29 września 2016

Gbur u fryzjera


W zasadzie przestępuje już nerwowo z nogi na nogę. Móżdżę co do walizki zapakować. Nati w środę do Singapuru szybuje (już poszybowała), a ja w sobotę do Yannicka, do Kalabrii. Rwany i niespokojny tydzień się więc zapowiada. Umysł już tam, ciało wciąż tutaj. Skupić się ciężko. Rajze fiwer przed długo wyczekiwanymi wakacjami. Całe trzy tygodnie. Mimo to, postanowiłem z klawiaturą się jeszcze zmierzyć i z pisaniem wystartować w napiętym przed wakacyjnym tygodniu. Liczę, że uda mi się dostukać tekst do końca i puścić jeszcze przed wyjazdem. Jeśli nie, dociągnę go pod kalabryjskim niebem. Tymbardziej, że pierwszy tydzień spędzam samotnie. Sam, 50 metrów od plaży, morza, otoczony ciszą, winem, książką i dobrym jedzeniem. Nie wiem, może powinienem się martwić o siebie, ale nie zamierzam. Danuta Matka podczas niedawnej rozmowy i nie mających końca aluzjach
- To będziesz się tam sam nudził 
- Nie Mamuś, nie będę 
w końcu nieśmiało wtrąciła
- Synuś, Ty to tak lubisz sam spędzać czas
- Co mam zrobić Mamuś, skoro nigdzie tak morowego towarzystwa jak moje nie mogę znaleźć
Bene.
* * * 
Byłem u fryzjera. Osiągnięcie wątpliwe i średnio istotne dla wydarzeń całości globu, bo nie jestem pierwszy i nie ostatni, który to robi. Pewności tylko nie mam, czy aby słowem „fryzjer” nie uwłaczam profesji. Nieprzeciętny zmysł obserwacyjny utwierdza mnie w przekonaniu, że fryzjer jako gatunek wyginął. Nastał stylista, salon fryzjerski zaś przeszedł rebranding by stać się atelier. Zwał jak zwał; natura Załubskich wychodzi, czepiam się.
A więc, udałem się do mojego londyńskiego stylisty fryzur z Brazylii, geja. Brzmi kozacko i jestem przekonany, że kwestia wygłoszona z odpowiednio reżyserowanym znudzeniem, zapewnia mi panowanie na placu Zbawiciela wśród ulokowanych tam knajp. Przynajmniej na kilka godzin.
Douglas, mój fryzjer stylista to uroczy facet. Uśmiechnięty, uprzejmy, delikatny. W zalewie londyńskiego chamstwa łączonego z prostactwem, zwracają uwagę Jego maniery. Uwielbiam gdy zajmuje się moją trwałą. Z fryzjerem mam prawie jak z opisywanym niedawno dentystą. Muszę mu ufać, ponieważ gdy tylko dotyka moich włosów odlatuję. Żadnych narkotyków, żadnego prądu, łamania palców. Podczas przesłuchania wystarczy dotknąć włosów i śpiewam wszystko jak leci; tylko proszę mnie smyrać.
* * *
Douglas, zgodnie ze sztuką, umył mi włosy, a potrafi - zapewniam - robić to qurwa bajecznie delikatnie. Balijskie masażystki w porównaniu wypadają blado jakby uprawiały kowalskie rzemiosło. Spocząłem przed lustrem w nastroju błogiego rozleniwienia. Stan narkomana po większej dawce heroiny. Douglas swoim
- Tak jak zwykle?
- Uhmmm... 
zrzucił ze mnie konieczność wyjaśnień. Bogu lub komu innemu dzięki. Po to mi zaufany fryzjer vel. stylista, by nie zarzucał pytaniami - Nad uchem krótko, czy do pół ucha? Grzywkę do góry, czy na bok wycieniować? Z tyłu zebrać więcej, czy zostawić jak jest? Qrwa ma być dobrze! Nie przyszedłem na przesłuchanie. Nie mam pojęcia jak ciąć i nie znam się na tym. Chcę tylko żeby było dobrze i bez pytań.
Douglas rusza do dzieła. Wkłada dłoń w moje włosy, kręci loki, a ja czuję jakby mi ktoś nową szprycę w żyły wkłuł. Nie ma gościa. Odlot. Niestety dla mnie, wyłania się również problem. Konwersacja o niczym i na bliżej nieokreślony temat. W normalnych warunkach i nie odurzony średnio sobie z tym radzę, a po za zastrzyku dużo bardziej i nijak do rozmowy się qrwa nie nadaje. Wzrok mętny jak maratończyk na 40-tym kilometrze, powieki mi wiszą jak u buldoga.
Staram się, ale mi nie wychodzi. Próbuję kontrolować kiedy Douglas snuje opowieść, a kiedy kończy wypowiedź pytaniem. Moje odpowiedzi są zdawkowe, ograniczone do monosylab - tak, nie, uhmmm, nie sądzę, ja wiem... Rzadko porywam się na konstruowanie całego zdania. To ponad moje siły. Nie cierpię rozmawiać siedząc na fryzjersko stylistycznym fotelu. Nie mam na to siły. Nie wiem co sobie o mnie myśli Douglas, ale każdorazowo gdy mnie widzi uśmiecha się na mój widok i nawet pamięta moje imię. Może nie jest więc tak źle i nie uważa mnie za gbura?
* * *
W tym całkowitym odlocie na fryzjersko-stylistycznym fotelu wpadłem w swobodny bieg myśli. Nawiedza mnie czasem w najdziwniejszych miejscach. Czasem na sedesie z bakelitu, czasem pod prysznicem, chociaż to ostatnie jak wyczytałem niedawno, wcale nie jest takie nietypowe, bo prysznic należy do miejsc, które w cudowny sposób odejmują nam stresu i przyczyniają do swobodnego myślenia. Pomyślałem, że naród z nas zamknięty, nieskory do zabawy bez alkoholu, a imprezy przeżywamy często z nosem utkwionym w sałatce. Osławiony smol tok jakby nie dla nas stworzony.
Zastanawiałem się, w czasie kiedy Douglas dbał o mój sznyt, z czego wynika ta nieumiejętność prowadzenia małych rozmów w dosłownym tłumaczeniu. Chociaż tutaj poza nawias nieumiejętności wystawiłbym Nati. Jakby ładowała akumulatory podczas takich rozmów. Wiruje i bryluje. Zadziwia mnie nieustannie, co jest ponoć elementem udanego związku, a odkąd przyswoiła sobie reguły „spalonego” wiem, że jej umysł nie posiada ograniczeń. W przeciwieństwie do mnie. Bo mi się właśnie te akumulatory rozładowują, kiedy ktoś usilnie stara się mnie wciągać w rozmowę.
* * * 
Wniosek mi się nasunął w moich rozważaniach, że nie zostałem rozmowy jako czynności wyuczony. Przeszedłem kolejne etapy szkoły. Polskiej szkoły, która selekcjonuje na podstawie sobie znanego klucza podawaną wiedzę, a istnieje chyba tylko po to, aby przydybać na tym czego się nie umie, bądź nie wie. W polskiej szkole, nie wiem czy wciąż i przynajmniej w takiej do jakiej ja uczęszczałem, dyskusja nie istnieje. Nie prowadzi się rozmów, wymiany poglądów. Nie uczy rozmowy. W polskiej szkole dominuje odpytywanie, testy i „wyciągnijcie karteczki”.
Z dziećmi w ogóle niewiele się dyskutuje i raczej nie dopuszcza do rozmów na poziomie dorosłych. Taka obyczajowość. Chyba tylko w serialach rodem z tefałenu, gdzie dzieci wyposażone są w nieograniczone pokłady elokwencji. Popularne powiedzenie - dzieci i ryby głosu nie mają, znikąd się nie wzięło. Dzieci są strofowane i tresowane - siedź prosto, nie kręć się, nie przeszkadzaj, nie teraz, złap porządnie, nie głaskaj, nie podnoś, co zrobiłeś, nie wstyd ci… W szkole nie rozmawia się o emocjach, w domach również nie często. Panuje kult powagi. Uśmiech jest traktowany jako synonim głupoty. Tylko głupi się śmieje. Nie jestem nauczony rozmowy, nie jestem nauczony wyrażania opinii. Nikt nie nauczył mnie mówić o tym co widzę, o tym co słyszę, o wczorajszej kolacji, dzisiejszej pogodzie, jutrzejszej wycieczce. Oczywiście w porównaniu z postępującym ociepleniem klimatu, czy wycinką amazońskiej dżungli to nie dramat, radzę sobie.
* * *
Pod czujnym okiem Douglasa, który rzeźbił moje fale na bóstwo i nanosił ostatnie poprawki, doszedłem do płenty.
Nie wiem czy się wstydzić i rumienić za zaistniałą sytuację oraz narodowe ponuractwo powiązane z nieumiejętnością rozmów o niczym, czy też nie? Zrazu chciałem się zarumienić, ale doszedłem do wniosku, że jako naród, społeczeństwo wstydzimy się niepotrzebnie za zbyt wiele rzeczy, a nie zwracamy uwagi na te, za które faktycznie powinniśmy się kajać. Więc w zasadzie nie mam jednoznacznej opinii. Na pewno fajniej, gdy ktoś o nas myśli inaczej niż gbur, smutas, ponurak, a taka umiejętność jak ów smol tok podobno w życiu pomaga i łagodzi napięcia. Na pewno umiejętności rozmowy, zobowiązującej bardziej, w innych przypadkach mniej, należy uczyć od maleńkości. Rozmowy i słuchania. Wtedy żaden kołczing nie będzie potrzebny. Więcej nie wiem.
Mistrz Douglas zakończył dzieło. Wyglądam bosko. A te wszystkie przemyślenia zebrane tylko w czasie jednorazowego posiedzenia na daglasowym fotelu i 25 £. Gdyby komuś przyszła ochota podumać, polecam mojego londyńskiego stylistę fryzur z Brazylii geja.
* * *
Udało się, zdążyłem. Bene.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

19 września 2016

Na ziemi ojców - Willkommen in Stettin


Oderwałem się od klawiatury na dobre. Ożywczy, aczkolwiek niezamierzony, odpoczynek od ermaka sobie zaaplikowałem. Zdaje się niemożliwe, a stało się. Widać tak potrzebowałem. Dwa tygodnie bez komputera, ale gwoli sprawiedliwości, nie internetu. Telefony mogą dziś wszystko, a moja płyta grzewcza funkcjami i wielkością wyświetlacza ermakowi niewiele ustępuje. Dziarsko mi go zastępowała. Okazuje się, że potrafię się obejść bez codziennego mielenia i przeglądania tego wszystkiego, co zwykle wydaje mi się z niezmiernie ważne.

NA ŁONIE RODZINY
Do Szczecina w końcu i po długich przedbiegach się wyprawiłem. Dawno nie byłem, a poza tym dentyście pojechałem się ukłonić. W Szczecinie Pani Wanda Dentystka urzęduje, od 18-tu lat naczelny strażnik mojego uzębienia. Dentysta rzecz nie byle jaka i ważne aby mieć do niego zaufanie. Wystarczający powód żeby gnać taki kawał.
Zatrzymałem się w mieszkaniu Siorki i Szwagra Krzysztofa, ponieważ dzielenie przestrzeni mieszkalnej z Danutą Matką i Józefem Ojcem bywa męczące i rodzi konflikty. Po miłych początkach nasze dziwactwa się nie zazębiają. Ponadto, Danuta Matka posiada niezbadaną zdolność doprowadzania największych optymistów na skraj przepaści. Najbardziej opornego potrafi pchnąć w czeluść, a wszystko w jego dobrze pojmowanym interesie. Taka to Danuta Matka, przy pakiecie niezaprzeczalnych zalet jak sos z kurek przygotowany dla dawno nie widzianego syna, czy gołąbki z prawdziwkami. Dlatego zmieniłem zwyczaje i umilam czas Siorce i Szwagrowi Krzysztofowi. Zatrzymuję się u nich od pewnego czasu. Taki układ jest zdrowszy dla wszystkich stron. Siorka dba by młodszy brat nie chodził głodny, brudny i obdarty. Identycznie jak w chwili kiedy miałem 10 lat. Wciąż jest tą samą starszą siostrą która nie da zrobić mi krzywdy. W czasie swojego pobytu jestem niejako substytutem Siostrzeńca Kuby, który porzucił Szczecin na rzecz Wrocka, gdzie studia uprawia.
U Danuty Matki i Józefa Ojca natomiast, pojawiam się na obiady, kawę, herbatę, świeże pączki, z przyjacielską wizytą. Wystarczająco by nie nadepnąć sobie na odcisk, a wszyscy są zadowoleni.
* * * 
Pani Wanda Dentystka gdy tylko się pojawiłem paszcze mi rozdziawiła. Straty oszacowała. W oczekiwaniu aż morda mi stężeje po szprycy znieczulającej, pogawędziliśmy do chwili gdy morda mnie stężała na tyle, że powiedzieć nie byłem już w stanie nic. Lewa dolna szóstka po godzinie została nareperowana.

SZCZECIN FAJNY
Pogoda była moim sprzymierzeńcem, a słońce grzało jak we wrześniu 39-go. Zelòwy zdarłem na szczecińskich trotuarach, przemierzając go w każdą możliwą stronę, lecz nie zamierzam narzekać (za bardzo) na to co widziałem. Słońce potrafi pomalować wszystko przyjemnymi barwami. Tym razem Szczecin wydał mi się zadziwiająco przyjemny, mimo swoich widocznych szkaradności.
To ładne miasto. Kto był, kto widział, tego nie trzeba przekonywać. Niewiele jest miast poròwnywalnych urokiem. Miasto niewykorzystanych i niewykorzystywanych szans, które jeśli nie popadło, to popada w prowincjonalizm. Wciąż jednak może być miastem przyjemnym. Miastem, które atakuje nie tyle intensywnością życia, ale spokojnie bijącym rytmem miasta na weekendowe wypady. Miastem, które poleca się z ust do ust jako cel kilkudniowych wizyt.
Fajnie, że ożywają ulice kiedyś uznawane za nieciekawe. Rayskiego, Mazurska, Śląska. Coraz więcej tam knajp, gdzie można zjeść, napić się. Niektóre może ciut pozerskie, inne nieco zbyt hipsterskie, ale każdy ma hipsterów na miarę swoich możliwości. Nie mniej są. Knajpy oczywiście. Fajnie, że odnowie poddano zdewastowane, ale piękne kamienice na części Śląskiej. Fajne są Jasne Błonia, gdzie biegałem wcześnie rano, gdy Szczecin ruszał do pracy.
Fajnie, że Szczecin odkrył lody. Lody własnej produkcji. Trafiłem w kilka miejsc, niektóre z polecenia, niektóre strzały w ciemno, z zajebiaszczymi lodami. Ustawiające się po nie kolejki są dowodem, że lody w Szczecinie się wstrzeliły. Jako lodziarz, mam nadzieję, że to nie tylko sezonowe zachłyśnięcie i trynd przetrwa dłużej.

SZCZECIN NIEFAJNY
Ten sam Szczecin jest ròwnież qrwa brudny, osrany i obskórny. Miejscami ciągnie uryną. Zalepiony starymi plakatami. Postrzępionymi i wyblakłymi. Nawet na uznawanym za reprezentacyjny dla Szczecina deptaku Bogusława. Nad sklepami dominują brzydkie, każdy na inną modłę, tworzone w garażach, szyldy i pseudo neony o wątpliwych walorach upiększających. Zabutkowo i jarmarcznie. Dwie dominujące galerie handlowe skutecznie udupiły życie i ludzki ruch na ulicach. Jak w polskim filmie. Nic się nie dzieje. Nie trudno zliczyć w dowolnym momencie ludzi przechodzących ulicą w zasięgu wzroku, bo jest ich tak niewielu. Handel poza galeriami nie istnieje lub istnieje w minimalnym stopniu. To one pełnią rolę kulturalną, rozrywkową i miejsce spotkań towarzyskich. Poza tym, ceny w niektórych knajpach wydają mi się ciut za wysokie jak na możliwości mieszkańców. Myślę sobie - przysiądę gdzieś w lokalu, sałatkę jak królik wrąbie. 25 złotych. Sałatka taka sobie, raczej bez historii. Zsumowałem zawarte produkty i wyszło mi mniej więcej 10 złotych. Energia, koszty pracy, zusysrusy, głupi nie jestem, ale mimo wszystko, chyba trochę za dużo. Z drugiej strony, te same lokale funkcjonowały kiedy byłem dwa lata wcześniej, w ubiegłym roku i teraz, więc chyba jakoś się to godzi. Co ja wiem o zabijaniu.

POŻEGNANIE
Dziewięć dni i było minęło. W weekend pomoczyliśmy jeszcze pięty ze Szwagrem Krzysztofem i Siorką w bałtyckiej solance, zdążyliśmy się skuć, wytrzeźwieć i już musiałem przygniatać kolanem samsonaita żeby się domykał. We wtorek obściskałem się ze Szwagrem Krzysztofem, obcałowałem z Siorką na pożegnanie i pięknym prawie nowym szynobusem pomknąłem wprost na lotnisko w Goleniowie. Szynobus kursujący wprost na, i z lotniska. Takie dziwy tylko w Szczecinie. Mniej więcej dwie godziny później samolot z niewyobrażalną ilością polskich dzieci - Dżesik, Aleksòw, Sandr, Brajanòw - powracających do angielskich szkół, niósł mnie ku dostojnej Brytanii. Czy Wielkiej? Za dwa dni, samolotem tych samych linii ciachałem niebo kierując się w stronę Sofii, gdzie na lotnisku czekali Diana i Nico.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers