27 sty 2016

Ogłoszenie


Wywaliłem ogłoszenie. Tak o, po dłuższym zastanowieniu, bo nosiłem się z tym pod ramię już od jakiegoś czasu. Portal taki z drzewkiem, nazwy nie podam. Z różnych powodów, dość często tam zaglądam i od czasu do czasu pojawia się wzmianka, że ktoś szuka osoby do konwersacji po polsku. Czemu więc nie. Ogłoszenie zredagowałem, całość swoim zdjęciem udekorowałem, żeby nie było, że jakiś anonimowy oprych nagryzmolił i wrzuciłem. Ogłoszenie śmiga.

POLISH FOR SOMEBODY WHO LIKES CHALLENGES - SWEAR WORDS, CONVERSATION AND (ALMOST) ALL WHAT YOU WANT 


So, what can I say? My name is Greg and I’m from Poland. I’m realy true Polish, therefore I like drink strong alkohol (especially vodka). At the breakfast, lunch or dinner. It makes no difference for me. Obviously, I take regularly social benefit in the UK. Well…, we Polish people exactly such we are. We drink alcohol to unconsciousness, after that we usually puke on the sidewalks. We are primitive, vulgar and very often we don’t know what mean culturally behave, but it does not disturb us in order to preach all around what they doing wrong. In contrast to the virtuous British society. Moreover, I'm not young already and I'm terribly boring. I like constantly grumble and I have not sense of humor. I’ve never dealt with teaching or the transmission of knowledge about the Polish language. However, I have a lot of enthusiasm and breezy. All of this sounds not the best, but if you are not afraid me until this moment, it's good. I willingly help to you with learning, conversation and improve level your Polish. Obviously completely free without any fee. Well..., maybe for a little coffee and piece of cake. Although my English is not very well (probably worse than your Polish) but I think we will cope. I live on north London (Islington, Hackney; 15 minutes from Angel underground; 10 minutes from Highbury&Islington Overground) we would meet somewhere in the near vicinity or center of London. Let me know if you are interested. 

Rychłego odzewu się nie spodziewałem, o ile w ogóle. Następnego dnia z rana, może nie najraniej, ale jeszcze przed południem, maszynę odpaliłem. Niewątpliwym urokiem ermaka jest szybkość z jaką melduje się do pracy. Otwieram i z miejsca jak żołnierz na defiladzie, pręży się w gotowości, a nim cokolwiek zdążę kliknąć już pocztę zbiera i w rogu ekranu powiadamia, kto i po co do mnie naszrajbał. UEFA, Lufthansa, KLM przeważnie do mnie pisują. Dla innych jakbym nie istniał.
Ten dzień zaczął się inaczej. Dink, dink, dink, ermak ściąga wiadomości. Trzy, w międzyczasie doszła czwarta. Martyna, Iwona, Gabi, Dagmara. Anonimowe wielbicielki?
Wszystkie w zasadzie o jednym do mnie napisały. Że jak ja takie ogłoszenie mogłem, że wstyd, że wcale nie jestem śmieszny, a wręcz żenujący, że przez takich jak ja, Polacy mają złą opinię. Zrazu miałem zamiar zamknąć się w ciemnej łazience i palnąć sobie w łeb. Może faktycznie beznadziejny jestem i głupoty wypisuję, dlatego trwający w nieustającym zamroczeniu alkoholowym angol ma tak złe wyobrażenie na temat Polaka? Dom w poszukiwaniu parabelki przekopałem, ale gdzieś wyparowała i to mnie niechybnie uratowało. Wstyd jaki sam sobie narzuciłem postanowiłem odrzucić i z damami w konwersację wszedłem, bo z ich zdaniem kompletnie było mi nie po drodze.

Proponowałbym więcej zdrowego rozsądku i dystansu. Zdaje mi się, że ta przemożna chęć bycia poprawnym nieco Cię zaślepia i tępi poczucie humoru. 

Mniej więcej tej treści odpowiedź do każdej z Dam rozesłałem, lecz ta wyraźnie tylko je rozsierdziła. Wnet otrzymałem wiadomości zwrotne, ale tym razem Panie niczego mi nie szczędziły. Pojechały po mnie jak po dzikiej świni. W odpowiedzi ponownie postawiłem na apatyczny spokój i elokwencję. Z przemyślaną złośliwością zganiłem za błędy w języku ojczystym w jakim do mnie napisały. Pewnie w zaślepiającym wzburzeniu, te błędy. Doradziłem rozpocząć pracę nad reputacją od szerzenia poprawności mowy ojczystej. Ponadto, starałem się Panie przekonać, że Anglicy mają takie zdanie jakie mają i moje ogłoszenie niewiele tu zmieni, a czy ono kogoś śmieszy bądź nie, to ocena subiektywna, oraz by nie urządzały wycieczek osobistych atakując mnie, lecz skupiły na problemie jeśli taki dostrzegają. Kwartet umilkł.
W ferworze wymiany zdań polsko-polskich, skrzynka napełniła się nowymi wiadomościami dink, dink, dink… Sean, Oliver, Katie, David, Silvia...
Pisali ludzie z różnych części Anglii, którzy nie byli zainteresowani moją ofertą ze względu na miejsce zamieszkania. Dawali wyłącznie wyraz temu, że ogłoszenie jest w dechę i gdybym przeniósł się kiedyś w inne miejsce, to oni chętnie skorzystają, bo szukają. Połechtał moją próżność ten entuzjastyczny odzew nie ukrywam, a końcowy wynik 9:4 dla zwolenników ogłoszenia.

Nie po raz pierwszy zwraca moją uwagę chroniczny brak dystansu cechujący rodaków, nieumiejętność żartowania z własnych przywar, niedostrzegania ironii. Zawziętość i nieustanne porównania, czy jesteśmy lepsi, gorsi, co o nas powiedzą i jak nas oceniają. Nigdy nie słyszałem by inne nacje poświęcały temu czas.
Moje poczucie humoru - bywa, że mocno abstrakcyjne - często napotyka w Polsce mur niezrozumienia, bądź jest źle lub mylnie odbierane. Sarkazm, ironia to nie w Polsce. Polak nie potrafi śmiać się z rzeczy poważnych. Vide moja żona Nati. Powaga wymaga powagi. Dobrym miejscem na poparcie tezy zdaje się być przychodnia lekarska. To nie miejsce gdzie wypada wejść z pogodną miną. Idę o zakład, że nie znajdę tam nikogo uśmiechniętego. Choroba wymaga powagi, a chory nie ma prawa się uśmiechać. Jeśli jest inaczej, znaczy nie cierpi jak powinien. Uśmiechnięty pacjent, znaczy symulant. Obowiązuje mina cierpiętnika.

Zdarzyło mi się kiedyś opublikować tekst dla szerokiej publiki. Pomijam te, które klepie tutaj. Tekst o sporcie traktujący i moim kibicowaniu Barcelonie. Użyłem w nim sformułowania „banda upierdliwych bahorów”. Taka moja czerstwa buła dowcipowa. Komentujący tekst, kilkukrotnie krytykowali mnie, że jak mogę tak o dzieciach itp., itd. Jak widać mogę. Ironii nie dostrzeżono. Jakby z całego tekstu, to właśnie był najważniejszy motyw. Szczęśliwie nie było ich znowu tak wielu.

Całość powinienem ładnie sklamrować, chociażby przez wzgląd na nimb niespełnionego socjologa jakim sam siebie otaczam. Niestety padam na ryj, zawiodłem. Moja mądrość gdzieś się ulotniła. Nie mam żadnych wniosków płynących z tej sytuacji i wydaje mi się, że za mały miki jestem, by szafować ocenami po lekturze mojego ogłoszenia popartych trzynastoma komentarzami. Nie lubię uogólnień i staram się od nich stronić, ale gdzieś nieśmiało po głowie mi chodzi, że jako naród tkwimy w permanentnej walce i nikt nie nauczył i nie chce nauczyć nas uśmiechu. Bo nie wypada. Ale nie ja to powiedziałem. Chciałem tylko ot tak, meldunek, służbowo złożyć.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

2 komentarze:

  1. Wilku, może jakbyś napisał, że zamiast kawy i ciastka, wolisz porządną lufkę pod konwersację (zgodnie z wcześniejszą "deklaracją"), to mniej by Panie psioczyły ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A to mi nie przyszło do głowy, że Paniom być może nie tyle mój humor nie odpowiada, co brak konsekwencji. Bo raz zachwalam się jako prawdziwy Polak, a następnie z ciasteczkiem i kawką, jak Francuzik wyskakuje. Dzienks Elli, słuszna uwaga.

    OdpowiedzUsuń

Google+ Followers