5 sty 2016

Skwer


Działo się to jeszcze latem i wieczór musiał się zbliżać, czy jakoś tak kolacyjna pora, bo w kuchni sytuacja mnie zastała przyodzianego w fartuszek kuchenny. Z nożem w ręku i deską na blacie, rębie z zacięciem pomidorki, lustrując dzielniową rzeczywistość przez otwarte okno. Dzień jak co dzień. Dzieciarnia na drabinkach wywija hopsztosy, ławeczki oblegane po całości, czasem pojawi się wiewóra. Angielska prowincja. Nudy do wyrzygania. Naparzam nieprzerwanie w pomidory i nie liczę, że coś lub ktoś wydarzenia na dzielni uświetni. Wszystko do czasu, aż pojawiają się ONI.

Krok dziarski, spojrzenie bystre, nie ma, że tamto. Skwer w poprzek przecieli i na ławce niczym para królewska się osadzili, po czym browara zaczeli popijać już nieco mniej po królewsku. Wyglądali na życiem styranych, a z perspektywy okiennej jakby troski całego świata na barkach dźwigali. Pory w sam raz zwisające, aby w zbyt dopasowanych o pedalstwo nie być posądzonym, bluzy, kaptury, fryzury sugerujące przynależność sektową lub religijną. Ja ciebie, ty mnie, maszynką na zero. Zygmunt i Wiesiek, tak ich ochrzczę, bo obu miałem okazję kiedyś poznać i wiem, że na potrzeby historii doskonale się nadadzą.
Nasi, nie nasi? - biega mi po głowie, bo amplua zewnętrzne mocno sugerujące. Sygnał IN wyostrzyłem i nasłuchuję aktorów mojego teatru, by wkrótce otrzymać sygnał zwrotny z jakimś chujem i pierdoleniem w pakiecie. Ciekawość zaspokoiłem, pozostawiam chłopaków w spokoju. Co mi szkodzi, niech sobie grzeją tego browara na ławce byle syfu nie zostawili. Już tylko kątem oka śledzę ich poczynania, ale rejestruję, że Zygmunt i Wiesiek fason trzymają, chamówy nie robią. Dzieciom piłkę odrzucają, puste puszki do reklamówki wrzucają.

Akcję „Szczoch” zainicjował Zygmunt. Jakby z racji swego wyraźnie starszego wieku chciał przykładem służyć. Kręgi po skwerku zaczął zataczać jak pies pasterski, nieudolnie maskując zamiary. Gdy w końcu cel zlokalizował wylądował za żywopłotem i pompuje to co ma w sobie w nadmiarze. Po nim, Wiesiek rypley odegrał. Zakotłowało mi się w głowie - Oooo, nie podoba mi się to panowie. Minuty mijają i Zygi z Wieśkiem ponownie parkan za krzakami atakują. Kolacje wtrząchnąłem, talerze do zmywarki pakuje, bo porządek uważam jest lepszy od nieporządku i wracam do nieświadomych obiektów badania społecznego. Na skwerku bez zmian. Wiesiek i Zygmunt nadal na ławce. Nie wiem ile wycieczek za krzaki przegapiłem, ale kiedy wyłapuje Zygmunta na kolejnej, koguta na dach wykładam i decyduję może niezbyt roztropnie - dobra, wchodzę. Wzuwam buty, zdejmuję fartuszek, bo w nim posłuchu raczej nie zdobędę. Planu nie mam, idę na żywioł. Mam jakieś 15 do 20 metrów by chociaż szkic działania ustalić. W środku moja racjonalniej do życia nastawiona część, stara się mnie przemówić do rozsądku - debilu, co ty robisz?! Nie słucham, nie pękam, udaję twardziela. Pocieszam się, że przy dzieciach i ludziach na ławce, mordy mi nie oklepią. W zasadzie czemu nie? W końcu musiałem kiedyś dotrzeć do ławki, jakkolwiek bym się nie ociągał. Mam jeszcze szansę, by wyjść na głupka i spytać która godzina. Głupek, ale z całym ryjem. Opcji wycofania jednak nawet nie rozpatruję i odpalam pierwszą salwę. Z langłicza pojechałem, bo tyle miałem przerobione nim do ławki podszedłem.
Hi, do I have to speak English or we're talking Polish? W odpowiedzi dwa niepewne uśmiechy na twarzach, co w tłumaczeniu znaczyło, że po polsku. Chociaż grypserą nie pojechali - podniosłem się na duchu starając znaleźć jak najwięcej pozytywów w mojej nieprzemyślanej ingerencji w lokalny ekosystem. Zaczynam moje improwizowane przemówienie - Panowie, to że sobie pijecie tu piwko, to mi nie przeszkadza. Widzę, że puste puszki do reklamówki wrzucacie, chlewu nie robicie. Chłopaków dowartościowałem, regułą wzajemności, licząc, że oni mi w zamian twarz w pierwotnym wyglądzie pozostawią - Chociaż wcale nie będę zdziwiony jeśli komuś to jednak przeszkadza i już na Policję zadzwonił, ale to nie moja brocha. Nie podoba mi się natomiast, że szczacie za krzakami. Jeżeli zobaczę, że jeszcze raz któryś tam pakuję, to ja będę tą osobą, która zadzwoni na Policje. Tyle chciałem tylko powiedzieć.
Cisza.
Odwracam się na pięcie nie czekając na odpowiedź. Nawet nie chciałem by cokolwiek odpowiadali. Godnie oddalam się z miejsca i nasłuchuję w skupieniu, czy czasem któremuś do głowy nie przyjdzie wyrwać za mną. Jeśli szybko wychwycę start któregoś, to mnie nie dorwą. Szybszy jestem - pocieszam się. Nawet żaden chuj się na moją głowę nie posypał. Odwrót kończy się pełnym powodzeniem. W całości docieram do domu. Strach odpuszcza. Nie wiem co mnie podkusiło. Ale jak ich zobaczyłem pompujących pod tym płotem, to przypomniałem sobie o często obecnym w polskim krajobrazie zapachu uryny. Bramy, parki, skwery, ciche podwórka, zaułki. Szcza się wszędzie bez żenady. I chociaż na początku miałem malutkie wyrzuty sumienia, że chłopakom zabawę popsułem, to szybko się ich pozbyłem. Wolałbym uniknąć życia w oszczanym świecie. Zdążyłem już o nim zapomnieć. Skwerek ma pachnieć skwerkiem, nie moczem.
Zygmunt i Wiesiek niedługo potem zwinęli się z mojego skwerku. Nie widziałem ich więcej. Na plus trzeba im jednak zaliczyć, że ani jednej pustej puszki po sobie nie zostawili. Wszystkie zabrali ze sobą. Ciekaw jestem tylko, czy w ich wspomnieniach zostałem chujem, pedałem, czy frajerem, bo wszystkim na raz chyba nie można?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

1 komentarz:

Google+ Followers