28 mar 2017

Rozchmurz się, uśmiechnij i nie doradzaj


Miesiąc temu, więc wcale nie tak dawno, poniosło mnie do Szczecina. Piszę o tym dopiero teraz, bo wspominałem, że w niemocy piśmienniczej utknąłem. Napadła, spętała i trzymała mnie w zniewoleniu dwa tygodnie.
Za każdym razem kiedy trafiam do Polski obiecuję sobie, że pisać na ten temat nie będę. Zwykle nie powołuję do życia tekstów, które koncentrują się na naszych, bądź moich wojażach, lecz o wyjazdach do Polski, mimo owych obietnic, zawsze znajdę pretekst by kilka słów wyklepać.
*  *  * 
Czuję, że zbiorę cięgi za poniższy tekst, bo nie lubimy gdy się nas krytykuje. Nas, Polaków w sensie. Posiadamy, my Polacy, cechy, znaki rozpoznawcze, z których bez wątpienia możemy i powinniśmy być dumni. Męstwo, udowodnione w niejednej wojnie. Odwaga, powiązana czasem z głupotą, ale jednak równie czasem urocza i legendarna. I chyba najbardziej ostatnio znane i wysławiane niezłomność przechodzącą w niepokorność. Poza tym jesteśmy jako naród i każdy z osobna, niezwykle kreatywni. Nie przepadam za tym słowem, dlatego wymienię je na pomysłowi. Tak, to prawda. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, a jest to coś czego nie doceniamy. Potrafimy świetnie improwizować, co może w świetle spadających nam samolotów i tak w ogóle brzmieć idiotycznie, ale uważam to za nasz atut. Oczywiście wszystko to, to spore uogólnienia.
W przypływie odwagi i optymizmu zastanawiałem się czy nie dopisać jeszcze, że jesteśmy szarmanccy, ale odpuściłem. Nie chcę wojować z kobietami, które mogą mieć w tej materii odmienne zdanie.

Niestety, posiadamy również ułomności, a jak mówił prezes Ochudzki, chodzi o to aby te plusy nie przesłoniły nam minusów.
Kiedy leciałem już wzbity w powietrze lotem powrotnym, naszła mnie refleksja - Polakiem targa ustawiczna złość, zatracił gdzieś poczucie humoru i kieruje nim potrzeba ustawicznego pouczania.
Obruszą się mieszkańcy dajmy na to pięknego Poznania mówiąc - chyba w tym Szczecinie tak jest. My mamy plyndze, zagryzamy sobie gzikiem, trykamy się główkami jak koziołki, jesteśmy szczęśliwi, radośni i śmiech nas nie opuszcza. Wtóruje mu Gdańsk, Kraków, Stolyca i reszta Polski. Pochodził po Szczecinie i do wszystkich przykłada tą samą miarę. Oczywiście, nie każdy musi się zgadzać z moimi słowami, ale ja widzę to w sposób jaki opisuję poniżej.

Przyglądając się Kowalskiemu na ulicy, wniosek nasuwa mi się jeden - Polak to bardzo zezłoszczony człowiek. Nie wiem co go tak złości, lecz coś na pewno. Ale to nie nowina. Powtarzam się jak katarynka. Ile razy moja stopa dotyka polskiej ziemi, tyle razy wrażenie powraca. Ludzie, których mijam na ulicach bywają nader często nieuprzejmi, a srogi wyraz nie schodzi im twarzy.
Nie jestem przesadnie otwarty i bezwzględnie radosny. Pogodny również nie. Opornie manifestuję swoje emocje. Nasłuchałem się uwag Nati od metra o mojej towarzyskiej abnegacji. Jestem wiecznie chmurny, a uśmiech generuję zaledwie przez dwie godziny w tygodniu o z góry określonych porach. Nic to, ponieważ w każdym polskim mieście do jakiego rzuci mnie los zdaje mi się, że jestem oazą optymizmu i bijącym źródłem nieodwzajemnionego uśmiechu. Ale bardzo szybko mój uśmiech zostaje przygaszony, a optymizm spałowany. Czuje się jak kierowca, który pragnie przestrzegać przepisów na warszawskich ulicach. Szybko zostaje stłamszony. Ja również. Radość i uśmiech zarezerwowane są dla głupka, dlatego jak sądzę, moja pogodna postawa napotyka w rewanżu zdziwione, często złowrogie spojrzenia.
*  *  *
W filmie „Za jakie grzechy dobry Boże” można obejrzeć scenę, w której trzech bohaterów, Żyd, Arab i Chińczyk licytują negatywne przywary swych narodów. Jako jedną z nich, Chińczyk wylicza brak poczucia humoru. Film choć już nie najnowszy, ale wciąż aktualny. Stanowi dawkę świetnej rozrywki i doskonałego francuskiego poczucia humoru.

Podobne zdanie mógłbym napisać o Polakach. Z poczuciem humoru jesteśmy na bakier. Realnym poczuciem humoru, które nie jest powierzchowne i nie objawia się jedynie w wygłoszonym kawale podczas rodzinnej imprezy lub pozowanie na duszę towarzystwa gronie znajomych. Trudno w naszym narodzie doszukać się dystansu do siebie. Nie potrafimy spojrzeć na siebie ironicznym spojrzeniem, śmiać z własnych wad i przywar. Każdy żart na swój temat traktujemy jak atak personalny. Szybko czujemy się urażeni, a dowcip abstrakcyjny jakby nie dla nas. Co nie mnie dziwi, bo chociażby popularność Szymona Majewskiego w naszym kraju może przeczyć. Przecież jego żarty osiągają wysoki pułap abstrakcyjności.
Nie żartuje się w Polsce z rzeczy poważnych. Martyrologia to nasze drugie imię. Myślę, że byłoby nam dużo łatwiej gdybyśmy pozbyli się tej obezwładniającej nas powagi. O ogłoszeniu, które zamieściłem już kiedyś pisałem (TUTAJ), więc odsyłam tych, którzy nie czytali, a zechcą.
*  *  * 
Pamiętam, że na początku przemian ustrojowych, czyli gdzieś 25 lat temu, przedmiotem drwin bywał amerykański rynek poradników i poradnictwa, rozdmuchany do rozmiarów sporego balona. Poszukiwali i chyba wciąż poszukują Amerykanie rad na wszystko i w każdej dziedzinie. Jak odnieść sukces w interesach nie wysilając się zbytnio.
Trend poradnictwa dowolnego rodzaju dotarł również do naszego kraju. Liczba kołczów przerosła liczbę nie kołczów i wzrasta lawinowo. Rad może udzielać każdy. Odpowiedzialności żadnej, więc chętnych na ich udzielanie przybywa w tempie do kwadratu. Przeczytałeś choć jedną książkę w dziedzinie, jesteś ekspertem. Panuje niezbadana potrzeba szybkiego poradnictwa niosącego błyskawiczne i koniecznie proste, a co bardziej, skuteczne rozwiązania. Podąża za nią wiara w możliwość powiązania tego wszystkiego.

Zaszedłem do Empiku, ustawiłem przed półką z prasą i nie powiem, zaskoczyło mnie. Liczba prasy psycho doradczej robi wrażenie. Na mnie przynajmniej zrobiła. Jakby Polak żył wyłącznie skupiony na naprawie i poznaniu własnego wnętrza. Powinniśmy być narodem o najwyższej samoświadomości, tak mocno staramy się ją kształtować. Nie tylko z prasy, ale i z internetu płyną porady jak świadomie żyć, świadomie się odżywiać, świadomie kochać, z sensem pracować, odpoczywać. Zgłębiamy własne „Ja” z szaleńczym obłędem.
*  *  * 
Zanim skończę, chcę jeszcze kilka słów podsumowania skreślić. Wszystko co wyżej napisałem brzmi jakbym mówił o innych, nie o sobie. W zasadzie prawda, ale to też trochę jak z przekraczaniem prędkości na drodze. Robią to wszyscy inni tylko nie ja. Każdy myśli w podobny sposób o sobie. Tymczasem…
Ja również nie jestem bez winy. Może tego ponuractwa we mnie nieco mniej niż w statystycznym Kowalskim, ponieważ jeszcze w czasach resztek Polski Ludowej wyjeżdżałem do ówczesnej Republiki Federalnej, po zmianach ustrojowych dość szybko zacząłem wyjeżdżać za granicę i raczej nie w miejsca kultu pielgrzymkowego, a za granicą można powiedzieć mieszkamy od dawna, ale wciąż jednak głęboko we mnie siedzi. Pracuję nad tym jednak i widzę postępy kiedy przyjeżdżam do Polski. Być może udam się w tym celu na jakieś szkolenie, albo przeczytam fachowy poradnik, który odpowie mi na pytanie. No właśnie, tylko na jakie pytanie?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

23 mar 2017

Kutas i Zima Suka; Jak ugryźć ten feminizm ?


Niemal dwóch tygodni potrzebowałem aby nowy tekst wystukać. Całkiem słuszny rozbrat z klawiaturą sobie zafundowałem. W poszukiwaniu przyczyny, poszedłem tropem tego co za oknem dochodząc do wniosku, że przesilenie wiosenne mnie ani chybi zaatakowało z całą swą mocą. Dwa tygodnie jak w malignie. Niby słońce, piękna pogoda, biedronki na parapecie zwiastujące wiosnę a u mnie animusz i wola walki gdzieś się zapodziały.
*  *  * 
Łańcuch fejsbukowych lajków i połączeń umożliwia podglądanie publikacji znajomych naszych znajomych, znajomych znajomych naszych znajomych itd. Funkcjonowania fejsbukowej machiny tłumaczyć nie muszę, bo najbardziej potrzebującym w tej mierze osobnikiem mógłbym okazać się tutaj ja. Dzieło Zuckenberga wciąż pozostaje dla mnie nie do końca rozgryzione. Wspominanym sposobem trafiam na treści udostępniane przez Paulinę Młynarską. Cieszy mnie to, bo mówiąc kolokwialnie, lubię ją czytać. Z większością rzeczy się identyfikuję, niektóre poddałbym polemice. Ale na tym polegają zalety wolności poglądów i ich wyrażania. Uważam, że Pani Paulina to kobieta atrakcyjna, co w tym przypadku jest jakby mniej istotne, oraz w równym stopniu inteligentna. Z akcentem na obie te rzeczy, a wymieniłem je w porządku alfabetycznym gdyby komuś przyszło się czepiać.
*  *  * 
Feminizm stał się popularny i chyba na czasie. Jeśli nie, to przynajmniej jego głos zdaje mi się jest bardziej donośny niż, trudno mi powiedzieć jaki, ale jakiś czas temu. Nie odkryłem tego nagle, budząc się dzisiejszego poranka, lecz częściej niż kiedyś docierają o mnie z różnych stron głosy walczące o prawa kobiet. Zwolennicy lub zwolenniczki i idący z nimi do pary oponenci jakby zintensyfikowali swoje działania. Nie tylko w Polsce, ale i w świecie. To oczywiście moje subiektywne odczucia. Nie wiem czemu się tak dzieje oraz czemu odnoszę takie wrażenie, ale jest to temat na osobną dyskusję, bo nie tym chce się zająć.
*  *  * 
Dominuje utarty pogląd, że pewna siebie, dowartościowana, zdecydowana i zdeterminowana kobieta to zimna suka. Mężczyzna zaś, cieszący się podobnymi przymiotami to złamany kutas. W stosunku do kobiet ten mało wyszukany tytuł posiada negatywny wydźwięk. Brzmi pejoratywnie. Mężczyźnie, choć również nacechowany jest negatywnie, nadaje charakteru. Ciekawe czemu tak się dzieje? Kiedy kobiecie akcentuje się typowo damskie cechy jak uroda, wdzięk i ogólną atrakcyjność, feministki reagują obruszeniem i irytacją. Zabawne, ponieważ nowy, choć już wcale nie taki nowy, premier Kanady bardzo często nazywany jest ciachem, a jego atrakcyjność cielesna regularnie stawiana jest na pierwszym miejscu, przed inteligencją i postępowym umysłem. Nikt z tego zdaje się nie czynić tragedii i nie doszukuje się ataku na, jeśli nie wszystkich mężczyzn, to przynajmniej osobę premiera. Nie słyszałem w związku z tym żadnych głosów mówiących o seksizmie.

Od dawna, w zasadzie od kiedy trafiam na feministyczne treści, wywołują one u mnie pewnego rodzaju dylemat. Nie wiem, czy nazwałbym się feministą. Przesadnym orędownikiem sprawy chyba również nie. Szanuję kobiety nie tylko za sam fakt bycia kobietami. Szanuję ich pracę, szanuję osiągnięcia, inteligencję, mądrość. Nie dyskwalifikuję przez tylko sam fakt bycia kobietą. Nie mam problemu z wykonywaniem czynności uznawanych potocznie za typowo damskie, nie mam problemu z kobiecym zwierzchnictwem, nie uważam by kobiety w jakiś szczególny sposób były predysponowane do latania na miotle, czy tańców z mopem. Mogę powiedzieć, tyle o mnie. W tym miejscu postawię kropkę w obawie, że mogę strzelić coś głupiego, co zostanie opatrznie zrozumiane. 

Nieprzypadkowo wspomniałem o jednej z sióstr Młynarskich. W okresie około Dnia Kobiet zamieściła bowiem Pani Paulina wpis na fejsbuku, nie swój, który przedstawiał 8 punktów na 8 marca. Adresatem owych punktów jeśli dobrze je zrozumiałem jest mężczyzna, chociaż nie zostało to jasno sprecyzowane. Odsyłaczy do listy nie zamieszczam. Kto chce, niech sobie poszuka, poszpera, ale zapewniam mało interesujące. Natomiast uderzyła mnie mieszanka chamstwa, ordynarności i prostactwa w nich zawarta i w sumie zaskoczyło, bo nie spodziewałbym się, że Pani Młynarska taki mocno prymitywny, przynajmniej dla mnie, przekaz zechce promować.

To jest ten mój problem z feminizmem. Nie potrafię zrozumieć czemu jest on taki napastliwy? Czemu jest taki agresywny i krzykliwy? Jako niespełniony socjolog i niezrealizowany psycholog wiem, że agresja rodzi agresję więc nie prowadzi nigdy do rozwiązania, a bardziej do konfliktu. Szansa osiągnięcia sukcesu walką w takiej formie chyba niewielka, ale może się mylę. W każdym razie, mam wrażenie feminizm przyjął nazbyt impertynencką formę. Działania jakie obserwuję, w moim odczuciu pomagają tyle sprawie ile Michał Piróg swoją działalnością pomaga gejowi pracującemu na pochylni gdańskiej stoczni. Mówiąc otwartym komunikatem, niewiele lub nic.

W całej tej feministycznej wojnie zastanawiają mnie dwie rzeczy. Pierwsza to mało lojalna postawa kobiet względem siebie i toczące się krwawe bitwy na linii kobieta - kobieta. Część obwołuje się feministkami, inne odżegnują się od tego i nie chcą by przylgnęła do nich łatka. Dyskusje jednych z drugimi bywają agresywne i wulgarne. Obrzucają się obraźliwymi epitetami, a tymczasem, tym drugim ulatuje gdzieś fakt, że skoro między innymi mogą realizować się zawodowo, ścieżka kariery pozostaje dla nich otwarta, publicznie wyrażają swoje opinie, to jest to część osiągnięć wypracowanych przez feministki. Zatem niejako również biorą w tym udział, jak bardzo mocno by się od tego odżegnywały.
Druga rzecz to stosunek do mężczyzn. Mężczyzna traktowany jest przez feministki jak niedorozwinięty idiota o mocno ograniczonym intelekcie i możliwości logicznego myślenia. W zajadłości ataków, nie tylko ale głównie, na mężczyzn feministki niewiele różnią się od tych, od których domagają się szacunku. Krzykliwa napastliwość zdaje mi się bardziej zniechęca niż przysparza im zwolenników. Przynajmniej na mnie oddziaływuje w ten sposób. A przecież jak powiedziałem, postulaty walczących kobiet uważam za słuszne. Irytuje mnie jedynie, stawianie w pozycji odmóżdżonego ćwierćinteligenta. Przypuszczam, że podobnie myślących mężczyzn również może odstraszać. Nie, nie czuje się urażony, ile bardziej zniechęcony i zastanawiam się czy feminizm musi przybierać tak agresywną maskę?

Moje rozważania miały miejsce w piątkowe popołudnie. Życie najwyraźniej nie przeczołgało mnie odpowiednio przez cały tydzień, bo pozostawiło siły by zaprzątać sobie tym głowę. Tak sobie to wbiłem do głowy, że podczas sobotniego śniadania, które mamy zwyczaj celebrować długo i rozwlekle, delektując się chwilą, zapytałem o zdanie Nati. Uznałem, że Jej osoba jest jak najbardziej na miejscu by umiejscowić Ją na eksperckim fotelu. Moja niezwykle inteligentna Żona jest szanowana i lubiana przez znajomych. To Ona stanowi towarzyski trzon naszego duetu. Jest ceniona w pracy, zarządza dużymi projektami (nie cierpię tego słowa) informatycznymi, kieruje ludzkimi zasobami jak to się zwykło nazywać w nowomowie korporacyjnej, wielokroć wykorzystuję Jej wsparcie i rady. Oczywiście nie piszę tego bez celu, liczę bowiem, że przeczyta te słowa oraz wystawioną laurkę i nie ukrywam, oczekuję wymiernych korzyści z tego powodu. Ale spieszę też uspokoić tych, którzy już pędzą by składać zamówienia na taki model Żony. Nie, nie posiadam bezusterkowego modelu. Miewa czasem usterki.

Ze słów Nati jasno wynika, że nie czuje szklanego sufitu nad sobą, Jej koleżanki z pracy również nie. Nie czuje by Jej wartość jako pracownika, kompetencje, czy decyzje były podważane tylko dlatego, że jest kobietą. Nigdy się z czymś takim nie zetknęła. Przynajmniej tak to zrozumiałem. Powiedziała też coś Nati niezwykle istotnego. Jak to Ona. Kobiety muszą wykorzystywać te możliwości, które już posiadają. Bo upominanie się o więcej w momencie kiedy nie korzystasz z istniejących środków jest nieco nielogiczne. Brzmi sensownie.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

6 mar 2017

Zakochać się, zdradzić, czy rozwieść ?


Jakiś czas temu przeszliśmy z kolegą burzliwą dyskusję. Z każdą wypitą kolejką stawała się ona coraz bardziej zażarta i żywiołowa, lecz w zasadzie do żadnych odkrywczych wniosków, mnie i kolegę chyba również, nie doprowadziła. Być może rozmijam się w tym momencie nieco z prawdą, ponieważ trudno mówić o wyniku, skoro koniec rozmowy w przedziwny sposób ulotnił się z mojej pamięci pozostawiając jedynie suchość w ustach i potworny ból głowy o poranku następnego dnia.

Kolega zakomunikował mi radośnie - rozwodzimy się. Powiedział to od niechcenia, jakby mówił, że właśnie zamierza wymienić telewizor na większy, bo w modelu, który posiada aktualnie, denerwują go kolory przycisków w pilocie.
Ciężar gatunkowy rozwodu w dzisiejszych czasach, można powiedzieć, że zmalał, lecz według psycho-badaczy, to wciąż jedno z najbardziej stresogennych przeżyć jakich możemy doświadczyć. Może ostracyzm społeczny mniejszy, stygmatyzacja również, ale ludzki umysł w dalszym ciągu traktuje rozwód w większym stopniu jako olbrzymią porażkę, po której trudno się otrząsnąć, aniżeli sukces. Nawet jeśli rozwód to jedyne rozwiązanie wyjścia z patowej sytuacji i trwania w nieszczęśliwym związku, to wciąż katalogowany jest jako porażka.
Rozprawiać można by pewnie długo, bo szybko znajdą się tacy, dla których okazał się on jedynym słusznym rozwiązaniem. Zgoda, tylko jest to rozwiązanie często chyba nadużywane. W szybkich czasach chcemy szybkich rozwiązań. Boli głowa - łykamy paracetamol. Nie układa się w związku, następują tarcia, znudzenie - rozwodzimy się.

Ta lekkość tonu, być może odrobina za dużo alkoholu, spowodowały mój głęboki sprzeciw, mimo że sprawy rozwodów dotąd szczególnie mnie nie zajmowały. Że kolega się rozwiedzie prorokowałem jeszcze zanim się pobrał i radośnie mnie o tym poinformował. Jakoś nigdy nie widziałem w nich pary, a jedynie dobry seks i kumpli. Po rozwodzie nie było ani jednego, ani drugiego. Zeźliła mnie jednak beztroska tego - wiesz, rozwodzimy się. Bo fakt, człowiek z natury nie jest monogamistą i jak dotąd nie usłyszałem rozsądnego wytłumaczenia, dlaczego działa wbrew własnej naturze pakując się w monogamiczny układ. Lecz skoro zbudowaliśmy sobie jako ludzkość taką strukturę, to dobrze byłoby ją w miarę możliwości respektować. Przemyśleć zanim się zdecydujemy w nią wejść.

Oczywiście przy dwojgu dorosłych ludzi nieustająco pałujących się nawzajem w czterech ścianach, kontynuacja związku zwanego małżeńskim staje się dyskusyjna i traci zasadność. Trwanie w marazmie imitującym małżeństwo mija się z sensem. Więc co, może małżeństwo „Oreo” jest rozwiązaniem? Trafiłem i na takie rozwiązanie wertując internet.

Marcin Meller, którego felietony czytuje regularnie napisał, że jest kleptomanem słów i zwrotów. Kradnie je nieświadomie, i tak bardziej świadomie, z tekstów które zdarzy mu się czytać. Cierpię na podobną przypadłość. Wypatrzyłem ostatnio „pornografię cyfr” u Rafała Steca i chciałbym ją właśnie pouprawiać, bowiem wiedziony ciekawością poszperałem trochę w necie i choć dane nie posiadają podbudowy naukowej, przytoczę:
  • 67% Polaków zdradza regularnie swojego współmałżonka 
  • 59% Polek zdradziło przynajmniej raz swojego partnera 
  • 4 z 5 małżeństw dotyka problem zdrady 
  • 88% współmałżonków jest gotowa do zdrady gdyby istniała/mieli pewność, że nie zostanie ona wykryta 
To trochę smutne, bo w takim razie, po co wiążemy się w pary? Po co na siłę obiecujemy sobie wierność? Obróć się w lewo, obróć się w prawo i na pewno ujrzysz kogoś, kto zdradził, zdradza. Zakładając, że nie robisz tego Ty. Oczywiście zdradę można rozpatrywać z wielu stron i nie zawsze wynika ze złych pobudek. Jest ciężka do wybaczenia, ale czasem to efekt braku ciepła, bliskości, uczucia, uwagi poświęconej partnerowi, zrozumienia. To pewnie bardziej złożone niż się wydaje. Tak przypuszczam, chociaż ekspertem od spraw damsko męskich nie jestem. Sześć do ośmiu miesięcy, tyle według fachowców utrzymuje się w ludzkim mózgu chemiczna mieszanka odpowiedzialna za sławetne motylki w brzuchu. Po tym okresie związek wkracza w kolejne fazy, niekoniecznie już tak ekscytujące jak pierwsza. Partner nabiera wad i mankamentów, których wcześniej nie posiadał. Te kolejne etapy wymagają więcej wysiłku.

Nie sztuką jest zdradzić. To banalnie proste. Nie sztuką jest się rozwieść i łudzić mrzonką, że za chwilę życie ułoży się tak jak tego chcemy. Znajdziemy partnera, takiego idealnego, takiego z bajki. I znów będzie miło, znów romantycznie. Przypomina myślenie narkomana, który sądzi, że kolejnym strzałem poprawi sobie życie. Być może, ale na krótko. Terminologia sportowa zaś, którą lubię się wspierać, mówi, że łatwiej jest wejść na szczyt niż się na nim utrzymać. Bo łatwiej jest się nam zakochać, aniżeli tą miłość w kolejnych jej odsłonach utrzymać.

Czy gdyby więc małżeństwa zawierano w formie kontraktowej, dajmy na to na pięć lat, po upływie których należałoby je odnawiać, ludzie częściej by od siebie odchodzili, czy też może bardziej dbaliby o związek?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

Google+ Followers