4 maj 2017

Czytasz? Poczytaj też za mnie


Długo nie pisałem, ale nie miałem ochoty. Wśród blogerskiej braci modnym stało się w takich przypadkach utyskiwanie na brak weny. Zawsze to lepiej brzmi niż - nie chciało mi się bądź nie miałem pomysłu. Poważnie i literacko. Ja pomysł, a nawet kilka w zanadrzu miałem, ale mi się najzwyczajniej po ludzku nie chciało. Na siłę natomiast klepać nie zamierzam, bo pisanie wciąż umieszczam w katalogu przyjemności, nie zaś czynności koniecznych do wykonania.
*  *  * 
Biblioteka Narodowa opublikowała swój coroczny raport o stanie polskiego czytelnictwa. Wynika z niego, że tylko sobie w torbę strzelić, jak mówił Waldek Pochrząszcz, mój kolega jeszcze z czasów kiedy w bocianim gnieździe niebezpieczeństw wypatrywałem. Nic w temacie nie drgnęło od ubiegłego roku. Raport sugeruje nawet, że jest fatalnie. 63% dorosłych Polaków nie przeczytało w 2016 roku żadnej książki, jeśli nie liczyć instrukcji obsługi imponującego kombajno grilla gazowego, którym przed szwagrem wszak trzeba się pochwalić i przynajmniej w dużym przybliżeniu dobrze wiedzieć jak działa by sobie krzywdy nim nie zrobić. Nic ponad to. Naród jak nie czytał, tak nie czyta. Chociaż tu mi się wątpliwości nasuwają, bowiem przypominam sobie, że jakiś czas temu, liczony w tygodniach, trafiłem na artykuł i wyniki innego badania, które wlewały nieco otuchy w serce. Czarno na białym mówiły, że wraz z siłami przyrody trend nieczytania w narodzie udało się zatrzymać, a tendencja pierwszy raz od dawien dawna nie zwyżkuje lecz utrzymuje się na poziomie z poprzedniego roku.
Niestety w pośpiechu przygotowywania niniejszego tekstu oraz przy dużym wkładzie własnego lenistwa, wspominanych wyników nie udało mi się odszukać. Zniknęły niechciane w zalewie nowości jako mało wiarygodne? Być może, ale głową ręczę, że widziałem. Pozostaje mi zatem opierać się o marazm zaserwowany jako danie główne przez Bibliotekę Narodową.

Podszeptuje mi pamięć, że analogiczny raport wykonany przed rokiem także poruszył mną głęboko. Na tyle, że tekst o swoim zapatrywaniu na rzecz wypuściłem. Sprawdziłem, rzeczywiście tekst jest. Odkurzyłem, miotełką przejechałem, pajęczynę zdjąłem, a po przeczytaniu konsekwencji poglądów sam sobie pozazdrościłem. Mogę się nią teraz z czystym sumieniem afiszować i wpisywać we wszelkiego rodzaju kwestionariusze osobowe, gdy przyjdzie mi okazja taki wypełniać.
Poza tym, problem uderzył w serca i umysły blogerskie, bo na wielu blogach temat raportu jako świeży i ważki był się pojawił. A bloger to taka konstrukcja, która nie dość że sama udaje, że pisze, to jeszcze w czytaniu bardzo mocno zaawansowana co głośno Światu stara się oznajmiać. Dlatego nic dziwnego, że z troską temat blogerzy podjeli, ze mną włącznie. Forsuje się w tym może nawet na czoło peletonu, bo jak powiedziałem, wstrząśnięty podejmuję go drugi rok z rzędu, czym być może wytyczam szlaki.
*  *  * 
Wciąż pałujemy się nie czytelnictwem z zapałem wręcz opętańczym. Jakby potrzebne nam było dla większego urozmaicenia życia chodzenie po gwoździach. Ekscytacja przechodząca w modę na lanie łez nad stanem polskiego czytelnictwa trwa. Zapanowała dziwaczna presja na czytanie. Nawet rozmawiałem na ten temat niedawno z Nati, niezaznajomiony jeszcze z liczbami, a dokładnie jedną, podaną przez Bibliotekę Narodową. Podzieliłem się z najkochańszą z moich Żon, że dostrzegam rodzaj snobo mody - hej kto żyw, niech łapie za książkę! Z książką inteligentniej!
Czy aby na pewno? Czy czytelnik kilku tomowych powieści o walkach smoków w gwiezdnych przestworzach albo miłośnik jednej z kilku książek Wayna Rooneya, a wydał ich jako niezwykle płodny autor młodego brytyjskiego pokolenia przynajmniej trzy, posiada szersze horyzonty, niż czytujący regularnie artykuły w „The Economist” lub „New Yorker”? Uprzedzę, wiem, przykłady skrajne.

Wspominany raport Biblioteki wzmiankuje, że lud wprawdzie rzucił się na twórczość internetową, ale optymizm szybko studzą fachowcy od badań społeczeństw i kultury. Treści internetowe, w tym blogi - jak mówią - nie wymagają takiego skupienia, poświęconej uwagi co książki. Wystarczy „lizać” je wzrokiem, ale kiedy poprosić czytającego o krótką recenzję tekstu, który przed chwilą niby przeczytał, okazuje się, że wielu polegnie. Więc porażka na całym froncie.
*  *  * 
Czytanie to rozrywka. Kształtująca, ale jednak tylko rozrywka. Przykładając podobną miarę, grą na pianinie czy jazdą figurową na lodzie para się pewnie jeszcze mniejszy odsetek, choć to czynności równie rozwijające. Lecz z tego powodu nikt (póki co) nie lamentuje. Owszem zgadzam się, czytanie posiada wiele zalet, ale sporym naciąganiem jest mówienie, że ludzie którzy nie czytają są gorsi, by nie powiedzieć głupsi. To ogólnonarodowe rwanie włosów nazwałbym mainstreamową histerią. 

Czytać lubię. Ktoś inny nie. Prawa jednak przy tym nie łamie; szkodzić innym ludziom nie szkodzi. Pozwólmy mu więc na to. Nie mów mi co jest dobre, a co złe - tak chyba śpiewał Lipiński. Ktoś czyta, ktoś nie czyta. To również mieści się w zakresie szeroko pojmowanej tolerancji, która zbyt często ogranicza się w naszych głowach tylko i wyłącznie do nie biegania z kawałkiem gazrurki za osobami obdarzonymi innym odcieniem skóry.

W ubiegłym tygodniu przeszukiwałem internet aby znaleźć odpowiedź na pytanie komu tak na dobrą sprawę w sposób legalny mogę udostępniać ebooki. Po przebrnięciu przez masę informacji zawierających tryb przypuszczający udało mi się. Znalazłem odpowiedź, ale trafiłem również na inną, równie ciekawą informację. Zaledwie 3% e-booków jakimi dysponują Polacy pochodzi z legalnego źródła. Resztę stanowią wersje pirackie. Łamiemy prawo, oszukujemy i nikogo to nie boli; nikt nie pąsowieje ze wstydu. Dlaczego nam to umyka? Czyżby znowu górę brała „polska zaradność”? Moim zdaniem, to dobre miejsce aby wyrazić skruchę i nieco wstydu.
*  *  * 
Nie trafiają do mnie licytacje - a ty, ile książek przeczytałeś? Nie rozumiem ich sensu. Mam wrażenie, że służą wyłącznie po to, aby upajać się nie samymi książkami, ich treścią, ale własną wrażliwością. Nie tyle genialnością zawartą w danej książce ile własną wyższością.
Nie jestem czytelnikiem nazbyt namiętnym. Nie należę do czytelniczych maratończyków. Przeinaczając nieco trójkowe hasło - biegam, bo lubię, ja czytam, bo lubię. Książkę, chociaż nie tylko, ponieważ czytuję również prasę, mam zwykle przy sobie. Czytam w autobusie, czytam w metrze, czytam w kawiarni (omijam klubokawiarnie), czytam na ławce. Czytanie przed snem idealnie mnie wycisza. Ale czasem jestem zbyt zmęczony by czytać. Oczy łzawią, głowa opada. Nie czytam by nabijać statystyki. Czytam, bo chcę i lubię. Licytacje kto ile przeczytał uważam za idiotyczną sprawę.

Na zakończenie składam wniosek aby zaprzestać tej naparzanki z czytelnictwem. Może przyjdzie czas, że Polak zapała miłością dozgonną do książki? Może nie. Ale nie róbmy z tych, którzy nie czytają, wyjętych spod prawa.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

6 kwi 2017

Halo, halo... czy ja mógłbym mówić z Elżbietą?


Największy kłopot przysporzył mi tytuł. Bo co wymyślić żeby było choć trochę inaczej i przyciągnąć oko? Poza tym, co można napisać o mieście, w którym byli już chyba wszyscy i o którym napisano już prawie wszystko?
To nie przypadek ani nagła myśl, że Londyn pojawia się w moim tekście. Kwestią czasu było, kiedy zacznę się z nim okładać na dobre. Oswajanie zabrało mi tylko więcej czasu niż przypuszczałem że zajmie, bo właśnie mijają dwa lata gdy obóz w Londynie rozbiliśmy.

Podobnych słów można zapewne w necie wyczytać na metry, ale spróbowałem naszkicować Londyn na jakiego opis jeszcze nie trafiłem. Niewiele w nim będzie o parkach, kwiatkach, skaczących wiewiórkach i atmosferze Soho, chociaż nie twierdzę, że nie ładne i że nie ma. Są, tylko w niejednym miejscu już opisane. Poniższy tekst to moja odpowiedź na pytanie - „Jak Ci się podoba w Londynie?”. W końcu zebrałem się do wyrażenia swojej opinii, przez nikogo nie prostowany jak bardzo się mylę i że jestem w błędzie. Bo występuje w ludziach parcie aby przekonywać do własnych racji. Ciężko się niektórym pogodzić z odmiennością opinii.

LONDYN NA DZIEŃ DOBRY

Londyn nie zawojował mojego serca i chyba nie zawojuje. Wrażenie można zrobić tylko raz. Po Singapurze zdawał się być miłą perspektywą i cieszyłem się na taką odmianę. W końcu Europa. Ale entuzjazm trwał krótko i z każdym dniem, tygodniem, miesiącem parował.
Często zachodzę w głowę, czy Anglia to Europa? Sami Anglicy mają pewnie na ten temat podzielone zdania. Mnie zaś dziwi, że w chwili swej wielkości, imperium nie obwołało się osobnym kontynentem. Miarkując rozmiary angielskiej megalomanii, nie dziwiłoby to aż tak bardzo. Wszak przeświadczenie wyższości i dominującej pozycji nad innymi nacjami towarzyszy Anglikom na co dzień. Sprawia, że przestali o nim mówić na głos i kogokolwiek przekonywać. Oni wiedzą i świat również powinien być od dawna tego świadomy.

Trafiliśmy do Londynu wczesną wiosną, czyli porą o jakiej marzyliśmy będąc w Singapurze. Śpiew ptaków, świeża zieleń, słońce i cudowne zapachy budzącej się przyrody. Wiosna co dodaje animuszu i sprawia, że chce się żyć. Nabijałem w tym czasie mnóstwo kilometrów, przecinając miasto w każdą stronę podczas długich wędrówek. Tej możliwości brakowało mi w Singapurze i nią się delektowałem.
W City napawałem się widokiem monumentalnych budynków, które zresztą nieustająco podziwiam. Lubię uprawiać people watching więc oddawałem się temu bez końca, przyglądając się ludziom pracującym w instytucjach finansowych. Wszyscy w świetnych, chociaż osobiście wolę sznyt włoski, często krojonych na miarę garniturach. Mowa o mężczyznach, kobiety najczęściej w damskich odpowiednikach, garsonkach, którym także nić dodać nic ująć. Podejrzewam, że w pięknych biurach usytuowanych w równie imponujących budynkach. Zamknięci w getcie luksusu zarządzają finansami Świata. Czy znają jego potrzeby, poza jedną - jak wycisnąć jeszcze więcej szmalu? Co dla nich oznacza bieda w afrykańskim kraju, któremu udzielenie pożyczki trzeba rozpatrzyć? Pewnie nic. Bo jak dostrzec suszę urzędując w oazie?

GRA W KLASY

Widziałem w swoim życiu spory kawałek świata i nie mogę powiedzieć, człowiek ze mnie bywały, ale nie spotkałem się i nigdy dotąd nie byłem w miejscu bardziej sklasowanym społecznie niż Londyn. W miejscu, gdzie jest to odczuwalne tak intensywnie jak tutaj. To sieć niepisanych umów społecznych, na pierwszy rzut oka nie dostrzegalnych i trudnych do zdefiniowania, ale które są przestrzegane i respektowane przez ogół społeczeństwa. W tej nieformalnej drabince społecznej pozycja emigrantów lokuje się nisko. Niestety zbyt często niżej aniżeli lokalnych penerów i beneficjentów pomocy społecznej.

W Katalonii króluje powiedzenie - Katalończykiem się nie rodzisz, Katalończykiem zostajesz. Londyn zaś oferuje wersję odwrotną powiedzenia. W Londynie, przyjezdny pozostanie przyjezdnym. Tolerowanym, akceptowanym, ale przyjezdnym. Nieistotne czy przybył z innego kraju, czy tylko z prowincji, obowiązuje etykietka jedna dla wszystkich.
Czynników, które określają pozycję jest ogrom. Kod pocztowy, szkoła do jakiej uczęszczają dzieci, sklep, w którym robisz zakupy, akcent w mowie, miejsce pochodzenia … Ktoś może powiedzieć, że podobnie dzieje się na całym świecie. Z pewnością, ale nigdzie tak wyraźne jak tutaj dlatego towarzyszy mi związana z tym mieszanka odczuć. Skostniały i mocno osadzony w fundamentach, nieskory do zmian kręgosłup społeczny trochę mnie fascynuje, budzi zaskoczenie, ale napawa również swego rodzaju niechęcią.

PROSTOTA I PROSTACTWO

Największe zaskoczenie wzbudziło i wciąż wzbudza we mnie prostactwo z jakim stykam się na co dzień. Mówię o prostactwie, nie prostocie i dobrze oba pojęcia rozgraniczyć.
Upłynęło sporo czasu i można by pomyśleć, że powinienem się przyzwyczaić, ale wciąż zaskakują mnie jego rozmiary. Londyn to nie melonik i laska. Przytoczenie konkretnych przykładów jest piekielnie trudne, ponieważ często to szereg wydaje się drobnych zachowań wyrwanych z kontekstu, ale zapisanych w przyjętym kodeksie zachowań. Powszechna i spowszedniała wulgarność oraz ordynarność spotykana na ulicach, w metrzem, autobusach. Wszędzie wokół. To zwierzęce spożywanie alkoholu. Do upadłego. Do sponiewierania. Jakby został odkryty i zaprezentowany angielskiemu narodowi dopiero wczoraj. Obrzygane, zataczające się panny, które w alkoholowym wyzwaniu starają się dorównać mężczyznom; dżentelmeni z pasją znaczący chodniki swoimi rzygowinami. Jak psy z łańcucha. Krzykliwi, ujadający i zaczepni. Irytująca mieszanka.
W swej złośliwości zastanawiam się co przynosi mężczyzna na randkę z angielską damą, kwiaty czy butelkę wódki? Angielskie kobiety i dziewczęta posiadają w sobie wdzięk radzieckiego czołgu.

Siłę alkoholowego rażenia znam doskonale i wiem, że potrafi rzucić na ziemię. Swoje po alkoholu również dokazałem, włącznie z tańcami na dużej arterii w pewnym wielkim mieście. Dziękuje wam wyrozumiali stróże porządku. Ale sobotnie spektakle alkoholowe rozgrywające się na londyńskich ulicach to tragedie rozpisane na kilka aktów. Na ich podstawie trudno odrzucić przekonanie, że sobotnia libacja to dla wielu jej uczestników jedyny motor w życiu.

Znakiem rozpoznawczym bywa również przyzwolenie na śmiecenie, ogólnie rozumiany brud. Akceptacja życia w syfie. Londyn tonie w śmieciach i nikogo taki stan nie kłuje w oczy, bo niemal każdy dokłada swoją cegiełkę wyrzucając śmieci tam gdzie mu wygodnie. Nie mogę się do tego przyzwyczaić, że wszystko co zbędne wyrzucane jest na ulice. Anglicy to naród dbający o porządek inaczej i chyba eufemizmem jest nazywanie ich bałaganiarzami.
Szukając wyjaśnienia, obarczałem winą biegające po Londynie lisy. Wydawało mi się, że to one roznoszą wystawiane na ulice śmieci. Lisia działalności to jednak niewielki promil. Czasem mam wrażenie, że angielska mentalność pod tym względem zatrzymała się w średniowieczu. Nie zdziwię się bardziej niż jestem, kiedy ujrzę obrazek wylewanych z okna pomyj na ulicę. Tak, przeszkadza mi angielska mentalność. Głośna, nieokrzesana, krzykliwa i napastliwa.

DUŻY NIE ZNACZY LEPSZY

Londyn jest wielki, ale to raczej nic co mogłoby zaskoczyć. Wystarczy zerknąć do mapy. Tak duże miasto nie ułatwia życia, a wręcz je komplikuje. Nie jestem przekonany, czy miasta takich rozmiarów są człowiekowi potrzebne? Lubię miasta, uwielbiam życie w mieście, lecz jego wielkość wywołuje zbyt często dysfunkcjonalność, która mnie irytuje. Londyn to moloch, którego objąć w całości nie sposób. Olbrzymie odległości powodują, że życie i tak ogranicza się do dużo mniejszych przestrzeni.
Logistyka skomunikowania tak olbrzymiego organizmu staje się potężnym wyzwaniem. Muszą i występują zgrzyty oraz potknięcia. Nie da się ich uniknąć. A to drażni kiedy przychodzi z tym żyć. Awarie, wypadnięcia z trasy, remonty.

PRETTY WOMAN

Żeby nacieszyć oko ładnymi obrazkami jeżdżę czasem pospacerować do City lub Chelsea&Kensington. Bardzo lubię panującą tam dostojność, ale też czuje się niemal jak Julia Roberts w Pretty Woman na Rodeo Drive. Wklejony nie w to miejsce.

Większość Londynu zaś sprawia ponure wrażenie, a panująca pogoda potrafi wrażenie spotęgować. Pozostałość po erze przemysłowej. Brudne od sadzy i węgla budynki, którym nawet rzadko wychodzące w Londynie słońce nie zawsze potrafi nadać przyjemnych barw. Lecz turysta nie odjeżdża dalej niż kilka stacji metrem od Tower Bridge. Mógłby się zdziwić jak obskurny potrafi być Londyn.

PIERWSZY PO BOGU

Angielska mentalność zwrócona jest do siebie. Zdaje się wyrażać - jestem najważniejszy i nie zamierzam przy zaspokojeniu swoich potrzeb nikomu ustępować. Z nikim i niczyimi odczuciami się nie liczę. To otoczenie musi się dostosować do mnie.
Polityczna poprawność posunięta jest do granic absurdu. Pod żadnym pozorem nie wolno zwracać uwagi niebotycznie rozwydrzonym dzieciom. W zasadzie nie należy reagować na niczyje naganne zachowania i udawać, że się ich nie dostrzega. Zasada, która mówi - tam kończy się wolność jednego człowieka, gdzie zaczyna innego, jest w Londynie nie znana, a na pewno opornie stosowana.

CHŁOPCY Z FERAJNY

Nie czuję się bezpiecznie na londyńskich ulicach. Nie, nie mam na myśli zagrożeń bombowych czy ataków terrorystycznych. Mówię o codziennym, zwyczajnym bezpieczeństwie na ulicy.
Czy to Singapur wyśrubował w mojej głowie tak wysokie normy bezpieczeństwa? Nie potrafię odpowiedzieć. Wydaje mi się, że mimo wszystko nie do końca. Nie wiem jak nazwać uczucie, które mi towarzyszy, bo z całą pewnością nie jest to stan nieustannego zagrożenia, ale też nigdy wcześniej i nigdzie indziej nie doświadczałem podobnej bliskości zagrożenia na ulicach. Oczywiście można sobie mówić o unikaniu miejsc, których zdrowy rozsądek nakazuje omijać i tak dalej. Wszyscy to rozumiemy, lecz nie w tym problem.
Dużo w Londynie rozwydrzonej, nie znającej granic wczesnej młodzieży i nastolatków. Funkcjonują w grupach, a ich mowa ciała przy spotkaniu mówi - zejdź mi z drogi. Zwykle połączeni w nastoletnie gangi, co może w takiej opowieści śmieszyć, ale to synki wyposażone w noże, maczety. Im młodszy tym więcej ma do udowodnienia. Najczęściej zajmują się dilowaniem i nierzadko dochodzi do porachunków między młodocianymi grupami, w których ktoś zostaje pocięty. Narkotyki są tak powszechne w Londynie jak zimna woda w kranie.

PODSUMOWANIE

Zatem jaki jest naprawdę Londyn oprócz tego, że przez większą część roku zasnuty chmurami? Z mojego tekstu wynika, że to miasto pogrążone w rozpadzie moralnym i za nic w świecie nie uświadczysz w nim nic pozytywnego. Zaznaczyłem jednak na początku, że coś takiego też uda się znaleźć na mapie Londynu, ale ja o tym pisać nie zamierzam. Napisałem natomiast to, co się pomija w opowieściach o Londynie. Czego zazwyczaj w nich nie ma.

Londyn jak powiedziałem, jest duży, dużo za duży do ogarnięcia. To miasto w ciągłym pędzie i pogoni za jutrem. To co wczoraj, dziś już jest nudne. Jakiś czas temu, wkrótce po naszym zakotwiczeniu w Londynie, umilając sobie podróż pociągiem z Paryża, porównywałem oba te miasta. Co je łączy, co dzieli? W Paryżu panuje szmer, słychać brzdęk filiżanek, donośny, ale i dostojny szum żyjącego miasta. Natomiast w Londynie dominuje nieustający jazgot i harmider. Mam wrażenie, że czasem celowo generowany, bo gdyby choć na chwilę w mieście zapanowała cisza, ludziom podobnie jak zombie na horrorach urywałoby głowy. Londyn budował solidny rzemieślnik, Paryż artysta. Jeśli lubię za coś Londyn to za miejsca głęboko odizolowane od ludzi. Za ogromną ilość niewielkich zielonych skwerków gdzie wiosną i latem można przysiąść z książką. Lubię Londyn za różnorodność twarzy na ulicach, mnogość języków jakie można usłyszeć. Za ludzi ze wszystkich stron świata. To one tworzą bogactwo i niesamowitość miasta, jego kosmopolityczny charakter.


Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

28 mar 2017

Rozchmurz się, uśmiechnij i nie doradzaj


Miesiąc temu, więc wcale nie tak dawno, poniosło mnie do Szczecina. Piszę o tym dopiero teraz, bo wspominałem, że w niemocy piśmienniczej utknąłem. Napadła, spętała i trzymała mnie w zniewoleniu dwa tygodnie.
Za każdym razem kiedy trafiam do Polski obiecuję sobie, że pisać na ten temat nie będę. Zwykle nie powołuję do życia tekstów, które koncentrują się na naszych, bądź moich wojażach, lecz o wyjazdach do Polski, mimo owych obietnic, zawsze znajdę pretekst by kilka słów wyklepać.
*  *  * 
Czuję, że zbiorę cięgi za poniższy tekst, bo nie lubimy gdy się nas krytykuje. Nas, Polaków w sensie. Posiadamy, my Polacy, cechy, znaki rozpoznawcze, z których bez wątpienia możemy i powinniśmy być dumni. Męstwo, udowodnione w niejednej wojnie. Odwaga, powiązana czasem z głupotą, ale jednak równie czasem urocza i legendarna. I chyba najbardziej ostatnio znane i wysławiane niezłomność przechodzącą w niepokorność. Poza tym jesteśmy jako naród i każdy z osobna, niezwykle kreatywni. Nie przepadam za tym słowem, dlatego wymienię je na pomysłowi. Tak, to prawda. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, a jest to coś czego nie doceniamy. Potrafimy świetnie improwizować, co może w świetle spadających nam samolotów i tak w ogóle brzmieć idiotycznie, ale uważam to za nasz atut. Oczywiście wszystko to, to spore uogólnienia.
W przypływie odwagi i optymizmu zastanawiałem się czy nie dopisać jeszcze, że jesteśmy szarmanccy, ale odpuściłem. Nie chcę wojować z kobietami, które mogą mieć w tej materii odmienne zdanie.

Niestety, posiadamy również ułomności, a jak mówił prezes Ochudzki, chodzi o to aby te plusy nie przesłoniły nam minusów.
Kiedy leciałem już wzbity w powietrze lotem powrotnym, naszła mnie refleksja - Polakiem targa ustawiczna złość, zatracił gdzieś poczucie humoru i kieruje nim potrzeba ustawicznego pouczania.
Obruszą się mieszkańcy dajmy na to pięknego Poznania mówiąc - chyba w tym Szczecinie tak jest. My mamy plyndze, zagryzamy sobie gzikiem, trykamy się główkami jak koziołki, jesteśmy szczęśliwi, radośni i śmiech nas nie opuszcza. Wtóruje mu Gdańsk, Kraków, Stolyca i reszta Polski. Pochodził po Szczecinie i do wszystkich przykłada tą samą miarę. Oczywiście, nie każdy musi się zgadzać z moimi słowami, ale ja widzę to w sposób jaki opisuję poniżej.

Przyglądając się Kowalskiemu na ulicy, wniosek nasuwa mi się jeden - Polak to bardzo zezłoszczony człowiek. Nie wiem co go tak złości, lecz coś na pewno. Ale to nie nowina. Powtarzam się jak katarynka. Ile razy moja stopa dotyka polskiej ziemi, tyle razy wrażenie powraca. Ludzie, których mijam na ulicach bywają nader często nieuprzejmi, a srogi wyraz nie schodzi im twarzy.
Nie jestem przesadnie otwarty i bezwzględnie radosny. Pogodny również nie. Opornie manifestuję swoje emocje. Nasłuchałem się uwag Nati od metra o mojej towarzyskiej abnegacji. Jestem wiecznie chmurny, a uśmiech generuję zaledwie przez dwie godziny w tygodniu o z góry określonych porach. Nic to, ponieważ w każdym polskim mieście do jakiego rzuci mnie los zdaje mi się, że jestem oazą optymizmu i bijącym źródłem nieodwzajemnionego uśmiechu. Ale bardzo szybko mój uśmiech zostaje przygaszony, a optymizm spałowany. Czuje się jak kierowca, który pragnie przestrzegać przepisów na warszawskich ulicach. Szybko zostaje stłamszony. Ja również. Radość i uśmiech zarezerwowane są dla głupka, dlatego jak sądzę, moja pogodna postawa napotyka w rewanżu zdziwione, często złowrogie spojrzenia.
*  *  *
W filmie „Za jakie grzechy dobry Boże” można obejrzeć scenę, w której trzech bohaterów, Żyd, Arab i Chińczyk licytują negatywne przywary swych narodów. Jako jedną z nich, Chińczyk wylicza brak poczucia humoru. Film choć już nie najnowszy, ale wciąż aktualny. Stanowi dawkę świetnej rozrywki i doskonałego francuskiego poczucia humoru.

Podobne zdanie mógłbym napisać o Polakach. Z poczuciem humoru jesteśmy na bakier. Realnym poczuciem humoru, które nie jest powierzchowne i nie objawia się jedynie w wygłoszonym kawale podczas rodzinnej imprezy lub pozowanie na duszę towarzystwa gronie znajomych. Trudno w naszym narodzie doszukać się dystansu do siebie. Nie potrafimy spojrzeć na siebie ironicznym spojrzeniem, śmiać z własnych wad i przywar. Każdy żart na swój temat traktujemy jak atak personalny. Szybko czujemy się urażeni, a dowcip abstrakcyjny jakby nie dla nas. Co nie mnie dziwi, bo chociażby popularność Szymona Majewskiego w naszym kraju może przeczyć. Przecież jego żarty osiągają wysoki pułap abstrakcyjności.
Nie żartuje się w Polsce z rzeczy poważnych. Martyrologia to nasze drugie imię. Myślę, że byłoby nam dużo łatwiej gdybyśmy pozbyli się tej obezwładniającej nas powagi. O ogłoszeniu, które zamieściłem już kiedyś pisałem (TUTAJ), więc odsyłam tych, którzy nie czytali, a zechcą.
*  *  * 
Pamiętam, że na początku przemian ustrojowych, czyli gdzieś 25 lat temu, przedmiotem drwin bywał amerykański rynek poradników i poradnictwa, rozdmuchany do rozmiarów sporego balona. Poszukiwali i chyba wciąż poszukują Amerykanie rad na wszystko i w każdej dziedzinie. Jak odnieść sukces w interesach nie wysilając się zbytnio.
Trend poradnictwa dowolnego rodzaju dotarł również do naszego kraju. Liczba kołczów przerosła liczbę nie kołczów i wzrasta lawinowo. Rad może udzielać każdy. Odpowiedzialności żadnej, więc chętnych na ich udzielanie przybywa w tempie do kwadratu. Przeczytałeś choć jedną książkę w dziedzinie, jesteś ekspertem. Panuje niezbadana potrzeba szybkiego poradnictwa niosącego błyskawiczne i koniecznie proste, a co bardziej, skuteczne rozwiązania. Podąża za nią wiara w możliwość powiązania tego wszystkiego.

Zaszedłem do Empiku, ustawiłem przed półką z prasą i nie powiem, zaskoczyło mnie. Liczba prasy psycho doradczej robi wrażenie. Na mnie przynajmniej zrobiła. Jakby Polak żył wyłącznie skupiony na naprawie i poznaniu własnego wnętrza. Powinniśmy być narodem o najwyższej samoświadomości, tak mocno staramy się ją kształtować. Nie tylko z prasy, ale i z internetu płyną porady jak świadomie żyć, świadomie się odżywiać, świadomie kochać, z sensem pracować, odpoczywać. Zgłębiamy własne „Ja” z szaleńczym obłędem.
*  *  * 
Zanim skończę, chcę jeszcze kilka słów podsumowania skreślić. Wszystko co wyżej napisałem brzmi jakbym mówił o innych, nie o sobie. W zasadzie prawda, ale to też trochę jak z przekraczaniem prędkości na drodze. Robią to wszyscy inni tylko nie ja. Każdy myśli w podobny sposób o sobie. Tymczasem…
Ja również nie jestem bez winy. Może tego ponuractwa we mnie nieco mniej niż w statystycznym Kowalskim, ponieważ jeszcze w czasach resztek Polski Ludowej wyjeżdżałem do ówczesnej Republiki Federalnej, po zmianach ustrojowych dość szybko zacząłem wyjeżdżać za granicę i raczej nie w miejsca kultu pielgrzymkowego, a za granicą można powiedzieć mieszkamy od dawna, ale wciąż jednak głęboko we mnie siedzi. Pracuję nad tym jednak i widzę postępy kiedy przyjeżdżam do Polski. Być może udam się w tym celu na jakieś szkolenie, albo przeczytam fachowy poradnik, który odpowie mi na pytanie. No właśnie, tylko na jakie pytanie?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

23 mar 2017

Kutas i Zima Suka; Jak ugryźć ten feminizm ?


Niemal dwóch tygodni potrzebowałem aby nowy tekst wystukać. Całkiem słuszny rozbrat z klawiaturą sobie zafundowałem. W poszukiwaniu przyczyny, poszedłem tropem tego co za oknem dochodząc do wniosku, że przesilenie wiosenne mnie ani chybi zaatakowało z całą swą mocą. Dwa tygodnie jak w malignie. Niby słońce, piękna pogoda, biedronki na parapecie zwiastujące wiosnę a u mnie animusz i wola walki gdzieś się zapodziały.
*  *  * 
Łańcuch fejsbukowych lajków i połączeń umożliwia podglądanie publikacji znajomych naszych znajomych, znajomych znajomych naszych znajomych itd. Funkcjonowania fejsbukowej machiny tłumaczyć nie muszę, bo najbardziej potrzebującym w tej mierze osobnikiem mógłbym okazać się tutaj ja. Dzieło Zuckenberga wciąż pozostaje dla mnie nie do końca rozgryzione. Wspominanym sposobem trafiam na treści udostępniane przez Paulinę Młynarską. Cieszy mnie to, bo mówiąc kolokwialnie, lubię ją czytać. Z większością rzeczy się identyfikuję, niektóre poddałbym polemice. Ale na tym polegają zalety wolności poglądów i ich wyrażania. Uważam, że Pani Paulina to kobieta atrakcyjna, co w tym przypadku jest jakby mniej istotne, oraz w równym stopniu inteligentna. Z akcentem na obie te rzeczy, a wymieniłem je w porządku alfabetycznym gdyby komuś przyszło się czepiać.
*  *  * 
Feminizm stał się popularny i chyba na czasie. Jeśli nie, to przynajmniej jego głos zdaje mi się jest bardziej donośny niż, trudno mi powiedzieć jaki, ale jakiś czas temu. Nie odkryłem tego nagle, budząc się dzisiejszego poranka, lecz częściej niż kiedyś docierają o mnie z różnych stron głosy walczące o prawa kobiet. Zwolennicy lub zwolenniczki i idący z nimi do pary oponenci jakby zintensyfikowali swoje działania. Nie tylko w Polsce, ale i w świecie. To oczywiście moje subiektywne odczucia. Nie wiem czemu się tak dzieje oraz czemu odnoszę takie wrażenie, ale jest to temat na osobną dyskusję, bo nie tym chce się zająć.
*  *  * 
Dominuje utarty pogląd, że pewna siebie, dowartościowana, zdecydowana i zdeterminowana kobieta to zimna suka. Mężczyzna zaś, cieszący się podobnymi przymiotami to złamany kutas. W stosunku do kobiet ten mało wyszukany tytuł posiada negatywny wydźwięk. Brzmi pejoratywnie. Mężczyźnie, choć również nacechowany jest negatywnie, nadaje charakteru. Ciekawe czemu tak się dzieje? Kiedy kobiecie akcentuje się typowo damskie cechy jak uroda, wdzięk i ogólną atrakcyjność, feministki reagują obruszeniem i irytacją. Zabawne, ponieważ nowy, choć już wcale nie taki nowy, premier Kanady bardzo często nazywany jest ciachem, a jego atrakcyjność cielesna regularnie stawiana jest na pierwszym miejscu, przed inteligencją i postępowym umysłem. Nikt z tego zdaje się nie czynić tragedii i nie doszukuje się ataku na, jeśli nie wszystkich mężczyzn, to przynajmniej osobę premiera. Nie słyszałem w związku z tym żadnych głosów mówiących o seksizmie.

Od dawna, w zasadzie od kiedy trafiam na feministyczne treści, wywołują one u mnie pewnego rodzaju dylemat. Nie wiem, czy nazwałbym się feministą. Przesadnym orędownikiem sprawy chyba również nie. Szanuję kobiety nie tylko za sam fakt bycia kobietami. Szanuję ich pracę, szanuję osiągnięcia, inteligencję, mądrość. Nie dyskwalifikuję przez tylko sam fakt bycia kobietą. Nie mam problemu z wykonywaniem czynności uznawanych potocznie za typowo damskie, nie mam problemu z kobiecym zwierzchnictwem, nie uważam by kobiety w jakiś szczególny sposób były predysponowane do latania na miotle, czy tańców z mopem. Mogę powiedzieć, tyle o mnie. W tym miejscu postawię kropkę w obawie, że mogę strzelić coś głupiego, co zostanie opatrznie zrozumiane. 

Nieprzypadkowo wspomniałem o jednej z sióstr Młynarskich. W okresie około Dnia Kobiet zamieściła bowiem Pani Paulina wpis na fejsbuku, nie swój, który przedstawiał 8 punktów na 8 marca. Adresatem owych punktów jeśli dobrze je zrozumiałem jest mężczyzna, chociaż nie zostało to jasno sprecyzowane. Odsyłaczy do listy nie zamieszczam. Kto chce, niech sobie poszuka, poszpera, ale zapewniam mało interesujące. Natomiast uderzyła mnie mieszanka chamstwa, ordynarności i prostactwa w nich zawarta i w sumie zaskoczyło, bo nie spodziewałbym się, że Pani Młynarska taki mocno prymitywny, przynajmniej dla mnie, przekaz zechce promować.

To jest ten mój problem z feminizmem. Nie potrafię zrozumieć czemu jest on taki napastliwy? Czemu jest taki agresywny i krzykliwy? Jako niespełniony socjolog i niezrealizowany psycholog wiem, że agresja rodzi agresję więc nie prowadzi nigdy do rozwiązania, a bardziej do konfliktu. Szansa osiągnięcia sukcesu walką w takiej formie chyba niewielka, ale może się mylę. W każdym razie, mam wrażenie feminizm przyjął nazbyt impertynencką formę. Działania jakie obserwuję, w moim odczuciu pomagają tyle sprawie ile Michał Piróg swoją działalnością pomaga gejowi pracującemu na pochylni gdańskiej stoczni. Mówiąc otwartym komunikatem, niewiele lub nic.

W całej tej feministycznej wojnie zastanawiają mnie dwie rzeczy. Pierwsza to mało lojalna postawa kobiet względem siebie i toczące się krwawe bitwy na linii kobieta - kobieta. Część obwołuje się feministkami, inne odżegnują się od tego i nie chcą by przylgnęła do nich łatka. Dyskusje jednych z drugimi bywają agresywne i wulgarne. Obrzucają się obraźliwymi epitetami, a tymczasem, tym drugim ulatuje gdzieś fakt, że skoro między innymi mogą realizować się zawodowo, ścieżka kariery pozostaje dla nich otwarta, publicznie wyrażają swoje opinie, to jest to część osiągnięć wypracowanych przez feministki. Zatem niejako również biorą w tym udział, jak bardzo mocno by się od tego odżegnywały.
Druga rzecz to stosunek do mężczyzn. Mężczyzna traktowany jest przez feministki jak niedorozwinięty idiota o mocno ograniczonym intelekcie i możliwości logicznego myślenia. W zajadłości ataków, nie tylko ale głównie, na mężczyzn feministki niewiele różnią się od tych, od których domagają się szacunku. Krzykliwa napastliwość zdaje mi się bardziej zniechęca niż przysparza im zwolenników. Przynajmniej na mnie oddziaływuje w ten sposób. A przecież jak powiedziałem, postulaty walczących kobiet uważam za słuszne. Irytuje mnie jedynie, stawianie w pozycji odmóżdżonego ćwierćinteligenta. Przypuszczam, że podobnie myślących mężczyzn również może odstraszać. Nie, nie czuje się urażony, ile bardziej zniechęcony i zastanawiam się czy feminizm musi przybierać tak agresywną maskę?

Moje rozważania miały miejsce w piątkowe popołudnie. Życie najwyraźniej nie przeczołgało mnie odpowiednio przez cały tydzień, bo pozostawiło siły by zaprzątać sobie tym głowę. Tak sobie to wbiłem do głowy, że podczas sobotniego śniadania, które mamy zwyczaj celebrować długo i rozwlekle, delektując się chwilą, zapytałem o zdanie Nati. Uznałem, że Jej osoba jest jak najbardziej na miejscu by umiejscowić Ją na eksperckim fotelu. Moja niezwykle inteligentna Żona jest szanowana i lubiana przez znajomych. To Ona stanowi towarzyski trzon naszego duetu. Jest ceniona w pracy, zarządza dużymi projektami (nie cierpię tego słowa) informatycznymi, kieruje ludzkimi zasobami jak to się zwykło nazywać w nowomowie korporacyjnej, wielokroć wykorzystuję Jej wsparcie i rady. Oczywiście nie piszę tego bez celu, liczę bowiem, że przeczyta te słowa oraz wystawioną laurkę i nie ukrywam, oczekuję wymiernych korzyści z tego powodu. Ale spieszę też uspokoić tych, którzy już pędzą by składać zamówienia na taki model Żony. Nie, nie posiadam bezusterkowego modelu. Miewa czasem usterki.

Ze słów Nati jasno wynika, że nie czuje szklanego sufitu nad sobą, Jej koleżanki z pracy również nie. Nie czuje by Jej wartość jako pracownika, kompetencje, czy decyzje były podważane tylko dlatego, że jest kobietą. Nigdy się z czymś takim nie zetknęła. Przynajmniej tak to zrozumiałem. Powiedziała też coś Nati niezwykle istotnego. Jak to Ona. Kobiety muszą wykorzystywać te możliwości, które już posiadają. Bo upominanie się o więcej w momencie kiedy nie korzystasz z istniejących środków jest nieco nielogiczne. Brzmi sensownie.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

6 mar 2017

Zakochać się, zdradzić, czy rozwieść ?


Jakiś czas temu przeszliśmy z kolegą burzliwą dyskusję. Z każdą wypitą kolejką stawała się ona coraz bardziej zażarta i żywiołowa, lecz w zasadzie do żadnych odkrywczych wniosków, mnie i kolegę chyba również, nie doprowadziła. Być może rozmijam się w tym momencie nieco z prawdą, ponieważ trudno mówić o wyniku, skoro koniec rozmowy w przedziwny sposób ulotnił się z mojej pamięci pozostawiając jedynie suchość w ustach i potworny ból głowy o poranku następnego dnia.

Kolega zakomunikował mi radośnie - rozwodzimy się. Powiedział to od niechcenia, jakby mówił, że właśnie zamierza wymienić telewizor na większy, bo w modelu, który posiada aktualnie, denerwują go kolory przycisków w pilocie.
Ciężar gatunkowy rozwodu w dzisiejszych czasach, można powiedzieć, że zmalał, lecz według psycho-badaczy, to wciąż jedno z najbardziej stresogennych przeżyć jakich możemy doświadczyć. Może ostracyzm społeczny mniejszy, stygmatyzacja również, ale ludzki umysł w dalszym ciągu traktuje rozwód w większym stopniu jako olbrzymią porażkę, po której trudno się otrząsnąć, aniżeli sukces. Nawet jeśli rozwód to jedyne rozwiązanie wyjścia z patowej sytuacji i trwania w nieszczęśliwym związku, to wciąż katalogowany jest jako porażka.
Rozprawiać można by pewnie długo, bo szybko znajdą się tacy, dla których okazał się on jedynym słusznym rozwiązaniem. Zgoda, tylko jest to rozwiązanie często chyba nadużywane. W szybkich czasach chcemy szybkich rozwiązań. Boli głowa - łykamy paracetamol. Nie układa się w związku, następują tarcia, znudzenie - rozwodzimy się.

Ta lekkość tonu, być może odrobina za dużo alkoholu, spowodowały mój głęboki sprzeciw, mimo że sprawy rozwodów dotąd szczególnie mnie nie zajmowały. Że kolega się rozwiedzie prorokowałem jeszcze zanim się pobrał i radośnie mnie o tym poinformował. Jakoś nigdy nie widziałem w nich pary, a jedynie dobry seks i kumpli. Po rozwodzie nie było ani jednego, ani drugiego. Zeźliła mnie jednak beztroska tego - wiesz, rozwodzimy się. Bo fakt, człowiek z natury nie jest monogamistą i jak dotąd nie usłyszałem rozsądnego wytłumaczenia, dlaczego działa wbrew własnej naturze pakując się w monogamiczny układ. Lecz skoro zbudowaliśmy sobie jako ludzkość taką strukturę, to dobrze byłoby ją w miarę możliwości respektować. Przemyśleć zanim się zdecydujemy w nią wejść.

Oczywiście przy dwojgu dorosłych ludzi nieustająco pałujących się nawzajem w czterech ścianach, kontynuacja związku zwanego małżeńskim staje się dyskusyjna i traci zasadność. Trwanie w marazmie imitującym małżeństwo mija się z sensem. Więc co, może małżeństwo „Oreo” jest rozwiązaniem? Trafiłem i na takie rozwiązanie wertując internet.

Marcin Meller, którego felietony czytuje regularnie napisał, że jest kleptomanem słów i zwrotów. Kradnie je nieświadomie, i tak bardziej świadomie, z tekstów które zdarzy mu się czytać. Cierpię na podobną przypadłość. Wypatrzyłem ostatnio „pornografię cyfr” u Rafała Steca i chciałbym ją właśnie pouprawiać, bowiem wiedziony ciekawością poszperałem trochę w necie i choć dane nie posiadają podbudowy naukowej, przytoczę:
  • 67% Polaków zdradza regularnie swojego współmałżonka 
  • 59% Polek zdradziło przynajmniej raz swojego partnera 
  • 4 z 5 małżeństw dotyka problem zdrady 
  • 88% współmałżonków jest gotowa do zdrady gdyby istniała/mieli pewność, że nie zostanie ona wykryta 
To trochę smutne, bo w takim razie, po co wiążemy się w pary? Po co na siłę obiecujemy sobie wierność? Obróć się w lewo, obróć się w prawo i na pewno ujrzysz kogoś, kto zdradził, zdradza. Zakładając, że nie robisz tego Ty. Oczywiście zdradę można rozpatrywać z wielu stron i nie zawsze wynika ze złych pobudek. Jest ciężka do wybaczenia, ale czasem to efekt braku ciepła, bliskości, uczucia, uwagi poświęconej partnerowi, zrozumienia. To pewnie bardziej złożone niż się wydaje. Tak przypuszczam, chociaż ekspertem od spraw damsko męskich nie jestem. Sześć do ośmiu miesięcy, tyle według fachowców utrzymuje się w ludzkim mózgu chemiczna mieszanka odpowiedzialna za sławetne motylki w brzuchu. Po tym okresie związek wkracza w kolejne fazy, niekoniecznie już tak ekscytujące jak pierwsza. Partner nabiera wad i mankamentów, których wcześniej nie posiadał. Te kolejne etapy wymagają więcej wysiłku.

Nie sztuką jest zdradzić. To banalnie proste. Nie sztuką jest się rozwieść i łudzić mrzonką, że za chwilę życie ułoży się tak jak tego chcemy. Znajdziemy partnera, takiego idealnego, takiego z bajki. I znów będzie miło, znów romantycznie. Przypomina myślenie narkomana, który sądzi, że kolejnym strzałem poprawi sobie życie. Być może, ale na krótko. Terminologia sportowa zaś, którą lubię się wspierać, mówi, że łatwiej jest wejść na szczyt niż się na nim utrzymać. Bo łatwiej jest się nam zakochać, aniżeli tą miłość w kolejnych jej odsłonach utrzymać.

Czy gdyby więc małżeństwa zawierano w formie kontraktowej, dajmy na to na pięć lat, po upływie których należałoby je odnawiać, ludzie częściej by od siebie odchodzili, czy też może bardziej dbaliby o związek?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

14 lut 2017

Kocham Cię ..., qrwa !


Ta historia nie przytrafiła mi się wczoraj, czy w ubiegłym tygodniu. Jest na tyle absurdalna, że zaczynam w ogóle wątpić, czy aby na pewno miała miejsce. Nie opowiadałem jej nikomu. Nawet Nati. Celowo bowiem i z rozmysłem postanowiłem przetrzymać ją na tę okazję. W ubiegłym roku zamieściłem wpis walentynkowy, to i w tym, skoro mam już gotową historię, czemu tego nie powtórzyć?
* * *
Umówiliśmy się z Nati, że pójdziemy do kina. Jak zawsze i niemal co tydzień, w poniedziałek do Barbicanu. Przyjemny rytuał zdołaliśmy wypracować, a zwyczaj pomagają nam podtrzymać tańsze bilety na poniedziałkowe seanse. Kino uwielbiamy pasjami i rzadko trafia się tydzień żebyśmy się do niego nie wybrali.

Autobusem numer 56 zamierzałem dotrzeć na miejsce. Podjeżdża, wsiadam i mechanicznie podążam na górę. Wyrobiony nawyk, prawie jak u małpy. Spoglądając na wszystko z góry zyskuję poczucie, że jestem przynajmniej ciut lepszy niż cały świat i wszyscy co na dole. Na moment rośnie mi ego i leczę się z kompleksów. Ja tu, oni tam na dole. Czuje się jak Medyceusz. Poza tym, na górze panuje zwykle mniejszy rozgardiasz, a przede mną minimum pół godziny jazdy i okazja żeby z książką się rozłożyć.

Słusznie przewidywałem, na górnym pokładzie nie ma prawie nikogo. Na samym końcu, czarnoskóry mężczyzna wydziera się do telefonu w jednym z afrykańskich języków, jakby chciał bezpośrednio i bez użycia urządzenia dokrzyczeć się tam dokąd dzwoni. W pierwszym rzędzie, milcząca para. On i ona. Zmęczenie wypisane na twarzy. Troski świata chyba ich przygniatają. Zajmuję miejsce dwa rzędy dalej. Wyjmuję Kindelka i nic nie wskazuje żeby była to podróż inna niż wszystkie. Wkrótce okazuje się, że przystanek i moje wejście stanowiły tylko krótkotrwałą pauzę w ożywionej konwersacji pary siedzącej na przedzie.
- …Nooo..., ale ty popierdolona jesteś zdrowo
Ni mniej ni więcej, rodacy muszą być.
- Weź się jeb ( a może to było jep?), sam jesteś popierdolony
- Co ci odpierdoliło, żeby z Magdą się napierdalać?
Bogactwo języka kłuje w uszy, ale staram się odwzorować pierwowzór.
Z czytania chyba nici. Na moich oczach rozgrywa się historia, która zapowiada się dużo ciekawiej niż moja książka. Na pewno więcej w niej realizmu. Takiego życiowego. Udaję, że czytam, ale słuch mam wyostrzony by nie uronić ani słowa. Moja ciekawość została pobudzona do tego stopnia, że bezwzględnie chciałem się dowiedzieć, co takiego jej odpierdoliło. Bo kto by nie chciał?
- Wqrwiła mnie suka
Phi, tylko tyle?
- To co, już się nie kumplujecie? Tak, to wszędzie razem, a teraz się napierdalać chciałaś? Ty qrwa pić nie możesz. 
Diagnoza, można by powiedzieć, że słuszna.
- Mówiłam ci, że mnie podqrwiła. Dupę mi dziwka obrabiała przed Izką. 
- A ty skąd wiesz... 
- Bo mi Monika mówiła Można się pogubić Magda, Izka, Monika...
- A ona qrwa skąd wie? Może awanturę kręci. Rozmawiałaś z Moniką? - męska część pary może i prostymi środkami, ale stara się przywołać głos rozsądku.
- Nie będę ze szmatą rozmawiać 
Niestety, próba spełzła chyba na niczym, a rozsądek czmychnął niezauważony.

Zalega cisza, jeśli nie liczyć mężczyzny krzyczącego do telefonu. Szkoda, bo nawet się nie dowiedziałem, czy była damska napierdalanka, czy tylko próba napierdalanki. Ale nie odważyłbym się posądzać którąś z dam o rejteradę. Nieco zawiedziony wracam do swojego Kindla.

- … Ale, że się ruchaliśmy to nic nie pamiętam
Nie mam pojęcia ile czasu w normalnych okolicznościach potrzebuje ludzkie oko by przejść w stan całkowitego rozwarcia? Okoliczności jednak nie były normalne, a ja zrobiłem to, o czym jestem przekonany,  o wiele szybciej niż zwykle. Błyskawicznie. Z trudem powstrzymałem - O qrwa!
Dziewczyna dopiero po chwili zapobiegawczo omiotła wzrokiem prawie pusty autobus, nie dostrzegając mojego zainteresowania. Strzygę uszami jak koń - no dalej, dalej, mówcie co było dalej.
- A co masz pamiętać jak najebana byłaś 
- Nic nie pamiętam. Dopiero... 
- Całe łóżko zarzygałaś! 
- To na chuj się zabierałeś? Mówiłam, że będę rzygać... 
- …Będziesz..., to na pewno sprzątać. Całe łóżko jest qrwa obrzygane. Pościel trzeba wyprać
 * * * 
I chociaż nie naglił mnie czas, mogłem sobie pozwolić na przejechanie jeszcze kilka dodatkowych przestanków by być świadkiem głębokiego uczucia i niezwykłych namiętności, ale chyba mi wystarczyło. Wysiadłem. Co prawda nie przeczytałem ani zdania w książce, ale wysłuchałem równie ciekawie brzmiący fragment prawdziwej historii. Aczkolwiek męczy mnie trochę i żałuję, że na odchodnym nie zapytałem - skoro nie pamiętała, że się ruchali, to skąd wiedziała, że się ruchali?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

8 lut 2017

Pedał, ciota, lesba, zdzira - trudne życie geja i nie tylko


Każda lesba to pedał!
Zdaje mi się wzmiankowałem już kiedyś o pani, która grzmiąc z telewizyjnego ekranu, w powyższy sposób wyraziła swą niechęć do jednych i drugich. Mogę tylko przypuszczać, że za stan umysłu pani odpowiadał obłęd graniczący z głupotą, a poza pedałami i lesbami dostało się jeszcze żydom oraz masonom, chociaż idę w zakład, że z ani jednym, ani drugim nigdy nie miała przyjemności.
Gdybym był nieświadomym mieszkańcem odległych wysp Pacyfiku, który nie wie, że słowa wypowiedziano w Polsce, uznałbym je za cienki żart. Ale niestety, byłem mimowolnym świadkiem padania owych słów i potwierdzam, że są prawdziwe. Pani ciskała gromy na wszystko co wokół. A najbardziej właśnie na pedałów i lesby. Przykre i smutne, że życie zagoniło ją w narożnik nienawiści, ale takie prawo pani - nienawidzić. Do czasu kiedy nikogo nie obraża, bądź jej nienawiść słowna nie przeradza się w czyny, może czerpać z tego pokarm.
* * *
Czemu o lesbach i pedałach? Dziwne, bo przecież żaden ze mnie zaangażowany w walkę aktywista.
Wędrowałem dzisiaj spacerowo ze sklepu. Słońce przyjemnie świeciło, co w Londynie jest jak wygrana na loterii, torbę sobie przewiesiłem przez ramię, a na nos solarki od Prady wrzuciłem, bo styl przecież warto w każdym momencie trzymać. Budrysówkę, którą Nati pewnie już dawno by mi wyrzuciła, bo podobno schodzona, rozpiąłem i zwolniłem kroku. Podążałem za parą mężczyzn. Uśmiechnięci, zadowoleni, trzymali się za ręce. Przyjemnie było na nich patrzeć, bo radosny przekaz od nich bił. Wyglądali jak wyjęci z folderu reklamowego lepszego jutra. W statecznym wieku, zadbani, przystojni, na twarzach wypisane szczęście. Każda matka chciałaby mieć takich synów, tylko… no właśnie. Pomyślałem jakie to dla nich szczęście, którego być może nie doceniają, albo wręcz odwrotnie dlatego się tu właśnie znaleźli, że znajdują się w miejscu, gdzie mogą bez przeszkód okazywać sobie uczucie.
* * *
Pogoda w niedzielę była do bani. Zimno, wilgotno, ciemno. Prawdziwy Londyn. Kilka butelek wina wypitego poprzedniego wieczoru, dodatkowo nie napędzało do wyjścia na zewnątrz. Mimo tego, Nati wyciągnęła mnie z domu. Potrzebowała ładną kartkę pocztową kupić w księgarni.
Poszliśmy nieco na około, ładniejszą drogą jak to nazywamy, robiąc sobie spacer. Przez krótki odcinek szliśmy za czterema mężczyznami. Schemat zbliżony do tego jaki wcześniej opisałem. Dojrzali, zadbani, przystojni, uśmiechnięci, a do tego znów ta magiczno radosna aura, która się wokół nich roztaczała. Nie wiem na czym rzecz polega. Ktoś spyta, skąd wiem, że to geje. Akurat w tym przypadku pewności nie mam. Jedynie się domyślam. Ale czym zawsze się wspieram w podobnych sytuacjach, tylko niewiele ponad 30% komunikatu pochodzi z przekazu werbalnego. Reszta to gesty, mimika, tembr, mowa ciała...
* * *
Na okoliczność kiedy nie mamy ochoty opuszczać dzielni w sobotnie popołudnia, wypracowaliśmy z Nati często powtarzający się algorytm spacerów. Sprowadza nas przed budynek dzielnicowego ratusza. Rzadko w którym miejscu są tak wygodne ławki jak tam. Nati lubi podziwiać ślubne kreacje par wychodzących z magistratu. Kupujemy sobie kawę i uprawiamy people watching, przyglądając się weselnikom oraz młodej parze. Nati instruuje mnie w temacie co i jak, kto beza, kto nie beza. Voueryzm dla ubogich. Kiedyś zdarzyło nam się czekać na wyjście młodych i… zdziwienie. Wyszło dwóch mężczyzn. Absolutna nowość dla nas. Czad. Dały o sobie znać nasze ograniczenia, bo tego się nie spodziewaliśmy. Pierwszy raz widziałem ślub pary jednopłciowej na żywca.
* * *
Widok mężczyzn w związkach homoseksualnych jest w Londynie rzeczą, która nie budzi zdziwienia. Czymś powszechnym. Powiedziałbym, że nawet w uznawanej za liberalną w obyczajach Holandii, nie było to tak często spotykane. Nie wszyscy są przystojni i atrakcyjni jak opisani przeze mnie mężczyźni. W większości to przeciętni ludzie jakich tysiące na ulicach. Ale lubimy etykietować. Bo gej to albo zwyrodnialec i pedał, albo ktoś przystojny, zadbany, co akurat najczęściej się zgadza, o lekko zniewieściałej aparycji i sposobie bycia. Może głupio zabrzmi, ale to po prostu ludzie i jest wśród nich cała armia przeciętnych nie wyróżniających się mężczyzn, czasami w za dużych swetrach lub schodzonych butach. Nie ma potrzeby i konieczności ich kategoryzowania, oznaczania hasztagiem, bo to się teraz tak zdaje robi - gej#… itd. Bez względu czy są przystojni, czy też nie, ładni, czy nie, mają prawo do szczęścia.

Na początku widok mężczyzn okazujących sobie w tak naturalny sposób uczucie był dla mnie czymś nowym. Kobiet wydaje mi się jest zdecydowanie mniej, dlatego skupiam się na mężczyznach, ale dotyczy to również ich. Na tyle nowym, że nie wiedziałem jak reagować. Nie, nie byłem zamrożony przez ostatnich kilkanaście lat. Dużo wcześniej niż statystyczny rodak zacząłem poznawać kraje inne niż demokracji ludowej, ale w naszej zatrutej rzeczywistości, to nie jest normalny obrazek w polskiego krajobrazu. Dlatego gdzieś ta wąskotorowość myślenia we mnie tkwi. Patrząc na takie pary nie do końca wiem jak się zachować. To trochę jak z patrzeniem na inwalidę. Udajemy, że wszystko jest normalne, ale jednocześnie chcemy się przyglądać, bo normalne nie jest, chociaż obawiamy się, że może być to nazbyt natarczywe. Taka mieszanina odczuć. Ze mną podobnie. Udawałem, że mnie to nie zdziwi, ale kątem oka zerkałem, bo przyjemnie się patrzy na radość i szczęście.

Nie chcę gloryfikować. To perspektywa londyńskiej ulicy. Na angielskiej prowincji obraz w przekazie może być bliższy temu co wyrażała pani w telewizji. Brytyjczycy to dość konserwatywne mentalnie społeczeństwo i ten róż im dalej od Londynu może być ciemniejszy. Początkowo chciałem się podeprzeć jakimiś cyferkami, żeby mój tekst nabrał głębszej wymowy. Przytoczyć badania, liczby - ilu gejów, a ile lesbijek. Tak by było inteligentniej. Nawet zabrałem się za takie zestawienia, zacząłem czytać, przeglądać, ale zaraz chwila… . Co mi do tego i co to zmienia. Chcialem powiedzieć, że jest mi ich żal po ludzku. Bo jeśli w Londynie jest tak wiele osób tworzących związki homoseksualne, to w innych miejscach, na przykład w polskich miastach, musi być podobnie. Na pewno jest. Z tą różnicą, że nie mogą sobie tych uczuć okazywać. Muszą je tłumić, ukrywać. Współczuję im, naprawdę im współczuję, bo to odcina im kawałek z sensu życia.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

1 lut 2017

TGiF, czyli pod prąd do celu


...Qrrrrwa! - Przelatuje mi w myślach, z mocnym akcentem na er.
- Kierowca wie jakie przekroczenie popełnił? ...

Chwilę wcześniej.

Ile razy zdarza mi się przemierzać warszawskie ulice wczesnym piątkowym popołudniem, tyle razy zadaje sobie pytanie - co ci wszyscy ludzie robią o tej porze na drogach i ilu z nich powinno być obecnie w swoich miejscach pracy? Już w południe bowiem, na wszystkich wyjazdówkach ze stolycy tworzą się korki. Nie inaczej dzisiaj. Na zegarku niespełna 14.00, a Jerozolimskie stoją. Pokonuję je w ślimaczym tempie, po raz enty zadając sobie pytanie, na które i tak nigdy nie poznam odpowiedzi.

Mimo dostojnego tempa z jakim się przemieszczam, optymizm i humor wciąż przy mnie. Nawet błotnista aura wisząca nad miastem jak zmora, serwowana przez ciepły i dżdżysty ostatnio styczeń, nie jest w stanie nimi zachwiać. Siedzę w nagrzanym aucie, gdzie chłód ani wilgoć mnie nie dochodzą, a radio pobrzękuje nastrojowo. To pora, kiedy stacje radiowe prześcigają się by zaszczepić w słuchaczach optymizm. Już niedługo i na wyciągnięcie ręki lepsze. Nadciąga weekend. Czas odrzucić całotygodniowy marazm, zdaje się mówić przekaz.
Rzeczywiście. Jeśli sprawnie się uwinę, w domu powinienem być, nawet przy całej beznadziei panującej w Jerozolimskich, jeszcze przed 16.00. Nie ma zatem powodu wyzywać wszystkich wokół, klaksonić, nakręcać się w nerwach. Sunę spokojnie metr po metrze i przyglądam znudzonym twarzom w autach.
* * *
O, o, o… to chyba tu powinienem skręcić. Jeszcze chwila i porzucam Jerozolimskie. Droga niewielka. Ruch prawie żaden. Mknę sprawnie do swojego celu. Niestety, czas Google maps dopiero ma nadejść, ale przypuszczam, że to już niedaleko. 158, 160, 162, 164… i w pizdu! Nieparzyste numery są po drugiej stronie. W chuj!
Zatrzymuje się pod zakazem wjazdu. Przed sobą mam podmiejską drogę, na której końcu usytuowany jest mój cel podróży. Długa na jakieś 20 metrów, a ostatni pojazd widziała kilka miesięcy temu. Niemniej, zakaz jak byk. Stoję przed wyborem. 20 metrów pod prąd zapomnianym przez życie traktem by po 10 sekundach być u celu? Czy powrót na Jerozolimskie, dojazd do najbliższego skrzyżowania, na którym muszę zawrócić, dojazd do kolejnego, gdzie powtórnie muszę zawrócić i dojazd do odpowiedniego tym razem zjazdu. Całość operacji kalkuluję na nie krócej niż czterdzieści minut.

Zamykam oczy i jadę. Oczywiście nie z zamkniętymi, ale tak przysłowiowo zamkniętymi. Borykam się z wyrzutami sumienia i dylematem - powinienem wdepnąć mocniej gaz żeby jak najszybciej przejechać ten newralgiczny odcinek, czy wręcz przeciwnie, nie powinienem naginać prawa w większym stopniu? Pozostaję przy zminimalizowaniu szkód i przepisowej prędkości.
* * *
Życie najwyraźniej lubi się tak przyczaić i odwinąć w najmniej odpowiednich momentach. Bo co komu szkodzi, gdybym przejechał pod prąd dwadzieścia metrów drogą czwartej kolejności odśnieżania? Najwyraźniej wudu, hudu lub ktoś inny uważali inaczej. W zasadzie zdążyłem zapomnieć jakim jestem złoczyńcą, mającym w pogardzie przepisy ruchu drogowego, gdy zza stacji transformatorowej otoczonej gąszczem niestrzyżonych od wieków krzaków, wyskakuje postać niebiesko mundurowa i rzuca mi się niemal na maskę. Qrrrrwa! Przelatuje mi w myślach, z mocnym akcentem na er.
- Dzień dobry, sierżant, aspirant, posterunkowy jakiś tam. Czy kierowca wie jakie wykroczenie popełnił? - sapie zdyszany, ale wyraźnie dumny z siebie niebiesko mundurowy. Trudno się dziwić. Karkołomne ewolucje doprowadzające do mojego zatrzymania, musiały kosztować go masę energii. Teraz trudno skrywany uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Wciąż chyba nie dowierza, że udało mu się dokonać zatrzymania na tej autostradzie. Stanę się pewnie pośmiewiskiem lokalnego komisariatu do końca jego istnienia. Cały piątkowy optymizm gdzieś wyparował. Czego nie zdołały zrobić zakorkowane Jerozolimskie, uczynił patrol Policji z peryferii miasta.
- Tak, kierowca wie 
- A więc, nie zastosowanie się do znaku pionowego numer bla, bla, bla… Proszę przygotować dokumenty samochodu i prawo jazdy

Niebiesko mundurowa postać udaje się z moimi dokumentami do błyskawicy, zamaskowanej w gąszczu wokół trafostacji. Złość zdołałem przegonić, ale jej miejsce zastępuje humor straceńca. Ciekawe jak kosztowna okaże się przyjemność dziesięciometowej jazdy pod prąd?
* * *
- Panie kierowco, nie zastosowanie się do znaku pionowego numer … to jest X punktów karnych i 100 złotych mandatu karnego. Istnieje możliwość odmowy przyjęcia mandatu, w takim wypadku zostanie skierowany wniosek do sądu … bla, bla, bla…  - uprawia coś na kształt melorecytacji niebiesko mundurowy. Nie tak tragicznie, a i punktów myślałem, że więcej będzie. Ale zawsze…, no i ta stówka piechotą nie chodzi...

Zbieram się w sobie, mobilizuję, postanawiam nadludzkim wysiłkiem stoczyć ostatnią, ale najważniejszą bodaj batalię tego tygodnia. Niewiele mam do stracenia.
- Kurde, piątek jest. Nie da się nic taniej? No i bez tych punktów?
- Co, ulgowy mam wypisać?
Przyznaję, służba mundurowa zaskakuje mnie błyskotliwością. Pewnie z nudy i podczas wysiadywania w tych krzakach takie bon moty wymyślają.
- Nieee…, w ogóle bez wypisywania. Po co papier marnować, drzewa niszczyć. Za niższą kwotę też bym zrozumiał, że źle postąpiłem jadąc pod zakaz.
- 50?
- 40 i bez punktów?
Ledwo dostrzegalne kiwnięcie. Umowa zawarta. Równocześnie uświadamiam sobie negocjacyjny błąd. Qrwa, w portfelu mam całe pięć dych. Niech będzie, moja strata. Idę do błyskawicy, bo tam umawiamy się na transakcję. Wyciągam 50 złotych z portfela i konsternacja. Byłem przygotowany, że usłyszę coś na wzór, że oni mi dobrze, bo myśleli, że nie mam, a ja im z pięćdziesiątką wyjeżdżam. Tymczasem,
- Kurczę, ale ja nie mam wydać. Ty masz? - pytanie do przysypiającego za sterami błyskawicy kolegi. Osiągam czwarty stan umysłu w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut. Amplituda nastrojów hasa jak kolejka górska. Góra, dół, czasem pętla. Od zadowolenia, po wqrwienie, beznadzieję i obecnie osłupienie. Chłopaki w skupieniu odliczają resztę. W klepakach prawie całą kieszeń tego otrzymuję. 

Wychodząc z błyskawicy staram się ugrać całą pulę
- Panowie, skoro dojechałem już tutaj, to mogę śmignąć do końca?
- Nie! - powraca w nich dawny wigor
I chociaż jestem uboższy o cztery dychy, wracam na Jerozolimskie bardziej pogodny niż w momencie kiedy ją opuszczałem. Przepełniony wiarą w uczciwość. Nie, nie swoją. Miało być czterdzieści, było czterdzieści. Nie naciągali mnie na pięćdziesiąt.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

23 sty 2017

Po prostu tekst o mężczyznach


Nachodzi mnie czasem ochota by zmierzyć się z tematem, o których nie mam zielonego pojęcia. Coś na wzór - nie wiem, ale tym chętniej się wypowiem. Raz, dawno temu już wszedłem w zwarcie i uwodzicielski romans z czterdziestoletnią kobietą odprawiłem. Liczę, że od tego czasu chodzi dumnie i z podniesioną głową, a nie przemyka, pierś seksownie prężąc, pewnością siebie emanując, a zgrabną łydką, męskie i te bardziej nastoletnie spojrzenia przyciąga. Bo nic się nie zmieniło, czterdziestka to skarb.

Dzisiaj w męskim gronie postanowiłem namieszać i mężczyznę, niekoniecznie czterdziestoletniego za model sobie upatrzyłem. Dawno chciałem to zrobić. Kiedyś się nawet zabrałem, gdy mężczyznę do sklepu z drewnianymi podłogami wysłałem, ale tamten tekst wyszedł na tyle obszerny, że stał się tematem sam w sobie. Nie zamierzam robić z mężczyzny idioty, ale odpowiedni filtr na okulary sugeruję przyłożyć, bo opisuje przypadki raczej skrajne. Nie mężczyznę metro, lamberbrodatego, wyzwolonego, czy nowoczesnego, wyciętego z poradników psychologicznych co gotuje obiady lub z dziećmi po placu zabaw owinięty w chustę biega.

Nie uważam również aby obsługa mężczyzny wymagała specjalnej instrukcji. Niewątpliwie miewa mężczyzna swoje przyzwyczajenia oraz liczne defekty konstrukcyjne, a jego zachowanie w wielu przypadkach na próżno powiązać z logiką. Ale ten sam mężczyzna, gdy tylko zdoła oszczędzić swego widoku odzianego siateczkową koszulką na ramiączkach i szorty trzy czwarte, może być całkiem znośny. Bywa, że nawet uroczy. Mój mężczyzna to nie ćwierć inteligent i przy niezliczonej liczbie dziwnych zachowań, które znam między innymi z autopsji, mieści się w szeroko pojętych ramach normalności. By jakoś go uczłowieczyć i spersonalizować, mężczyzna nosi piękne imię Grzegorz. Przepraszam wszystkich Grzegorzów jeśli poczują się urażeni, lecz czego jak czego, ale tego, że każdy mężczyzna wyposażony jest w odpowiedni dystans do swojej osoby i poczucie humoru, mogę być pewien.

AUTORYTET 

Rzecz dla Grzegorza raczej priorytetowa. Stara się nim być niemal w każdej znanej i nieznanej sobie dziedzinie. W tych nieznanych z pomocą przychodzi internet i jego zasoby, a Android w kieszeni sprawę jakby upraszcza. Od zera do eksperta, w dowolnej kategorii. Czerpie z tej możliwości Grzegorz garściami i peroruje. Bryluje w domowym zaciszu, bryluje podczas imprez rodzinnych, ale zawsze czujnie i z dala od osób, które mogłyby rzucić cień podejrzeń na racjonalność jego wywodów. Nie wypieram się, i mnie się zdarza, ale problem zdiagnozowałem, a to początek drogi do sukcesu. Antidotum sobie zaaplikowałem - nie kłapać jadaczką kiedy nie mam nic do powiedzenia. Skuteczność osiągnąłem w zamierzeniu taką sobie, ale staram się i jestem chyba na dobrej drodze.

WCALE NIE JESTEM OBRAŻONY 

Mężczyzna ma tendencje do obrażania się. Wprawdzie własnymi oczami sytuację ocenia inaczej niż otoczenie, uważa że to nie tak i wcale się nie obraża, ale dobrze gdyby sobie uświadomił, że mija się z prawdą. Zwykle nie bardzo wie o co się obraża, ale nigdy nie zaszkodzi. Męski rodzaj taktyki defensywnej - obrażę się, przeczekam, popatrzę na rozwój wypadków. Często chodzi o krytykę, bo mężczyzny krytykować nie wolno. Kto nie wiedział, niech zapamięta. Sam dąsałem się niezliczoną ilość razy. Z różnych powodów, najczęściej błahych. Zawieszałem się obrażony z częstotliwością podobną z jaką odcinano dopływ prądu w PRLu. To kiedyś. Dziś jestem mężczyzną świadomym i niezawieszającym się, z czym nie zamierzam polemizować.

ZAWSZE W FORMIE, ZAWSZE W KONDYCJI 

W przeciwieństwie do większości kobiet, Grzegorz zupełnie inaczej odbiera swoje lustrzane odbicie. Co ranek stając przed lustrem ogląda tego samego młodzieńca, którym był 20 lat temu. Żadnych worów pod oczami, nalanej twarzy, czy piwnego mięśnia. Góra mięśni. Zasadniczo jest z siebie i swojej kondycji zadowolony. Całkiem niedawno, mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu, grał w akademickiej drużynie koszykówki, więc w kondycji jest nie najgorszej i nic nie świadczy o tym, że jest inaczej. Wprawdzie faktycznie, gdy winda u teściów się ostatnio zepsuła (pewnie teściowa maczała w tym palce), dostał lekkiej zadyszki wchodząc na drugie piętro. Może trochę więcej browarka ostatnio sączy i zaangażowanie praktyczne w sport jakby mniejsze, ale regularnie ogląda Ligę Mistrzów, a to prawie tak, jakby sam biegał po murawie. Jakbym tylko chciał - myśli mężczyzna - to chwila moment jestem w formie. Nie jest tak źle. Przecież na studiach grałem...

JA PIJANY?!

Nie jestem w stanie przywołać w pamięci choćby jednego mężczyzny, który powie o sobie - Nie, nie. Nie polewaj mi tyle, mam za słaby łeb. Muszę pofolgować.
Spożywa mało, dużo, wcale, ale nigdy z siebie nie wydusi, że ma słabą głowę by pić ze słowiańską fantazją. Kolejna z ujm na męskim honorze, bo mężczyzna zawsze może oraz analogia z poprzednim akapitem - mężczyzna zdaje się nie dostrzegać upływu lat. Gdy tylko zakosztuje mandaryny, mentalnie przenosi się w czasy studenckie. Błędnie szacuje swoje możliwości i ryzyko z tym związane.
ONA: Już nie pij więcej, zaraz idziemy
ON: Czemu? 
ONA: Już masz dosyć. Chciałabym zaraz wyjść
ON: A co ty opowiadasz. Dopiero dwa drynki wypiłem
ONA: Wystarczy. Zrób sobie przerwę. Głupoty zaczynasz opowiadać i cały czerwony jesteś 
ON: Jakie głupoty...? Żartuję sobie, jakoś wszystkim się podoba. Czerwony…, bo tu gorąco
ONA: Nie pij więcej, za pół godziny wychodzimy. Nie chcę żebyś się upił... 
ON: Nieeee..., ja pijany… Już chcesz wychodzić? Marek z Iwoną dopiero co przyszli. Z Markiem chcę (czyt. muszę) się napić. Ty wiesz ile my z Markiem na studiach potrafiliśmy wypić… No, ja pijany. Wymyśliłaś 

UCZUCIE JEST, LECZ CIĘŻKO JE WYRAZIĆ

Pochodzę w prostej linii od górala. Tak, Józef Ojciec to góralik, jak mówił o nim dziadek. Dziedziczę więc wszystko co z góralską naturą związane. Jestem wredny, uparty, zamknięty. Ciężko do mnie dotrzeć, a jeszcze gorzej przyjmuje nowości. Noszę w sobie te wszystkie przypadłości, skrywane pod anielskimi loczkami i szelmowskim uśmiechem. U Józefa Ojca kiepawo również z wyrażaniem emocji i uczuć, bo tak nakazuje szablon góralskiej natury, a ja jako nieodrodny syn swego Ojca, wcale lepiej sobie z tym nie radzę. No cóż, można powiedzieć, Ojciec góral, jam jest góral, ale przecież nie każdy mężczyzna to góral. Chcę przez to powiedzieć, że mężczyźni mają kłopot z uzewnętrznianiem uczuć, emocji. Ciut lepiej, gdy mowa o ukochanej drużynie mężczyzny, bo w emocjach sportowych potrafi być mężczyzna mocno ekspresyjny - Widziałeś qrwa jak przyjebał! (co jest raczej stwierdzeniem niż pytaniem) Ale przypierdolił!!! W samo okno!

Gorzej ma się sprawa w sytuacjach nie związanych z futbolem. Jedyną emocją, jedynym uczuciem jakie mężczyzna wyraża to wqurwienie i złość. Ale oba wyrażają chyba to samo. Złość można wyrażać. Złość w języku mężczyzny oznacza asertywność. Złość jest męska. Każdy inny rodzaj emocji, nie. Kisi w sobie mężczyzna wszystko, bo w końcu - co pedał jakiś jestem, żeby o uczuciach gadać? Albo,
- Kochasz mnie? 
- Uhm... 
- To powiedz
- Co?! 
- No, że mnie kochasz...
- Przecież powiedziałem 

NAMIĘTNY KOCHANEK, NIEPOSKROMIONY UWODZICIEL, RUCHACZ, JEBAKA (TEORETYK), ALE KAŻDY WYTRAWNY KIEROWCA TAK MA 

W zasadzie chciałem zakończyć tekst opisując mężczyznę zmotoryzowanego. Ale co rozpoczynam nowy wątek, przychodzi mi do głowy kolejny. Mógłbym tak pisać bez końca. Nie zdawałem sobie sprawy, jaki z mężczyzny tak wdzięczny temat. Źródło do opisywania prawie niewyczerpalne.

Grzegorz kierowcą jest wyśmienitym. Jazda autem ma dla mężczyzny wymiar ambicjonalny. Tysiące, miliony osób porusza się po drogach, ale tylko On robi to idealnie. Wszyscy wokół popełniają błędy, On nigdy. Poza tym, przy całej swojej idealnej jeździe potrafi jeszcze wcisnąć gaz z taką werwą, że mylą go czasem z Hołowczycem. Przecież jemu się spieszy i nie ma zamiaru jechać jak te wszystkie cipy wokół. Bo On jeździ szybko, ale bezpiecznie.

Mężczyzna nie lubi oddawać steru swojego bolidu. Jeśli już siada na fotelu pasażera tworzy z prowadzenia auta czynność nader skomplikowaną. Jego uwagi mogą irytować - za szybko puszczasz sprzęgło, szarpiesz; wrzuć czwórkę, nie słyszysz jak wyje; no wciśnij qrwa to sprzęgło, bo skrzynię rozwalisz; i klasyk - ruszaj, bardziej zielone nie będzie.

W tym miejscu zamierzałem zakończyć znęcanie się nad mężczyzną, bo w przeciwieństwie do kobiet, które chyba nieco podbudowałem, facetowi doczepiłem sporej wielkości balast do nogi. Pojawił się jednak w mojej głowie jeszcze jeden element warty opisania. Wszedł do niej z werwą prawdziwego Polaka i zaczął napieprzać od środka na tyle skutecznie, że nie mogłem go pominąć. Męskie pogawędki i podboje miłosne. Zostawcie drogie Panie swojego mężczyznę samego. Pozwólcie mu iść na męską popijawę, zamontujcie w kieszeni małą słuchawkę. Dowiecie się jaki z waszego cichego Kazia jebaka. Tamtej nie, bo pasztet; tej nie, nawet po ciemku. Gdyby tylko chciał, mógłby mieć każdą; A widzieliście tą nową z marketingu? Jechałem dziś rano z nią windą i powiem wam, że… efektowne zawieszenie głosu zrozumiałe jest tylko dla kompanów biesiady, chociaż chyba nie całkiem, bo ja na przykład nigdy nie wiem co ma wyrażać.

Mógłbym tak długo, a kolejne odcinki przygód o mężczyźnie mogą brzmieć mężczyzna jest chory, mężczyzna w warsztacie samochodowym, który w sumie mógłbym podpiąć do części z samochodem, mężczyzna i gadżety, mężczyzna i teściowa. Jestem pewny, że nim doszedłbym do ostatniego w głowie zatliłyby się kolejne. Jeśli macie pomysły, możecie dopisywać.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

9 sty 2017

Książką po głowie, czyli dziecko drogie unikaj biblioteki


Pani Hober przypomniała mi się zupełnie, mogę powiedzieć, od pały. Ludzka pamięć to dziwne urządzenie. Całkiem niedawno i równie od czapy przyśnił mi się mój szkolny kolega, który w zasadzie szczególnie bliskim mi kolegą nie był, Stasiu Zalas. Skąd się wziął w moich snach, nie wiem. Stasiu pochodził z małej wioski pod Szczecinem, mieszkał w internacie i strasznie kręciło go wojsko. Do tego stopnia, że jedyne w co się ubierał to moro. Poza tym, pasjonował się filmami z gatunku Rambo. Niewiele więcej mógłbym o Stasiu powiedzieć. Przez ponad dwadzieścia lat nawet na sekundę nie pojawił się w moich myślach, aż do nocy kiedy zaistniał w śnie. Dziwne.

Chodziłem, czy jak kto woli, uczęszczałem do szkoły podstawowej usytuowanej w starym, pamiętającym czasy niemieckie, a być może i pruskie, budynku z czerwonej cegły. Szkoła posiadała niewiele udogodnień, była kiepsko wyposażona, miała malutką salkę gimnastyczną, za to całkiem przyzwoite boisko do kopanej oraz w większości beznadziejnych nauczycieli. Być może źle zapamiętałem, ale moje rozeznanie w temacie każe mi sądzić, że ówczesne metody wychowawcze i aktualne standardy bezstresowego chowu młodzieży mkną osobnymi torami. Grono nauczycieli, które czyniło wysiłki by ukształtować mnie na przyszłą komórkę społeczną, w dużej części się do tego najzwyczajniej nie nadawało. Niewiele w nich było z pedagogów, a dla niektórych kontakt z młodymi ludźmi powinien być zakazany odgórnie i z definicji ze względu na zachowania, które według dzisiejszych norm mogłoby zaprowadzić ich przed oblicze prokuratora.

Pani Hober była w szkole instytucją. Kiedy rozpoczynałem proces edukacji była nauczycielem na lekcjach wuefu. Trudno było się dopatrzyć w jej ruchach jak i posturze, więcej niż przeciętnego usportowienia, ale nadrabiała to ciągłym krzykiem, a bardziej opornych przekonywała do pracy nad tężyzną fizyczną smaganiem po plecach lub gołych nogach sznurkiem od gwizdka, który nosiła zawieszony na szyi.

W tej samej szkole, na najwyższym piętrze, w gabinecie fizyki, rezydował Pan Miarka. Indywiduum oślizłe i obleśne. Pan Miarka, nie bawiąc się w upiększone sformułowania, śmierdział. W całej rozciągłości słowa znaczeniu. Pan Miarka był także kawalerem. Nie wiem, czy drugie wynikało z pierwszego, czy pierwsze z drugiego, ale zdaje się to być średnio istotne. Pan Miarka roztaczał wokół siebie fetor kilkunastodniowego, przepoconego ciała z dotrzymującym kroku nieznośnym oddechem. Musiało to być ohydne, skoro utkwiło mi w pamięci na długie dwadzieścia kilka lat.
Ów brak higieny można by jeszcze Panu Miarce ostatecznie wybaczyć, ale w swym obleśnym zachowaniu, za rzecz naturalną uważał mało wyszukane karcenie dziewcząt. Nas, wczesno-męską część, jego żarty i docinki kierowane w stronę naszych koleżanek śmieszyły, ale dziewczętom, myślę sobie teraz, wcale do śmiechu chyba nie było. Przypominam sobie dla przykładu, że do Elki Matychniak, której fizyczność już bardziej przypominała podlotka niż dziewczynkę, Pan Miarka rzucał - Patrzcie, Matychniak piersi już urosły i myśli, że może rozmawiać na lekcji. W sumie nie ma się co obruszać, bo zawsze mógł powiedzieć - cycki. Elkę lubiłem, nawet nie dlatego, że dawała mi zrzynać matmę, bo była najlepsza w klasie, ale dlatego, że była w porządku. Jak na dziewczynę oczywiście.

Niżej, w gabinecie plastyki rezydowała Pani Chmielewska. Plastyka, ktoś pamięta jeszcze taki przedmiot? Pani Chmielewska była autorką zdań, szkolnych legend, którymi rzucała w chwilach wzburzenia. A że targało nią często i nietrudno było w taki stan Panią Chmielewską wprowadzić, to i często nimi smagała. Pępuszku, jak cię strzelę w papę, to ci majty spadną lub Ptysiu, jeśli mamusia w domu cię nie potrafi zachowania nauczyć, to ja cię wychowam i zdzielę w łeb tak, że ci głowa z płucami odleci. Jako posiadacz mocno pracującej wyobraźni zawsze starałem się tą lecącą głowę z płucami wyobrazić. Nawet zobrazowałem to stosownym rysunkiem, który zaprezentowałem koledze z ławki. O koledze wspomnę ciut dalej, ale mimo że nie przejawiam jak mi się zdaje zdolności plastycznych, chyba na tyle udanie odzwierciedliłem lecącą głowę z płucami, bo kolega usłyszał - Marsz gnoju do kąta! - gdy zaczął rżeć jak koń. Inną językową perełką Pani Chmielewskiej było - gówno zasrane będzie sobie stroić żarty na lekcji. To gówno zasrane, jako rzecz nie całkiem możliwą do realizacji wytknął kiedyś Pani Chmielewskiej właśnie mój kolega z ławki, Marcin, który rezolutnie, niczym serialowe dziecko starał się dojść sedna
- Proszę Pani, ale gówno nie może być chyba zasra…
Nie dokończył. Okazało się, że właśnie jako to gówno zasrane jest butny i krnąbrny. Musiał się stawić z rodzicem w szkole.

W ogóle mam wrażenie, że tą butą i krnąbrnością byłem punktowany nieustannie. Danuta Matka kilogramami ją przynosiła z każdej wywiadówki. Jako nie należący do grona uczniów wybijających się, na pochwały nie zasługiwałem. Byłem krnąbrny i butny. Dziś gdy słyszę o krnąbrności, automatycznie się uśmiecham, bo przypomina mi się szkoła podstawowa.

Jako uczeń krnąbrny lubiłem się zerwać z lekcji. Tak, już w podstawówie. Najczęściej nie sam, lecz z kolegą Marcinem. Zawsze przecież kompan z ławki dzielił te same zainteresowania. O ile nie został karnie usadzony w ławce z kimś o zainteresowaniach odmiennych, a na pewno bardziej zainteresowanym lekcją. Na wagarach bardzo często wędrowaliśmy do biblioteki (dzielnicowej), gdzie mieściła się również czytelnia. Tam spędzaliśmy wiele godzin czytając Tytusa, Kajko i Kokosza, Relaxy. Wprawdzie Pani w bibliotece wyrażała czasem swoje zainteresowanie naszą obecnością o tak wczesnej porze, ale mówiliśmy, że my dziś psze Pani mamy na popołudnie.

Po kilku latach, Pani Hober, przeszła na sportową emeryturę i jak to się wyraża w gwarze sportowej, zawiesiła buty na kołku. Została przerzucona w poziomie na nowy, odpowiedzialny odcinek. Stała się nauczycielem nauczania początkowego, a gdy odcinek został ostatecznie obroniony i wyprowadzony na prostą, osiadła w szkolnej bibliotece by pełnić funkcję bibliotekarki.

Szkolna biblioteka do imponujących nie należała. Cały proces wypożyczeń odbywał się przy kontuarze, a książki można było wypożyczyć dwie. Lekturę oraz książkę dowolną. Oba tytuły należało mieć uprzednio przygotowane, bo w innym przypadku Pani Hober obdzielała książkami według własnego wyboru. Grymasy nie były mile widziane.

Kiedyś zjawiliśmy się w bibliotece. Z Marcinem oczywiście, bo my tak długo funkcjonowaliśmy w tandemie. Do czasu, aż Marcin nie został przeniesiony do innej szkoły, kiedy Pani Chmielewska i Moruś od matematyki (były koleżankami) zasugerowały mamie Marcina, że będzie lepiej jeśli przeniesie syna do szkoły, w której sama uczyła. W innym wypadku Marcin nie otrzyma promocji do następnej klasy, z plastyki i matmy. Taka zawaluowana forma szantażu. Stoimy karnie przed bibliotecznym kontuarem. Otrzymałem swój zestaw książek zadowolony, że udało mi się nie zdenerwować Pani Hober. Marcin chyba również nie miał takiego zamiaru, ale mu nie wyszło. Nie pamiętam, jaką książkę sobie zażyczył, bo przecież to blisko 30 lat, ale jego życzenie nie pokrywało się z tym co otrzymał.
- Psze Pani, ale ja chciałem inną książkę
Tego było za wiele dla Pani Hober. Zaczęła tłuc Marcina po głowie opasłym tomiskiem, które przyniosła, a którego tytułu niestety również nie pamiętam, jedynie tyle, że było pokaźne. Nasłuchał się również Marcin, o swej bezczelności i braku szacunku.

I w takich trochę dziwacznych okolicznościach, okładania książką po głowie, objawiła mi się w myślach Pani Hober. Starałem się przypomnieć sobie tytuł książki, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Czy tylko moja podstawówka była nieco zwichrowana?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers