12 maj 2016

Bilety mam dwa, jedziemy?


Prawie mieliśmy wychodzić kiedy zadzwonił Broda. Wszystkich bym się spodziewał po drugiej stronie, ale nie Jego. Przecież wiedział, że wyjeżdżamy.

Na wejściu szereg dowcipów, przy których w zasadzie najlepiej bawił się Broda. Okazja i czas, aby przyzwyczaić ucho do brodziego miksowania i rozklejania posklejanych ze sobą słów.
- Qrwa bilety mogę mieć dwa do Marsylii na mecz Polaków. Jedziemy? Sprawdzałem, Rajanerem za stówkę (euro) można z Londynu w dwie strony się bujnąć. Wiem, Ty ich nie lubisz, ale to najtańsza opcja -  całość wystrzeloną z szybkością karabinu i zlepioną słowo ze słowem celowo pociąłem zgodnie z gramatyką, aby była bardziej przystępna w odbiorze.
Informacja zadziałała jak najmocniejsza kawa, źrenice się rozszerzyły, umysł przeszedł w tryb hard procesowania.
- Czekaj…, albo zadzwonię do Ciebie za dwie minuty
Rady sekretarza potrzebowałem
- Miś, Jakub ma bilety na mecz Polaków na Euro... 
- No, to jedź, przecież chciałeś 
- Tak?! To jadę. Jakub coś też mówił o Rajanerze za stówkę, trzeba by było szybko kupić 
- To zaraz możemy kupić 
Dzwonię do Typa.
- Jadę! Co z tymi biletami (tymi na samolot), bo patrzę u siebie i nie widzę 
- Póki biletów (tych na mecz) nie mam w garści niczego nie kupujemy
- OK to kręć sprawę i jesteśmy na nasłuchu. Zaraz wychodzimy i w razie co, dopiero wieczorem uchwytny będę. 

Wieczorem dotarliśmy do domu. Odpaliłem ermaka, pierwsze przymiarki do poszukiwań biletów robię. Okazuje się, że za stówkę to mogę sobie lecieć, ale w październiku, a do tego czasu imprezę już dawno zwiną. Broda, co ma w zwyczaju, nieco chaotycznie i zaślepiony emocjami datami pożonglował w wyszukiwarce i dlatego stówkę zobaczył.
Czekamy jeden dzień w nerwach. Napięcie rośnie jak u Sztirlica przed akcją. W końcu trzeciego dnia od momentu rozpoczęcia operacji „bilet na Euro” dostaje zdjęcie wielkiego brodziego łapska, które trzyma tikety. Rzucamy się na wyszukiwarki.
Prawie dwa dni przesiedzieliśmy przed ekranami, grzejąc vaiberowskie łącza podczas konsultacji. Europę qrwa przelecieliśmy w każdą możliwą stronę. Wyszukiwarki i linie lotnicze zaatakowaliśmy frontalnie i z siłą dotąd niespotykaną. Poznałem wiele nowych linii lotniczych, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Przewodnia doktryna - ma być budżetowo. Co zaoszczędzimy, to będzie można wydać na tanie wino w Marsylii.

Przy kolacji Nati spytała.
- A co Ania na wyjazd Jakuba? 
- Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? Nie pytam.
Bo Państwo Ania i Jakub(owscy) spodziewają się potomka. To już drugi, ten objęty pięćset złotową darowizną, dlatego może i większy luz u przyszłego ojca po raz drugi. Potomek sobie zdecydował, że będzie się na świat wybierał jakoś wkrótce po tatusiowych wojażach piłkarskich. Stąd pytanie.
Wszystko jest jednak zaplanowane i pod kontrolą, data ustalona, paniki więc nie ma. Poza tym Broda zyskuje u mnie nimb prawdziwego rokendrolowca. Facet chce jechać na mecz i nie pęka. Nie ma że kobieta, że dziecko. Pakuje się i jedzie. Prawdziwy kozak jakich ze świecą szukać obecnie w świecie hipsterów, mężczyzn metroseksualnych i lamberdżeków.

Po dwóch dniach wirtualnego latania i wstrzymywania moczu by nie oddalać się od ekranu, udało się bilety zaklepać. Podróż w rezultacie okazała się mocno oddalona od wyjściowej stówki, ale … łączy nas piłka.
Przerzuciliśmy się na bazę noclegową. Wprawdzie czerwiec w Marsylii jest ciepły, a dni deszczowych przypadają średnio trzy (sprawdziłem), ale jehowo akurat trafić na te trzy dni śpiąc na ławce. Realia szybko nas otrzeźwiły. Najbliższy dostępny hotel w interesującym nas terminie mieścił się prawie pod Paryżem. W mordę. Szybka przerzutka na arbienbi. Tu też nie było łatwo i o ostatnie wolne miejsca biłem się jak Rudy pod Studziankami. W końcu udało mi się znaleźć bardzo ładne mieszkanie, którego zaletą jest dobra lokalizacja i przyzwoita cena. Wymieniłem korespondencję z Marie, którą zapewniłem, że my jesteśmy wprawdzie saporterzy, ale nie z tych co to demoliszyn. Marie oświadczyła, że Ona to się saporterów nie obawia i mieszkanie na nas czeka.

Taki tej krótkiej historii finał. Jedziemy na Euro! W zasadzie to zakończenie historii dopiero kiedy znajdziemy się w Marsylii. Do meczu i wyjazdu jeszcze grubo ponad miesiąc, ale ja mógłbym już dziś iść i przeczekać ten czas pod stadionem. Ale to chyba nie ma większego sensu.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers