14 sty 2016

Dżejms


Biegam. Nic szczególnego. Każdy biega. Za szczęściem, do autobusu. Kiedyś życie dostarczało więcej powodów do biegania - za papierem toaletowym, bo rzucili gdzieś w mieście, za podwawelską, ręcznikami, mydłem, herbatą, cukrem itd. Historia dała nam już chyba spokój i obecnie biega się jedynie dla sportu. Ja również biegam wyłącznie dla sportu, tym bardziej że to zajebiaszczo modna rozrywka ostatnio się stała.
Jakiś czas temu, kraj owładnięty został pasją rowerową. Sklepy specjalistycznie rowerowe odpierały frontalny atak klienta, który z powiewem zmian przybyłych z zachodu, poczuł w sobie zew pedała, a rowerowe góralstwo stało się sportem narodowym. Przyznam nieprzymuszany, w trend się wpisałem, również cisnąłem w pedały i wypasionego górala wciąż posiadam, chociaż obecnie pajęczynką przykryty i dizajnersko na bank odstaje od czołówki. Rowerowy szał z czasem zelżał, a na siodełkach pozostali jedynie ci, którzy faktycznie to lubią.

Nastąpiła próżnia. Długie miesiące naród błąkał się w poszukiwaniu nowego jobla. Powoli jak kwiaty termikuriaty rodziło się zamiłowanie do biegania, by obecnie zapanować na dobre. Kto nie biega ten cienias, bo Polak gdy bierze się do dzieła, to idzie na ostro. Żadnych półśrodków. Moje bieganie nie robi już na nikim wrażenia, ponieważ aktualnie poziom biegacza definiuje ilość startów w maratonach, półmaratonach, biegach zabójcach, biegach katorżniczych i tu moja wyobraźnia się wyczerpuje. Niestety, nie mogę poszczycić się uczestnictwem w żadnym z nich. Nigdy nie złapałem bakcyla maratońskiego, ale szanuje, lecz nie do końca rozumiem tych, którzy czują potrzebę jego przebiegnięcia. Ja jej nie czuję i truchtam sobie tak bez sensu, wyłącznie dla zdrowia, kondycji i odmulenia pały. Budzi to niekiedy zdziwienie rozmawiających ze mną osób, kiedy dowiadują się jak długo biegam, do tego nie prowadząc żadnych planów treningowych, oraz że endomondo jedynie mi przeszkadza. To po co Ty qrwa biegasz? - spytaliby, ale im głupio. To członkowie nowo utworzonej sekty. Sekty biegaczy. Każdego mogą zanudzić. Sprzęt, trening, kryzys na dwudziestym kilometrze ostatniego maratonu i sraczka na dwunastym następnego. Bieganie dla przyjemności, nie mające na celu przygotowań startowych to dla nich czynność pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Chuj, dupa.

Cyklicznie i nieprzerwanie biegam siedem lat. Rozpocząłem ósmy. Z wyliczeń na kolanie wychodzi mi, że przebiegłem w tym czasie około piętnastu tysięcy kilometrów. Na pierwszą przebieżkę wyszedłem 28 grudnia, a motywacji startowej dodawała mi moja pierwsza empetrójka, którą aż rwałem się by przetestować. Ostatecznego kopa wymierzyła mi fota wykonana podczas dopiero co przeminiętych Świąt. Ta obleśna i tłusta morda to mam być ja?! No i zaczęło się.

Nie byłem całkowicie wykolejony fizycznie, albo tak mi się zdawało, więc wykombinowałem sobie
- Dzidziuś zaczniesz od piątki. Rzęziłem, charczałem, wracałem osmarkany i opluty. Mało seksi. Serce tłukło jak bila we fliperze, powietrza nie starczało, ale czułem jak płuca uwalniają się od skrzepów zasiedziałego tam od dawna syfu. Biegałem w Lasku Kabackim. Wtedy bieganie nie było jeszcze tak popularne, a moda dopiero miała nadejść, więc i biegaczy - szczególnie, że to zima - spotkać można było niewielu. Jak horror wspominam początkowy ekłipment. Bawełniana bielizna, bawełniana koszulka, bawełniana bluza, spodnie z pseudopolaru, wełniana czapa, szal i rękawiczki. Ponieważ stiepki odziewałem w rozczłapane adziki, to szybko, już po kilku tygodniach tych moich oplutych przebieżek, zrobiłem sobie krzywdę z kolanem. Bez zwlekania zainwestowałem w odpowiedni obuw. Pozostałe części garderoby kompletowałem powoli i w miarę zwiększania biegaczej świadomości. Od początkowych pięciu kilometrów przeszedłem po kilku miesiącach na osiem. Po kolejnych kilkunastu miesiącach skoczyłem na dwanaście kilometrów i trzymałem dystans przez długi okres. W Singapurze naszło mnie zaatakować całą długość plaży, od deski do deski. 17 kilometrów. Byłem trochę pękający, ale poszło i nie było źle. Od tej chwili powrót do dwunastki wydawać mi się zaczął spacerem i przez kolejne dwa lata, ciąłem siedemnaście. Aktualnie przerabiam 15 kilometrów, chyba że wejdę na bardzo szybkie tempo, to jest to kilometrów trzynaście. Od początku samoistnie i bez specjalnego planowania wpadłem w grafik na tzw. co drugi dzień. Staram się go trzymać, chociaż singapurski rytuał zakładał pobudkę o 4.50 i wyjście na trasę w poniedziałek, środę i piątek. Weekendy poświęcałem rodzinie, cerowaniu skarpetek i pastowaniu butów.
Nie wykorzystuję żadnych doskonałych narzędzi służących przygotowaniu cyklu treningowego. Słucham organizmu i odbieram sygnały, które mi wysyła. Po wewnętrznej rozmowie potrafię wyczuć kiedy ma już dość i potrzebny mu odpoczynek, a kiedy jego opór jest mocno przesadzony, przybierając jedynie formę buntu. Nie stosuje żadnej diety wspomagającej organizm. W Singapurze topiłem się w izotonikach, ale ubytek płynów bywał tam potworny. Kto nie przeżył, ten nie wie o czym mówię. Mimo tego, Singapur uważam za miejsce gdzie okoliczności biegania dostarczały mi najwięcej przyjemności. 17 kilometrów wzdłuż porannej, budzącej się do życia plaży. Nie twierdzę, że zawsze jest miło. Szczególnie teraz, kiedy wicher wieje i pogoda w kratkę. Nie zawsze się chce, a częściej nawet nie. Ale kiedy wracam spocony i zwierzęco męski, mam w sobie taki pałer, że mógłbym z Tajsonem na solówkę wyskoczyć.

Przeszedłem drogę z masy do rzeźby. Zgubiłem 18 kilogramów. Argument za i powód do zadowolenia. Staję przed lustrem, lustro mi szepce - och, Dżejms. Wiele razy słyszałem - Jezu, jaki Ty chudy jesteś. Nie, nie jestem i wmówić sobie nie dam. Normy dopasowujące wzrost, wiek, pochodzenie, stan majątkowy twierdzą, że jestem skonfigurowany w sam raz zajebiście. Znaczy tip-top, wiek do wzrostu, do wagi. Czemu jest to qrwa takie nienormalne, tego nie wiem? Facet, czyli ja, uprawiający sport, odżywiający się stosunkowo przyzwoicie, wyglądający jak potrzeba, zmuszony jestem nieustannie się tłumaczyć. Zachowanie Andrzeja, który śniadanie wtrzącha o dwunastej w budce z kebabem, do tego czasu przeleci opakowanie herbatników, wieczorem zajedzie na kolację do Maka, a całość podsumuje miksem czipsów, kabanosów, mieszanki wedlowskiej zalanymi browarem, nie budzi zastrzeżeń. Odwrotnie niż w samolocie.

Więc nie, nie stosuje żadnej diety. Jem wszystko na co mam ochotę, chyba, że czegoś nie lubię. Nie jestem mięsożercą i spożywam go stosunkowo niewiele gdyby przystawić mnie do prawdziwego maczo. Organizm potrafi zadbać o swoje i drze ryja kiedy nachodzi go chcica na kawał krwistego mięcha. Dzieje się to nieczęsto i soczysty stek zwykle gasi moje mięsne pożądanie na długie tygodnie. Nie jadam słodyczy, jedynie gorzką czekoladę. Sporadycznie sięgnę po cukierka. Zagrożenie dla mnie stanowią lody i ciasta, ale w obu przypadkach proste formy, żadnych udziwnień, kremów.
Nauczyłem się jeść małe porcje, o regularnych porach i nie dopuszczać do głodu. Odpuszczam czasem kolacje i nie jest to forma wyrzeczenia. Jem dużo warzyw, orzechów, owoców, chociaż tych ostatnich pilnuję by nie jeść zbyt późno. Zawsze mam przy sobie paczkę sezamków, batonika, kilka orzechów na wypadek gdyby złapało mnie łaknienie. Jem niewiele pieczywa, a jeśli, to raczej nie pszennego. Kontroluje etykiety i skład produktów, co nie oznacza, że dymam na drugi koniec miasta w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Zwracam uwagę na zawartość cukru w produktach, bo to on, podobnie jak nieprzestrzeganie przepisów BHP na kolei, stanowi zagrożenie. Zestaw musli na śniadanie merdam sam i zawsze zdołam wybrać coś na sklepowej półce do jego przygotowania. Nie pije soków, nawet tych niedosładzanych. Staram się świadomie wybierać czym i w jaki sposób się żywię, ale nie dorabiam ideologii. Organizm nie rozlicza z jednorazowych wyskoków, także nie ma co panikować i zdarza mi się sporadycznie późne obżarstwo. Mam świadomość jednak, że to co nadprogramowe nie ginie. Trzeba to będzie wydreptać.

Czas biegania, oprócz wizyty u Talesa z Milaretu na sedesie z bakelitu, oraz teleportacja w kabinie prysznicowej, to dla mnie najbardziej płodne myślowo okresy, a od chwili kiedy bezpowrotnie straciłem swój sprzęt grający, czas przebierania nóżkami stał się niczym nie zakłócaną przeprawą przez rzekę myśli. Biegałem w Polsce, biegałem w Holandii, biegałem w Singapurze, obecnie robię to wśród dzikich ludów Brytanii. Zabieram skoki prawie w każdą podróż i udeptuję ziemię wszędzie jeśli mam ku temu okazje. Doszedłem do wniosku, że tylko Polska dostarcza wrażeń związanych z psami. Mimo, że wszędzie napotykam psy biegające w samopas, to jedynie w Polsce słyszę nieśmiertelne - proszę się nie bać, on nie gryzie - oznajmia mi radośnie właściciel, gdy staje fejs to fejs z jego szczerzącym kły pupilem. A skąd ja mam qrwa wiedzieć, że on nie gryzie?! W dupie mam, że jeszcze nikomu krzywdy nie zrobił i nie chcę być pierwszym, któremu zrobi. Nigdzie poza Polską nie widziałem psów gryzących się ze sobą, ujadających, szczepionych w walce. W żadnym innym miejscu nie spotkałem takiej ilości przedstawicieli groźnych ras, gdzie w zestawie pies, smycz, właściciel, to smycz bywa obdarzona najwyższym ilorazem inteligencji. Park, w którym biegam to oaza dla czteronogów. Nie zdarzyło mi się by któryś był agresywnie zainteresowany moją, czy inną osobą. Chociaż nasze drogi przecinają się wielokrotnie. Nie widziałem tak szczęśliwych psów jak tutaj, ale również niegroźnych. O co więc chodzi do piczy? W czym problem? Czy agresja to projekcja właściciel - pies?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

2 komentarze:

  1. Fajne. Szacun za regularność. Biegam bo mam psa i jest na smyczy, nawet gdy jej nie mam. Biegam bo czasami kurczą mi sie koszule i zeby je rozkurczyć muszę pobiegać. Dziwna zależność, ale tak jest. 18kg powiadasz... bujasz! :) gdzie Ty miałeś te 18kg?! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stary numer z koszulami. Stale się kurczą. Nie wiem z czego oni teraz je robią.
      18 kilo jak byk. 14 kg przez pierwszy rok. Trzy lata stagnacji, a po przyjeździe do Singapuru, przez kilka miesięcy przybrałem około 3 kilogramy, ale udało mi się ich pozbyć plus dodatkowe cztery.

      Usuń

Google+ Followers