23 sty 2017

Po prostu tekst o mężczyznach


Nachodzi mnie czasem ochota by zmierzyć się z tematem, o których nie mam zielonego pojęcia. Coś na wzór - nie wiem, ale tym chętniej się wypowiem. Raz, dawno temu już wszedłem w zwarcie i uwodzicielski romans z czterdziestoletnią kobietą odprawiłem. Liczę, że od tego czasu chodzi dumnie i z podniesioną głową, a nie przemyka, pierś seksownie prężąc, pewnością siebie emanując, a zgrabną łydką, męskie i te bardziej nastoletnie spojrzenia przyciąga. Bo nic się nie zmieniło, czterdziestka to skarb.

Dzisiaj w męskim gronie postanowiłem namieszać i mężczyznę, niekoniecznie czterdziestoletniego za model sobie upatrzyłem. Dawno chciałem to zrobić. Kiedyś się nawet zabrałem, gdy mężczyznę do sklepu z drewnianymi podłogami wysłałem, ale tamten tekst wyszedł na tyle obszerny, że stał się tematem sam w sobie. Nie zamierzam robić z mężczyzny idioty, ale odpowiedni filtr na okulary sugeruję przyłożyć, bo opisuje przypadki raczej skrajne. Nie mężczyznę metro, lamberbrodatego, wyzwolonego, czy nowoczesnego, wyciętego z poradników psychologicznych co gotuje obiady lub z dziećmi po placu zabaw owinięty w chustę biega.

Nie uważam również aby obsługa mężczyzny wymagała specjalnej instrukcji. Niewątpliwie miewa mężczyzna swoje przyzwyczajenia oraz liczne defekty konstrukcyjne, a jego zachowanie w wielu przypadkach na próżno powiązać z logiką. Ale ten sam mężczyzna, gdy tylko zdoła oszczędzić swego widoku odzianego siateczkową koszulką na ramiączkach i szorty trzy czwarte, może być całkiem znośny. Bywa, że nawet uroczy. Mój mężczyzna to nie ćwierć inteligent i przy niezliczonej liczbie dziwnych zachowań, które znam między innymi z autopsji, mieści się w szeroko pojętych ramach normalności. By jakoś go uczłowieczyć i spersonalizować, mężczyzna nosi piękne imię Grzegorz. Przepraszam wszystkich Grzegorzów jeśli poczują się urażeni, lecz czego jak czego, ale tego, że każdy mężczyzna wyposażony jest w odpowiedni dystans do swojej osoby i poczucie humoru, mogę być pewien.

AUTORYTET 

Rzecz dla Grzegorza raczej priorytetowa. Stara się nim być niemal w każdej znanej i nieznanej sobie dziedzinie. W tych nieznanych z pomocą przychodzi internet i jego zasoby, a Android w kieszeni sprawę jakby upraszcza. Od zera do eksperta, w dowolnej kategorii. Czerpie z tej możliwości Grzegorz garściami i peroruje. Bryluje w domowym zaciszu, bryluje podczas imprez rodzinnych, ale zawsze czujnie i z dala od osób, które mogłyby rzucić cień podejrzeń na racjonalność jego wywodów. Nie wypieram się, i mnie się zdarza, ale problem zdiagnozowałem, a to początek drogi do sukcesu. Antidotum sobie zaaplikowałem - nie kłapać jadaczką kiedy nie mam nic do powiedzenia. Skuteczność osiągnąłem w zamierzeniu taką sobie, ale staram się i jestem chyba na dobrej drodze.

WCALE NIE JESTEM OBRAŻONY 

Mężczyzna ma tendencje do obrażania się. Wprawdzie własnymi oczami sytuację ocenia inaczej niż otoczenie, uważa że to nie tak i wcale się nie obraża, ale dobrze gdyby sobie uświadomił, że mija się z prawdą. Zwykle nie bardzo wie o co się obraża, ale nigdy nie zaszkodzi. Męski rodzaj taktyki defensywnej - obrażę się, przeczekam, popatrzę na rozwój wypadków. Często chodzi o krytykę, bo mężczyzny krytykować nie wolno. Kto nie wiedział, niech zapamięta. Sam dąsałem się niezliczoną ilość razy. Z różnych powodów, najczęściej błahych. Zawieszałem się obrażony z częstotliwością podobną z jaką odcinano dopływ prądu w PRLu. To kiedyś. Dziś jestem mężczyzną świadomym i niezawieszającym się, z czym nie zamierzam polemizować.

ZAWSZE W FORMIE, ZAWSZE W KONDYCJI 

W przeciwieństwie do większości kobiet, Grzegorz zupełnie inaczej odbiera swoje lustrzane odbicie. Co ranek stając przed lustrem ogląda tego samego młodzieńca, którym był 20 lat temu. Żadnych worów pod oczami, nalanej twarzy, czy piwnego mięśnia. Góra mięśni. Zasadniczo jest z siebie i swojej kondycji zadowolony. Całkiem niedawno, mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu, grał w akademickiej drużynie koszykówki, więc w kondycji jest nie najgorszej i nic nie świadczy o tym, że jest inaczej. Wprawdzie faktycznie, gdy winda u teściów się ostatnio zepsuła (pewnie teściowa maczała w tym palce), dostał lekkiej zadyszki wchodząc na drugie piętro. Może trochę więcej browarka ostatnio sączy i zaangażowanie praktyczne w sport jakby mniejsze, ale regularnie ogląda Ligę Mistrzów, a to prawie tak, jakby sam biegał po murawie. Jakbym tylko chciał - myśli mężczyzna - to chwila moment jestem w formie. Nie jest tak źle. Przecież na studiach grałem...

JA PIJANY?!

Nie jestem w stanie przywołać w pamięci choćby jednego mężczyzny, który powie o sobie - Nie, nie. Nie polewaj mi tyle, mam za słaby łeb. Muszę pofolgować.
Spożywa mało, dużo, wcale, ale nigdy z siebie nie wydusi, że ma słabą głowę by pić ze słowiańską fantazją. Kolejna z ujm na męskim honorze, bo mężczyzna zawsze może oraz analogia z poprzednim akapitem - mężczyzna zdaje się nie dostrzegać upływu lat. Gdy tylko zakosztuje mandaryny, mentalnie przenosi się w czasy studenckie. Błędnie szacuje swoje możliwości i ryzyko z tym związane.
ONA: Już nie pij więcej, zaraz idziemy
ON: Czemu? 
ONA: Już masz dosyć. Chciałabym zaraz wyjść
ON: A co ty opowiadasz. Dopiero dwa drynki wypiłem
ONA: Wystarczy. Zrób sobie przerwę. Głupoty zaczynasz opowiadać i cały czerwony jesteś 
ON: Jakie głupoty...? Żartuję sobie, jakoś wszystkim się podoba. Czerwony…, bo tu gorąco
ONA: Nie pij więcej, za pół godziny wychodzimy. Nie chcę żebyś się upił... 
ON: Nieeee..., ja pijany… Już chcesz wychodzić? Marek z Iwoną dopiero co przyszli. Z Markiem chcę (czyt. muszę) się napić. Ty wiesz ile my z Markiem na studiach potrafiliśmy wypić… No, ja pijany. Wymyśliłaś 

UCZUCIE JEST, LECZ CIĘŻKO JE WYRAZIĆ

Pochodzę w prostej linii od górala. Tak, Józef Ojciec to góralik, jak mówił o nim dziadek. Dziedziczę więc wszystko co z góralską naturą związane. Jestem wredny, uparty, zamknięty. Ciężko do mnie dotrzeć, a jeszcze gorzej przyjmuje nowości. Noszę w sobie te wszystkie przypadłości, skrywane pod anielskimi loczkami i szelmowskim uśmiechem. U Józefa Ojca kiepawo również z wyrażaniem emocji i uczuć, bo tak nakazuje szablon góralskiej natury, a ja jako nieodrodny syn swego Ojca, wcale lepiej sobie z tym nie radzę. No cóż, można powiedzieć, Ojciec góral, jam jest góral, ale przecież nie każdy mężczyzna to góral. Chcę przez to powiedzieć, że mężczyźni mają kłopot z uzewnętrznianiem uczuć, emocji. Ciut lepiej, gdy mowa o ukochanej drużynie mężczyzny, bo w emocjach sportowych potrafi być mężczyzna mocno ekspresyjny - Widziałeś qrwa jak przyjebał! (co jest raczej stwierdzeniem niż pytaniem) Ale przypierdolił!!! W samo okno!

Gorzej ma się sprawa w sytuacjach nie związanych z futbolem. Jedyną emocją, jedynym uczuciem jakie mężczyzna wyraża to wqurwienie i złość. Ale oba wyrażają chyba to samo. Złość można wyrażać. Złość w języku mężczyzny oznacza asertywność. Złość jest męska. Każdy inny rodzaj emocji, nie. Kisi w sobie mężczyzna wszystko, bo w końcu - co pedał jakiś jestem, żeby o uczuciach gadać? Albo,
- Kochasz mnie? 
- Uhm... 
- To powiedz
- Co?! 
- No, że mnie kochasz...
- Przecież powiedziałem 

NAMIĘTNY KOCHANEK, NIEPOSKROMIONY UWODZICIEL, RUCHACZ, JEBAKA (TEORETYK), ALE KAŻDY WYTRAWNY KIEROWCA TAK MA 

W zasadzie chciałem zakończyć tekst opisując mężczyznę zmotoryzowanego. Ale co rozpoczynam nowy wątek, przychodzi mi do głowy kolejny. Mógłbym tak pisać bez końca. Nie zdawałem sobie sprawy, jaki z mężczyzny tak wdzięczny temat. Źródło do opisywania prawie niewyczerpalne.

Grzegorz kierowcą jest wyśmienitym. Jazda autem ma dla mężczyzny wymiar ambicjonalny. Tysiące, miliony osób porusza się po drogach, ale tylko On robi to idealnie. Wszyscy wokół popełniają błędy, On nigdy. Poza tym, przy całej swojej idealnej jeździe potrafi jeszcze wcisnąć gaz z taką werwą, że mylą go czasem z Hołowczycem. Przecież jemu się spieszy i nie ma zamiaru jechać jak te wszystkie cipy wokół. Bo On jeździ szybko, ale bezpiecznie.

Mężczyzna nie lubi oddawać steru swojego bolidu. Jeśli już siada na fotelu pasażera tworzy z prowadzenia auta czynność nader skomplikowaną. Jego uwagi mogą irytować - za szybko puszczasz sprzęgło, szarpiesz; wrzuć czwórkę, nie słyszysz jak wyje; no wciśnij qrwa to sprzęgło, bo skrzynię rozwalisz; i klasyk - ruszaj, bardziej zielone nie będzie.

W tym miejscu zamierzałem zakończyć znęcanie się nad mężczyzną, bo w przeciwieństwie do kobiet, które chyba nieco podbudowałem, facetowi doczepiłem sporej wielkości balast do nogi. Pojawił się jednak w mojej głowie jeszcze jeden element warty opisania. Wszedł do niej z werwą prawdziwego Polaka i zaczął napieprzać od środka na tyle skutecznie, że nie mogłem go pominąć. Męskie pogawędki i podboje miłosne. Zostawcie drogie Panie swojego mężczyznę samego. Pozwólcie mu iść na męską popijawę, zamontujcie w kieszeni małą słuchawkę. Dowiecie się jaki z waszego cichego Kazia jebaka. Tamtej nie, bo pasztet; tej nie, nawet po ciemku. Gdyby tylko chciał, mógłby mieć każdą; A widzieliście tą nową z marketingu? Jechałem dziś rano z nią windą i powiem wam, że… efektowne zawieszenie głosu zrozumiałe jest tylko dla kompanów biesiady, chociaż chyba nie całkiem, bo ja na przykład nigdy nie wiem co ma wyrażać.

Mógłbym tak długo, a kolejne odcinki przygód o mężczyźnie mogą brzmieć mężczyzna jest chory, mężczyzna w warsztacie samochodowym, który w sumie mógłbym podpiąć do części z samochodem, mężczyzna i gadżety, mężczyzna i teściowa. Jestem pewny, że nim doszedłbym do ostatniego w głowie zatliłyby się kolejne. Jeśli macie pomysły, możecie dopisywać.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

9 sty 2017

Książką po głowie, czyli dziecko drogie unikaj biblioteki


Pani Hober przypomniała mi się zupełnie, mogę powiedzieć, od pały. Ludzka pamięć to dziwne urządzenie. Całkiem niedawno i równie od czapy przyśnił mi się mój szkolny kolega, który w zasadzie szczególnie bliskim mi kolegą nie był, Stasiu Zalas. Skąd się wziął w moich snach, nie wiem. Stasiu pochodził z małej wioski pod Szczecinem, mieszkał w internacie i strasznie kręciło go wojsko. Do tego stopnia, że jedyne w co się ubierał to moro. Poza tym, pasjonował się filmami z gatunku Rambo. Niewiele więcej mógłbym o Stasiu powiedzieć. Przez ponad dwadzieścia lat nawet na sekundę nie pojawił się w moich myślach, aż do nocy kiedy zaistniał w śnie. Dziwne.

Chodziłem, czy jak kto woli, uczęszczałem do szkoły podstawowej usytuowanej w starym, pamiętającym czasy niemieckie, a być może i pruskie, budynku z czerwonej cegły. Szkoła posiadała niewiele udogodnień, była kiepsko wyposażona, miała malutką salkę gimnastyczną, za to całkiem przyzwoite boisko do kopanej oraz w większości beznadziejnych nauczycieli. Być może źle zapamiętałem, ale moje rozeznanie w temacie każe mi sądzić, że ówczesne metody wychowawcze i aktualne standardy bezstresowego chowu młodzieży mkną osobnymi torami. Grono nauczycieli, które czyniło wysiłki by ukształtować mnie na przyszłą komórkę społeczną, w dużej części się do tego najzwyczajniej nie nadawało. Niewiele w nich było z pedagogów, a dla niektórych kontakt z młodymi ludźmi powinien być zakazany odgórnie i z definicji ze względu na zachowania, które według dzisiejszych norm mogłoby zaprowadzić ich przed oblicze prokuratora.

Pani Hober była w szkole instytucją. Kiedy rozpoczynałem proces edukacji była nauczycielem na lekcjach wuefu. Trudno było się dopatrzyć w jej ruchach jak i posturze, więcej niż przeciętnego usportowienia, ale nadrabiała to ciągłym krzykiem, a bardziej opornych przekonywała do pracy nad tężyzną fizyczną smaganiem po plecach lub gołych nogach sznurkiem od gwizdka, który nosiła zawieszony na szyi.

W tej samej szkole, na najwyższym piętrze, w gabinecie fizyki, rezydował Pan Miarka. Indywiduum oślizłe i obleśne. Pan Miarka, nie bawiąc się w upiększone sformułowania, śmierdział. W całej rozciągłości słowa znaczeniu. Pan Miarka był także kawalerem. Nie wiem, czy drugie wynikało z pierwszego, czy pierwsze z drugiego, ale zdaje się to być średnio istotne. Pan Miarka roztaczał wokół siebie fetor kilkunastodniowego, przepoconego ciała z dotrzymującym kroku nieznośnym oddechem. Musiało to być ohydne, skoro utkwiło mi w pamięci na długie dwadzieścia kilka lat.
Ów brak higieny można by jeszcze Panu Miarce ostatecznie wybaczyć, ale w swym obleśnym zachowaniu, za rzecz naturalną uważał mało wyszukane karcenie dziewcząt. Nas, wczesno-męską część, jego żarty i docinki kierowane w stronę naszych koleżanek śmieszyły, ale dziewczętom, myślę sobie teraz, wcale do śmiechu chyba nie było. Przypominam sobie dla przykładu, że do Elki Matychniak, której fizyczność już bardziej przypominała podlotka niż dziewczynkę, Pan Miarka rzucał - Patrzcie, Matychniak piersi już urosły i myśli, że może rozmawiać na lekcji. W sumie nie ma się co obruszać, bo zawsze mógł powiedzieć - cycki. Elkę lubiłem, nawet nie dlatego, że dawała mi zrzynać matmę, bo była najlepsza w klasie, ale dlatego, że była w porządku. Jak na dziewczynę oczywiście.

Niżej, w gabinecie plastyki rezydowała Pani Chmielewska. Plastyka, ktoś pamięta jeszcze taki przedmiot? Pani Chmielewska była autorką zdań, szkolnych legend, którymi rzucała w chwilach wzburzenia. A że targało nią często i nietrudno było w taki stan Panią Chmielewską wprowadzić, to i często nimi smagała. Pępuszku, jak cię strzelę w papę, to ci majty spadną lub Ptysiu, jeśli mamusia w domu cię nie potrafi zachowania nauczyć, to ja cię wychowam i zdzielę w łeb tak, że ci głowa z płucami odleci. Jako posiadacz mocno pracującej wyobraźni zawsze starałem się tą lecącą głowę z płucami wyobrazić. Nawet zobrazowałem to stosownym rysunkiem, który zaprezentowałem koledze z ławki. O koledze wspomnę ciut dalej, ale mimo że nie przejawiam jak mi się zdaje zdolności plastycznych, chyba na tyle udanie odzwierciedliłem lecącą głowę z płucami, bo kolega usłyszał - Marsz gnoju do kąta! - gdy zaczął rżeć jak koń. Inną językową perełką Pani Chmielewskiej było - gówno zasrane będzie sobie stroić żarty na lekcji. To gówno zasrane, jako rzecz nie całkiem możliwą do realizacji wytknął kiedyś Pani Chmielewskiej właśnie mój kolega z ławki, Marcin, który rezolutnie, niczym serialowe dziecko starał się dojść sedna
- Proszę Pani, ale gówno nie może być chyba zasra…
Nie dokończył. Okazało się, że właśnie jako to gówno zasrane jest butny i krnąbrny. Musiał się stawić z rodzicem w szkole.

W ogóle mam wrażenie, że tą butą i krnąbrnością byłem punktowany nieustannie. Danuta Matka kilogramami ją przynosiła z każdej wywiadówki. Jako nie należący do grona uczniów wybijających się, na pochwały nie zasługiwałem. Byłem krnąbrny i butny. Dziś gdy słyszę o krnąbrności, automatycznie się uśmiecham, bo przypomina mi się szkoła podstawowa.

Jako uczeń krnąbrny lubiłem się zerwać z lekcji. Tak, już w podstawówie. Najczęściej nie sam, lecz z kolegą Marcinem. Zawsze przecież kompan z ławki dzielił te same zainteresowania. O ile nie został karnie usadzony w ławce z kimś o zainteresowaniach odmiennych, a na pewno bardziej zainteresowanym lekcją. Na wagarach bardzo często wędrowaliśmy do biblioteki (dzielnicowej), gdzie mieściła się również czytelnia. Tam spędzaliśmy wiele godzin czytając Tytusa, Kajko i Kokosza, Relaxy. Wprawdzie Pani w bibliotece wyrażała czasem swoje zainteresowanie naszą obecnością o tak wczesnej porze, ale mówiliśmy, że my dziś psze Pani mamy na popołudnie.

Po kilku latach, Pani Hober, przeszła na sportową emeryturę i jak to się wyraża w gwarze sportowej, zawiesiła buty na kołku. Została przerzucona w poziomie na nowy, odpowiedzialny odcinek. Stała się nauczycielem nauczania początkowego, a gdy odcinek został ostatecznie obroniony i wyprowadzony na prostą, osiadła w szkolnej bibliotece by pełnić funkcję bibliotekarki.

Szkolna biblioteka do imponujących nie należała. Cały proces wypożyczeń odbywał się przy kontuarze, a książki można było wypożyczyć dwie. Lekturę oraz książkę dowolną. Oba tytuły należało mieć uprzednio przygotowane, bo w innym przypadku Pani Hober obdzielała książkami według własnego wyboru. Grymasy nie były mile widziane.

Kiedyś zjawiliśmy się w bibliotece. Z Marcinem oczywiście, bo my tak długo funkcjonowaliśmy w tandemie. Do czasu, aż Marcin nie został przeniesiony do innej szkoły, kiedy Pani Chmielewska i Moruś od matematyki (były koleżankami) zasugerowały mamie Marcina, że będzie lepiej jeśli przeniesie syna do szkoły, w której sama uczyła. W innym wypadku Marcin nie otrzyma promocji do następnej klasy, z plastyki i matmy. Taka zawaluowana forma szantażu. Stoimy karnie przed bibliotecznym kontuarem. Otrzymałem swój zestaw książek zadowolony, że udało mi się nie zdenerwować Pani Hober. Marcin chyba również nie miał takiego zamiaru, ale mu nie wyszło. Nie pamiętam, jaką książkę sobie zażyczył, bo przecież to blisko 30 lat, ale jego życzenie nie pokrywało się z tym co otrzymał.
- Psze Pani, ale ja chciałem inną książkę
Tego było za wiele dla Pani Hober. Zaczęła tłuc Marcina po głowie opasłym tomiskiem, które przyniosła, a którego tytułu niestety również nie pamiętam, jedynie tyle, że było pokaźne. Nasłuchał się również Marcin, o swej bezczelności i braku szacunku.

I w takich trochę dziwacznych okolicznościach, okładania książką po głowie, objawiła mi się w myślach Pani Hober. Starałem się przypomnieć sobie tytuł książki, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Czy tylko moja podstawówka była nieco zwichrowana?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers