2 lut 2016

Impreza u Filipa


Była u nas Emili, koleżanka Nati. Francuzka, Parisian. Mam słabość do Francuzek, w zasadzie to jestem pod ich urokiem, a mówiąc prawdę jestem nimi oczarowany. Kiedy kilka dni wcześniej przy kolacji, podczas której dyskutujemy na mądre tematy, Nati zagaiła, czy Emili może się u nas zatrzymać na łykend, zapytałem:
- Ładna? 
- Myślę, że może się podobać, to taka typowa Francuzka

Faktycznie, Emili to typowa Francuzka i za to je ubóstwiam. Te typowe Francuzki. Są lekkie, delikatne, kobiece, pełne gracji, uroku, powabu, naturalności i nieprzesadzone. I nie uroda gra tu pierwsze skrzypce. Rzecz względna i indywidualna, podoba się, czy nie. Francuzka upnie włosy w odpowiedni sposób, by ten jeden kosmyk opadał na ramię, owinie od niechcenia szalem, zarzuci na siebie co było, całość wygląda na niby improwizowaną przypadkowość, choć jest oczywiście zjawiskiem dokładnie wystudiowanym. Nic zbędnego, 100% kobiecości.
Emili jest typową Francuzką. Prosta bluzka, zwykłe dżinsy, naraz robią się niezwykłe. Upięte w zadziwiająco kokieteryjnie prosty sposób włosy, wisiorek, odpowiednio przekrzywiony capurek, prosty szalik a jednak nie prosty, płaszczyk i styl bycia. Nie zjawiskowa piękność, ale sznyt. I choć Emili nie pali fajurek, głosu Edith nie posiada, nie słucha Brela, nie pije kawy, w berecie nie chadza, to jest dla mnie prawdziwą Francuzką. Nie wiem jak one to robią?
Marion Cotillard, Sophie Marceau, Vanessa Paradis, Geraldine Nakache - na zawołanie każdej z nich pognałbym na skrzydłach. Mimo świadomości, że jak ludzie, one również posiadają wady i usterki - czkają, puszczają bąki, bekają, odzywają się kiedy nie trzeba, a rano ich oddech powala, wciąż czekam, a one nie wołają.
Więc, przez łykend była u nas Emili.
W sobotę, gdzieś koło południa dziewczyny zwinęły się z domu i ruszyły na podbój Londynu. Nie powiem, smutno mi nie było, a nawet lekko zadowolony byłem wizją spokojnej soboty od wczesnego popołudnia do późnego wieczora. Wieczór dupeńki miały spędzić u Diany na babskim wieczorze. Usłyszałem Si ju, drzwi się zamknęły, zostałem sam. Czadzior.

Chwilę później... 

Stoję w kuchni, bezmyślnie ślepię przez nasze brudne, kuchenne okno, które przydałoby się umyć. Czekam aż kawowy napar spłynie do filiżanki, a w głowie układam rozpiskę na dzisiejszy dzień. Czyli w zasadzie bezmyślnie nie stałem. Przemęczać się nie zamierzałem, więc i moja rozpiska szczególnie długa nie była. Przede wszystkim czytanie pod kocem, bo aura odpowiednia, może herbata, wieczorem kolacja, kapka dobrego łyskacza, bo mam, i cieszyć się spokojem. Taki czerstwy jestem, ale cztery dychy swoje prawa mają.

Chwilę później... 

Kawa jeszcze w całości mi nie nakaczała do filiżanki, zatrzymują się dwa busy, które za taksówki w Londynie bywa, że robią. Wysypuje się towarzystwo, na oko z jakieś piętnaście osób. Głośni, roześmiani, ze szklankami browara w dłoni. A oni skąd tu qrwa?! Poszli mi stąd! Nie bardzo wiedzą gdzie są, ale po krótkiej rozmowie telefonicznej odbytej, łapią kordynaty. Idą na dół, do naszego sąsiada Filipa. Też Francuz.
Filip to zabawny typ. Kiedyś się poznaliśmy. Nie jakoś mocno i póki co warzywniak na dzielni pójdę opierdalać z kimś innym, ale sprawia dobre wrażenie. Na oko dwudziestoparolatek. Szybki niczym londyński wiatr, sprawia wrażenie nieco roztrzepanego, jakby na koksie jechał. Kiedyś Nati zrobiła zakupy online w Habitacie. Ponieważ nie było nas w domu w chwili dostawy, deliwery człowiek zostawił wszystko u Filipa. Chłop przypomniał sobie o tym po dwóch miesiącach, po tym jak Nati zrobiła raban w sklepie i ten dostarczył nam po raz drugi - wtedy byliśmy przekonani, że po raz pierwszy - to samo zamówienie. Cały Filip, cały on. 

Chwilę później... 

Nieee..., no qrwa. Kolejne dwie busotaksówki. Ile ich tam! Psami poszczuję. Humor mi się psuje z automatu. Nie żebym był przeciwko zgromadzeniom, przeciwko młodzieży, przeciwko spożywaniu alkoholu, ale nie qrwa tutaj. Tutaj chce mieć ciszę i spokój! A tak się cieszyłem na spokojną sobotę. Co ja takiego światu zrobiłem, że mnie nieustająco po głowie napierdala? Filipowe towarzystwo z tych, co to z własnym sprzętem imprezowym podróżuje. Winiloadapter, kolumny, jakiś wzmacniacz przytargali. Nie, no ludzie ratunku! Spokojna sobota miała być, a tak w pizdu! Wylądowali. I cały misterny plan też w pizdu!

Chwilę później...

Siadam w fotelu z filiżanką kawy, nie powiem, że zrelaksowany. Oczekujący. Czekam na jakąś bliżej nieokreśloną salwę, która kanonadę rozpocznie. Przecież nie przyjechali się tu podciągać w nauce. 

Chwilę później...

Chciałem, mam. Zaczęła się napierdalanka decybeli. Tak się na tym skupiłem, że z klikania w klawiaturę nici, z czytania nici, ze wszystkiego generalnie nici. Jest godzina czternasta i trochę mnie zadziwiają tą porą rozpoczęcia imprezy. Chyba, że to może tylko nowe miejsce imprezy, która trwa od kilkunastu godzin? Policji nie wezwę, bo o czternastej to można hałasować do woli, układów w rosyjskiej mafii, żeby im przestrzelili kolana, nie mam. Muszę samotnie zmierzyć się z problemem. Podkręcam potencjometr naszego radyjka, które przy dwudziestu decybelach mało płuc nie wypluje. Całość daje taką kakofonię, że łeb mi zaraz urwie, ale tanio skóry nie sprzedam. Ogolę się, brodę przystrzygę, uspokoję. Chciałbym. Idę biegać, może jak wrócę to już popadają na ryje, bo ile oni tego piwa mogą wypić.

Chwilę później... 

Piętnaście kilometrów, jakieś półtorej godziny mnie w domu nie było. Party u Filipa jakby z większą siłą razi. Na ulicy już słychać. Ale co tam, spokojny jestem, wiedziałem, że bieganie dobrze mnie nastroi. Długi czas spędzam pod prysznicem i nawet przez chwilę wydaje mi się, że ta uporczywa naparzanka umilkła. Niestety mylę się, to tylko szum wody ją zagłusza.

Chwilę później... 

Godzina dwudziesta pierwsza. Stoję z gablami w kieszeni tam gdzie zacząłem. W kuchni, bezmyślnie wpatrując się w nasze brudne okno. Kolację zjadłem. Ani literki nie przeczytałem, ani słówka nie wyklikałem. Dobrze, że chociaż pobiegałem, to spokojność do mojego krwioobiegu wtłoczyło. Nasze ledwo dychające radyjko wyłączyłem. Batalie przegrałem. Teraz w ciszy - nie ciszy, zastanawiam się, czy powinienem być zły, czy nie? W zasadzie, to jestem, ale głupio się tak przyznać przed samym sobą. Najtrudniej rozmawia się z sobą. Wcale nie mam zamiaru przyznawać, że czerstwy tetryk się ze mnie zrobił. W głowie więc toczę monolog - młodzi są, sobota jest, przecież muszą się zabawić. Nic złego nie robią, trochę głośniej się zachowują, ale co z tego? Kiedy się mają bawić? Humoru mi ta rozmowa ze sobą nie poprawia. Gdyby chociaż qrwa muzykę normalną puszczali, a nie to walenie młota. Jak przy takim czymś można cały dzień siedzieć? Muzyka klubowa…, jaka muzyka klubowa? Łup, łup, łup, umcyk, umcyk. Mózg mi lata po łbie jak grzechotka od tej młotomani. Prawie jakbym w stoczni na pochylni robił. W tym momencie dotarło do mnie, że brzmię jak Danuta Matka, wiele lat temu wchodząca do mojego pokoju - ścisz to do cholery! To ma być muzyka?!
Właśnie się skatalogowałem do grupy czerstwych drewniaków, którym się wydaje, że wciąż są młodzi.
Brzmieć jak Danuta Matka…. no humoru to sobie nie poprawiłem

Chwilę później...

Muzyka milknie. Wychodzą. Rozwalili mnie. Teraz, kiedy wieczór i imprezę wręcz należy ciągnąć, oni wychodzą? Pewnie tylko się przenoszą. Winiloadapter, kolumny, wzmacniacz pod pachą. Nie zamierzam ich zawracać, jestem szczęśliwy i nawet już nie pamiętam, że sobotę mi spierdulili. Trzymajcie się, miło mi było i nie wracajcie prędko. Znikają. Cisza. Jezu, jaka cisza. Mam jeszcze dwie, trzy godziny nim dziewczyny wrócą. I chyba przesadzałem, nie brzmiałem jak Danuta Matka? Nieeee..., na pewno nie brzmiałem.

Ale te francuzki...
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

6 komentarzy:

  1. Taka impreza nas ominela? To moze byl beforek u Filipa? My grzecznie wrocilysmy przed polnoca i na dzielni byla cisza.
    A Francuski wkladaja duzo wysilku w ten efekt ;) Czego niestety nie mozna powiedziec o Francuzach... Nie ma sprawiedliwosci na swiecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Francuski to może być co najwyżej język. Ja mówię o Francuzkach. Nie zauważyłem aby Emilie, czy Nadia poświęcały dużo więcej czasu niż statystyczna babka. Np. Ty. Stary już jestem i pamięć czasem zawodzi, ale to Emilie czekała na Ciebie przed wyjściem, a nie na odwrót, hę?

      Usuń
  2. PS. Podzielilam sie z moimi kolezankami Francuzkami (jest ich wiecej) Twoim zauroczeniem Marion i byly zdziwione. Ze on a taka wcale nie jest fauna, powiedzialy. Ha!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O gustach się nie dyskutuje. Francuzki posiadają wszystkie walory, o których pisałem, lecz są też zabójczo złośliwe, ale to chyba światowy trend kobiecy i zdziwiłbym się gdyby przyznały, że któraś, tym bardziej obca kobieta może być atrakcyjna. A czy jest fajna? Nie wiem, w tym tkwi problem, że jeszcze jej nie znam, ale robię co mogę.
      Ponadto, miałem na myśli ogólną tendencję, dotyczącą całości rodzaju żeńskiego. Tak, żeńskiego?

      Usuń
  3. Ale literowki! Mialo byc fajna, a nie fauna 😁

    OdpowiedzUsuń
  4. a mnie określenie fauna ujęło - mamy nowy przymiotnik !!!!
    teraz wymyślimy definicję....

    OdpowiedzUsuń

Google+ Followers