się zaspokoić nasze potrzeby. W takich momentach odlatuje. Za dużo danych do przyswojenia. Ja po prostu potrzebuje telefon, z którego będę zadowolony. Czy to mało precyzyjne zdefiniowanie potrzeb? Czemu zadają mi tyle pytań? Szczęśliwie jest Nati. Ona zawsze jest czujna, na sprzęcie się zna i zabijcie mnie nie wiem skąd wyciąga te wszystkie praktyczne pytania. W tym samym czasie ja na pewno nie wyglądam na twardziela. Odjeżdżam na krzesełku, wzrok mam maślany, powieki opadają mi jak buldogowi. Letarguję.
Nie reżyser Peter, co zauważyła Nati, w obu uszach umieszczony miał implant, co w połączeniu z widoczną bądź słyszalną wadą wymowy, sugerowało, że jeszcze do niedawna był osobą głuchoniemą. Pomyślałem sobie - Kurcze, facet był głuchoniemy, a teraz może pracować i to w miejscu gdzie jest ustawicznie wystawiony na werbalny kontakt z ludźmi. Jednak ludzkość robi czasem coś pożytecznego. Przy ogromie chorób, trwającej wojnie z rakiem, czasem potrafi człowiek odnieść małe słuszne zwycięstwo w walce z naturą, które przynosi pożytek. Może za bardzo odjechałem, ale to budujące. A Peter nie reżyser był naprawdę zaangażowany w to co robił.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

29 cze 2016

Czy czterdziestka może być atrakcyjna?


Może!

Rzuciłem się na żywioł. Sprawy damsko męskie. Kołek w sprawie jestem aż boli, dlatego sam przed sobą się wstydzę, kiedy myślę co z tego wyniknie. Ale co tam. Przeczytałem niezliczoną ilość artykułów w prasie fachowej. Nadkruszyłem świadomie niepoliczoną ilość serc niewieścich. Drugie tyle zdeptałem nieświadomie. Uzurpuję sobie więc prawo do wypowiedzenia się.

OD NASTOLATKI DO CZTERDZIESTKI

Przychodzi chwila, gdy nastolatka przekracza próg, za którym lata liczy się dziesiątkami. Już nie dziewczyna, wciąż nie kobieta. Świat nadal wydaje się piękny, a życie cudowne. Nic nie wróży kataklizmu. Lecz on nadchodzi niezauważalnie, kiedy (już) kobieta dobija trzydziestki. Niebo gubi kolor błękitu, życie traci sens. Kobieta przechodzi fazę - Co mi z życia, stara dupa jestem.
Czas, który dotąd mknął nie przeszkadzając nikomu - zwłaszcza kobiecie - swą prędkością, kobieta chce przyhamować. Zaciąga hamulec, który nie działa. Wpada zatem kobieta w trzydziestkę rozpędzona jak Kubica na zakręcie, z tą różnicą, że on zwykle z zakrętu gdzieś wylatuje, a kobieta trzyma się drogi jak przyklejona. Okazuje się, że dzień po trzydziestce niewiele różni się od dnia przed, a każdy kolejny jest nawet fajniejszy. Dramy nie ma. Ona, ta kobieta, przeistacza się w świadomą swej seksualności istotę, o której tyle w amerykańskich filmach. W zagranicznych zresztą też. Trzydziestka okazuje się nie taka straszna jak głosi plotka.
Czas płynie banalnym tik-tak i dycha oznaczona trójką z przodu dochodzi do dziesiątki zaczynającej się czwórką. Kobieta dociera na linię startu z numerem czterdzieści. I tu już następuje ciężki dramat. Cztery dychy, jak żyć? - No spójrz tylko. Zmarszczki pod oczami, no i jaką ja mam cerę. W dodatku te wypryski na czole. Tyłek mam wielki i jeszcze ta skóra na ramionach mi tak wisi. A w spodnie, pamiętasz te jasne (bezpieczniej powiedzieć, że się pamięta), to już w ogóle się nie mogę wcisnąć. 
No i chuj. Dzień czterdziestych urodzin mija, dzień po jest taki sam jak dzień przed, a każdy kolejny, podobnie jak dekadę wcześniej, jest jeszcze fajniejszy. Choć ręczny hamulec czasu, który kobieta stara się zaciągnąć nadal nie działa i nie ma co się z nim szarpać, bo to nie czas kradnie kobiecie piękno. Do dziesiątki piątej nie dojadę. Nie przeżyłem organoleptycznie i brakuje mi materiału poglądowego.

JENNIFER

Skąd mi się w ogóle wzięło, że zacząłem o tym pisać. Trigerem po raz kolejny był nius wyciągnięty z prasy internetowej. Jennifer Aniston została obwołana przez magazyn People najpiękniejszą kobietą świata w roku 2016. Artykuł do dupy, ale nius znaczący. Porażka młodości. Oczywiście nic samo się nie robi, ale niekoniecznie trzeba się nakłuwać igłami z kolagenem jak akupresurą. Rzecz gustu. Podoba się, nie podoba. Na jednych wdzięk i powab aktorki działają, na innych nie bardzo. Na mnie akurat działają. Uważam ją za niewąsko atrakcyjną i pociągającą kobietę. Chyba nie tylko ja, skoro w wieku 47 lat magazyn taki tytuł jej przypiął do piersi. Nieco seksistowskie wprawdzie, ale zawsze.

EROTYCZNE FANTAZJE

Niemal każdy młody chłopak przechodzi fantazje erotyczne wiążące się z seksem ze starszą od siebie kobietą. Przećwiczył to już dawno temu Dustin Hoffman. Miałem ja, mieli i moi koledzy, z którymi nieraz o tym rozmawialiśmy. Ci którzy się do tego nie przyznają nie mają kohones. To z hiszpańskiego, kozacko brzmi i bardzo mi się podoba.
Kiedyś ustaliliśmy nawet zakład z Brodą, który z nas pierwszy odpęka bzykanko z mamuśką. Nazwę trzeba przełknąć; nic nie zrobię. Limit górny zakładał lat czterdzieści pięć. My w chwili zawierania zakładu mieliśmy wczesne dzieścia. Zakład pozostał nierozstrzygnięty, chociaż Broda próbował jakieś kanty wprowadzać. Spalaliśmy się, ale ile my o tym przegadaliśmy...
Był czas, że włóczyliśmy się sporo wieczorami po mieście. Szczególnie wiosenno letnią porą. Często przysiadaliśmy gdzieś w miłych okolicznościach, aby zatlić lolka, wypić browarka. Wtedy jeszcze nikt nie ścigał za browarka pod chmurką, a palić można było w zasadzie bez skrępowania. Rozmowa toczyła się wartko, w zależności od jakości nadzienia przechodząc często w wymiar abstrakcji.
Na, lub jak kto woli w mieście, zawsze działo się coś interesującego. Mieliśmy „swój sklep” i nie bez powodu był nasz. Obsługiwała w nim „nasza Pani”. Pani była na oko sporo dojrzalsza od nas szczawików i strasznie nas rajcowała. Znaczy mnie i Brodę. Chyba domyślała się czegoś, bo zawsze peszył ją na nasz widok. My zaś już zwykle po zastrzyku, strasznie się motaliśmy gdy podchodziliśmy do kontuaru z tradycyjnym - cztery Bosmany poprosimy. Cztery, bo jeszcze dla dwóch cepów co na zewnątrz zwykle stali. Riko i Krzywy nigdy do sklepu nie wchodzili, bo Pani podobała się tylko mnie i Brodzie. Oni mieli ubaw oglądając nasze żałosne próby szarmanckich popisów przez szybę. Faktu to nie zmienia, Pani nam się bardzo podobała.

WERDYKT

Czy rozglądam się za kobietami na ulicy? Oczywiście i uważam to za zdrowy odruch. Kręcę głową, przewracam oczami, szczególnie latem. Jak ta seksistowska świnia, ale co zrobić. Moją uwagę rzadko przykuwają młode dziewczyny. Jeśli, to ze względu na oryginalność urody. Mój wzrok podąża zazwyczaj za dojrzałymi kobietami. To one potrafią wydobyć z siebie magiczne zaklęcie przyciągające wzrok. Mają patent na kobiecość i seksapil. To nie buty na obcasie, krótka spódnica, odsłonięty brzuch. To coś więcej. Z pewnością młode to jędrne, ale często na tym się kończy. Kobiety nie doceniają broni jaką posiadają i zwykle traktują czas jako swojego wroga. Przypomniał mi się niemal na koniec film z Diane Keaton i Keanu Reeves „Lepiej późno, niż wcale”. Holiłódzka produkcja, ale mniej więcej o to chodzi.

Także tak, dojrzałe kobiety mogą być super. Nie ma powodu by grać obronę, jeśli można zagrać w ataku. Lubię takie nie do końca zrozumiałe analogie sportowe (nic z nich nie wynika). Chociaż należy również pamiętać, że Messi trenował od dziecka by stać się obecnym Messim. On nie od zawsze kopał piłkę na takim poziomie jak obecnie.

 *Najbardziej atrakcyjne są kobiety po czterdziestce - doświadczone, inteligentne i pełne uroku. Powiedział Clint Eastwood. Nie jest moim guru, ale cytat wpadł mi w oczy tuż przed puszczeniem wpisu w obieg i postanowiłem go naprędce dopisać.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

20 cze 2016

Polska, biało czerwoni... historia jednego wyjazdu


Nadeszła długo wyczekiwana chwila. Po Irlandii i Niemcach czas na Ukrainę. Nie zamierzałem pisać. Emocje mnie rozsadzają i ciężko mi się skupić. Tak, mnie czterdziestoletniego faceta z siwizną na skroniach. Co zrobić. Przynajmniej siwizną się nie przejmuje, bo doszły mnie plotki, że szpakowaci i dobrze utrzymani mężczyźni po czterdziestce mają wysokie noty na rynku.
Od początku mistrzostw kopanych pisanie gorzej mi idzie. Zeszło na drugi plan. Kiedy tylko mogę w kamienny ekran ślepię, byleby tylko za piłką biegali. Później studio meczowe, specjaliści, analizy, prognozy, szanse… świat kibica. No i nasi jeszcze w tym wszystkim jakby lepiej sobie buty na imprezę dobrali. W końcu mistrzowskie hołubce zaczęli wywijać. Wszystko to sprawia, że głowę mam zawładniętą futbolem do granic możliwości. Czasem tylko, gdzieś w jej kąciku (bo mam kąciki w głowie) zatli się myśl przypominająca - zjedz coś, by przetrwać do następnego meczu. 

Tobołek z wyprawką spakowany. Kibicowskie atrybuty przygotowane. Dobre rady coraz bardziej spękanej żony przyjęte. Mógłbym się już udawać, ale w zasadzie mam jeszcze dwie godziny nim rozpoczęcie podróży nabierze logicznego sensu. Lepiej pić drugą, a po niej trzecią kawę w domu, niż niecierpliwić się na lotnisku. Postanowiłem, że tekst mimo ziejącej w głowie pustki wystukam. Krótki, nie długi, taki by dał mi zajęcie na najbliższe minuty. Tekst, który będzie tematycznie nawiązujący do zagadnienia piłkarskiego i z gatunku wspominkowych. O jednym z moich wyjazdów meczowych wczesnej młodości, bo na mecze, tzw. wyjazdy jeździłem od wczesnego nastolactwa.

Rok 1991. Nie posiadam na tyle dobrej pamięci by dokładną datę przywołać. W Poznaniu Polska gra z Irlandią eliminacyjny mecz Euro 92. Móżdżymy z kolesiami, czy się nie wybrać. Staje na tym, że zdecydujemy następnego dnia. Lekcje kończę stosunkowo wcześnie, więc nawet urywać się, czy lać wody nauczycielom bym nie musiał.
Na drugi dzień pod szkołą, po skończonych lekcjach delegacja kolesiostwa mnie wyczekuje. Jedziemy! Dobra, jedziemy, to jedziemy. Pozostało mi jeszcze Danutę Matkę powiadomić i lecimy. Ja, Sowa, Młody, Piniu i Suchy. Do Poznania zgrabnie i bez problemów docieramy bez biletów pierwszą klasą ekspresową, za uzgodniony wcześniej z konduktorem haracz.

Mecz zakończył się wynikiem 3:3. Na Euro w rezultacie się nie zakwalifikowaliśmy, ale dla mnie mecz z Irlandią był pierwszym kontaktem z osobą kibica świata zachodniego i cywilizowanego. Z zaciekawieniem przyglądałem się tłumom Irlandczyków przewalających się po mieście, gromadnie, całymi rodzinami kibicujących swej reprezentacji. Nie tylko wyrostki, ale rodziny z dziećmi. W naszej wciąż jeszcze dominującej szarzyźnie, oni byli jakoś nie pasująco kolorowi i radośni. To była dla mnie nowość. Nastawieni pokojowo i nie żywiący do nikogo urazy. Zaskakujący obraz kibica. Całkiem zostałem rozłożony na łopatki, gdy stojąc pod stadionem, nieoczekiwanie podszedł do nas jeden z ajriszy i mówiąc, że on już idzie na stadion, oddał nam zgrzewkę piwa. Cały sześciopak nam oddał! Wczesna to była demokracja, ale z widokiem zachodniego browara człowiek już był zaznajomiony i nie to szokowało. Szczecińscy kupcy hurtowo go szmuglowali z Berlina zaopatrując okoliczne bazarki. Ale za darmo sześć browarków! No debil jakiś.

Po meczu, Sowa w drodze do kibelka wypatrzył na stadionowym parkingu autokar ze Szczecina. Prawie ze Szczecina, bo ze Świnoujścia. To prawie zrobi później dużą różnicę. Ugadał z kierowcą, że zabierze nas za tyle kasy ile nam zostało. W dechę. Jedziemy. Nikt z nas nie przypuszczał, że fundujemy sobie właśnie drogę przez mękę i lepiej było wybrać pociąg oraz ugodę z konduktorem. Był to zakładowy wyjazd na mecz. Cały Autosan napranych do granic możliwości gości. Wiadomo jak wygląda.
Tuż za rogatkami Poznania, pierwszy postój w zajeździe. Trzeba uzupełnić zapasy mandaryny. Zanim zapijaczone towarzystwo zebrało się do kupy, postój trwał dłużej niż dotychczasowa jazda. W autokarze odnalazł się też delikwent, który w alkoholowym zamroczeniu pomylił autobusy. Zamiast do Warszawy jechał z nami w stronę Szczecina. Dopiero w chwilowym oprzytomnieniu dotarło do niego, że jedzie nie bardzo tam gdzie by chciał. Został na parkingu pod zajazdem, nie do końca łapiąc kontakt z rzeczywistością. Ciekawy jestem jak sobie poradził.

Zajęliśmy miejsca z tyłu autokaru. Mandaryna leje się strumieniami. Postój w każdym napotkanym po drodze zajeździe. A to siku, a to by uzupełnić zapasy. Najczęściej jednak obie z tych rzeczy. Na każdym postoju zebranie pełnego zestawu podróżujących urasta w prawie niemożliwe. W rzędzie za nami, jak zresztą wszędzie, trwa popijawa i stale powtarzający się dialog.
- Moja córka to qrwa.
- Ale śpij Jurek. Napij się i śpij.
Po czym Jurek zrywa się po chwili i znów swoje
- Moja córka to qrwa
- ... 
Nie wiem czemu córka Jurka to qrwa. Nie doczekaliśmy wyjaśnienia. To chyba było za dużo dla Jurka, kontynuować historię.
Może urok, może fakt, że jako jedyny z naszej grupy nie udawałem, że śpię sprawia, że Jurek zaczyna we mnie upatrywać bratniej duszy. Pluje mi w ucho o swojej córce qrwie. Ponieważ wyglądam na miłego chłopaka i dobry materiał na zięcia, chce bym udał się z nim tu i teraz do córki qrwy. Udaje mi się Jurka zniechęcić do pomysłu. Chyba nawet dla niego mariaż córki qrwy o trzeciej w nocy z nieznajomym z autokaru był za ostry. Po czasie rodzą rodzi się we mnie pytanie - czemu akurat mi wciskał córkę qrwę?

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie prawie ze Szczecina zaczyna robić różnicę. Do Płoni, gdzie nasze drogi się rozchodziły. Zapijaczony autokar pojechał do Świnoujścia, a my udaliśmy się z buta na najbliższy przystanek autobusowy. Trzecia w nocy i pięciu typów maszerujących skrajem drogi bez grosza. Przed nami kilka kilometrów. Nawet nie chce mi się sprawdzać ile. Na przystanek docieramy po godzinie. Wpadamy w dziurę między komunikacją nocną, a dzienną. Następny autobus za godzinę. Letarg pod wiatą na ławce, w końcu jest, nadjeżdża. Docieram skonany do domu około szóstej. Na 8.15 do szkoły. Dwie pierwsze lekcje, włef u Pana Kota, któremu służba w czerwonych beretach pozostawiła nielichą spuściznę w głowie. Lubi nam dokopać na swoich zajęciach. I kiedy jestem przekonany, że umrę na lekcjach u Pana Kota, niebiosa okazują mi swą łaskawość. Raz jedyny, jak sięgam pamięcią, Pan Kot jest nieobecny, a my dostajemy zastępstwo na lekcje.
- Macie piłkę. Pograjcie w siatkę
Przesypiam obie lekcje na materacach w rogu sali.

Może chaotycznie i może niespójnie. Przepraszam, ale nie będę sprawdzał, nie będę wprowadzał korekt. Pisałem na gorąco. Teraz śmiało mogę wychodzić. Jadę na mecz! Polska - Ukraina. Nawet jeszcze o tym nie myślę, bo jak zaczynam, to łapie mnie dygotanie. Obiecuję żono nie śpiewać Ukraińcom w twarz dumki na dwa serca, obiecuję nie wypominać powstania Chmielnickiego, ani o Lwów i Kijów się upominać. Zamierzam naprać się tanim winem na krawężniku, drzeć ryja za dwóch, obejrzeć zwycięstwo Polaków, dobrze się bawić i na koniec wrócić w jednym kawałku.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

15 cze 2016

Kto gorszy, my czy oni?


Odczekałem aż siądą emocje ostatniej KODowej zbiórki. Starałem się dotąd nie zapuszczać wpisami w polityczne rewiry by kłopotu uniknąć i znajomych nie stracić. Polityka to śliski i grząski grunt, chociaż chętnie uprawiany, a jeszcze chętniej komentowany w nadwiślańskim ludzie. Nie ma chyba drugiego tak rozpolitykowanego narodu jak nasz.

Od polityki stronię, a obserwując polityczne wygibasy mam do niej coraz większą awersję. Gazet donoszących o politycznych ruchach nie czytam lub robię to rzadko. Informacje zbieram z tytułów. Wystarczy. Niektórzy czytają i orientują się w sytuacji w podobnym stopniu co ja, który ich nie czyta. Prasa informacyjna donosząca o bieżących wydarzeniach krajowej polityki jest ciężko strawna. Jedna strona szczuje na drugą. Męczące. W sposobie uprawiania agitacji ani jedna, ani druga strona nie różnią się wiele od siebie. Bez względu na to której ze stron kibicują. Sytuacja w kraju jest jaka jest. Władzę skupia ugrupowanie, któremu daleko od moich ideałów. Nie znaczy to, że przeciwnej stronie do nich blisko. Nie czuje się zwolennikiem żadnej ze stron. Nie jestem z tego zadowolony, ale to nie moja wina. Kraj jest podzielony jak grządki na działce u dziadka Jasia. Tyle, że dziadek grządek miał wiele, a Polska jak trzaśnięciem bicza podzielona została na dwie części. Dziadek na działce płotu nie wznosił, mimo to pałał nienawiścią do swojego sąsiada jak obecnie obie strony politycznych przepychanek. Mocno i wyraźnie. Z jednej strony prawdziwi Polacy, z drugiej marsze KODu. KODowskie marsze stały się modne, a identyfikacja z nimi dobrze postrzegana. Po odpowiedniej stronie, rzecz jasna. Udział bądź sympatyzowanie niewiele kosztuje, a w symboliczny sposób wskazuje wyznawane wartości. Te słuszne i postępowe wartości jak rozumieją je Ci, którzy marsze wspierają. Druga strona reprezentuje jedynie wartości bliskie faszystowskim. Czy wszyscy?

Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści czy pięćdziesiąt tysięcy uczestników marszów. Mało istotne. Ile w nim ludzi tyle pomysłów na model sprawowania władzy. Wszyscy czują się zjednoczeni niechęcią do strony rządzącej. Chcą burzyć, obalać, ale nie myślą o budowaniu. Zerkając wstecz można powiedzieć, jak zwykle. Tłum wielu tysięcy maszerujących, który w chwili obalenia „reżimu” zostanie rozdrobniony w swych żądaniach, stając się koniec końców konkurentami. Każdy z inną wizją. Nic nowego.
Nie jest tak, że tylko jedna strona dzieli. Każda ze stron myśli i jest przekonana, że robi to ta druga. Jak w nieudanym małżeństwie. Nic bardziej mylnego. Zwolennicy obu stron robią to w takim samym stopniu. Jedna strona obrzuca błotem drugą i na odwrót. Dzieli lewa, dzieli prawa. Górują stereotypy.

Od dziewięciu lat nie głosuję. Nie, wróć! Biorę udział w głosowaniu oddając głos nieważny. To także głos i jak najbardziej świadomy, nie wynikający z bezmyślności. Dziwi mnie, że tak rzadko używany. Skąd przekonanie, że muszę na coś, bądź kogoś zagłosować? Przecież z nikim się nie identyfikuje. Nie mogę głosować przeciwko czemuś, chciałbym głosować za czymś.
Do sklepu udaję się w celu nabycia towaru pełnowartościowego. Towar zepsuty w 1/3 lub w połowie mnie nie interesuje. Nie kupuje. Czemu więc w wyborach wystawia się towar zepsuty i wciska jako towar pełnowartościowy? Czemu ludzie w sklepie potrafią kierować się logiką, a przy urnie już nie? Po prostu wychodzę ze sklepu. To jest przekaz do sprzedawcy - wypełnij sklep towarem dobrej jakości. Nie wierzę w moc sprawczą marszów. Jak napisałem, żadna ze stron zasadniczo nie różni się od drugiej. Nie będzie lepiej tylko od tego, że coś się zburzy.

Oczekujemy, że każda kolejna zmiana będzie lepsza. Że jest źle, ale jak już zmienimy, to będzie lepiej, kto wie, może nawet dobrze. Ciągły bieg z przeszkodami. Od zakrętu do zakrętu, z za rogu którego wypatrujemy lepszego. Każda kolejna zmiana nie przynosi jednak tego co było oczekiwane. Biegniemy więc do następnego zakrętu, burząc jednocześnie i zmieniając w nadziei na lepsze. Wyglądamy za róg i znowu nic lepszego.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers