14 lut 2017

Kocham Cię ..., qrwa !


Ta historia nie przytrafiła mi się wczoraj, czy w ubiegłym tygodniu. Jest na tyle absurdalna, że zaczynam w ogóle wątpić, czy aby na pewno miała miejsce. Nie opowiadałem jej nikomu. Nawet Nati. Celowo bowiem i z rozmysłem postanowiłem przetrzymać ją na tę okazję. W ubiegłym roku zamieściłem wpis walentynkowy, to i w tym, skoro mam już gotową historię, czemu tego nie powtórzyć?
* * *
Umówiliśmy się z Nati, że pójdziemy do kina. Jak zawsze i niemal co tydzień, w poniedziałek do Barbicanu. Przyjemny rytuał zdołaliśmy wypracować, a zwyczaj pomagają nam podtrzymać tańsze bilety na poniedziałkowe seanse. Kino uwielbiamy pasjami i rzadko trafia się tydzień żebyśmy się do niego nie wybrali.

Autobusem numer 56 zamierzałem dotrzeć na miejsce. Podjeżdża, wsiadam i mechanicznie podążam na górę. Wyrobiony nawyk, prawie jak u małpy. Spoglądając na wszystko z góry zyskuję poczucie, że jestem przynajmniej ciut lepszy niż cały świat i wszyscy co na dole. Na moment rośnie mi ego i leczę się z kompleksów. Ja tu, oni tam na dole. Czuje się jak Medyceusz. Poza tym, na górze panuje zwykle mniejszy rozgardiasz, a przede mną minimum pół godziny jazdy i okazja żeby z książką się rozłożyć.

Słusznie przewidywałem, na górnym pokładzie nie ma prawie nikogo. Na samym końcu, czarnoskóry mężczyzna wydziera się do telefonu w jednym z afrykańskich języków, jakby chciał bezpośrednio i bez użycia urządzenia dokrzyczeć się tam dokąd dzwoni. W pierwszym rzędzie, milcząca para. On i ona. Zmęczenie wypisane na twarzy. Troski świata chyba ich przygniatają. Zajmuję miejsce dwa rzędy dalej. Wyjmuję Kindelka i nic nie wskazuje żeby była to podróż inna niż wszystkie. Wkrótce okazuje się, że przystanek i moje wejście stanowiły tylko krótkotrwałą pauzę w ożywionej konwersacji pary siedzącej na przedzie.
- …Nooo..., ale ty popierdolona jesteś zdrowo
Ni mniej ni więcej, rodacy muszą być.
- Weź się jeb ( a może to było jep?), sam jesteś popierdolony
- Co ci odpierdoliło, żeby z Magdą się napierdalać?
Bogactwo języka kłuje w uszy, ale staram się odwzorować pierwowzór.
Z czytania chyba nici. Na moich oczach rozgrywa się historia, która zapowiada się dużo ciekawiej niż moja książka. Na pewno więcej w niej realizmu. Takiego życiowego. Udaję, że czytam, ale słuch mam wyostrzony by nie uronić ani słowa. Moja ciekawość została pobudzona do tego stopnia, że bezwzględnie chciałem się dowiedzieć, co takiego jej odpierdoliło. Bo kto by nie chciał?
- Wqrwiła mnie suka
Phi, tylko tyle?
- To co, już się nie kumplujecie? Tak, to wszędzie razem, a teraz się napierdalać chciałaś? Ty qrwa pić nie możesz. 
Diagnoza, można by powiedzieć, że słuszna.
- Mówiłam ci, że mnie podqrwiła. Dupę mi dziwka obrabiała przed Izką. 
- A ty skąd wiesz... 
- Bo mi Monika mówiła Można się pogubić Magda, Izka, Monika...
- A ona qrwa skąd wie? Może awanturę kręci. Rozmawiałaś z Moniką? - męska część pary może i prostymi środkami, ale stara się przywołać głos rozsądku.
- Nie będę ze szmatą rozmawiać 
Niestety, próba spełzła chyba na niczym, a rozsądek czmychnął niezauważony.

Zalega cisza, jeśli nie liczyć mężczyzny krzyczącego do telefonu. Szkoda, bo nawet się nie dowiedziałem, czy była damska napierdalanka, czy tylko próba napierdalanki. Ale nie odważyłbym się posądzać którąś z dam o rejteradę. Nieco zawiedziony wracam do swojego Kindla.

- … Ale, że się ruchaliśmy to nic nie pamiętam
Nie mam pojęcia ile czasu w normalnych okolicznościach potrzebuje ludzkie oko by przejść w stan całkowitego rozwarcia? Okoliczności jednak nie były normalne, a ja zrobiłem to, o czym jestem przekonany,  o wiele szybciej niż zwykle. Błyskawicznie. Z trudem powstrzymałem - O qrwa!
Dziewczyna dopiero po chwili zapobiegawczo omiotła wzrokiem prawie pusty autobus, nie dostrzegając mojego zainteresowania. Strzygę uszami jak koń - no dalej, dalej, mówcie co było dalej.
- A co masz pamiętać jak najebana byłaś 
- Nic nie pamiętam. Dopiero... 
- Całe łóżko zarzygałaś! 
- To na chuj się zabierałeś? Mówiłam, że będę rzygać... 
- …Będziesz..., to na pewno sprzątać. Całe łóżko jest qrwa obrzygane. Pościel trzeba wyprać
 * * * 
I chociaż nie naglił mnie czas, mogłem sobie pozwolić na przejechanie jeszcze kilka dodatkowych przestanków by być świadkiem głębokiego uczucia i niezwykłych namiętności, ale chyba mi wystarczyło. Wysiadłem. Co prawda nie przeczytałem ani zdania w książce, ale wysłuchałem równie ciekawie brzmiący fragment prawdziwej historii. Aczkolwiek męczy mnie trochę i żałuję, że na odchodnym nie zapytałem - skoro nie pamiętała, że się ruchali, to skąd wiedziała, że się ruchali?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

8 lut 2017

Pedał, ciota, lesba, zdzira - trudne życie geja i nie tylko


Każda lesba to pedał!
Zdaje mi się wzmiankowałem już kiedyś o pani, która grzmiąc z telewizyjnego ekranu, w powyższy sposób wyraziła swą niechęć do jednych i drugich. Mogę tylko przypuszczać, że za stan umysłu pani odpowiadał obłęd graniczący z głupotą, a poza pedałami i lesbami dostało się jeszcze żydom oraz masonom, chociaż idę w zakład, że z ani jednym, ani drugim nigdy nie miała przyjemności.
Gdybym był nieświadomym mieszkańcem odległych wysp Pacyfiku, który nie wie, że słowa wypowiedziano w Polsce, uznałbym je za cienki żart. Ale niestety, byłem mimowolnym świadkiem padania owych słów i potwierdzam, że są prawdziwe. Pani ciskała gromy na wszystko co wokół. A najbardziej właśnie na pedałów i lesby. Przykre i smutne, że życie zagoniło ją w narożnik nienawiści, ale takie prawo pani - nienawidzić. Do czasu kiedy nikogo nie obraża, bądź jej nienawiść słowna nie przeradza się w czyny, może czerpać z tego pokarm.
* * *
Czemu o lesbach i pedałach? Dziwne, bo przecież żaden ze mnie zaangażowany w walkę aktywista.
Wędrowałem dzisiaj spacerowo ze sklepu. Słońce przyjemnie świeciło, co w Londynie jest jak wygrana na loterii, torbę sobie przewiesiłem przez ramię, a na nos solarki od Prady wrzuciłem, bo styl przecież warto w każdym momencie trzymać. Budrysówkę, którą Nati pewnie już dawno by mi wyrzuciła, bo podobno schodzona, rozpiąłem i zwolniłem kroku. Podążałem za parą mężczyzn. Uśmiechnięci, zadowoleni, trzymali się za ręce. Przyjemnie było na nich patrzeć, bo radosny przekaz od nich bił. Wyglądali jak wyjęci z folderu reklamowego lepszego jutra. W statecznym wieku, zadbani, przystojni, na twarzach wypisane szczęście. Każda matka chciałaby mieć takich synów, tylko… no właśnie. Pomyślałem jakie to dla nich szczęście, którego być może nie doceniają, albo wręcz odwrotnie dlatego się tu właśnie znaleźli, że znajdują się w miejscu, gdzie mogą bez przeszkód okazywać sobie uczucie.
* * *
Pogoda w niedzielę była do bani. Zimno, wilgotno, ciemno. Prawdziwy Londyn. Kilka butelek wina wypitego poprzedniego wieczoru, dodatkowo nie napędzało do wyjścia na zewnątrz. Mimo tego, Nati wyciągnęła mnie z domu. Potrzebowała ładną kartkę pocztową kupić w księgarni.
Poszliśmy nieco na około, ładniejszą drogą jak to nazywamy, robiąc sobie spacer. Przez krótki odcinek szliśmy za czterema mężczyznami. Schemat zbliżony do tego jaki wcześniej opisałem. Dojrzali, zadbani, przystojni, uśmiechnięci, a do tego znów ta magiczno radosna aura, która się wokół nich roztaczała. Nie wiem na czym rzecz polega. Ktoś spyta, skąd wiem, że to geje. Akurat w tym przypadku pewności nie mam. Jedynie się domyślam. Ale czym zawsze się wspieram w podobnych sytuacjach, tylko niewiele ponad 30% komunikatu pochodzi z przekazu werbalnego. Reszta to gesty, mimika, tembr, mowa ciała...
* * *
Na okoliczność kiedy nie mamy ochoty opuszczać dzielni w sobotnie popołudnia, wypracowaliśmy z Nati często powtarzający się algorytm spacerów. Sprowadza nas przed budynek dzielnicowego ratusza. Rzadko w którym miejscu są tak wygodne ławki jak tam. Nati lubi podziwiać ślubne kreacje par wychodzących z magistratu. Kupujemy sobie kawę i uprawiamy people watching, przyglądając się weselnikom oraz młodej parze. Nati instruuje mnie w temacie co i jak, kto beza, kto nie beza. Voueryzm dla ubogich. Kiedyś zdarzyło nam się czekać na wyjście młodych i… zdziwienie. Wyszło dwóch mężczyzn. Absolutna nowość dla nas. Czad. Dały o sobie znać nasze ograniczenia, bo tego się nie spodziewaliśmy. Pierwszy raz widziałem ślub pary jednopłciowej na żywca.
* * *
Widok mężczyzn w związkach homoseksualnych jest w Londynie rzeczą, która nie budzi zdziwienia. Czymś powszechnym. Powiedziałbym, że nawet w uznawanej za liberalną w obyczajach Holandii, nie było to tak często spotykane. Nie wszyscy są przystojni i atrakcyjni jak opisani przeze mnie mężczyźni. W większości to przeciętni ludzie jakich tysiące na ulicach. Ale lubimy etykietować. Bo gej to albo zwyrodnialec i pedał, albo ktoś przystojny, zadbany, co akurat najczęściej się zgadza, o lekko zniewieściałej aparycji i sposobie bycia. Może głupio zabrzmi, ale to po prostu ludzie i jest wśród nich cała armia przeciętnych nie wyróżniających się mężczyzn, czasami w za dużych swetrach lub schodzonych butach. Nie ma potrzeby i konieczności ich kategoryzowania, oznaczania hasztagiem, bo to się teraz tak zdaje robi - gej#… itd. Bez względu czy są przystojni, czy też nie, ładni, czy nie, mają prawo do szczęścia.

Na początku widok mężczyzn okazujących sobie w tak naturalny sposób uczucie był dla mnie czymś nowym. Kobiet wydaje mi się jest zdecydowanie mniej, dlatego skupiam się na mężczyznach, ale dotyczy to również ich. Na tyle nowym, że nie wiedziałem jak reagować. Nie, nie byłem zamrożony przez ostatnich kilkanaście lat. Dużo wcześniej niż statystyczny rodak zacząłem poznawać kraje inne niż demokracji ludowej, ale w naszej zatrutej rzeczywistości, to nie jest normalny obrazek w polskiego krajobrazu. Dlatego gdzieś ta wąskotorowość myślenia we mnie tkwi. Patrząc na takie pary nie do końca wiem jak się zachować. To trochę jak z patrzeniem na inwalidę. Udajemy, że wszystko jest normalne, ale jednocześnie chcemy się przyglądać, bo normalne nie jest, chociaż obawiamy się, że może być to nazbyt natarczywe. Taka mieszanina odczuć. Ze mną podobnie. Udawałem, że mnie to nie zdziwi, ale kątem oka zerkałem, bo przyjemnie się patrzy na radość i szczęście.

Nie chcę gloryfikować. To perspektywa londyńskiej ulicy. Na angielskiej prowincji obraz w przekazie może być bliższy temu co wyrażała pani w telewizji. Brytyjczycy to dość konserwatywne mentalnie społeczeństwo i ten róż im dalej od Londynu może być ciemniejszy. Początkowo chciałem się podeprzeć jakimiś cyferkami, żeby mój tekst nabrał głębszej wymowy. Przytoczyć badania, liczby - ilu gejów, a ile lesbijek. Tak by było inteligentniej. Nawet zabrałem się za takie zestawienia, zacząłem czytać, przeglądać, ale zaraz chwila… . Co mi do tego i co to zmienia. Chcialem powiedzieć, że jest mi ich żal po ludzku. Bo jeśli w Londynie jest tak wiele osób tworzących związki homoseksualne, to w innych miejscach, na przykład w polskich miastach, musi być podobnie. Na pewno jest. Z tą różnicą, że nie mogą sobie tych uczuć okazywać. Muszą je tłumić, ukrywać. Współczuję im, naprawdę im współczuję, bo to odcina im kawałek z sensu życia.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

1 lut 2017

TGiF, czyli pod prąd do celu


...Qrrrrwa! - Przelatuje mi w myślach, z mocnym akcentem na er.
- Kierowca wie jakie przekroczenie popełnił? ...

Chwilę wcześniej.

Ile razy zdarza mi się przemierzać warszawskie ulice wczesnym piątkowym popołudniem, tyle razy zadaje sobie pytanie - co ci wszyscy ludzie robią o tej porze na drogach i ilu z nich powinno być obecnie w swoich miejscach pracy? Już w południe bowiem, na wszystkich wyjazdówkach ze stolycy tworzą się korki. Nie inaczej dzisiaj. Na zegarku niespełna 14.00, a Jerozolimskie stoją. Pokonuję je w ślimaczym tempie, po raz enty zadając sobie pytanie, na które i tak nigdy nie poznam odpowiedzi.

Mimo dostojnego tempa z jakim się przemieszczam, optymizm i humor wciąż przy mnie. Nawet błotnista aura wisząca nad miastem jak zmora, serwowana przez ciepły i dżdżysty ostatnio styczeń, nie jest w stanie nimi zachwiać. Siedzę w nagrzanym aucie, gdzie chłód ani wilgoć mnie nie dochodzą, a radio pobrzękuje nastrojowo. To pora, kiedy stacje radiowe prześcigają się by zaszczepić w słuchaczach optymizm. Już niedługo i na wyciągnięcie ręki lepsze. Nadciąga weekend. Czas odrzucić całotygodniowy marazm, zdaje się mówić przekaz.
Rzeczywiście. Jeśli sprawnie się uwinę, w domu powinienem być, nawet przy całej beznadziei panującej w Jerozolimskich, jeszcze przed 16.00. Nie ma zatem powodu wyzywać wszystkich wokół, klaksonić, nakręcać się w nerwach. Sunę spokojnie metr po metrze i przyglądam znudzonym twarzom w autach.
* * *
O, o, o… to chyba tu powinienem skręcić. Jeszcze chwila i porzucam Jerozolimskie. Droga niewielka. Ruch prawie żaden. Mknę sprawnie do swojego celu. Niestety, czas Google maps dopiero ma nadejść, ale przypuszczam, że to już niedaleko. 158, 160, 162, 164… i w pizdu! Nieparzyste numery są po drugiej stronie. W chuj!
Zatrzymuje się pod zakazem wjazdu. Przed sobą mam podmiejską drogę, na której końcu usytuowany jest mój cel podróży. Długa na jakieś 20 metrów, a ostatni pojazd widziała kilka miesięcy temu. Niemniej, zakaz jak byk. Stoję przed wyborem. 20 metrów pod prąd zapomnianym przez życie traktem by po 10 sekundach być u celu? Czy powrót na Jerozolimskie, dojazd do najbliższego skrzyżowania, na którym muszę zawrócić, dojazd do kolejnego, gdzie powtórnie muszę zawrócić i dojazd do odpowiedniego tym razem zjazdu. Całość operacji kalkuluję na nie krócej niż czterdzieści minut.

Zamykam oczy i jadę. Oczywiście nie z zamkniętymi, ale tak przysłowiowo zamkniętymi. Borykam się z wyrzutami sumienia i dylematem - powinienem wdepnąć mocniej gaz żeby jak najszybciej przejechać ten newralgiczny odcinek, czy wręcz przeciwnie, nie powinienem naginać prawa w większym stopniu? Pozostaję przy zminimalizowaniu szkód i przepisowej prędkości.
* * *
Życie najwyraźniej lubi się tak przyczaić i odwinąć w najmniej odpowiednich momentach. Bo co komu szkodzi, gdybym przejechał pod prąd dwadzieścia metrów drogą czwartej kolejności odśnieżania? Najwyraźniej wudu, hudu lub ktoś inny uważali inaczej. W zasadzie zdążyłem zapomnieć jakim jestem złoczyńcą, mającym w pogardzie przepisy ruchu drogowego, gdy zza stacji transformatorowej otoczonej gąszczem niestrzyżonych od wieków krzaków, wyskakuje postać niebiesko mundurowa i rzuca mi się niemal na maskę. Qrrrrwa! Przelatuje mi w myślach, z mocnym akcentem na er.
- Dzień dobry, sierżant, aspirant, posterunkowy jakiś tam. Czy kierowca wie jakie wykroczenie popełnił? - sapie zdyszany, ale wyraźnie dumny z siebie niebiesko mundurowy. Trudno się dziwić. Karkołomne ewolucje doprowadzające do mojego zatrzymania, musiały kosztować go masę energii. Teraz trudno skrywany uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Wciąż chyba nie dowierza, że udało mu się dokonać zatrzymania na tej autostradzie. Stanę się pewnie pośmiewiskiem lokalnego komisariatu do końca jego istnienia. Cały piątkowy optymizm gdzieś wyparował. Czego nie zdołały zrobić zakorkowane Jerozolimskie, uczynił patrol Policji z peryferii miasta.
- Tak, kierowca wie 
- A więc, nie zastosowanie się do znaku pionowego numer bla, bla, bla… Proszę przygotować dokumenty samochodu i prawo jazdy

Niebiesko mundurowa postać udaje się z moimi dokumentami do błyskawicy, zamaskowanej w gąszczu wokół trafostacji. Złość zdołałem przegonić, ale jej miejsce zastępuje humor straceńca. Ciekawe jak kosztowna okaże się przyjemność dziesięciometowej jazdy pod prąd?
* * *
- Panie kierowco, nie zastosowanie się do znaku pionowego numer … to jest X punktów karnych i 100 złotych mandatu karnego. Istnieje możliwość odmowy przyjęcia mandatu, w takim wypadku zostanie skierowany wniosek do sądu … bla, bla, bla…  - uprawia coś na kształt melorecytacji niebiesko mundurowy. Nie tak tragicznie, a i punktów myślałem, że więcej będzie. Ale zawsze…, no i ta stówka piechotą nie chodzi...

Zbieram się w sobie, mobilizuję, postanawiam nadludzkim wysiłkiem stoczyć ostatnią, ale najważniejszą bodaj batalię tego tygodnia. Niewiele mam do stracenia.
- Kurde, piątek jest. Nie da się nic taniej? No i bez tych punktów?
- Co, ulgowy mam wypisać?
Przyznaję, służba mundurowa zaskakuje mnie błyskotliwością. Pewnie z nudy i podczas wysiadywania w tych krzakach takie bon moty wymyślają.
- Nieee…, w ogóle bez wypisywania. Po co papier marnować, drzewa niszczyć. Za niższą kwotę też bym zrozumiał, że źle postąpiłem jadąc pod zakaz.
- 50?
- 40 i bez punktów?
Ledwo dostrzegalne kiwnięcie. Umowa zawarta. Równocześnie uświadamiam sobie negocjacyjny błąd. Qrwa, w portfelu mam całe pięć dych. Niech będzie, moja strata. Idę do błyskawicy, bo tam umawiamy się na transakcję. Wyciągam 50 złotych z portfela i konsternacja. Byłem przygotowany, że usłyszę coś na wzór, że oni mi dobrze, bo myśleli, że nie mam, a ja im z pięćdziesiątką wyjeżdżam. Tymczasem,
- Kurczę, ale ja nie mam wydać. Ty masz? - pytanie do przysypiającego za sterami błyskawicy kolegi. Osiągam czwarty stan umysłu w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut. Amplituda nastrojów hasa jak kolejka górska. Góra, dół, czasem pętla. Od zadowolenia, po wqrwienie, beznadzieję i obecnie osłupienie. Chłopaki w skupieniu odliczają resztę. W klepakach prawie całą kieszeń tego otrzymuję. 

Wychodząc z błyskawicy staram się ugrać całą pulę
- Panowie, skoro dojechałem już tutaj, to mogę śmignąć do końca?
- Nie! - powraca w nich dawny wigor
I chociaż jestem uboższy o cztery dychy, wracam na Jerozolimskie bardziej pogodny niż w momencie kiedy ją opuszczałem. Przepełniony wiarą w uczciwość. Nie, nie swoją. Miało być czterdzieści, było czterdzieści. Nie naciągali mnie na pięćdziesiąt.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers