5 kwi 2016

Error w mózgu


Trzy tygodniowy rozbrat z klawiaturą sobie zafundowałem. Mógłbym zwalić na przyrodę, naturę i niby przesilenie wiosenne, ale nie da rady. Dopiero od kilku dni, za oknem bardziej wiosna niż jesień. Zresztą, podział pór roku w brytyjskiej aurze można by ograniczyć do dwóch w moim przekonaniu. Wiosna i jesień, bo one zdają się płynnie między sobą przez cały rok lawirować, z niewielkimi wyjątkami tworząc anomalie w postaci kilkugodzinnego lata lub równie długiej zimy.
Rzecz to karygodna dla blogera, takie zawieszenie w kilkunastodniowym wymiarze utrzymywać, dowiedziałem się śledząc w międzyczasie blogi służące radami innym blogerom. Blogerska wymiana uprzejmości pomieszana z aspiracjami do tytułu Wujka Dobra Rada. Świat się kręci jak kręcił, nikt braku wpisów nie zauważył, ale dobre rady przyjąłem i zanotowałem. Z miejsca też zacząłem rypać w batony, bo tekst, nawet najgłupszy z możliwych, postanowiłem wypuścić.
Wszystkie ubiegłotygodniowe wieczory, zamiast klepania w wyżej wspominane, poświęciłem na oglądanie duńskiego serialu kryminalnego „Forbrydelsen”. Serial do nastrojowych nie należy i sklasyfikowałbym go jako mieszankę mroczno depresyjną, ale nie zmienia to faktu, że jest świetny i pewnie dlatego mnie zassał. Skandynawskie kryminały, tak książki jak filmy, doczekały się wielu analiz i nie ma sensu powielać już powiedzianego. Że z sensem i z dużą mocą przekazu ten mój dzisiejszy tekst będzie, raczej wątpię. Piszę dziś głównie by milczenie przerwać.

W Wielki Piątek, ten po niezbyt imponującym czwartku, wyruszyliśmy na wycieczkę tropem angielskiej prowincji. Wyprawiliśmy się jakieś 200 kilometrów od Londynu, aby przez kilka dni region o nazwie the Cotswolds przemierzać, lecz nie, nie będzie to zapis historii naszej wycieczki. Jakiś czas temu postanowiłem unikać wpisów będących relacjami kolejnych dni naszego życia. Z tego jednak co wiem, Nati dość szczegółowo wyjazd na zdjątkach uwieczniała zamieszczając je wszędzie gdzie to możliwe. Ja sam zaś, oszczędnie słowa dobierając powiem, że angielska prowincja bywa miejscami zaskakująco urocza i warta obejrzenia. Sprawia o niebo lepsze wrażenie niż coś, co Anglicy skryli pod sformułowaniem angielska kuchnia.

Wyjazd do the Cotswolds to nasza pierwsza wyprawa wgłąb lądu od czasu kiedy zamieszkaliśmy w Londynie i pierwsza z wykorzystaniem auta. Auto wypożyczyliśmy i był to mój chrzest na brytyjskich drogach w lewostronnym ruchu jazdy. Mój, bo Nati za kierownik nie siada. Taki układ sił wypracowaliśmy w tandemie. Obłożona natomiast mapami oraz przewodnikami nawiguje jak Kolumb okrętem, choć i Krzysztofowi nieco się kontynenty porąbały, to co dopiero takiej Nati. Współpraca różnie nam wychodzi, raz lepiej, raz gorzej:

N: Skręć tam.
Ja: Gdzie?
N: No tam 
Ja: Skąd mam wiedzieć gdzie?! Możesz powiedzieć dokładniej 
N: No tam! Czemu nie skręciłeś?! 
Ja: Ale gdzie?! 
N: No przecież mówiłam, tam!

Nati z przywiązania do map papierowych uczyniła fetysz i długo dawała odpór technologii, dlatego jeździliśmy dotąd wyekwipowani w kilka zestawów, którymi przyozdabiała sobie w czasie jazdy kolana. Kręciła nimi według własnego uznania by umiejscowić nas odpowiednio w terenie. Ten wyjazd okazał się być pionierskim, bowiem całkowicie zdaliśmy się na góugla* i jego mapy.

W wypożyczalni miła niespodzianka. Przyjemny pan z brodą i wcale nie hipster, po wypisaniu koniecznych papierków, wydał nam auto klasę wyżej niż rezerwowaliśmy. Ful wypas pełen nówkę sztukę nie śmiganą prawie. Ruch w okresie świątecznym duży i z malutkich autek wypożyczalnia się okazało wyprztykała. Dobra jest; jeden zero dla nas.
Mówię prawdę jak było, pękalski trochę byłem, jak ta jazda po lewej stronie będzie mi się układać. Otuchy dodawała mi świadomość, że wielu naszych rodaków, którzy na twarzach tęsknotę za rozumem mają wypisaną, opanowało sztukę prowadzenia auta na angielską modłę. Nie może być to zatem tak trudne do okiełznania jak mi wyobraźnia podpowiada.

Na początku było dziwnie i to chyba najlepiej oddaje sytuację. Czułem się trochę jak kursant nauki jazdy. Początkowe kilometry lub mile by być zgodnym z prawdą, każda wykonywana czynność, wymagała ode mnie wzmożonej uwagi. Niesamowite jak działa mózg. Wszystkich czynności wykonywanych dotąd podczas prowadzenia auta w sposób zautomatyzowany, zmuszony byłem uczyć się od nowa. Sporo kłopotów dostarczyło mi zapanowanie nad przeglądem w lusterkach. W miejsce, w które zerkałem z przyzwyczajenia i gdzie dotychczas je znajdowałem wzrokiem, teraz ich nie było. Trwało nim zapisałem sobie w głowie wytyczne, w które lusterko powinienem zerkać by wychwycić w nim przestrzeń, którą chcę sprawdzić. Wszystko odwrotnie niż w samolocie. Problem stanowią nawyki, które trzeba odkręcać, jak chociażby mało istotny odruch chwytania pasa przez lewe ramię. Odruch, o którym wcześniej nie miałem pojęcia.
Gdy auto płynie spokojnie suchą szosą, a ciało przybiera pozycję zimny łokieć, ilość koniecznych czynności do wykonania spada i uciążliwości znikają. Powracają kiedy sytuacja wymaga szybkiej reakcji, na przykład energicznego czmychnięcia ze skrzyżowania. Automat pojawia się w najmniej oczekiwanej chwili i bez zastanowienia uruchamia prawą rękę niosąc ją do biegałki. A jej tam nie ma. Podobnie z osią przekroju samochodu, nad której przesunięciem z prawej na lewo zwoje musiały się intensywnie napracować. Początkowo ściągało mnie na krawężnik, co wywoływało odruchy zaniepokojenia u Nati, która jak widziałem zezując, momentami chwytała uchwyt przy drzwiach jakby to w czymś mogło pomóc. Mój umysł trzymał się wyuczonych zasad, według których zapamiętał, że pasażer i druga połowa auta znajduje się po prawej, a nie po lewej stronie. Na nowo zatem musiałem się uczyć oceny odległości i parę razy przy pokonywaniu lewoskrętów zdarzyło mi się najechać krawężnik zbyt mocno dociągnąwszy kierownik. Powtórzę więc co już wystukałem, początkowe mile pokonywałem niezmiernie skupiony i skoncentrowany; jak adept nauki jazdy. Generalnie zrobiłem temu mózgu lekki burdel, który musiał opanować.

W tym miejscu powinienem zakończyć historię, ale jeszcze jedna rzecz mnie przyszła do głowy. Polski model jazdy. Dyscyplina specyficzna i w zasadzie na cywilizowanych obszarach nie spotykana. Polak za kierownicą jest kierowcą niezrównanym, co pozwala mu gnać z prędkością przekraczającą rozsądek, mając głęboko w rzyci ustanowione przepisy. Głośno manifestuje klaksonem swoją dezaprobatę dla wszystkich ociągających się, którym odjebało na tyle by wlec się przed królem szos z przepisową prędkością.
Ile razy rozpoczyna się dyskusja na temat ograniczenia dopuszczalnej prędkości w terenie miejskim, podnosi się larum. Tymczasem czy tutaj, czy przemierzając Europę, auta ciągną się po miastach z prędkością patrolową i nikt z tego powodu nie toczy piany. Czterdzieści na godzinę dla wchodzącego na przejście dla pieszych grozy nie budzi. Samochód zbliżający się z taką prędkością do pasów daje poczucie bezpieczeństwa i gwarancję wyhamowania w odpowiednim momencie. Jechałem sobie karnie jak należy pięćdziesiąt za miastem, trzydzieści w mieście, co daje odpowiednio większą wartość w kilometrach. Za nami szur samochodów, bo jak już opanowałem te lusterka i wiedziałem gdzie szukać tego co za mną, to widziałem. Zastanawiałem się tak lusterkując, czy oni, znaczy ci za mną, nie biorą się za wyprzedzanie, bo nie ma miejsca, droga nie halo, zaraz zakręt, czy też tylko dlatego, ponieważ przyszło im do głowy jechać zgodnie z przepisami? No i tak sobie wykoncypowałem, że chyba dlatego bo zgodnie z przepisami. Jechaliśmy sobie takim ciurkiem, raz ja prowadziłem peleton, innym razem jechałem w peletonie, ale nikomu nie przychodziło do głowy wyprzedzać, gnać na wariata skoro dozwolone jest 50 na godzinę. Nikt nie trąbi, nikt nie daje długimi po gałach. No szok, wystarczy jechać. To też powód, że w nowych okolicznościach nie czułem się spięty, lecz spokojnie mogłem się toczyć.

A…, w serialowym oglądaniu nie dobrnąłem jeszcze do końca, więc nie wiem kim jest morderca, poza tym, że tradycyjnie lekarz. Tak czy owak, polecam.

 *Królestwo dla tego, kto wskaże jakie „u,ó” używamy w pisowni góugl
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

5 komentarzy:

  1. Wilk coraz lepiej pisze.
    Ja tej zamiany miejsc nie bylam w stanie zniesc jako pasazer. Jako kierowca nawet nie probuje sobie wyobrazic.
    Podwojne brawo dla Wilka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, ale w Sene jezdzi sie tak jak u nas, tak?
      Mi jako pasazerowi bylo faktycznie trudno, zreszta Wilk o tym wspomnial. Mysle, ze to jest tak, ze cwiczenie czyni mistrza. Do przechodzenia przez ulice i sprawdzania czy nic nie nadjezdza tez trzeba bylo sie przyzwyczaic. Na szczescie trening Singpurski przydal sie bardzo :)
      Natalia

      Usuń
    2. Dziękuję, dziękuję. To także wpływ Twojego surowego oka i uwag; przydały się. Mam na myśli sprawniejsze pisanie. Fajnie by było, gdyby ktoś to jeszcze czytał poza Tobą, Nati i może jeszcze kilkoma osobami.
      Co zaś się tyczy jazdy, tak, dla mnie na początku było również dziwne siedzieć na miejscu gdzie dotąd nie było kierownicy.

      Usuń
  2. Wilku, nie bardzo ogarniam, dlaczego nie rozumiałeś precyzyjnych wskazówek Naci... Tam, to tam! :)
    I brawo dla Naci, że wierzy w papierowe mapy! Swego czasu zwiedzałam południe UK z koleżanką Polką (zamieszkałą tamże) z własnym samochodem plus GPS i ciągle się gubiłyśmy. Gdyby nie porządne mapy jako backup miałybyśmy więcej problemów...egj

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po szybkim kursie doszkalającym, obecnie już wiem co oznacza i najważniejsze gdzie się znajduje owe „tam”. Przecież każdy głupi to wie.

      Usuń

Google+ Followers