20 cze 2016

Polska, biało czerwoni... historia jednego wyjazdu


Nadeszła długo wyczekiwana chwila. Po Irlandii i Niemcach czas na Ukrainę. Nie zamierzałem pisać. Emocje mnie rozsadzają i ciężko mi się skupić. Tak, mnie czterdziestoletniego faceta z siwizną na skroniach. Co zrobić. Przynajmniej siwizną się nie przejmuje, bo doszły mnie plotki, że szpakowaci i dobrze utrzymani mężczyźni po czterdziestce mają wysokie noty na rynku.
Od początku mistrzostw kopanych pisanie gorzej mi idzie. Zeszło na drugi plan. Kiedy tylko mogę w kamienny ekran ślepię, byleby tylko za piłką biegali. Później studio meczowe, specjaliści, analizy, prognozy, szanse… świat kibica. No i nasi jeszcze w tym wszystkim jakby lepiej sobie buty na imprezę dobrali. W końcu mistrzowskie hołubce zaczęli wywijać. Wszystko to sprawia, że głowę mam zawładniętą futbolem do granic możliwości. Czasem tylko, gdzieś w jej kąciku (bo mam kąciki w głowie) zatli się myśl przypominająca - zjedz coś, by przetrwać do następnego meczu. 

Tobołek z wyprawką spakowany. Kibicowskie atrybuty przygotowane. Dobre rady coraz bardziej spękanej żony przyjęte. Mógłbym się już udawać, ale w zasadzie mam jeszcze dwie godziny nim rozpoczęcie podróży nabierze logicznego sensu. Lepiej pić drugą, a po niej trzecią kawę w domu, niż niecierpliwić się na lotnisku. Postanowiłem, że tekst mimo ziejącej w głowie pustki wystukam. Krótki, nie długi, taki by dał mi zajęcie na najbliższe minuty. Tekst, który będzie tematycznie nawiązujący do zagadnienia piłkarskiego i z gatunku wspominkowych. O jednym z moich wyjazdów meczowych wczesnej młodości, bo na mecze, tzw. wyjazdy jeździłem od wczesnego nastolactwa.

Rok 1991. Nie posiadam na tyle dobrej pamięci by dokładną datę przywołać. W Poznaniu Polska gra z Irlandią eliminacyjny mecz Euro 92. Móżdżymy z kolesiami, czy się nie wybrać. Staje na tym, że zdecydujemy następnego dnia. Lekcje kończę stosunkowo wcześnie, więc nawet urywać się, czy lać wody nauczycielom bym nie musiał.
Na drugi dzień pod szkołą, po skończonych lekcjach delegacja kolesiostwa mnie wyczekuje. Jedziemy! Dobra, jedziemy, to jedziemy. Pozostało mi jeszcze Danutę Matkę powiadomić i lecimy. Ja, Sowa, Młody, Piniu i Suchy. Do Poznania zgrabnie i bez problemów docieramy bez biletów pierwszą klasą ekspresową, za uzgodniony wcześniej z konduktorem haracz.

Mecz zakończył się wynikiem 3:3. Na Euro w rezultacie się nie zakwalifikowaliśmy, ale dla mnie mecz z Irlandią był pierwszym kontaktem z osobą kibica świata zachodniego i cywilizowanego. Z zaciekawieniem przyglądałem się tłumom Irlandczyków przewalających się po mieście, gromadnie, całymi rodzinami kibicujących swej reprezentacji. Nie tylko wyrostki, ale rodziny z dziećmi. W naszej wciąż jeszcze dominującej szarzyźnie, oni byli jakoś nie pasująco kolorowi i radośni. To była dla mnie nowość. Nastawieni pokojowo i nie żywiący do nikogo urazy. Zaskakujący obraz kibica. Całkiem zostałem rozłożony na łopatki, gdy stojąc pod stadionem, nieoczekiwanie podszedł do nas jeden z ajriszy i mówiąc, że on już idzie na stadion, oddał nam zgrzewkę piwa. Cały sześciopak nam oddał! Wczesna to była demokracja, ale z widokiem zachodniego browara człowiek już był zaznajomiony i nie to szokowało. Szczecińscy kupcy hurtowo go szmuglowali z Berlina zaopatrując okoliczne bazarki. Ale za darmo sześć browarków! No debil jakiś.

Po meczu, Sowa w drodze do kibelka wypatrzył na stadionowym parkingu autokar ze Szczecina. Prawie ze Szczecina, bo ze Świnoujścia. To prawie zrobi później dużą różnicę. Ugadał z kierowcą, że zabierze nas za tyle kasy ile nam zostało. W dechę. Jedziemy. Nikt z nas nie przypuszczał, że fundujemy sobie właśnie drogę przez mękę i lepiej było wybrać pociąg oraz ugodę z konduktorem. Był to zakładowy wyjazd na mecz. Cały Autosan napranych do granic możliwości gości. Wiadomo jak wygląda.
Tuż za rogatkami Poznania, pierwszy postój w zajeździe. Trzeba uzupełnić zapasy mandaryny. Zanim zapijaczone towarzystwo zebrało się do kupy, postój trwał dłużej niż dotychczasowa jazda. W autokarze odnalazł się też delikwent, który w alkoholowym zamroczeniu pomylił autobusy. Zamiast do Warszawy jechał z nami w stronę Szczecina. Dopiero w chwilowym oprzytomnieniu dotarło do niego, że jedzie nie bardzo tam gdzie by chciał. Został na parkingu pod zajazdem, nie do końca łapiąc kontakt z rzeczywistością. Ciekawy jestem jak sobie poradził.

Zajęliśmy miejsca z tyłu autokaru. Mandaryna leje się strumieniami. Postój w każdym napotkanym po drodze zajeździe. A to siku, a to by uzupełnić zapasy. Najczęściej jednak obie z tych rzeczy. Na każdym postoju zebranie pełnego zestawu podróżujących urasta w prawie niemożliwe. W rzędzie za nami, jak zresztą wszędzie, trwa popijawa i stale powtarzający się dialog.
- Moja córka to qrwa.
- Ale śpij Jurek. Napij się i śpij.
Po czym Jurek zrywa się po chwili i znów swoje
- Moja córka to qrwa
- ... 
Nie wiem czemu córka Jurka to qrwa. Nie doczekaliśmy wyjaśnienia. To chyba było za dużo dla Jurka, kontynuować historię.
Może urok, może fakt, że jako jedyny z naszej grupy nie udawałem, że śpię sprawia, że Jurek zaczyna we mnie upatrywać bratniej duszy. Pluje mi w ucho o swojej córce qrwie. Ponieważ wyglądam na miłego chłopaka i dobry materiał na zięcia, chce bym udał się z nim tu i teraz do córki qrwy. Udaje mi się Jurka zniechęcić do pomysłu. Chyba nawet dla niego mariaż córki qrwy o trzeciej w nocy z nieznajomym z autokaru był za ostry. Po czasie rodzą rodzi się we mnie pytanie - czemu akurat mi wciskał córkę qrwę?

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie prawie ze Szczecina zaczyna robić różnicę. Do Płoni, gdzie nasze drogi się rozchodziły. Zapijaczony autokar pojechał do Świnoujścia, a my udaliśmy się z buta na najbliższy przystanek autobusowy. Trzecia w nocy i pięciu typów maszerujących skrajem drogi bez grosza. Przed nami kilka kilometrów. Nawet nie chce mi się sprawdzać ile. Na przystanek docieramy po godzinie. Wpadamy w dziurę między komunikacją nocną, a dzienną. Następny autobus za godzinę. Letarg pod wiatą na ławce, w końcu jest, nadjeżdża. Docieram skonany do domu około szóstej. Na 8.15 do szkoły. Dwie pierwsze lekcje, włef u Pana Kota, któremu służba w czerwonych beretach pozostawiła nielichą spuściznę w głowie. Lubi nam dokopać na swoich zajęciach. I kiedy jestem przekonany, że umrę na lekcjach u Pana Kota, niebiosa okazują mi swą łaskawość. Raz jedyny, jak sięgam pamięcią, Pan Kot jest nieobecny, a my dostajemy zastępstwo na lekcje.
- Macie piłkę. Pograjcie w siatkę
Przesypiam obie lekcje na materacach w rogu sali.

Może chaotycznie i może niespójnie. Przepraszam, ale nie będę sprawdzał, nie będę wprowadzał korekt. Pisałem na gorąco. Teraz śmiało mogę wychodzić. Jadę na mecz! Polska - Ukraina. Nawet jeszcze o tym nie myślę, bo jak zaczynam, to łapie mnie dygotanie. Obiecuję żono nie śpiewać Ukraińcom w twarz dumki na dwa serca, obiecuję nie wypominać powstania Chmielnickiego, ani o Lwów i Kijów się upominać. Zamierzam naprać się tanim winem na krawężniku, drzeć ryja za dwóch, obejrzeć zwycięstwo Polaków, dobrze się bawić i na koniec wrócić w jednym kawałku.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

2 komentarze:

Google+ Followers