27 lip 2016

Zamach w sensie wymach, czyli zamach zamachowi nierówny


Sezon ogórkowy w pełni. Ludzie do kin nie chodzą, w teatrach nie siedzą. Mój umysł też jakby gdzieś migrował i przesiaduje chyba na rajskiej plaży, bo w głowie mam pustkę. Niemoc trwa. Zapaść twórcza trzyma i nie odpuszcza. Klawiatura parzy. Ostanie dni, najchętniej kontemplowałbym leżąc ze skrętem w zębach. Nawet zrobiłem stosowny risercz w szafach celem odszukania czegokolwiek co by się nadawało i w przybliżeniu gwarantowało podobny efekt. Niestety, jedyne do czego dotarłem, to skarpetki, które jeszcze w lutym powinny były znaleźć się w pralce. Przynajmniej wiem, że odrzucający zapach w szafie, to nic groźnego.
Wracam powoli do śledzenia prasy nie tylko sportowej, w której jeżeli pomijać politykę niewiele bywa do czytania. Zerkam z nieśmiałością na Kindelka, czy aby go nie przetrzeć z kurzu i pajęczynki pozbawić. Powracają kolory życia, zwyczajowa złośliwość i sarkazm w komentowaniu realiów życia. Pustka pofutbolowa odchodzi w zapomnienie.
 * * *
Wakacje w pełni, dlatego zamierzałem dzisiaj nie szarżować i z lekkością tematu pojechać. Nie całkiem mi się chyba sztuka powiodła. Następnym razem skreślę coś bardziej na plażę. Dzisiaj natomiast o ćwierć nutki poważniej poklepię, co nie oznacza, że bez cienia ironii. Lato w ubiegłym tygodniu zaatakowało Londyn. Wiem, brzmi równie absurdalnie jak specjał kuchni angielskiej, ale nie ma co drwić. Prawda odnotowana przez kroniki. Nie przymilało się, nie kokietowało. Wtargnęło wyważając drzwi i było. Deszcz, siąpiący niezmiennie od stycznia czmychnął, zza chmur zaś wychynęło słońce. Po raz drugi, i trzeci, i czwarty, i piąty, i szósty tego roku temperatura przekroczyła 25 stopni, by w kulminacyjnym momencie wspiąć się na magiczny pułap 32 stopni Celsjusza. Wydarzenie rzadkie i szeroko komentowane w lokalnych mediach.
 * * *
W piątkowe późne popołudnie, z tylko nam znanych powodów znaleźliśmy się z Nati w miejscu, które nigdy nie zasypia więc i nigdy nie musi się budzić. W okolicach Soho. Bez wcześniejszego planowania, przypadkiem, bo tak jest najfajniej, trafiliśmy do pabu na przysłowiowego jednego. Jednego nie mieli, więc zostaliśmy na kilka. Pogoda dopisywała, londyńczycy po męczącym tygodniu wylegli rozkoszować się prawdziwie letnim wieczorem. Tłumy, a pośród nich my. Nim na dobre zagościliśmy w lokalu, na imponujących rozmiarów wyświetlaczu telefonu, który mogę odblokowywać liniami papilarnymi, odczytałem wielki tytuł - STRZAŁY W MONACHIUM! X OSÓB ZABITYCH! X OSÓB RANNYCH! TRWA POLICYJNA OBŁAWA!
Podzieliłem się z Nati informacją, po czym pozostawiłem na ławce przed lokalem i poszybowałem w stronę baru. W lokalu gwar, śmiech i zabawa. Otrzymałem co chciałem i dzierżąc w dłoniach pokale, manewrując między skupiskiem ludzkim, wszedłem na kurs powrotny. I kiedy wydawało się, że operację zakończę sukcesem, na drodze wyrósł mi wysoki lecz nie jakoś imponująco szeroki, choć wystarczająco, ochroniarz. Stanowczo namawiał mnie na pozostanie z glasem w lokalu. Wyjaśniał że oni, znaczy lokal, koncesji na spożywanie alkoholu na zewnątrz nie mają i on mnie prosi. W innych okolicznościach być może i podjąłbym polemikę, ale mając dwie ręce zajęte i damę u boku, nie próbowałem. Zawsze to ochroniarz i co chłopu robotę będę utrudniał. Poderwałem ślubną z ławki nakazując wejście do lokalu. Pod sufitem wielki plazmowy ekran, czerwony pasek, brejking nius i wiadomości z Monachium.
- Patrz Miś, my sobie pijemy, ludzie się bawią i mają wszystko w dupie. A tam wariat strzela i ludzie giną. Nikogo teraz, tutaj to nie obchodzi. Nikt nie ma zamiaru przerywać sobie zabawy tylko dlatego, że gdzieś tam dzieje się tragedia. Takie życie. Świat kręci się dalej.
Monachium jeszcze przez kolejny dzień utrzymywało się na czołówkach i czerwonych paskach do chwili aż stało się jasne, że to jednak nie kolejny atak terrorystyczny. Eeee…, zwykła jatka. Kogo to obchodzi. Nikogo poza ofiarami i ich bliskimi. Pojedynczy wariat strzelający w centrum handlowym przedstawia aktualnie mniejszą wartości medialną niż zamach terrorystyczny. Spirala nie została nakręcona.
 * * *
Nazajutrz po zamachu w Nicei rozmawialiśmy z Nati o wydarzeniu, gdyż mamy taki zwyczaj - zanikający wprawdzie - konwersowania przy śniadaniu. Nie omieszkałem zagrać swoją tradycyjną kartą, szyderczą ironią. Zastanawiałem się, ile osób zdążyło już przyozdobić swój fejsbukowy profil flagami Francji. Tu nasze drogi rozumowania się rozeszły. Nati bowiem uważa, że jest to element wsparcia i solidarności; ja, że być może i owszem by był, ale nie wyrażany na fejsbuku, co w moim odczuciu przeradza się w lans i pogoń za byciem fajnym, a nie rzeczywistymi odczuciami. Odbyliśmy jeszcze kilkuminutową wymianę poglądów i w w miarę pokojowych nastrojach zakończyliśmy śniadanie, choć wcale nie bardziej przekonani do racji, ja do Nati, Nati do moich. Przez kilka kolejnych dni media żyły wydarzeniami z Nicei, aż do granic absurdu. Nieistotne detale opisywane i omawiany wielokrotnie i do znudzenia. Terroryzm stał się zdaje czymś, co nas podnieca. Film Hiczkoka w realu. Boimy się, ale nas fascynuje.
Nie drwiłbym, bo sprawa wybitnie poważna, ale...
... 3 lipca Bagdad, w zamachu giną 292 osoby, a prawie drugie tyle odnosi rany. Nie przeczę, prasowe nagłówki odnotowały zdarzenie i nawet przez chwile na czerwonym tle, ale nie zauważyłem by fejsbuk był jakoś szczególnie wstrząśnięty. Historia w zasadzie przeszła bez echa. Z Nati nawet słówka o tym nie zamieniliśmy. Przypuszczam, że niewiele osób zanotowało w pamięci wydarzenie. 292 osoby! To jakby średniej wielkości samolot się spierdulił. Gdyby dajmy na to samolot szanowanego europejskiego przewoźnika rymsnął na ziemię byłaby chryja. A tak, nie ma tematu. Czyżby więc tamto życie było mniej warte?
23 lipca Kabul, 80 osób zabitych, 231 rannych. Tu również fejsbuk nie dekorował się afgańskimi barwami. Za oboma zamachami podobnie jak w przypadku francuskim stoi ISIS. Sytuacja więc analogiczna. Jednak zamachy tam, daleko, budzą w nas mniej współczucia. W sumie niewiele nas interesują. Nie potrafią przebić się do świadomości i utrzymać na czołówkach.
* * *
Na koniec by namieszać całkowicie, garść tego co rzuciło mi się w oczy. Atak tu, atak tam. Aresztowania i udaremnienia. Media w Polsce bombardują stanem zagrożenia. Odnoszę wrażenie, że zaczął podążać za tym pewien stopień wyczekiwania. Nikt pewnie się nie przyzna, ale kiełkuje we mnie przekonanie, że istnieją osoby myślące, iż fajnie by było gdyby i w Polsce coś wyleciało w powietrze. Nie tu gdzie znajduję się właśnie ja, znaczy porąbany w swej logice rozumowania iksiński. Nie, gdzieś daleko, ale żeby było w Polsce. W głowach wielu byłaby to miara naszej europejskości. Polska stałaby w jednym szeregu, na równi z Anglią, Francją, Niemcami, Belgią. W gronie państw zagrożonych terroryzmem. Państw na tyle ważnych i europejskich, że wartych zaatakowania. Może się to wydawać bredzeniem wywołanymi angielskimi upałami, ale coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w wielu głowach pojawiły się takie myśli.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers