12 gru 2016

Jak ciało body się stało


Do rozgadanych nie należę. Głosu używam oszczędnie. Raczej słucham niż mówię. Można by w moim przypadku mówić o minimalizmie werbalnym, co jakby ponownie i w sposób niezamierzony lokuje mnie w pozycji osobnika bezbłędnie odczytującego trendy. Bo minimalizm i slow robią ostatnio zawrotną karierę.

Langłiczem posługuję się z czasem lepszą, czasem gorszą wprawą. Nie posiadam żadnego certyfikatu potwierdzającego jego znajomość. Sam bywam nieraz zaskoczony, że mimo nieuleczalnego nawyku mówienia przez zaciśnięte zęby, jestem rozumiany. Spotkałem jednak już tyle odmian langłicza, z chińską w szczególności, że mój nie jest chyba niczym wyjątkowym. Zastanawiające w tym wszystkim jest to, że jeszcze nikt, poza Polską i Polakami, nie zwrócił mi uwagi kwestionującej poprawność. Tylko rodacy. Czemu się tak dzieje i skąd tyle ochoty do poprawiania, nie wiem.

Tkwi w naszym narodzie fascynacja i głębokie zamiłowanie do langłicza. Nie znam i nie potrafię przywołać w pamięci, drugiej nacji, która z takim obłędem i szaleńczą konsekwencją wspiera swoje wypowiedzi obcojęzycznymi zwrotami. Wkładamy te obce formy w co drugie, albo nawet w każde zdanie. Taka ogólnonarodowa dyscyplina sportowa. Zastanawiam się czy to kompleksy, próba oznakowania jako oczytanych i wyrobionych światowców, czy jedno wynika z drugiego?

Dość dawno temu, spędzałem czas z dwójką moich kolegów. Siedzieliśmy sobie w aucie. Wycha, Adaś Jabłoński i ja. Wycha, z którym nie widziałem się już z 15 lat, to gatunek pogodnego i pozytywnie nastawionego człowieka. Prawie na wymarciu. Adaś, chłopak równie dobry, lecz niestety natura skazała go już we wczesnym dzieciństwie na okulary rozmiarów denka od coca coli. Nasłuchał się przez nie Adaś żartów i docinek od metra, bo dzieci potrafią być okrutne. Robił co mógł by zatrzeć niekorzystny imidż lalusiowatego okularnika, ale nie zawsze wychodziło. W międzyczasie zmienił okulary na bardziej subtelne, ale głęboka wyrwa w Adasiowym umyśle pozostała. Wciąż robił wszystko by inni uznali go za fajnego gościa.

W zaawansowanych latach 90' trafił Adaś do Niemiec. Do naszych zachodnich sąsiadów. Duże przeżycie, bo pierwszy raz w życiu przebywał w państwie innym niż kraj demokracji ludowej. Pławił się w niemieckim dobrobycie ze dwa tygodnie. Wypoczął, niemieckiego piwa opił i wrócił. Od tego czasu nabrał irytujących nawyków. Zakupy robił w markecie, tanksztele zastąpiły stacje benzynowe. To było takie fajne; według Adasia.

Siedzę sobie zatem w aucie z wyżej wymienionym towarzystwem. Nie ukrywam, fajczymy. Lolek krąży tempem miarowym, muzyka sączy się powoli z głośników, a dyskusja układa równie powoli jak muzyka sączy. Głos zabiera Adaś
- Trzeba by było podskoczyć na tanksztele kupić coś do picia. 
Zasadniczo niby i racja, bo w ustach zaschło i pić się chce, ale widzę, że Wycha procesuje. Ma prawo, bo auto jego, w zasadzie ojca, a w sumie to nie wiadomo czyje. Otóż trzeba wiedzieć, że Tata Wychy, Henryk, prowadził liczne interesy, które posiadały wspólny mankament. Zwykle nie wypalały. Ale miał też w sobie werwę i zapał, a co najważniejsze pieniądze by zaczynać nowe. Pewnie po nim Wycha dziedziczył optymizm. Henryk był tak zadłużony, że aby ustrzec majątek przed komornikiem rozpisał go na członków całej rodziny. Stąd nie wiadomo, kto w rzeczywistości był formalnym właścicielem auta.

Wycha sobie sprawę niespiesznie przeprocesował i odezwał się mniej więcej w ten sposób,
- Wiesz co?! Wysiadaj! Tam masz granicę - wskazał Adasiowi dłonią orientacyjny kierunek - idź sobie qrwa na tą tanksztele, a my się bujniemy na stacje benzynową. 
Adaś przeszedł błyskawiczną terapię i nie słyszałem nigdy później aby wspomniał cokolwiek o tankszteli.

Drażnią mnie makaronizmy i piętnuje je wszędzie gdzie napotykam, ale rozumiem, język polski ewoluuje. To akurat usłyszałem od profesora Miodka. Bardzo go lubię i cenię.
Ilość przyswajanych przez nas informacji mocno się zwiększyła, a potrzeba ich szybkiego przekazania sprawia, że język musi być prostszy. To język ma być na potrzeby człowieka, a nie odwrotnie. Internet i wszystko co z nim związane wprowadziły dużo obcobrzmiących naleciałości. Rodzimy język nie był przygotowany i często nie posiadał w swym zbiorze odpowiedniego słownictwa, najczęściej branżowego, więc poprzez umasowione użycie zdołało się ono, to obce, upowszechnić. Jest piłka nożna i jest futbol. Oba zwroty funkcjonują dzisiaj zamiennie, aczkolwiek futbol kiedyś również musiał dotrzeć do Polski, a nikogo dziś nie obrusza jego angielskie pochodzenie. Zejdzie z tego świata pokolenie moich rodziców, mi z męskich przyjemności pozostanie jedynie golenie, a pewnie wtedy lajfstajl, a nie styl życia będzie czymś tak polskim, że nikt nie będzie pamiętał ze zlepku jakich słów się wzięło. Przykłady mógłbym i można by mnożyć, ale przecież nie jestem specjalistą językowym.

Moja odezwa ukierunkowana jest w stronę, na co często się powołuję, utrzymania zasady złotego środka. Przed angielskim nie uciekniemy. Niestety, dziwnym zrządzeniem, Brytyjczycy przekonali świat, żeby uczył się ich języka. Sami swoje mózgi mają chyba zbyt nasiąknięte alkoholem, by posiąść znajomość jakiegokolwiek innego. Walczą ze zjawiskiem od dawien dawna Francuzi i jest to walka z wiatrakami. Mimo wszystko posiadamy bardzo bogaty język z mnogością opisowych określeń i nie trzeba przyjmować wszystkiego w ciemno. Panująca dziwna moda na obcobrzmiące sentencje w zdaniach, mająca dać świadectwo obycia i otrzaskania jest buraczana. W równym stopniu jak kampania buraczana w PeeReLu. Walczę i będę walczył ze zjawiskiem jako ten Zawisza samotny rycerz. Taki czelendż.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers