29 lis 2016

Black friday z Helen Mirren, czyli jak nie ulegać promocjom


Zarejestrowałem się na usługę do mojego londyńskiego stylisty fryzur z Brazylii. Douglasa przedstawiać nie muszę, bo już to kiedyś uczyniłem. Na znudzonego musiałem chyba wyglądać siadając na fotelu, bo nim rozpoczął harce z moimi lokami, położył na pulpicie kilka kolorowych czasopism. Takich, które zwykle zalegają w poczekalniach. Okładkę wierzchniego zdobiły elektroniczne gadżety.
- Black friday. Może chcesz przejrzeć? 
- Nie, dzięki. To szaleństwo. Nie dla mnie.
Wpadam w letarg, a Douglas tnie.
* * * 
Buty do biegania stanowią jeden z najdroższych elementów mojej garderoby. Jeżeli wziąć pod uwagę ich stosunkowo krótki okres żywotności, inwestycja z perspektywy biznesowej średnio opłacalna. Kupuję nowe, a już następnego dnia rozpoczynam poszukiwania kolejnej pary, bo to nie takie proste zsumować jakość, cenę i odpowiadającą mi estetykę. Wyszukiwarka chyba zdążyła poznać moje preferencje markowe i wie co sobie upodobałem. Od kilku tygodni prowadzę poszukiwania gwałtowne, zakrawające nawet o paniczne, ponieważ w prawym trzewiku aktualnie użytkowanej pary, pojawiło się niepokojące przetarcie, które rychło przerodzić się może w dziurę.
* * * 
Londyn zwariował, a „Black Friday” zaatakował z całą mocą. Nie sposób przed nim uciec. Jakby wszystko inne schodziło na dalszy plan. Media pompują balon i próbują stworzyć z zakupowego obłędu świąteczny rytuał. Nadać mu głębszy sens. Londyn świruje. Grzmi radio, sklepowe witryny bombardują przekazem zachęcającym do skorzystania z oferty, skrzynka pocztowa wystawiona zostaje na ostrzał przychodzących materiałów promocyjnych, a wyszukiwarka automatycznie wyrzuca coraz to nowe i lepsze oferty. Obłęd zmiksowany z szaleństwem, nie doświadczane dotąd przeze mnie w żadnym kraju. Ubiegłorocznego przejawu masowej psychozy uniknąłem ponieważ przebywałem akurat w Polsce. Ominęło mnie. W tym roku znalazłem się w epicentrum.

Nie można ludziom zabronić. Podnosić argument, że nikt nikogo na siłę, że nikt nikomu nie karze? Raczej słabe. W każdym razie, żadna tradycja, a nachalne manipulowanie. Całkowita obłuda, bo gdzie te media, które potrafią nas, znaczy społeczeństwo ganić za konsumpcyjny styl życia? Gdzie gremia mądro głowych socjo-psychologów aby zagrzmieć donośnie - Qrwa! Ludzie opamiętajcie się!
 * * * 
Myślałem o sobie jako jedynym mądrym. Trwało to gdzieś do wczesnego popołudnia, ale Google odczekał, uśpił czujność i bach mi te buty na pulpit w cenie prawie, że za darmo. Kto by nie skapitulował? Zapory i blokady bezpieczeństwa zostały ominięte.
Jak to…? Za taką cenę…? Okazja! Może online kupić, nie będę musiał jechać? Ale jak online? Muszę przymierzyć, dopasować. Jadę! Nawet nie sekunda, a doświadczyłem myślowej Niagary. Nieco karkołomne, bo musiałem się udać na Oxford Str., ale - dam radę - myślałem. W pochodach pierwszomajowych chodziłem, to i z tłumem na Oxford sobie poradzę.
Wystukałem numer do Nati, której nieskładnie wytłumaczyłem w czym rzecz. Że ja tu, buty tam, cena dobra, mogą wykupić, trzeba się spieszyć, sama rozumiesz...
- Dobrze, to jedź. Ja ci do tego nie jestem potrzebna, ale może spotkamy się w mieście?
- Dobra. Pa. Lece, śmigam... 

Autobus numer 73 skręca w prawo i wjeżdża na Oxford. Nie wygląda to dobrze. Stopień wyższy słowa „tłum” brzmi „Oxford Str”. Ludzie przemieszczający się ulicą przypominają zombi. W oczach obłęd i otępienie. Niemożliwe aby wywołać taki stan bez użycia środków odurzających. Mam ochotę krzyczeć do kierowcy „Zawracaj! Spierdalaj!”.

Przystanek autobusowy usytuowany jest bezpośrednio przy wejściu. Punkt dla mnie. Może nie nazwałbym tego przemknięciem, ale zaatakowałem tłum pod kątem 90 stopni i po chwili chamskiego przepychania już byłem w sklepie. Przystojny, śniady młodzieniec z warkoczykami - wyglądał jak klon Milli Vanilli - dostarczył mi trzy pary tych samych butów. Skarpetę od buta lakierka zastąpiłem skarpetą sportową i rozpocząłem taniec godowy. Na jednej nodze but większy, na drugiej mniejszy. Podskakuje, biegam po sklepie, przysiady, prostuje nogę, sprawdzam ile luzu w bucie, a Milli Vanilli rzuca mi spojrzenia, jakby w obawie, że zaraz mu w tych butach dam dyla ze sklepu.

Wybrałem. Z butami pod pachą, gotowy jestem przemieścić się do punktu opłat, ale jak z kapelusza pojawia się Milli Vanilli i oferuje swoją pomoc w doniesieniu butów do kasy. Miło z jego strony. Zanim wyruszyliśmy w podróż do kasy zapytałem, czy buty na pewno objęte są obniżką. No i można powiedzieć, że Milli Vanilli wyrwał mnie z butów, które trzymał nota bene pod pachą, bo niestety, oferta ważna tylko w sklepie online. Z miejsca straciłem cała sympatię do Milli Vanilli.

Wyszedłem ze sklepu, stanąłem za rogiem, by tłumowi nie przeszkadzać w swobodnym przepływie. Tyle trudu, poświęcenia, wysiłku aby w czarno piątkowym obrządku wziąć udział i wszystko na chuj. Mogłem siedzieć w domu i grzać teraz nogi pod kocem. Przynajmniej rozmiar dobrałem i będę mógł w necie zamówić. Zadzwoniłem do Nati. Cierpliwie wysłuchała historii mojej czarno piątkowej klęski. Już mieliśmy kończyć, już prawie, odwracam się i stoję twarzą w twarz z... Helen Mirren. Jak stałem, tak mnie zatkało. Zaniemówiłem. Nie taka sztuczna i plakatowa Helen Mirren. Całkowity oryginał, z krwi i kości. Nati do słuchawki wykrzykuje jesteś? jesteś?, a ja przecież nie powiem, że stoję 30 centymetrów od Helen Mirren, bo mnie usłyszy. Musiałem więc odejść kilka kroków, żeby nie wyszło jak w skeczu u młodego Stuhra i powiedzieć Nati
- Ty wiesz kto tu obok mnie stoi...
Wprawdzie nim odszedłem i szeptem znanym ze szpiegowskich filmów wyjawiłem kto przy mnie stoi, Helen Mirren była mi się gdzieś rozpłynęła w tłumie, ale zawsze to razem z Helen Mirren na Oxford Str. w czarny piątek. Czad.

Popołudnie stracone, ale buty zamówię w necie. Przecinam kolejne ulice, bo umówiliśmy się z Nati na Covent Garden. To niedaleko. Mam czas, chętnie się przejdę, zobaczę świąteczne iluminacje. Odbijam od Oxford jak najszybciej. Docieram na Regent Str. Coś jest nie tak, inaczej. Ulicę rozświetlają imponujące anieli rozwieszone między budynkami, ale oprócz tego widzę ciemność. W oknach ciemno, sklepowe witryny ciemne, latarnie ciemne. Nie ma prądu. Blackout. Niesamowite wrażenie. Picadilly pogrążone w ciemności i nawet ściana reklamowych neonów zieje nicością. Trochę jak w filmie katastroficznym. Ogarnięte ciemnością miasto i ludzki materiał w ilościach nie mających końca. Kiedy spotykamy się z Nati, staramy się znaleźć miejsce, w którym moglibyśmy usiąść na kolacje. Niestety, Soho pozbawione jest prądu. Knajpki, restauracje zawieszają działalność. Atrakcja przeradza się w uciążliwość. Znalezienie wolnego stolika to cud. W końcu się udaje.

W oczekiwaniu na starter, próbujemy zamówić buty. Bezskutecznie. Siedzimy w piwnicy, zasięgu nie ma. Nati ponawia próbę, kiedy wracamy do domu autobusem. No i znowu już prawie, już prawie mam te buty, już prawie w nich biegnę, ale okazuje się, że qrwa nie ma mojego rozmiaru. Do dupy z takim Czarnym Piątkiem. Przynajmniej nie uległem ogólnemu szaleństwu.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers