1 lut 2017

TGiF, czyli pod prąd do celu


...Qrrrrwa! - Przelatuje mi w myślach, z mocnym akcentem na er.
- Kierowca wie jakie przekroczenie popełnił? ...

Chwilę wcześniej.

Ile razy zdarza mi się przemierzać warszawskie ulice wczesnym piątkowym popołudniem, tyle razy zadaje sobie pytanie - co ci wszyscy ludzie robią o tej porze na drogach i ilu z nich powinno być obecnie w swoich miejscach pracy? Już w południe bowiem, na wszystkich wyjazdówkach ze stolycy tworzą się korki. Nie inaczej dzisiaj. Na zegarku niespełna 14.00, a Jerozolimskie stoją. Pokonuję je w ślimaczym tempie, po raz enty zadając sobie pytanie, na które i tak nigdy nie poznam odpowiedzi.

Mimo dostojnego tempa z jakim się przemieszczam, optymizm i humor wciąż przy mnie. Nawet błotnista aura wisząca nad miastem jak zmora, serwowana przez ciepły i dżdżysty ostatnio styczeń, nie jest w stanie nimi zachwiać. Siedzę w nagrzanym aucie, gdzie chłód ani wilgoć mnie nie dochodzą, a radio pobrzękuje nastrojowo. To pora, kiedy stacje radiowe prześcigają się by zaszczepić w słuchaczach optymizm. Już niedługo i na wyciągnięcie ręki lepsze. Nadciąga weekend. Czas odrzucić całotygodniowy marazm, zdaje się mówić przekaz.
Rzeczywiście. Jeśli sprawnie się uwinę, w domu powinienem być, nawet przy całej beznadziei panującej w Jerozolimskich, jeszcze przed 16.00. Nie ma zatem powodu wyzywać wszystkich wokół, klaksonić, nakręcać się w nerwach. Sunę spokojnie metr po metrze i przyglądam znudzonym twarzom w autach.
* * *
O, o, o… to chyba tu powinienem skręcić. Jeszcze chwila i porzucam Jerozolimskie. Droga niewielka. Ruch prawie żaden. Mknę sprawnie do swojego celu. Niestety, czas Google maps dopiero ma nadejść, ale przypuszczam, że to już niedaleko. 158, 160, 162, 164… i w pizdu! Nieparzyste numery są po drugiej stronie. W chuj!
Zatrzymuje się pod zakazem wjazdu. Przed sobą mam podmiejską drogę, na której końcu usytuowany jest mój cel podróży. Długa na jakieś 20 metrów, a ostatni pojazd widziała kilka miesięcy temu. Niemniej, zakaz jak byk. Stoję przed wyborem. 20 metrów pod prąd zapomnianym przez życie traktem by po 10 sekundach być u celu? Czy powrót na Jerozolimskie, dojazd do najbliższego skrzyżowania, na którym muszę zawrócić, dojazd do kolejnego, gdzie powtórnie muszę zawrócić i dojazd do odpowiedniego tym razem zjazdu. Całość operacji kalkuluję na nie krócej niż czterdzieści minut.

Zamykam oczy i jadę. Oczywiście nie z zamkniętymi, ale tak przysłowiowo zamkniętymi. Borykam się z wyrzutami sumienia i dylematem - powinienem wdepnąć mocniej gaz żeby jak najszybciej przejechać ten newralgiczny odcinek, czy wręcz przeciwnie, nie powinienem naginać prawa w większym stopniu? Pozostaję przy zminimalizowaniu szkód i przepisowej prędkości.
* * *
Życie najwyraźniej lubi się tak przyczaić i odwinąć w najmniej odpowiednich momentach. Bo co komu szkodzi, gdybym przejechał pod prąd dwadzieścia metrów drogą czwartej kolejności odśnieżania? Najwyraźniej wudu, hudu lub ktoś inny uważali inaczej. W zasadzie zdążyłem zapomnieć jakim jestem złoczyńcą, mającym w pogardzie przepisy ruchu drogowego, gdy zza stacji transformatorowej otoczonej gąszczem niestrzyżonych od wieków krzaków, wyskakuje postać niebiesko mundurowa i rzuca mi się niemal na maskę. Qrrrrwa! Przelatuje mi w myślach, z mocnym akcentem na er.
- Dzień dobry, sierżant, aspirant, posterunkowy jakiś tam. Czy kierowca wie jakie wykroczenie popełnił? - sapie zdyszany, ale wyraźnie dumny z siebie niebiesko mundurowy. Trudno się dziwić. Karkołomne ewolucje doprowadzające do mojego zatrzymania, musiały kosztować go masę energii. Teraz trudno skrywany uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Wciąż chyba nie dowierza, że udało mu się dokonać zatrzymania na tej autostradzie. Stanę się pewnie pośmiewiskiem lokalnego komisariatu do końca jego istnienia. Cały piątkowy optymizm gdzieś wyparował. Czego nie zdołały zrobić zakorkowane Jerozolimskie, uczynił patrol Policji z peryferii miasta.
- Tak, kierowca wie 
- A więc, nie zastosowanie się do znaku pionowego numer bla, bla, bla… Proszę przygotować dokumenty samochodu i prawo jazdy

Niebiesko mundurowa postać udaje się z moimi dokumentami do błyskawicy, zamaskowanej w gąszczu wokół trafostacji. Złość zdołałem przegonić, ale jej miejsce zastępuje humor straceńca. Ciekawe jak kosztowna okaże się przyjemność dziesięciometowej jazdy pod prąd?
* * *
- Panie kierowco, nie zastosowanie się do znaku pionowego numer … to jest X punktów karnych i 100 złotych mandatu karnego. Istnieje możliwość odmowy przyjęcia mandatu, w takim wypadku zostanie skierowany wniosek do sądu … bla, bla, bla…  - uprawia coś na kształt melorecytacji niebiesko mundurowy. Nie tak tragicznie, a i punktów myślałem, że więcej będzie. Ale zawsze…, no i ta stówka piechotą nie chodzi...

Zbieram się w sobie, mobilizuję, postanawiam nadludzkim wysiłkiem stoczyć ostatnią, ale najważniejszą bodaj batalię tego tygodnia. Niewiele mam do stracenia.
- Kurde, piątek jest. Nie da się nic taniej? No i bez tych punktów?
- Co, ulgowy mam wypisać?
Przyznaję, służba mundurowa zaskakuje mnie błyskotliwością. Pewnie z nudy i podczas wysiadywania w tych krzakach takie bon moty wymyślają.
- Nieee…, w ogóle bez wypisywania. Po co papier marnować, drzewa niszczyć. Za niższą kwotę też bym zrozumiał, że źle postąpiłem jadąc pod zakaz.
- 50?
- 40 i bez punktów?
Ledwo dostrzegalne kiwnięcie. Umowa zawarta. Równocześnie uświadamiam sobie negocjacyjny błąd. Qrwa, w portfelu mam całe pięć dych. Niech będzie, moja strata. Idę do błyskawicy, bo tam umawiamy się na transakcję. Wyciągam 50 złotych z portfela i konsternacja. Byłem przygotowany, że usłyszę coś na wzór, że oni mi dobrze, bo myśleli, że nie mam, a ja im z pięćdziesiątką wyjeżdżam. Tymczasem,
- Kurczę, ale ja nie mam wydać. Ty masz? - pytanie do przysypiającego za sterami błyskawicy kolegi. Osiągam czwarty stan umysłu w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut. Amplituda nastrojów hasa jak kolejka górska. Góra, dół, czasem pętla. Od zadowolenia, po wqrwienie, beznadzieję i obecnie osłupienie. Chłopaki w skupieniu odliczają resztę. W klepakach prawie całą kieszeń tego otrzymuję. 

Wychodząc z błyskawicy staram się ugrać całą pulę
- Panowie, skoro dojechałem już tutaj, to mogę śmignąć do końca?
- Nie! - powraca w nich dawny wigor
I chociaż jestem uboższy o cztery dychy, wracam na Jerozolimskie bardziej pogodny niż w momencie kiedy ją opuszczałem. Przepełniony wiarą w uczciwość. Nie, nie swoją. Miało być czterdzieści, było czterdzieści. Nie naciągali mnie na pięćdziesiąt.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers