9 sty 2017

Książką po głowie, czyli dziecko drogie unikaj biblioteki


Pani Hober przypomniała mi się zupełnie, mogę powiedzieć, od pały. Ludzka pamięć to dziwne urządzenie. Całkiem niedawno i równie od czapy przyśnił mi się mój szkolny kolega, który w zasadzie szczególnie bliskim mi kolegą nie był, Stasiu Zalas. Skąd się wziął w moich snach, nie wiem. Stasiu pochodził z małej wioski pod Szczecinem, mieszkał w internacie i strasznie kręciło go wojsko. Do tego stopnia, że jedyne w co się ubierał to moro. Poza tym, pasjonował się filmami z gatunku Rambo. Niewiele więcej mógłbym o Stasiu powiedzieć. Przez ponad dwadzieścia lat nawet na sekundę nie pojawił się w moich myślach, aż do nocy kiedy zaistniał w śnie. Dziwne.

Chodziłem, czy jak kto woli, uczęszczałem do szkoły podstawowej usytuowanej w starym, pamiętającym czasy niemieckie, a być może i pruskie, budynku z czerwonej cegły. Szkoła posiadała niewiele udogodnień, była kiepsko wyposażona, miała malutką salkę gimnastyczną, za to całkiem przyzwoite boisko do kopanej oraz w większości beznadziejnych nauczycieli. Być może źle zapamiętałem, ale moje rozeznanie w temacie każe mi sądzić, że ówczesne metody wychowawcze i aktualne standardy bezstresowego chowu młodzieży mkną osobnymi torami. Grono nauczycieli, które czyniło wysiłki by ukształtować mnie na przyszłą komórkę społeczną, w dużej części się do tego najzwyczajniej nie nadawało. Niewiele w nich było z pedagogów, a dla niektórych kontakt z młodymi ludźmi powinien być zakazany odgórnie i z definicji ze względu na zachowania, które według dzisiejszych norm mogłoby zaprowadzić ich przed oblicze prokuratora.

Pani Hober była w szkole instytucją. Kiedy rozpoczynałem proces edukacji była nauczycielem na lekcjach wuefu. Trudno było się dopatrzyć w jej ruchach jak i posturze, więcej niż przeciętnego usportowienia, ale nadrabiała to ciągłym krzykiem, a bardziej opornych przekonywała do pracy nad tężyzną fizyczną smaganiem po plecach lub gołych nogach sznurkiem od gwizdka, który nosiła zawieszony na szyi.

W tej samej szkole, na najwyższym piętrze, w gabinecie fizyki, rezydował Pan Miarka. Indywiduum oślizłe i obleśne. Pan Miarka, nie bawiąc się w upiększone sformułowania, śmierdział. W całej rozciągłości słowa znaczeniu. Pan Miarka był także kawalerem. Nie wiem, czy drugie wynikało z pierwszego, czy pierwsze z drugiego, ale zdaje się to być średnio istotne. Pan Miarka roztaczał wokół siebie fetor kilkunastodniowego, przepoconego ciała z dotrzymującym kroku nieznośnym oddechem. Musiało to być ohydne, skoro utkwiło mi w pamięci na długie dwadzieścia kilka lat.
Ów brak higieny można by jeszcze Panu Miarce ostatecznie wybaczyć, ale w swym obleśnym zachowaniu, za rzecz naturalną uważał mało wyszukane karcenie dziewcząt. Nas, wczesno-męską część, jego żarty i docinki kierowane w stronę naszych koleżanek śmieszyły, ale dziewczętom, myślę sobie teraz, wcale do śmiechu chyba nie było. Przypominam sobie dla przykładu, że do Elki Matychniak, której fizyczność już bardziej przypominała podlotka niż dziewczynkę, Pan Miarka rzucał - Patrzcie, Matychniak piersi już urosły i myśli, że może rozmawiać na lekcji. W sumie nie ma się co obruszać, bo zawsze mógł powiedzieć - cycki. Elkę lubiłem, nawet nie dlatego, że dawała mi zrzynać matmę, bo była najlepsza w klasie, ale dlatego, że była w porządku. Jak na dziewczynę oczywiście.

Niżej, w gabinecie plastyki rezydowała Pani Chmielewska. Plastyka, ktoś pamięta jeszcze taki przedmiot? Pani Chmielewska była autorką zdań, szkolnych legend, którymi rzucała w chwilach wzburzenia. A że targało nią często i nietrudno było w taki stan Panią Chmielewską wprowadzić, to i często nimi smagała. Pępuszku, jak cię strzelę w papę, to ci majty spadną lub Ptysiu, jeśli mamusia w domu cię nie potrafi zachowania nauczyć, to ja cię wychowam i zdzielę w łeb tak, że ci głowa z płucami odleci. Jako posiadacz mocno pracującej wyobraźni zawsze starałem się tą lecącą głowę z płucami wyobrazić. Nawet zobrazowałem to stosownym rysunkiem, który zaprezentowałem koledze z ławki. O koledze wspomnę ciut dalej, ale mimo że nie przejawiam jak mi się zdaje zdolności plastycznych, chyba na tyle udanie odzwierciedliłem lecącą głowę z płucami, bo kolega usłyszał - Marsz gnoju do kąta! - gdy zaczął rżeć jak koń. Inną językową perełką Pani Chmielewskiej było - gówno zasrane będzie sobie stroić żarty na lekcji. To gówno zasrane, jako rzecz nie całkiem możliwą do realizacji wytknął kiedyś Pani Chmielewskiej właśnie mój kolega z ławki, Marcin, który rezolutnie, niczym serialowe dziecko starał się dojść sedna
- Proszę Pani, ale gówno nie może być chyba zasra…
Nie dokończył. Okazało się, że właśnie jako to gówno zasrane jest butny i krnąbrny. Musiał się stawić z rodzicem w szkole.

W ogóle mam wrażenie, że tą butą i krnąbrnością byłem punktowany nieustannie. Danuta Matka kilogramami ją przynosiła z każdej wywiadówki. Jako nie należący do grona uczniów wybijających się, na pochwały nie zasługiwałem. Byłem krnąbrny i butny. Dziś gdy słyszę o krnąbrności, automatycznie się uśmiecham, bo przypomina mi się szkoła podstawowa.

Jako uczeń krnąbrny lubiłem się zerwać z lekcji. Tak, już w podstawówie. Najczęściej nie sam, lecz z kolegą Marcinem. Zawsze przecież kompan z ławki dzielił te same zainteresowania. O ile nie został karnie usadzony w ławce z kimś o zainteresowaniach odmiennych, a na pewno bardziej zainteresowanym lekcją. Na wagarach bardzo często wędrowaliśmy do biblioteki (dzielnicowej), gdzie mieściła się również czytelnia. Tam spędzaliśmy wiele godzin czytając Tytusa, Kajko i Kokosza, Relaxy. Wprawdzie Pani w bibliotece wyrażała czasem swoje zainteresowanie naszą obecnością o tak wczesnej porze, ale mówiliśmy, że my dziś psze Pani mamy na popołudnie.

Po kilku latach, Pani Hober, przeszła na sportową emeryturę i jak to się wyraża w gwarze sportowej, zawiesiła buty na kołku. Została przerzucona w poziomie na nowy, odpowiedzialny odcinek. Stała się nauczycielem nauczania początkowego, a gdy odcinek został ostatecznie obroniony i wyprowadzony na prostą, osiadła w szkolnej bibliotece by pełnić funkcję bibliotekarki.

Szkolna biblioteka do imponujących nie należała. Cały proces wypożyczeń odbywał się przy kontuarze, a książki można było wypożyczyć dwie. Lekturę oraz książkę dowolną. Oba tytuły należało mieć uprzednio przygotowane, bo w innym przypadku Pani Hober obdzielała książkami według własnego wyboru. Grymasy nie były mile widziane.

Kiedyś zjawiliśmy się w bibliotece. Z Marcinem oczywiście, bo my tak długo funkcjonowaliśmy w tandemie. Do czasu, aż Marcin nie został przeniesiony do innej szkoły, kiedy Pani Chmielewska i Moruś od matematyki (były koleżankami) zasugerowały mamie Marcina, że będzie lepiej jeśli przeniesie syna do szkoły, w której sama uczyła. W innym wypadku Marcin nie otrzyma promocji do następnej klasy, z plastyki i matmy. Taka zawaluowana forma szantażu. Stoimy karnie przed bibliotecznym kontuarem. Otrzymałem swój zestaw książek zadowolony, że udało mi się nie zdenerwować Pani Hober. Marcin chyba również nie miał takiego zamiaru, ale mu nie wyszło. Nie pamiętam, jaką książkę sobie zażyczył, bo przecież to blisko 30 lat, ale jego życzenie nie pokrywało się z tym co otrzymał.
- Psze Pani, ale ja chciałem inną książkę
Tego było za wiele dla Pani Hober. Zaczęła tłuc Marcina po głowie opasłym tomiskiem, które przyniosła, a którego tytułu niestety również nie pamiętam, jedynie tyle, że było pokaźne. Nasłuchał się również Marcin, o swej bezczelności i braku szacunku.

I w takich trochę dziwacznych okolicznościach, okładania książką po głowie, objawiła mi się w myślach Pani Hober. Starałem się przypomnieć sobie tytuł książki, ale nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Czy tylko moja podstawówka była nieco zwichrowana?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers