9 lut 2016

Paździerz


Viber.
Dink.
- Jesteś 26 w Londynie? 
- Jeśli chodzi Ci o styczeń to pewnie jestem. 
Dink.
- Bilety można kupić tanie. Pomyślałem, że przylecę na jeden dzień. Powłóczymy się, a wieczorem nachlejemy.
- Bierz te bilety!
Dink
- Mam
- :)
Dink.

- Jakub do nas przyjedzie. 26 go, na jeden dzień. Przenocuje i wraca - obwieściłem przy kolacji. Nie jakaś wystawna, ale zawsze kolacja i okazja by przypomnieć sobie jak wyglądamy. Przekazałem Nati z grubsza ile sam wiedziałem, opisując ramowy przebieg wizyty.
- Dawno go nie widziałam… - chwila zadumy z oznakami procesu przetwarzania danych - … Jakub to taki specjalista od nagłych sytuacji.
- Ja wiem… ?
Nigdy w ten sposób o Brodzie nie myślałem. Chłop tyle prostoduszny co i serdeczny. Mimo napotykanych trudności, szerzący optymizm. Niczym żołnierze w okopie, wiele razem przeszliśmy. Niezastąpiony kompan do zabawy. 100 kilo poczciwości zaprawionej dobrym sercem i jak poczciwy, tak wielki posturą. Życie chyba w ten sposób konstruuje wypadki, że mały musi sobie znaleźć za kumpla dużego, żeby mógł się schować czasem za jego plecy i tak nas los ze sobą zetknął.
Był czas, że jeden bez drugiego nie istniał. Dwaj przyjaciele z boiska, niejeden mecz już wygrali, nie jeden przegrać zdążyli... Nasze Danuty Matki wysłaliśmy nawet kiedyś na wspólną wycieczkę - do Turcji zdaje się - podczas której utwierdziły się wzajemnie w przekonaniu, że łączy nas głębsze uczucie aniżeli przyjaźń. Ubaw mieliśmy po pachy, bo Brody babcia była się w końcu wygadała.

Czasy odległe, jeszcze szczecińskie. Wieczór, wracam sterany do domu, ciągnąc noga za nogą. Szmaciankę byłem kopać na hali. Mam pamięć do takich dupereli nie wiedzieć czemu. Nagle ktoś mnie atakuje.
- Dobszekufażejesteś. Dzwoniłemalejuszwyszedłeś - transkrypcja z Brody
- Na hali byłem. Czemu nie przyszedłeś?
- Nie mogłem. Chodź, pomożesz mi - transkrypcje porzucę. Broda za mocno miksuje i nawet ja, kiedy rzadko się obecnie spotykamy, mam problemy by go zrozumieć od pierwszego odpalenia.
Idziemy do bloku, a w tym czasie Broda coś mruczy pod nosem. Trudno wyczuć, czy on do mnie mówi, bo wygląda jakby rozmawiał raczej sam ze sobą. Schodzimy do piwnicy i gdy w końcu stanęliśmy na miejscu, Broda dopiero jakoś zrozumiale do mnie przemówił.
- … no i Walentynki jutro, pomyślałem sobie, że taki napis odpierdolę i powieszę na drzewie przed oknami Zuzanny. Już mam wszystko obcykane, drzewo oglądałem. Da się. Tylko będziesz musiał mi qrwa pomóc.
Co zrobić, koledze się nie odmawia, tym bardziej Waflowi. Wszystko działo się na tyle dawno, że nikt jeszcze o bilbordach nie marzył, a na pewno o ich wynajmowaniu. Można powiedzieć, że Broda jako prekursor trendów marketingowych mógłby zaistnieć.
Spojrzałem pod nogi, faktycznie jakaś paździerz stoi z gryzmołami.
- Ty, a skąd to wytrzasnąłeś? 
- U Ojca w piwnicy już kilka tygodni temu znalazłem i zaklepałem.
Jakoś nie wiem czemu, ale ta paździerz mnie rozbawiła. Paździerz zostawiłem w spokoju i patrzę co Broda wymalował. Matejki to raczej On tam nie odjebał, ale to zostawiłem akurat dla siebie, bo duma go wyraźnie rozpierała ze stworzonego właśnie dzieła.
- No, nieźle. Tylko Zuzanna pewnie wcześniej niż jedenasta nie pójdzie rżnąć capa. Do dwunastej musimy kwitnąć na bank nim pojedziemy. Co chcesz robić?
- Do Cydzia zadzwonimy.
- Zadzwonić możemy, ale zawalony chcesz po drzewach łazić?
- Zadzwonimy, a zapalimy już po. Teraz do Fliperka pójdziemy, piwko strzelimy.
Plan jakiś powstał. Przynajmniej na działania krótkofalowe. Zadzwoniliśmy do Cydzia. Cydziu przyteleportował się do nas swoją starą Ibizą. Dał co miał dać, wziął co miał wziąć, odjechał. Całość z okładem jakieś dwadzieścia minut zabrała. Myślę, że dwudziesta druga gdzieś mogła dochodzić. Idziemy do Fliperka.
Fliperek to osiedlowa mordownia. Klyentela codziennie ta sama, brudne ściany, klejące stoliki, śmierdzący kibel i Iwona za barem. Zeszliśmy na dół, bo to piętrowa mordownia była, a wcześniej u barowej dwa piwka zamówiliśmy. Przy tym piwku, w czasie kiedy Broda lolki produkował - bo mi to jakoś nigdy najlepiej nie wychodziło - nadrabialiśmy zaległości w wymianie informacji. Nie widzieliśmy się pewnie z kilka dni, więc i gadać było o czym.

Nie pamiętam jak dostaliśmy się z tą lub z tym paździerzem pod dom Zuzanny. Wyleciał mi z głowy ten etap manewrów. Coś mi się tylko po głowie kołacze, że hieną dojechaliśmy, bo nie przypominam sobie żebyśmy z tym hendmeid bilbordem po mieście paradowali. Stoimy pod oknem, w zasadzie tak bardziej z boku, żeby sobie cały osprzęt przygotować i po raz ostatni plan sytuacyjny powtórzyć. Kto, za jaki sektor działań odpowiada. Wychodzi z tego, że ja za gówno odpowiadam, bo na drzewo całe szczęście tylko Broda musi się wspiąć, a ja mu jedynie paździerz muszę podać i w tym miejscu moja robota się kończy. Później tylko okolice mam omiatać wzrokiem i końcowy odwrót zabezpieczać.
Broda gość na Słodowym wychowany, bo niczego nie zaniedbał. W rogach paździerzy otworki nawiercił, do nich takie kółeczka zamocował, te linkami do drzewa tylko wystarczy przywiązać i paździerz wisi, albo przynajmniej powinna. Zapowiadało się, że szybko się uwinie.

Kiedy już wykonałem wszystko co do mnie należało, Broda na drzewie siedział i walczył by oblicze Zuzanny o poranku rozpromienić, oddałem się tępemu rozmyślaniu o niczym. Bo co miałem robić? Kontakt werbalny całkowicie zawiesiliśmy i na nasłuch przeszliśmy, aby panującej ciszy nie roździerać. Na Brodę uwagi nie zwracam, myślami latam, a na miejscu w zasadzie za żywą kukłę robię. Blok Zuzanny przy ruchliwej ulicy stał, ale okna na drugą stronę, od podwórka wychodziły, co zapewniało niewielki, ale zawsze stopień odseparowania. Z próżni myślowej wyrwała mnie niebieska błyskawica, którą kątem oka wyłapuje. Zwrócili na nas uwagę, czy nie? Ułamkosekundy i już wiem. Za rogiem pojawia się kufer błyskawicy na wsteku, a za kolejne nanosekundy bach, bach drzwi i wypadają z za rogu. Jak nas spostrzegli, znaczy się najpierw mnie, później Brodę, to jakoś początkowy animusz stracili. Bo my, ani na zbytnio wystraszonych ich wizytą nie wyglądaliśmy, ani do ucieczki się nie zbieraliśmy. Przeciwnie, irytacja i rozdrażnienie od nas biła, że nam w robocie przeszkadzają. Więc tak ja biegli, tak stanęli w blokach, prawie jak Małysz na telemarku i zagajają po policyjnemu - a panowie to co tu robią?
Ciekawy jestem, czy gdybym odpowiedział - a mieszkanie na pierwszym opierdalamy - to by ich w jakiś sposób uspokoiło? Nie sądzę.
Broda siedzi na tym drzewie, nie przerywa sobie, jakby nie dostrzegał, że tu na dole sytuacja się nieco skomplikowała. Najwyraźniej na moje barki wszelką dyplomację scedował i instalacji porzucać nie zamierza.
Postanowiłem przejąć kontrolę nad wydarzeniami. Skuliłem się nieco w sobie, aby tym gestem wskazać, że nam jest tu cisza potrzebna, a nie oni z ryjami wyskakują. Zuzannę zaraz obudzą i będzie kicha.
- Panowie, nic się nie dzieje - w takim konspiracyjnym półszepcie - jutro Walentynki, w sumie to dzisiaj, kolega narzeczoną tu ma, student, bez kasy, wykombinował sobie, że powiesi jakiś ładny plakat, czy coś takiego przed jej oknami. Skończymy zaraz i się zrywamy. Cicho się zachowujemy. Ktoś doniósł? Mogę dowód pokazać, kolega też, ... jak zejdzie na dół.
Patrzą, to na mnie, to na Brodę. Nie wyglądają na przekonanych i wietrzą podstęp. Nie mogą dojść - nabijam się, czy mówię prawdę? Przez głowę mi przeleciało - całe szczęście, że nie paliliśmy, bo w ogóle bym się z nimi nie dogadał. Wzięli dowód ode mnie, ale widzę, że ewidentnie rozedrgani są emocjonalnie. Oczami błądzą to na Brodę, to na mnie. Czuje, że jesteśmy gdzieś na granicy - ściągać go, czy nie? Znowu postanawiam uprzedzić wydarzenia.
- On zaraz zejdzie, to ten dowód pokaże. Niech skończy, żeby nie musiał włazić z powrotem na to drzewo. Akurat przez ten czas to mnie Panowie sprawdzicie.

W końcu jednak uznali, że Broda na drzewie nie stanowi zagrożenia i łatwo go kontrolować. Łamią chyba wszystkie możliwe regulaminy i w buty można wsadzić wszystko czego ich nauczyli w czasie policyjnych szkoleń, ale dają mi wiarę. Przenieśliśmy ciężar wydarzeń bliżej ulicy, pod niebieską błyskawicę. Jeden funkcjonariusz wsiadł do błyskawicy i sprawdza moje dane przez radyjko z kabelkiem na sprężynce, drugi, najwyraźniej więcej filmów oglądał, ustawił się pomiędzy mną, błyskawicą, a drzewem z Brodą na nim. Czujny, w takim rozkroku na pół ugiętych nogach, gotów do skoku. No jakby w Majami wychowany. Imponujące.
W międzyczasie Broda faktycznie Matejkę zawiesił i jak nindża takim jednym - jjjeeeb!, na dole się znalazł. Funkcjonariusz z błyskawicy wysiadł i tak nagle wszyscy w czterech stoimy jakbyśmy się na brydża ustawili.
- I co? Może być?
Broda jakby w ogóle ich nie dostrzegał. Nie wiem, czy On to pytanie do mnie kieruje i czeka żebym poszedł oceniać, czy tak ogólnie sobie rzucił. Całkowicie zlać funkcjonariuszy i odejść nie mogę, bo ten jeden wciąż mój dokument w dłoni dzierży. Funkcjonariusze zdurnieli jeszcze bardziej niż byli dotąd, bo oni znowu nie wiedzą, czy Broda właśnie ich do żyri zaprosił i też mają paździerz oceniać. Staram się w dalszym ciągu panować nad wydarzeniami, ale te coraz bardziej wymykają mi się z rąk. Odszedłem krok, na tyle by autorytet funkcjonariuszy nie poczuł się urażony.
- Może być. Stąd ciężko powiedzieć, ciemno jest, a poza tym to ma być dobrze widać z okna, nie z dołu.
Ten co się komunikował przez radio oddał mi dowód.
- Dobrze jest. Teraz qrwa spierdalać. Jak się ktoś do tego przypierdoli, to nas tu nie było, nic nie widzieliśmy.
No i tak rozeszły się nasze drogi. Oni pomknęli błyskawicą dalej, a my poszliśmy w swoją stronę. Wracając zajaraliśmy sobie cydziowe lolki. Broda z rana wpadł jak skowronek do Zuzanny ze świeżymi pieczywem na śniadanie i ta była niezmiernie szczęśliwa.

Hepi endu historia z Zuzanną się niestety nie doczekała. Paździerz, łażenie po drzewie, negocjacje z Policją na niewiele się zdały. Owszem, Broda dzisiaj szczęśliwy mąż i ojciec, tylko Zuzanny już nie ma. Chociaż wiem z relacji Brody, nocną wspinaczkę ponoć doceniła. Taka walentynkowa historia.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

2 komentarze:

  1. Wilku, poryczałam się ze śmiechu! :) ileż w Tobie potencjału... ;-) egj

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie..., no potencjał to we mnie drzemie bez dwóch zdań. Wciąż świetnie się zapowiadam i o tym jestem przekonany. A ryczeć nie miałaś, bo to jest fragment poważnej historii o miłości.

      Usuń

Google+ Followers