4 maj 2016

Polska szarość


Jestem nudny jak przemówienia Trockiego*. Mam swoje uporządkowane rytuały i trzymam się ich aby nie upaść. Jak tylko następuje w nich rozgardiasz, jakieś niewielkie odstępstwo, natychmiast wytrąca mnie to z rytmu. Taki ześwirowany jestem. Do tego uporządkowanego świata należą dwie przerwy na kawę. Kawa poranna i popołudniowa. Zwyczaj nabyty jeszcze w czasach, kiedy sól morska tworzyła mi na twarzy maseczkę ochronną, a do snu układałem się na hamaku pod pokładem. Podczas porannej kawy, zapoznaje się z niusami dzienników. W czasie popołudniowego kofitajmu idę w artykuły dłuższe treścią, czasem o obyczajowo społecznym zabarwieniu, czasem mniej, czasem bardziej, a czasem w ogóle angażujące, w zależności od tego jaki mi aktualnie humor dotrzymuje towarzystwa. Takie połączenie kawy i czegoś do czytania.

W ubiegłym tygodniu piłem tą swoją popołudniową kawę z Dżordża, którego wystarczy załadować kapsułą i leci. Nie myślałem, że dożyję. Piłem i trafiłem na krótki wywiad, w sam raz nadający się na czasoumilacz. Zamieszczony na portalu NaTemat i przeprowadzony z kimś dotąd mi nieznanym należał do kategorii mało angażujących, dlatego do czytania szczególnie nie namawiam, a jeśli, to tylko na własne ryzyko. Wszystkim zaś, którzy się powstrzymali, w krótkich żołnierskich słowach doniosę o co chodzi.

Pani o imieniu Joanna, godności Typek, w wywiadzie nazywana Asią, to objawienie fotografii strit faszion. Taki Messi swojego fachu. Głowy nie dam, czy Pani Dżoana to osoba żyjąca w realu, czy wyssana z palca, bo przyznam, sprawdzać mi się tego w necie nie chciało. Uznałem, że nawet jeśli Pani Dżoana to twór czysto fikcyjny, z wywiadem dojadę do końca. Przeczytałem więc o błyskotliwej karierze w amerykańskim stylu. Dowiedziałem się, że mam do czynienia z najgorętszym nazwiskiem fotografii modowej. Poznałem nazwy z topów modowego świata, aczkolwiek nie na tyle skutecznie, aby utkwiły mi one mocno w pamięci. W końcu dotarłem do miejsca, w którym Pani Dżoana mierzy się z szeregiem pytań związanych z Polską. Zabraknąć ich oczywista sprawa nie mogło, bo Polka i kariera, znaczy nasi też mogą.
Zaczynają się schody. Choć pada zapewnienie, że odpowiedzi to rodzaj skrótów myślowych, lecz czytelnik, w tym i ja, szybko o tym zapomina. Polska jest szara, Polacy ponurzy, polska ulica smutna, a na twarzach ludzi brakuje uśmiechu. Niby nic nowego, ale wqrwia. Wprawdzie jest mowa o Polakach z fantazją i kolorowym usposobieniu, ale cóż z tego, skoro według Pani Dżoany skrywają się po domach, bo w Polsce trudno o akceptację wyróżniających się z tłumu. Niby fakt, ale znów wqrwia. Pani Dżoana przytacza jeszcze szereg argumentów, po których nie pozostaje w zasadzie nic jak tylko wyrzygać się na polską ulicę.

Ruszyłem do komentarzy, by dowiedzieć się co ludzie sądzą. Sądów wiele nie było, za to wszystkie bez wyjątku deptały Panią Dżoanę. Nikt już nie pamiętał by do wypowiedzianych słów zachować dystans. Ja również i nieświadomie zawarłem pakt z komentującymi. Głupia pinda, a w rzeczywistości myślałem qrew. Qrew i to żyjąca w dodatku w jakimś odrealnionym świecie, bo Pani fotograficzka (nie wiem czy dobrej nazwy użyłem; kto wie niech da znać) chętnie powołuje się na inspirującą różnorodność nowojorskich ulic. Nie byłem w Nowym Jorku, ale widziałem dużo amerykańskich filmów i jestem skłonny się zgodzić. Poza tym, Wafel był i mówił, że fajnie. Mimo wszystko, jeden z komentarzy doradza Pani Dżoanie wyprawę w głąb amerykańskich stanów. Tam gdzie nie ma smukłych ludzi, Manhatanu i glamur, za to dominują ludzie z nadwagą, flanelowe koszule, bejsbolówki i beznadzieja małych miasteczek. Aż się micha cieszy po takim komentarzu i chce się powiedzieć - masz za swoje. Co teraz powiesz cipo? Rozumiem, że trudno w tak krótkim tekście rozwinąć konteksty, ale żeby od razu rzucać beznadzieją, gównami na ulicach i tymi wszystkimi pejoratywnymi określeniami. Idiotka.

I wtedy, dink, zapaliła mi się czerwona lampka. Przecież jakbym siebie słyszał. Ja również uderzam w podobne tony.
Waflowi ilekroć się spotykamy notorycznie ględzę na polską beznadzieję. Pewnie już dawno by mi ryja obił, bo chłop ma dosyć słuchania i zawsze się z tego powodu ścieramy. Chyba tylko przez wzgląd na długa tradycję naszej znajomości i Józefa Ojca, który krawaty gościowi wiązał na każde zamówienie jeszcze mi tego ryja nie obił. A spokojnie dwa razy taki jak ja jest.
Siedzi w polskiej duszy coś takiego, że nie potrafimy odszukać w polskim obrazie inszych kolorów niż szary. Dotyczy to najczęściej tych, którzy ową rzeczywistość obserwują z perspektywy i emigracyjnego oddalenia. Jesteśmy wyszkoleni w narzekaniu jak nindża w zabijaniu. Nie wiem, czym nas karmiono w okresie kształtowania umysłów? Narzekamy, ale nie dostrzegać ponurych spojrzeń, zacięcia na twarzach, braku uśmiechu, szarości, brudu, znaczy być ślepcem. A co ja qrwa Jurand jestem? Oczy mam, widzę i mówię prawdę.
Więc jak robią to inne narody, bo żaden chyba nie jest tak skory do okładania się z taką regularnością jak polski?

Lubię czasem skupić się na myśleniu, bo choć zwykle do żadnych wniosków mnie to nie doprowadza, to lubię.
I tak, światowy ze mnie gość, a słowa piosenki Kuby Sienkiewicza jakby o mnie - Byłem w Rijo, byłem w bajo, byłem nawet na hawajo... Nie chcę pisać o miejscach, w których byłem, bo w większości były to zbyt krótkie pobyty by cokolwiek powiedzieć. Niektóre były tak ostre, że nawet nie pamiętam, że byłem i wiedzę o zdarzeniu opieram na relacjach świadków. Lepiej dla prawdy historycznej będzie, jeśli podsumuję miejsca, gdzie spędziłem więcej niż przysłowiową chwilę. I tu już mam więcej do powiedzenia.

Statystyczny Holender to arogant. Pierwszego dnia Bóg stworzył Holandię, a w drugi dzień powstał Holender. Trzeciego dnia Bóg uznał, że nic równie zajebistego nie jest w stanie już stworzyć i na tym zaprzestał swojego dzieła tworzenia. Resztę dni tygodnia odpoczywał. W takim przeświadczeniu żyje człowiek bagien. Do niedawna uważał Niderlandy za centrum wszechświata, a o istnieniu innych cywilizacji posiadał mgliste pojęcie. Gdyby nie internet, wciąż uważałby Boga za obywatela z holenderskim paszportem. Nasz dobry znajomy mieszkający obecnie w Brukseli - Pozdrawiam Paweł - określił rzecz trafnie. Największy dar Holandii jaki przekazała Ameryce, to ignorancja. Bardzo mi się to spodobało. Żadnemu Holendrowi nie przychodzi do głowy narzekać na swój kraj. Holender jest tak dumny ze swego kraju, jak dziecko, które zrąbało właśnie swoją pierwszą samodzielną kupę w nocnik. Jest przekonany, że Bóg lub inne niebiosa lepiej go umiejscowić na Ziemi nie mogły. A mankamenty? Jakie mankamenty? Wady? Jakie wady?

Singapur to śliska sprawa. Raz, że krytyka rzeczywistości dla singapurczyka to jazda bez trzymanki, która może zakończyć się karcerem. Dwa, Singapurczyk nie potrzebuje wiele by przekonać się, że żyje w raju. Rzut oka do oddalonego o piczy kłak najbliższego malajskiego miasta wystarczy. Od małego singapurczyk wzrasta w przekonaniu boskości Singapuru stanowiącej ideał do naśladowania dla całego świata. Wiele razy byłem pytany jak mi się podoba w Singapurze. Nie byłbym sobą i nim zacznę cokolwiek mówić muszę wprowadzić na swoją twarz stosowną mimikę; rodzaj skrzywienia. Tak mam. Ubzdurałem sobie, że to mi inteligenckiego sznytu dodaje. Jak ktoś nie ma w głowie, to musi sobie dodawać jakkolwiek. Zapytany, muszę się najpierw skrzywić, co mniej więcej odpowiada słowom - no niby nie jest źle, ale... 
No i to moje skrzywienie plus negatywne opinie wynikające z podpatrywania singapurskiego życia i obyczajów nieraz zaskakiwały Singapurczyków. Bo jeśli o Singapurze, to tylko w superlatywach. Żaden Sinapurczyk nie dostrzegał wad, a ja tak.

Na końcu Anglia, po prawdzie Londyn, bo trudno jest mi się odnieść do całego kraju nie wyściubiając z Londynu dotąd prawie nosa. Londyn to dla mnie spora zaskoczka. Gdybym usiadł tu i teraz na kanapie analityka bawiąc się w skojarzenia, na pytanie „Londyn?” odpowiadam „brud, śmieci, narkotyki, prostactwo”. Londyn niekiedy, albo nawet i częściej, wygląda jak miasto pogrążone w niekończącym się proteście służb oczyszczania miasta. Napoli. Jest ponury i obskórny.
Całkowicie zmieniłem swoją optykę. Dotychczas byłem przekonany, że zapijaczony Anglik okupujący krakowski rynek oraz inne stolice państw wschodniej Europy, Anglik który upadla się na Krecie, Majorce… wróć!, tam upadlają się Niemcy, to zaledwie odsetek społeczności. Chyba jednak nie. To reprezentatywna grupa stanowiąca większość. Nie zdarzyło mi się wcześniej spotkać tylu i tak wulgarnych i ordynarnych dziewcząt, kobiet. Jeżeli randka w Londynie, to nie wiem z czym się na nią udać; z kwiatkiem, czy butelką wódki?
Oczywiście Londyn dostarcza również pozytywnych wrażeń, o których nie wspominam, ponieważ założeniem jest uwypuklić to wszystko za co angielski Kowalski powinien się wstydzić i na co powinien narzekać, a jednak tego nie robi. Bowiem mimo szarości, jehowej pogody, jedzenia o kant dupy, żaden Anglik nie pokusi się o opinię - mieszkam w beznadziejnym kraju, którego mieszkańcy są równie beznadziejni jak inglisz brekfast. Anglik widzi w sobie dumny naród, a Anglię jako lokomotywę cywilizacji. A przecież i tu chodniki są krzywe i zasrane, ludzie grubi i niechlujni, nadużywający alkoholu, jazda rowerem po ulicach to horror, a autobusy się spóźniają, mimo, że jest to ten wyidealizowany przez nas „zachód”.

Więc co i kto nam zrobił z głowami? Czemu widzimy to czego inni nie widzą lub przechodzą nad tym do porządku? No i właśnie, która postawa jest słuszna? My, niedoceniający tego co mamy i dostrzegający głównie wady, czy oni chełpiąc się nadmiernie? Nie wiem. Jak powiedziałem, rzadko coś wychodzi z mojego myślenia i w tym przypadku jest podobnie.


* Chciałbym wyrazić skruchę i przeprosić za błąd zamieszczony w tekście. Dotyczy osoby Lwa Trockiego. Już po publikacji wpisu, dbający o poprawność historyczną Jan Stanisław, poinstruował mnie, że był on wyśmienitym mówcą zdolnym porwać tłumy swymi wystąpieniami. Sprawdziłem, rzeczywiście. Jeszcze raz przepraszam za swoją bezmyślność i dziękuję Janowi Stanisławowi. Poprawne zdanie powinno więc brzmieć - Jestem nudny jak szkolne akademie.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

2 komentarze:

  1. No halo, to ja mam podobno algorytmy, a Ty masz natomiast rytualy. Zatem dlaqtego teraz masz "rutyalne algorytmy"?
    Ja sie z Dzoana zgadzam, szczegolnie w kontekscie takim, ze specjalizuje sie w fotografii mody ulicy, czyli tego co i jak ludzie nosza na co dzien.
    Natalia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nevermind, teraz masz juz znowu rutyaly :D
      N.

      Usuń

Google+ Followers