12 kwi 2016

Umarł król, niech żyje król


Nie jest to tekst o futbolu i jego zawiłościach, chociaż początkowo tak się może wydawać. Nie będzie to również niestety tekst o podstawach szydełkowania, więc nadzieje na poznanie nowego należy porzucić. Szukając odpowiedniego miejsca na rozpoczęcie, bo zawsze się musi gdzieś ono znaleźć, przepuszczałem sznur nieskoordynowanych myśli. Uznałem, że nie mogę w temat, który chcę potraktować, zapuścić się od środka niczym desant z powietrza. Zapewniam na ile mogę, nie będzie tyle o futbolu, co o rzeczach około futbolu.

Piłkę mam we krwi odkąd pamiętam, ale nie wiem czy przy narodzinach Józef Ojciec szczypnął mnie w łydkę ze słowami - Będzie z Niego (znaczy się mnie) piłkarz.
Każdy w głowie zachował sobie jakieś migawki z dzieciństwa. Ja ze swoich pamiętam, jak z Józefem Ojcem chodziliśmy grać w piłkę na polankę, która była nieopodal naszego osiedla. Polanka to niewiele ponad zwykły ugór, ale w moich wspomnieniach i rodzinnych opowieściach przetrwała jako polanka. Fakt jednak pozostał faktem, grać chodziliśmy i to najprawdziwszą piłką o jaką wtedy było trudno, bo była dobrem luksusowym w swej niedostępności. Dostałem ją od Wujka Ryśka, brata Józefa Ojca. Może stąd ukuł Bareja swoją opinię o Ryśkach; bo piłki rozdają? Nie wiem. Wujek Rysiek oczywiście piłki własnoręcznie nie uszył. Przywiózł ją natomiast własnoręcznie z zachodu, ówcześnie dość swobodnie geograficznie pojmowanego, bo z Danii, która moim zdaniem nieco na północ bardziej leży. Wujek uprawiał profesję cieszącą się poważaniem w czasach nędzy socjalizmu zawszonego, co z czasem się nieco zdewaluowało, był marynarzem. Na podwórku taką gałę miałem tylko ja. Prawdziwą skórzaną, czarno białą, tak zwaną biedronę.

Czemu kopana? Bo dla mnie to coś więcej niż dwudziestu dwóch debili uganiających się za jedną piłką, jak powiedział mój znajomy, po czym stał się najwierniejszym kibicem na fali panującej na fejsie mody. W wymiarze podwórkowym nie wymaga by być silnym, szybkim, wysokim itd. Wystarczy kawałek placyka, coś co względnie przypomina piłkę i nadaje się do kopania, bramka, a zasady są banalnie proste. Zwycięża ten, kto strzeli jednego gola więcej niż przeciwnik. W wymiarze zawodowym natomiast, to gra która na przestrzeni lat ewaluowała, przyciągając miliony ludzi różnych warstw społecznych. Na trybunach wszyscy są równi; są kibicami. Na tym poziomie, futbol przeistoczył się w bardzo wyrafinowaną grę. Jeden widzi w nim wciąż te same proste zasady - zdobywca większej ilości bramek wygrywa; ja dostrzegam wirtuozerię, zawiłość i mnogość rozwiązań taktycznych niczym w szachach, ale oboje doskonale się bawimy oglądając ten sam spektakl. Bo w końcu futbol, to sport zespołowy, w którym własne chęci trzeba podporządkować dla dobra drużyny, lecz jest w nim miejsce na indywidualności, które nieumiejętnie wkomponowane w zespół mogą szkodzić, umiejętnie zaś, stają się bożyszczami stadionów, a ich postery ozdabiają ściany nad łóżkami młodych chłopców. Tak było u mnie.

Z tej miłości do futbolu wyrosła druga miłość, bo już tak mam, że kochliwy jestem. Na imię ma Barcelona.

Razu pewnego, gdzieś w Katalonii, 
Kopała szmaciankę grupa gamonii. 
Postanowili klub wnet utworzyć, 
Który z rzemiosła, futbol miał w sztukę przetworzyć. 
By klub się wdzięcznie wszystkim kojarzył, 
Imieniem dzierlatki ktoś go obdarzył. 
Królową piłki dziś obwołana, 
Ze swej potęgi powszechnie jest znana. 
Wirtuozeria, charakter jak dzwon, 
To części składowych sukcesów trzon. 
Szacunkiem wielkim na globie darzona, 
Przedstawiam Państwu, to Barcelona. 

Moje zafiksowanie może wydawać się śmieszne dla kogoś patrzącego z boku i czasem zdarza mi się ukrywać jak bardzo potrafię się ekscytować konkretnym meczem. Przeżywam jak mały chłopiec i byłoby mi głupio. O mojej przypadłości wie niewiele osób, a na pewno niewiele jej doświadczyło. Kiedy w Singapurze oglądałem o trzeciej w nocy porażkę Barcy z Bayernem, nie mogłem po niej zasnąć. Poszedłem biegać o piątej nad ranem. Gdy zaś w ubiegłym roku śledziłem finał Ligi Mistrzów w jednym z londyńskich pabów, byłem bardziej ekspresyjny w okazywaniu emocji niż grupa Katalończyków, która również finał śledziła. Nota bene w końcu i tak wylądowałem wśród nich.

Dobrnąłem nareszcie do miejsca, w którym faktycznie powinna rozpocząć się historia. W poprzednią sobotę, nie tą co była, lecz wcześniejszą, w tą w którą kupiliśmy stary, wielki, popękany, ciężki wazon, który musiałem nieść do domu. Według mnie straciliśmy dychę, według Nati zrobiliśmy doskonały dil. Tak zwany punkt widzenia. Więc w sobotę odbywało się El Clasico, mecz Barcelony z Realem. Mecz Barcelona położyła ku mojemu żalowi, ale nie zamierzam w tym miejscu rozstrzygać czy sprawiedliwie, czy nie, czy sędzia kalosz, a co by było gdyby Suarez strzelił bramkę w dziewiątej minucie. Porażka jest porażka, trzeba ją przyjąć z godnością i stosowną ilość łez już wylałem. Jeszcze w ten sam wieczór nagłówki na portalach donosiły o porażce Barcelony. Wyróżnione na czerwono jakby to była informacja rzutująca na losy świata. Dla mnie kibica na pewno, dla laika chyba już nie bardzo. Tytuły grzmiały „Barcelona w dołku”, „Koniec barcelońskiej ery”,„Tridente, Messi, Suarez, Neymar w kryzysie” i tak dalej, i tak dalej. Trochę mnie rozbawiło, nieco zastanowiło. Te same media i portale, które własnymi rękoma wsadziły kataloński klub na tron futbolu, teraz czekają z mieczem w powietrzy by ją ściąć. Nic nie może trwać wiecznie, bo się nie sprzedaje. Jak szybko media pragną kreować nowych bohaterów. Powtarzające się doniesienia o dominacji, kolejnych zwycięstwach szybko przestają być atrakcyjne. Przejadają się i nikt nie zwraca na nie uwagi. Trzeba sprzedać ludziom nowe mięso w postaci porażki faworyta i szybko powołać nowego mesjasza. To się sprzedaje. Nie można sobie pozwolić na okres zbyt długiej stagnacji.

Józef Ojciec ma swoje rytuały. Codziennie rano urządza sobie prasówkę. Internetowy zbytnio nie jest, by nie powiedzieć, że wcale. Wciąż jest przekonany, że odkąd wyjechaliśmy z Polski jestem mocno ograniczony w niusy ze starego kraju. Może i jestem, ale tylko z własnej winy, ponieważ ich nie czytam. Moje tłumaczenia na nic się zdają, że informacje, którą JO czyta na papierze o godzinie dziewiątej, o tej samej porze na portalach informacyjnych uznaje się za starą i przemieszcza na drugą, albo i trzecią stronę. To ponad Jego zrozumienie, podobnie jak to, że informacje dostępne są na ekranie telefonu. Świat żyje non stop, życie nie stygnie i cały czas coś się dzieje. Coś co wydarzyło się wczoraj, dziś już jest nudne. Trzeba pędzić, trzeba gnać. Obalać stare, powoływać nowe. Tylko jak dużo stracę, jeśli o tym co wczoraj przeczytam pojutrze? Nie, nie jestem pierwszy, nie jestem jedyny, który przejrzał machinę funkcjonowania medialnych trybów. Nie prowadzę krucjaty, świata nie naprawiam, okładać się z oczywistym nie zamierzam. Już dawno ktoś stwierdził, że media nie dość, że kłamią, to jeszcze kreują rzeczywistość. Pamięta ktoś film z Robertem de Niro i Dustinem Hoffmanem, tytuł gdzieś mi uleciał? Teraz piszę, a w zasadzie dochodzę do końca pisania tekstu, bo rozbawiło mnie to obalanie i kreowanie w trybie ekspresowym nowych bohaterów. Tylko tyle.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers