25 kwi 2016

Czy jestem normalny?


W niewielkim odstępie czasu to kolejny weekend z serii o słomianym wdowcu, bo tnie Nati europejskie niebo z zapałem godnym podziwu. Tym razem Szwajcaria, dokąd na babską party schadzkę poleciała. Zostałem sam. Kiedy ostatni wypad do Gdańska skomentowałem „W swoim towarzystwie czuję się doskonale więc lubię takie pustelniczo zapowiadające się dni. Wprawdzie skrępowany nadto kagańcem nie chodzę, ale niczemu się równać z własnym, miłym i kulturalnym towarzystwem.” dostało mi się po łbie.
- No wiesz? Jak mogłeś? To przykre. 
Z obawy o swój łeb nie napiszę więc nic ponadto, chociaż lubię pobyć chwilę sam i nie widzę w tym niewłaściwego.

 * * *

W nadmiarze czasu zacząłem się o siebie obawiać. Chyba jednak niezbyt mocno, bo jakoś szybko mi przeszło, ale…
Złe myśli naszły mnie, kiedy siedziałem w fotelu z nogami na pufie przykrytymi kocem. W Londynie wciąż gwiździ i niedźwiedzie ani myślą gawr opuszczać. Trzeba się pod kocem chronić. Wszak o tym przecież marzyliśmy zalewając się potem w Singu. Koc i herbata; mamy.
Pomyślałem, że powinienem zdobyć się na męski odruch i poluzowaną smycz wykorzystać aby się upodlić do nieprzytomności. Bo może coś ze mną nie tak? W rzeczy samej mógłbym, ale pierwsze primo, nie bardzo mam z kim, a z byle przygodnym osobnikiem pić mandaryny nie zamierzam. Pozostają jeszcze solowe występy, ale to ubaw już nie taki i nieco rozpaczliwa, by nie rzec żenująca taktyka. Po drugie primo, nie bardzo się do alkoholizowania rwę. Stawiam na leniwy dzień z gazetami i książką przy kawie, gdzie za wszelkie próby pośpiechu stawia się winnego przed plutonem egzekucyjnym. Wieczór zaś, to miejsce w fotelu pod rzeczonym kocem, z winem i oliwkami, dochodząc końca drugiego sezonu „Forbrydelsen”. Drugi wprawdzie nie tak dobry jak pierwszy, ale wpadłem w skandynawskie seriale po uszy. Nie tylko kryminalne. No i ta moja postawa, ewidentnie burząca wizerunek buchającego testosteronem mężczyzny bez nadzoru, napełniła mnie trwogą. Maczo pod kocem w wolny sobotni wieczór? Kupy się nie trzyma, ale tak mam i co zrobić. Już sama zapowiedź libacji wywołuje u mnie ból głowy i nienawidzę tego co się z człowiekiem na drugi dzień dzieje. Dlatego rzadziej mi się zdarza, ale nie twierdzę, że nigdy i nie zwalam na proces postępu lat, że kiedyś to się imprezowało i podobne rzeczy. Nie. Zapowiedź dobrze rokującej popijawy, zwykle takie bywają z góry nie zaplanowane, wciąż działa kusząco i każda sympatyczna osoba może liczyć na moje towarzystwo. Jak tylko ugłaskałem rozterki, przekonany o słuszności postępowania, a co ważniejsze o swej normalności, przeniosłem się do zimnej Skandynawii.

 * * * 

Ekspres nam się spierdulił w ubiegło tygodniową sobotę, a dom bez ekspresu jest jak bez duszy. Kawa to dla mnie rodzaj rytuału. Rytuał ma bardziej magiczny wydźwięk aniżeli po prostu algorytm. Algorytmy ma Nati, ja mam rytuały.
Zamówiliśmy w Amazonie nowy ekspres i w piątek, szczęśliwie jeszcze przed weekendem, zdyszany kurier nówkę sztukę mi dostarczył. Po przyjeździe do Londynu odkryliśmy Amazona i Nati robi wiele by udowodnić, że opróżnienie ich magazynów do czysta to tylko kwestia czasu. Jest na słusznym kursie.
W sprawie wyboru ekspresu, to jakiś czas temu nieopatrznie i bez przemyślenia wystrzeliłem - „wiesz, gdybyśmy nie mieli tego ekspresu, byłbym skłonny przystać na Nespresso”. Byłbym, bo wcześniej nie byłem i broniłem się przed tym jak twierdza Alamo. Nati ot tak rzucone info niby puściła kantem ucha, ale tak naprawdę zasejfowała i w tej dramatycznej dla mnie chwili wyciągnęła jako argument przetargowy „Pamiętasz, mówiłeś… ?”. Co mam nie pamiętać, wiem co mówiłem!
Sytuacja była z góry przesądzona, bo owo „Pamiętasz” można by przetłumaczyć - „trzeba było uważać co mówisz”. Wiedziałem, że już nic nie uda mi się ugrać. Próbowałem co prawda czynić nieśmiałe podchody odzyskania utraconych pozycji, ale „Pamiętasz” ciachało na strzępy wszystkie moje argumenty. Absurdalność sytuacji tkwiła w tym, że ostateczna decyzja wyboru podobno należała do mnie „bo to przecież ja w tym domu piję kawę”. Chuj dupa. Dżordż w umysłach kobiet zrobił mikser i chyba każda nieszczęsna łudzi się, że otrzyma w pakiecie dołączonego Kluneja. Siła reklamy. Zdołałem nawet wyszukać zajebisty ekspres marki włoskiej, który pozwoliłby mi kontynuować zabawę domowego baristy, ale cóż z tego. Gdy docieraliśmy w rozmowie do „Pamiętasz” jedyne co mi pozostało, to powiedzieć „Dobranoc” i nakryć się kołdrą. Nati zamówienie złożyła i dziś Dżordż już stoi na blacie.

 * * *

Powinienem się cieszyć. Nowa maszyna usprawniła proces parzenia kawy. Wprawdzie brakuje, jak to nazywam, mistycyzmu wsypywania kawy, specyficznego syczenia, ale wkładam kapsułkę, naciskam i za chwilę mam kawę. W swych idiotycznych analizach zacząłem się zastanawiać na ile taki sposób preparowania kawy oszczędza mój czas w stosunku do tradycyjnej metody? Porąbany jestem i to zdrowo.
Ciekawe, że człowiek otacza się przedmiotami, które mają oszczędzać czas, a w rezultacie ma tego czasu coraz mniej. Ekspresy, pralki, suszarki, zmywarki… a jednak wciąż brakuje czasu, a jakość życia znacząco się nam nie poprawiła. Oczywiście, zawsze lepiej skorzystać z pralki niż szorować na tarze, ale gdzie podziewa się ten czas który człowiek niby zdobywa w uporczywej walce, nikt nie potrafi powiedzieć.
Przypomniał mi się w tym miejscu czeski serial dla wczesnej młodzieży, który emitowano w niedzielnym Teleranku. Tym z kogutem. Film zatytułowany „Goście”, ale nie należy mylić z tym, w którym występuje Żan Reno. Historia jednak podobna. Grupa przybyła z przyszłości lub innej planety (tutaj dokładnie nie pamiętam, a sprawdzać mi się nie chce) zjawia się w roku 84-tym. Zjawiają się by chronić kilkunastoletniego chłopca, Adama Bernaua, który w przyszłości ma wynaleźć coś co uratuje ziemię przed czymś. Przybysze, a wśród nich księżniczka Xenia z Arabelli, zostali wyekwipowani w dużo nowoczesnych urządzeń i substancji, oczywiście w miarę dostępności ówczesnych czasów i czeskiej kinematografii. Ich szef i duchowy przywódca posiadał pastylki, z których przygotowywał posiłki. Prawie jak Pan Kleks. Pastylki przerabiały się na galaretki, a każda o innym smaku. W ogóle posiadali wiele gadżetów świadczących o ich przyszłościowym pochodzeniu jak chociażby samo prowadzący się samochód.
Tak sobie główkuję właśnie, czy kiedyś w tym pędzie oszczędzania czasu, ludzkość dojdzie do podobnego etapu. Będziemy jedli przetworzone w różnych procesach „coś” co przypomina, a w rzeczywistości jedzeniem nie jest. Co prawda już istnieje wytwór pod tytułem kuchni molekularnej, ale póki co, nie chodzi w tym przedsięwzięciu o oszczędzanie czasu.
Zdecydowanie za dużo błądzę myślami.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers