8 lis 2016

Hygge, duński styl który uczynił mnie trendseterem


W scenie prawie końcowej filmu „Pożądanie” pada zdanie - aby historia nie mogła się skończyć, nigdy nie może się zacząć. Film polecam nie tylko ze względu na piękną Sophie Marceau, która w nim występuje, ale również dlatego, że traktuje z wdziękiem miłość, pożądanie i że francuski, a oni takie filmy o zawiłościach damsko męskich tworzą z lekkością. Wspominałem w poprzednim tekście, że sentymentalny z natury jestem i jakby na potwierdzenie dodam, że lubię taki film obejrzeć, gdzie on kocha ją, ona kocha jego, ale nie do końca im kochanie wychodzi. Wracając zatem do owego zdania, przekuję je na własne potrzeby, co fachowo się zdaje parafrazą nazywa. Jeśli historia ma się skończyć, to musi się kiedyś zacząć. Czyli w moim przypadku, ni mniej ni więcej, muszę zacząć ją pisać. Ale po kolei.
* * *
Informuję, że jesień rządy przejęłą, gdyby zdarzyło się komuś nie dostrzec. Przypomina nie tylko kalendarz, ale i okoliczności przyrody za oknem. Dzień krótszy, wieczory zaś dłuższe, a słońce reglamentuje swoje wdzięki. Deszcze, wiatry, zawieruchy, a wkrótce jeszcze zamiecie i żadnej nadziei na rychłą poprawę. Taki mamy klimat, powiedział ktoś kiedyś, i nic się nie da z tym zrobić. Chyba, żeby na ulicach ustawić automaty, takie jak z lizakami w lunaparku. Wrzucasz monetę i wychodzi słońce. Pół godziny za pięć zeta. 10 zł to półtorej godziny, bo w promocji. Niestety, ale to chyba tylko w Nibylandii, chociaż kto wie nad czym NASA dzisiaj pracuje? Pozostaje kanapa, sofa, wygodny fotel lub czym kto dysponuje oraz koc i herbata, najlepiej taka z sokiem malinowym. Sposób stary i sprawdzony.
Od dawna, czyli czasów kiedy nie miałem jeszcze twarzy pooranej bruzdami dojrzałości, staram się, do spółki z Nati, przetrwać w powyższy sposób ciężkie, jesienno zimowe chwile. Domator jestem z zamiłowania i w jesienno zimowy czas, lubię ugrząźć pod kocem z herbatą malinową w dłoni. Spędzamy tak razem do pary jesień i zimę, grzejąc się pod kocami, popijając herbatę i rozświetlając mieszkanie świeczkami. Ich blask nadaje lepszej aury, ciepła i przytulności. Nawet gdy zdarzy mi się spędzać samotnie wieczory, obstawiam się nimi, chociaż ani ze mnie gej, ani pedał, czy też lesba. Bo każda lesba to pedał, jak powiedziała kiedyś nieznana mi bliżej pani w telewizorze, ziejąc wściekłą nienawiścią do wszystkiego co wokół. Tak mnie wtedy wystraszyła, że od razu wyłączyłem telewizor. Bałem się, że z niego wyskoczy i rzuci mi się do gardła.
* * *
Zasadniczo, w tym właśnie miejscu powinienem rozpocząć swoją opowieść, ale posiadłem trudne niekiedy do zniesienia upodobanie do zbyt długich wprowadzeń. Opisane przeze mnie kilka zdań wcześniej czynności, to taki domowy sarwiwal na jesień i zimę. Przetrenowany nie tylko przez nas, ale i szerszą rzeszę lubiących kocowy klimat. Model odpoczynku przechodzący z ojca na syna, z matki na córkę (by kobiety nie czuły się pokrzywdzone), z pokolenie na pokolenie.
Londyn stworzył nam warunki idealne, bo gdzie jak gdzie, ale aura bywa tu podła. Akceptowalnego wymiaru, nabiera dopiero obserwowana spod koca i perspektywy za okiennej. Koce posiadamy, a jakże. Grube, duże, wełniane, milaśne i zapewniające ciepło. Zazdrości nam ich cała dzielnica, a przypuszczam, że po cichu również rodzina królewska. Takie z tych opatrzonych szyldem - zawijam się i nie wychodzę. Ja mam swój, Nati swój.
I podczas jednego z tak reżyserowanych wieczorów, zdaje się był wtorkowy, gdy ogarnęła mnie przyjemna błogość, a najdalej wysuniętemu punkcikowi moich stóp zdołałem przywrócić ciepło polegując pod kocem, Nati odpaliła we mnie słowami, które stały się początkiem naszej kulturalnej rozmowy. W sumie wywodu Nati. Jako kobieta bywała i bardziej świadoma, poinformowała mnie, że to co w danej chwili uprawiamy nazywa się Hygge i jest aktualnie panującym lajfstajlem.
- Znaczy się co? - zapytałem ślubną
- No właśnie to. Przytulne, dające uczucie ciepła wnętrze, świeczki, pledy, koce, herbata, książka, itd. Takie zorganizowanie wnętrza i otoczenie się przedmiotami, które sprawią, że przetrwanie zimy stanie się łatwiejsze i bardziej pogodne. Taka duńska kultura.
- Taaaaa…..? Ale my to robi... 
- Nieważne. Teraz jest to lajfstajl 
- Aaaaaaa...
Myślałem, że sobie żartuje, ale nie. Rzecz ma się poważnie i jest próbą sprzedania kolejnej mody dla znudzonego życiem wycinka społeczeństwa. Przywędrowała lub ściągnięto ją z Danii i się panoszy. Na księgarnianych półkach nie brakuje instruktażowych książek, jak do zagadnienia Hygge podejść, w co również nie byłem skłonny wierzyć. Wprawdzie ufam Nati bezgranicznie, ale sprawdziłem.
Weekend spędzałem samotnie, bo Nati na babskie spotkanie się wybrała gdzieś w Europe. Wobec tego, pojechałem w sobotę odebrać trzewiki ze sklepu, które sobie wcześniej zamówiłem. Księgarnie miałem po drugiej stronie. Pomyślałem, że zajdę. Tym bardziej, że fajne i skromne dziewczyny nieraz się tam przechadzają. Zerknąć nie zaszkodzi. Dziewczyn nie było, za to Hygge jak byk na półkach stoi.
* * *
Duńczycy, których język brzmi jak bulgot stada wystraszonych fok, zaszczepili nowy trend. Nie klabing, nie melanż w kafe z late, a Hygge. Teraz mężczyzna z brodą i jego okulary w rogowych oprawkach oraz ich damska odpowiedniczka uprawiają Hygge. Co to jednak za przyjemność uprawiania Hygge w samotności, kiedy nikt nie widzi? Nic straconego przyjacielu z brodą. Znam przynajmniej jedną knajpę gdzie można Hygge uprawiać. Można, bądź można było, bo dawno nie byłem.
Mój ulubiony Plac Zbawiciela, a knajpa tak natchniona, jak i zintelektualizowana. Niespełnieni artyści, tacy sami muzycy, intelektualiści, przedstawiciele wolnych zawodów oraz wszyscy, którzy pragną i pragnęli być za nich uważani. No i studentki kierunków humanistycznych pozujące na dorosłość. Frappe, czy latte? Miny znudzone, przechodzące w zblazowanie. Niemal każdy bez butów bo taki tam lans. Dziwne przekonanie, że to dodaje luzu. Więc skłonny jestem sądzić, że to odpowiednie środowisko dla Hygge.
* * *
Morał jest nawet budujący. Fakt, ktoś stara się sprzedać jako styl życia dawno wymyśloną oczywistość, ale co mnie to. Przynajmniej mam pretekst do kpin. Najwyraźniej znajdzie się głupi, potrzebujący przewodnika. Kupi wszystko byleby tylko nosiło znamiona trendu. Dla mnie ma to inny wymiar. Awansowałem do trendseterskiej awangardy. Pierwsza liga. Nie wiadomo komu i kiedy bije dzwon. Wchodzę pod ten koc zapamiętale od przed wojny. Ktoś mógłby powiedzieć, nudziarz. A tu proszę. Nie nudziarz, lecz znawca trendów. Nie wiadomo czy moje dzisiejsze dziwactwa za jakiś czas nie zostaną uznane za stylowe. Oczywiście poza oglądaniem świerszczyków pod kołdrą w świetle latarki. To jest naganne, ale jak się powstrzymać?
Wszystkim życzę miłego uprawiania Hygge w długie, zimowe wieczory.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers