6 mar 2017

Zakochać się, zdradzić, czy rozwieść ?


Jakiś czas temu przeszliśmy z kolegą burzliwą dyskusję. Z każdą wypitą kolejką stawała się ona coraz bardziej zażarta i żywiołowa, lecz w zasadzie do żadnych odkrywczych wniosków, mnie i kolegę chyba również, nie doprowadziła. Być może rozmijam się w tym momencie nieco z prawdą, ponieważ trudno mówić o wyniku, skoro koniec rozmowy w przedziwny sposób ulotnił się z mojej pamięci pozostawiając jedynie suchość w ustach i potworny ból głowy o poranku następnego dnia.

Kolega zakomunikował mi radośnie - rozwodzimy się. Powiedział to od niechcenia, jakby mówił, że właśnie zamierza wymienić telewizor na większy, bo w modelu, który posiada aktualnie, denerwują go kolory przycisków w pilocie.
Ciężar gatunkowy rozwodu w dzisiejszych czasach, można powiedzieć, że zmalał, lecz według psycho-badaczy, to wciąż jedno z najbardziej stresogennych przeżyć jakich możemy doświadczyć. Może ostracyzm społeczny mniejszy, stygmatyzacja również, ale ludzki umysł w dalszym ciągu traktuje rozwód w większym stopniu jako olbrzymią porażkę, po której trudno się otrząsnąć, aniżeli sukces. Nawet jeśli rozwód to jedyne rozwiązanie wyjścia z patowej sytuacji i trwania w nieszczęśliwym związku, to wciąż katalogowany jest jako porażka.
Rozprawiać można by pewnie długo, bo szybko znajdą się tacy, dla których okazał się on jedynym słusznym rozwiązaniem. Zgoda, tylko jest to rozwiązanie często chyba nadużywane. W szybkich czasach chcemy szybkich rozwiązań. Boli głowa - łykamy paracetamol. Nie układa się w związku, następują tarcia, znudzenie - rozwodzimy się.

Ta lekkość tonu, być może odrobina za dużo alkoholu, spowodowały mój głęboki sprzeciw, mimo że sprawy rozwodów dotąd szczególnie mnie nie zajmowały. Że kolega się rozwiedzie prorokowałem jeszcze zanim się pobrał i radośnie mnie o tym poinformował. Jakoś nigdy nie widziałem w nich pary, a jedynie dobry seks i kumpli. Po rozwodzie nie było ani jednego, ani drugiego. Zeźliła mnie jednak beztroska tego - wiesz, rozwodzimy się. Bo fakt, człowiek z natury nie jest monogamistą i jak dotąd nie usłyszałem rozsądnego wytłumaczenia, dlaczego działa wbrew własnej naturze pakując się w monogamiczny układ. Lecz skoro zbudowaliśmy sobie jako ludzkość taką strukturę, to dobrze byłoby ją w miarę możliwości respektować. Przemyśleć zanim się zdecydujemy w nią wejść.

Oczywiście przy dwojgu dorosłych ludzi nieustająco pałujących się nawzajem w czterech ścianach, kontynuacja związku zwanego małżeńskim staje się dyskusyjna i traci zasadność. Trwanie w marazmie imitującym małżeństwo mija się z sensem. Więc co, może małżeństwo „Oreo” jest rozwiązaniem? Trafiłem i na takie rozwiązanie wertując internet.

Marcin Meller, którego felietony czytuje regularnie napisał, że jest kleptomanem słów i zwrotów. Kradnie je nieświadomie, i tak bardziej świadomie, z tekstów które zdarzy mu się czytać. Cierpię na podobną przypadłość. Wypatrzyłem ostatnio „pornografię cyfr” u Rafała Steca i chciałbym ją właśnie pouprawiać, bowiem wiedziony ciekawością poszperałem trochę w necie i choć dane nie posiadają podbudowy naukowej, przytoczę:
  • 67% Polaków zdradza regularnie swojego współmałżonka 
  • 59% Polek zdradziło przynajmniej raz swojego partnera 
  • 4 z 5 małżeństw dotyka problem zdrady 
  • 88% współmałżonków jest gotowa do zdrady gdyby istniała/mieli pewność, że nie zostanie ona wykryta 
To trochę smutne, bo w takim razie, po co wiążemy się w pary? Po co na siłę obiecujemy sobie wierność? Obróć się w lewo, obróć się w prawo i na pewno ujrzysz kogoś, kto zdradził, zdradza. Zakładając, że nie robisz tego Ty. Oczywiście zdradę można rozpatrywać z wielu stron i nie zawsze wynika ze złych pobudek. Jest ciężka do wybaczenia, ale czasem to efekt braku ciepła, bliskości, uczucia, uwagi poświęconej partnerowi, zrozumienia. To pewnie bardziej złożone niż się wydaje. Tak przypuszczam, chociaż ekspertem od spraw damsko męskich nie jestem. Sześć do ośmiu miesięcy, tyle według fachowców utrzymuje się w ludzkim mózgu chemiczna mieszanka odpowiedzialna za sławetne motylki w brzuchu. Po tym okresie związek wkracza w kolejne fazy, niekoniecznie już tak ekscytujące jak pierwsza. Partner nabiera wad i mankamentów, których wcześniej nie posiadał. Te kolejne etapy wymagają więcej wysiłku.

Nie sztuką jest zdradzić. To banalnie proste. Nie sztuką jest się rozwieść i łudzić mrzonką, że za chwilę życie ułoży się tak jak tego chcemy. Znajdziemy partnera, takiego idealnego, takiego z bajki. I znów będzie miło, znów romantycznie. Przypomina myślenie narkomana, który sądzi, że kolejnym strzałem poprawi sobie życie. Być może, ale na krótko. Terminologia sportowa zaś, którą lubię się wspierać, mówi, że łatwiej jest wejść na szczyt niż się na nim utrzymać. Bo łatwiej jest się nam zakochać, aniżeli tą miłość w kolejnych jej odsłonach utrzymać.

Czy gdyby więc małżeństwa zawierano w formie kontraktowej, dajmy na to na pięć lat, po upływie których należałoby je odnawiać, ludzie częściej by od siebie odchodzili, czy też może bardziej dbaliby o związek?
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers