27 paź 2016

Wakacje - 10 lat połączone z nostalgią


Wakacje mimo niezaprzeczalnych zalet, obarczone są również wadami. Naliczyłem trzy. Trwają zbyt krótko, zawsze następuje ich koniec, trzeba z nich wrócić. W zasadzie jedna wynika z drugiej.
Będzie więc trochę o wakacjach, ale niespójnie, nieskładnie i miejscami być może chaotycznie, bo do rzeczywistości - tej szarej, ponurej z ołowianym niebem - wracam powoli i opornie. Podobnie jak do klepania w klawiaturę, ale boję się, że emocje i odczucia mi towarzyszące z każdą godziną się oddalają. Dlatego staram się mimo wszystko tekst w spójną całość poukładać i puścić, bo to co aktualnie wydaje mi się warte wzmianki, za parę dni być może okaże się śmieszne.
Głupi nie jestem i niech wystąpi przed szereg ten, kto twierdzi, że na takiego wyglądam. Aby nie stracić żaru wspomnień i przeżyć, złote myśli notowałem w swoim Ciaku (lokowanie produktu) jeszcze na pokładzie AlItalii, która niosła nas do Londynu. Nota bene niezbyt się popisała. Przymusowy nocleg w Rzymie i pakiet perturbacji w pakiecie gratis otrzymaliśmy. Przerzucam zatem niezdarnie formułowane myśli z papieru na ekran i niewiele zmieniam. W samolocie byłem zasmucony do tego stopnia, że na odpalenie ermaka nie miałem ochoty.

NOSTALGIA 
Nachodziła mnie często. W Isoli byliśmy dokładnie 10 lat temu. Nostalgia, jak powiedziała moja mądra Nati, związana jest z tęsknotą za czymś. A moja za czym? Problem upływającego czasu i siwiejących skroni dotąd mnie nie nurtował. Wciąż wyznaje teorię głoszącą - dobrze utrzymani, szpakowaci mężczyźni w średnim wieku są wartością wschodzącą na rynku. W czym więc rzecz? W gruncie rzeczy, przy całym moim chamstwie i niekończących się złośliwościach, to chyba sentymentalny jestem. Tak mi wychodzi z obliczeń.
10 lat naszego i nie tylko życia. Dużo i mało. Co się wydarzyło, a co pozostało tylko planami i wydarzyć się jedynie mogło, gdyby nasze wybory były inne? Jaka liczba znajomych zniknęła z naszej orbity, a ilu pojawiło się nowych?
10 lat temu nie byliśmy jeszcze, ja mężem, a Nati żoną. Nie myśleliśmy o rozpisanym na 30 lat kredycie. 10 lat i 4 różne kraje zamieszkania. Ani w głowie mi to było, kiedy w październiku 2006 roku prężyłem się na Janikowym tarasie popijając kawę. Siedząc teraz, zastanawiałem się, czy coś nam umknęło, czy może teraz umyka, czy jesteśmy tam gdzie być chcemy? W końcu, 10 lat temu mieliśmy lat 30-ci, a kto nie chce być młodszy? Taka wspomnieniowa podróż.

WAKACJE
Dały mi to, czego oczekiwałem, ale południe Włoch, to nie urocze niewielkie miasteczka i kadry z romantycznych filmów o Italii. Wcale piękne, w żadnym miejscu bajeczne. No może ciut przesadzam, lecz to nie Włochy jakie widnieją na pocztówkach. Isola, najbliższa Santa Christinie wioska, jest brzydka i obskórna. Z każdego kąta wyziera ubóstwo łamane przez zaniedbanie. Klimatu nadają pizzerie z piecami opalanymi drewnem; rząd staruszków siedzących na placu przed ratuszem. Na ulicach panuje radosny brak zasad, ale w tym szaleństwie - nieprzestrzegania odgórnie ustanowionych przepisów - jest metoda. Szybko się jednak można połapać o co w tym ulicznym zamieszaniu chodzi. Mimo wszystko, po zapoznaniu się z sytuacją okazuje się, że jakieś zasady panują. Właściwie jedna. Trzeba być zdecydowanym w swoich zamierzeniach (tych na drodze) i wprowadzać pewną ręką w życie. Żadnego STOPu, żadnego pierwszeństwa, czy skrzyżowania równoważnego. Nie! Trzeba umiejętnie balansować na granicy wymuszania i tego, na co w danej chwili można sobie pozwolić. Jakkolwiek byłoby to pozbawione sensu, tam sens posiada. Pogarda dla przepisów tak, ale bez porywczości i złośliwości. Włoch na drodze natomiast, jest w stanie wybaczyć wszystko. Nawet najdziwniejsze ewolucje, tylko nie brak zdecydowania w poczynaniach na drodze.
* * *
Czas w Isoli upływał w zwolnionym tempie. Istotne, stało się nieistotne. Poczta meilowa przestała mnie interesować, chociaż łącze onlain utrzymywało mnie w granicach cywilizacji. Na wszelki wypadek.
W tym spowolnionym świecie okazało się, że przytargałem ze sobą więcej niż potrzebuję. Moda i miejski szyk zeszły na dalszy plan. Trzy koszulki, prane i noszone na zmianę, wszystkie niebieskie, co raczyła mi wytknąć Nati. Szorty, dwie koszule, długie pory, gatki kąpielowe, rozczłapane adziorki, które w dniu wyjazdu skończyły w koszu, buty wsuwki oraz flip flopy. Okazało się, że wystarczy. Może jeszcze bluza i szal, bo Etna ze swoimi okolicami kiedy do nich dotarliśmy, okazała się zaskakująco gwiżdżąca. Jak ta głupia cipa przytargałem walichę wypchaną większą ilością rzeczy niż ludzie tu, znaczy tam, mają na cały rok. A wszystko wyłącznie na wakacje.
* * *
Cisza, cisza, cisza. Niczym nie zmącona cisza. Przeleci mucha, zabrzęczy osa. Cisza. Po pełnym jazgotu, przepełnionym wszechobecnym pośpiechem i hałasem Londynie niesamowite uczucie. Wyłącznie szum generowany przez wiatr, drzewa, palmy i w oddali mare. Bella mare. Pierwszy z wieczorów spędziłem na balkonie siedząc w ciemności, popijając wino i wsłuchując się w to czego nie słychać. W ciszę. Błogość.
Budziłem się wcześnie. Organizm wytrenowany, nawyków szybko nie zmieni. Poza tym lubię. Otwierałem okiennice oraz okna, a podczas golenia powoli nastawał dzień. W czasie śniadania popijanego zbożówką obserwowałem z tarasu poranne słońce, które wyłaniało się z morza. Szedłem biegać.
Bardzo szybko wszedłem na pułap „może jutro”, czyli domani bardziej znane jako maniana. „Może jutro pojadę do Castelli”, „Może jutro spędzę dzień wykazując się większą aktywnością”, „Jutro zrobię…”. Teraz książka i plaża, reszta jutro. Planowałem coś napisać. W tym celu zabrałem ermaka. Wstrętu jednak jakiegoś do klawiatury nabrałem. Bo czy to teraz ważne, i po co mi to składanie wyrazów w logiczną całość?
Bez małych spraw składających się na te duże, wywołujących irytacje i nerwy. W zamian kawa parzona w kawiarce do kompletu z książką na tarasie. Aktywność, która ograniczała się do przejazdu do Isoli po wino, winogrona, wędliny i sery oraz zagwarantowanie sobie czegoś na kolację. Drzemka po lanczu na tarasie, czy leżak na plaży? Problemy pierwszego świata. Innych nie miałem. Plaża natomiast cicha i opuszczona. Bez zgiełku, wrzasków i zalegających tłumów. Szum fal, leżak, książka, drzemka. Cudowne nic nie robienie.
Po południu Prosecco na orzeźwienie. Dużo się lało, a przyjazd Kamy i Grega jakby wzmógł jeszcze proceder. Wspólne kolacje, dobre jedzenie, dużo wina i przegadane wieczory. Tylko śpiewać mi zabronili.

PO WAKACJACH
To były nasze pierwsze wakacje z prawdziwego zdarzenia od 2011 roku. Pierwsze również tak długie, bo trzy tygodniowe, choć spędzane częściowo oddzielnie. Nati po wizycie w Singu przyjechała do mnie mocno naładowana. Potrzebowała kilku dni by wyhamować i przejść na inny tryb, nieco wolniejszy. Porzucić miejski. Musiałem tego mocno pilnować, bo bywało, że pędziła tak, iż nie miała czasu na kawę. Miniony rok i jeszcze obecnego połowa był dla ciężki. Staneliśmy obozem na wyspach. Stres przeprowadzki z Singapuru, osadzenie i odnalezienie ścieżek w nowych okolicznościach. Teraz, wypoczęty i z perspektywy czasu to widzę. Wakacje były jak lekarstwo. Kiedy dobiegały końca, gula w gardle sukcesywnie się powiększała. Osiągnęła wielkość nieprzełykalną w chwili gdy ostatecznie porzuciliśmy na parkingu naszą 500tkę, która woziła nas dzielnie po Kalabrii i części Sycylii. Bardzo lubię te nasze niespieszne podróże autem i dialogi nie za bardzo rozsądne. Jak choćby ten, o znanych kobietach, dla których tu i teraz gotów jestem paść na kolana. Ja swoją listę podałem. Wyszło, że Nati jest piątą w kolejności żoną. Po naciskach i długich namysłach, ze swej strony zdołała podać tylko jednego mężczyznę, którego pojawienie powinno wywoływać u mnie trwogę. Powinienem się cieszyć, czy nie chciała mnie dołować?
Codzienne czynności uznawane za ważne zatraciły podczas pobytu w Isoli swój sens, zbladły. Byliśmy w stanie się bez nich obejść. Po trzech tygodniach letargu byłem wystarczająco naładowany ciszą i spokojem (do czasu lądowania w Rzymie, a później Londynie). Ukojony. Byłem gotów by wyjeżdżać. Problem nie leżał już w tym co opuszczam, lecz w tym gdzie się udaje i świadomość, że duże problemy zaczynają się od małych. Duży stres zaczyna się od małego. Małe rzeczy rozrastają się potęgując frustrację, zmęczenie do dużych rozmiarów. Nie chcę na to pozwolić. Bywa, że sam sobie narzucam rodzaj zachowań, czynności, które mając mi przynieść satysfakcje, w gruncie rzeczy jej nie dostarczają. Wiele rzeczy, które „muszę” wcale nie „muszę”. Bez nich też będę żył, ziemia będzie się kręcić, a słońce wschodzić na wschodzie. Błahostki, które dorzucają do pieca. Strona się nie ładuje, bądź robi to wolno, lot opóźnia, a stary dziad przy kasie za wolno szuka drobnych. Naiwny nie jestem. Wiem, że nie da się przeżyć życia jak na wakacjach, ale spróbuję nie poddawać się własnemu rygorowi nakręcania sprężyny. Czytam „Sens” i prenumeruję „Charaktery”. Dokonałem wglądu we własne wnętrze i zobaczyłem w nim, jak wiele sytuacji stresogennych mógłbym, mogę uniknąć. Tylko czy to mi się uda, bo to zawsze takie chciejstwo pourlopowe, podobne do noworocznych założeń. Ocenię podczas następnych wakacji.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers