6 kwi 2017

Halo, halo... czy ja mógłbym mówić z Elżbietą?


Największy kłopot przysporzył mi tytuł. Bo co wymyślić żeby było choć trochę inaczej i przyciągnąć oko? Poza tym, co można napisać o mieście, w którym byli już chyba wszyscy i o którym napisano już prawie wszystko?
To nie przypadek ani nagła myśl, że Londyn pojawia się w moim tekście. Kwestią czasu było, kiedy zacznę się z nim okładać na dobre. Oswajanie zabrało mi tylko więcej czasu niż przypuszczałem że zajmie, bo właśnie mijają dwa lata gdy obóz w Londynie rozbiliśmy.

Podobnych słów można zapewne w necie wyczytać na metry, ale spróbowałem naszkicować Londyn na jakiego opis jeszcze nie trafiłem. Niewiele w nim będzie o parkach, kwiatkach, skaczących wiewiórkach i atmosferze Soho, chociaż nie twierdzę, że nie ładne i że nie ma. Są, tylko w niejednym miejscu już opisane. Poniższy tekst to moja odpowiedź na pytanie - „Jak Ci się podoba w Londynie?”. W końcu zebrałem się do wyrażenia swojej opinii, przez nikogo nie prostowany jak bardzo się mylę i że jestem w błędzie. Bo występuje w ludziach parcie aby przekonywać do własnych racji. Ciężko się niektórym pogodzić z odmiennością opinii.

LONDYN NA DZIEŃ DOBRY

Londyn nie zawojował mojego serca i chyba nie zawojuje. Wrażenie można zrobić tylko raz. Po Singapurze zdawał się być miłą perspektywą i cieszyłem się na taką odmianę. W końcu Europa. Ale entuzjazm trwał krótko i z każdym dniem, tygodniem, miesiącem parował.
Często zachodzę w głowę, czy Anglia to Europa? Sami Anglicy mają pewnie na ten temat podzielone zdania. Mnie zaś dziwi, że w chwili swej wielkości, imperium nie obwołało się osobnym kontynentem. Miarkując rozmiary angielskiej megalomanii, nie dziwiłoby to aż tak bardzo. Wszak przeświadczenie wyższości i dominującej pozycji nad innymi nacjami towarzyszy Anglikom na co dzień. Sprawia, że przestali o nim mówić na głos i kogokolwiek przekonywać. Oni wiedzą i świat również powinien być od dawna tego świadomy.

Trafiliśmy do Londynu wczesną wiosną, czyli porą o jakiej marzyliśmy będąc w Singapurze. Śpiew ptaków, świeża zieleń, słońce i cudowne zapachy budzącej się przyrody. Wiosna co dodaje animuszu i sprawia, że chce się żyć. Nabijałem w tym czasie mnóstwo kilometrów, przecinając miasto w każdą stronę podczas długich wędrówek. Tej możliwości brakowało mi w Singapurze i nią się delektowałem.
W City napawałem się widokiem monumentalnych budynków, które zresztą nieustająco podziwiam. Lubię uprawiać people watching więc oddawałem się temu bez końca, przyglądając się ludziom pracującym w instytucjach finansowych. Wszyscy w świetnych, chociaż osobiście wolę sznyt włoski, często krojonych na miarę garniturach. Mowa o mężczyznach, kobiety najczęściej w damskich odpowiednikach, garsonkach, którym także nić dodać nic ująć. Podejrzewam, że w pięknych biurach usytuowanych w równie imponujących budynkach. Zamknięci w getcie luksusu zarządzają finansami Świata. Czy znają jego potrzeby, poza jedną - jak wycisnąć jeszcze więcej szmalu? Co dla nich oznacza bieda w afrykańskim kraju, któremu udzielenie pożyczki trzeba rozpatrzyć? Pewnie nic. Bo jak dostrzec suszę urzędując w oazie?

GRA W KLASY

Widziałem w swoim życiu spory kawałek świata i nie mogę powiedzieć, człowiek ze mnie bywały, ale nie spotkałem się i nigdy dotąd nie byłem w miejscu bardziej sklasowanym społecznie niż Londyn. W miejscu, gdzie jest to odczuwalne tak intensywnie jak tutaj. To sieć niepisanych umów społecznych, na pierwszy rzut oka nie dostrzegalnych i trudnych do zdefiniowania, ale które są przestrzegane i respektowane przez ogół społeczeństwa. W tej nieformalnej drabince społecznej pozycja emigrantów lokuje się nisko. Niestety zbyt często niżej aniżeli lokalnych penerów i beneficjentów pomocy społecznej.

W Katalonii króluje powiedzenie - Katalończykiem się nie rodzisz, Katalończykiem zostajesz. Londyn zaś oferuje wersję odwrotną powiedzenia. W Londynie, przyjezdny pozostanie przyjezdnym. Tolerowanym, akceptowanym, ale przyjezdnym. Nieistotne czy przybył z innego kraju, czy tylko z prowincji, obowiązuje etykietka jedna dla wszystkich.
Czynników, które określają pozycję jest ogrom. Kod pocztowy, szkoła do jakiej uczęszczają dzieci, sklep, w którym robisz zakupy, akcent w mowie, miejsce pochodzenia … Ktoś może powiedzieć, że podobnie dzieje się na całym świecie. Z pewnością, ale nigdzie tak wyraźne jak tutaj dlatego towarzyszy mi związana z tym mieszanka odczuć. Skostniały i mocno osadzony w fundamentach, nieskory do zmian kręgosłup społeczny trochę mnie fascynuje, budzi zaskoczenie, ale napawa również swego rodzaju niechęcią.

PROSTOTA I PROSTACTWO

Największe zaskoczenie wzbudziło i wciąż wzbudza we mnie prostactwo z jakim stykam się na co dzień. Mówię o prostactwie, nie prostocie i dobrze oba pojęcia rozgraniczyć.
Upłynęło sporo czasu i można by pomyśleć, że powinienem się przyzwyczaić, ale wciąż zaskakują mnie jego rozmiary. Londyn to nie melonik i laska. Przytoczenie konkretnych przykładów jest piekielnie trudne, ponieważ często to szereg wydaje się drobnych zachowań wyrwanych z kontekstu, ale zapisanych w przyjętym kodeksie zachowań. Powszechna i spowszedniała wulgarność oraz ordynarność spotykana na ulicach, w metrzem, autobusach. Wszędzie wokół. To zwierzęce spożywanie alkoholu. Do upadłego. Do sponiewierania. Jakby został odkryty i zaprezentowany angielskiemu narodowi dopiero wczoraj. Obrzygane, zataczające się panny, które w alkoholowym wyzwaniu starają się dorównać mężczyznom; dżentelmeni z pasją znaczący chodniki swoimi rzygowinami. Jak psy z łańcucha. Krzykliwi, ujadający i zaczepni. Irytująca mieszanka.
W swej złośliwości zastanawiam się co przynosi mężczyzna na randkę z angielską damą, kwiaty czy butelkę wódki? Angielskie kobiety i dziewczęta posiadają w sobie wdzięk radzieckiego czołgu.

Siłę alkoholowego rażenia znam doskonale i wiem, że potrafi rzucić na ziemię. Swoje po alkoholu również dokazałem, włącznie z tańcami na dużej arterii w pewnym wielkim mieście. Dziękuje wam wyrozumiali stróże porządku. Ale sobotnie spektakle alkoholowe rozgrywające się na londyńskich ulicach to tragedie rozpisane na kilka aktów. Na ich podstawie trudno odrzucić przekonanie, że sobotnia libacja to dla wielu jej uczestników jedyny motor w życiu.

Znakiem rozpoznawczym bywa również przyzwolenie na śmiecenie, ogólnie rozumiany brud. Akceptacja życia w syfie. Londyn tonie w śmieciach i nikogo taki stan nie kłuje w oczy, bo niemal każdy dokłada swoją cegiełkę wyrzucając śmieci tam gdzie mu wygodnie. Nie mogę się do tego przyzwyczaić, że wszystko co zbędne wyrzucane jest na ulice. Anglicy to naród dbający o porządek inaczej i chyba eufemizmem jest nazywanie ich bałaganiarzami.
Szukając wyjaśnienia, obarczałem winą biegające po Londynie lisy. Wydawało mi się, że to one roznoszą wystawiane na ulice śmieci. Lisia działalności to jednak niewielki promil. Czasem mam wrażenie, że angielska mentalność pod tym względem zatrzymała się w średniowieczu. Nie zdziwię się bardziej niż jestem, kiedy ujrzę obrazek wylewanych z okna pomyj na ulicę. Tak, przeszkadza mi angielska mentalność. Głośna, nieokrzesana, krzykliwa i napastliwa.

DUŻY NIE ZNACZY LEPSZY

Londyn jest wielki, ale to raczej nic co mogłoby zaskoczyć. Wystarczy zerknąć do mapy. Tak duże miasto nie ułatwia życia, a wręcz je komplikuje. Nie jestem przekonany, czy miasta takich rozmiarów są człowiekowi potrzebne? Lubię miasta, uwielbiam życie w mieście, lecz jego wielkość wywołuje zbyt często dysfunkcjonalność, która mnie irytuje. Londyn to moloch, którego objąć w całości nie sposób. Olbrzymie odległości powodują, że życie i tak ogranicza się do dużo mniejszych przestrzeni.
Logistyka skomunikowania tak olbrzymiego organizmu staje się potężnym wyzwaniem. Muszą i występują zgrzyty oraz potknięcia. Nie da się ich uniknąć. A to drażni kiedy przychodzi z tym żyć. Awarie, wypadnięcia z trasy, remonty.

PRETTY WOMAN

Żeby nacieszyć oko ładnymi obrazkami jeżdżę czasem pospacerować do City lub Chelsea&Kensington. Bardzo lubię panującą tam dostojność, ale też czuje się niemal jak Julia Roberts w Pretty Woman na Rodeo Drive. Wklejony nie w to miejsce.

Większość Londynu zaś sprawia ponure wrażenie, a panująca pogoda potrafi wrażenie spotęgować. Pozostałość po erze przemysłowej. Brudne od sadzy i węgla budynki, którym nawet rzadko wychodzące w Londynie słońce nie zawsze potrafi nadać przyjemnych barw. Lecz turysta nie odjeżdża dalej niż kilka stacji metrem od Tower Bridge. Mógłby się zdziwić jak obskurny potrafi być Londyn.

PIERWSZY PO BOGU

Angielska mentalność zwrócona jest do siebie. Zdaje się wyrażać - jestem najważniejszy i nie zamierzam przy zaspokojeniu swoich potrzeb nikomu ustępować. Z nikim i niczyimi odczuciami się nie liczę. To otoczenie musi się dostosować do mnie.
Polityczna poprawność posunięta jest do granic absurdu. Pod żadnym pozorem nie wolno zwracać uwagi niebotycznie rozwydrzonym dzieciom. W zasadzie nie należy reagować na niczyje naganne zachowania i udawać, że się ich nie dostrzega. Zasada, która mówi - tam kończy się wolność jednego człowieka, gdzie zaczyna innego, jest w Londynie nie znana, a na pewno opornie stosowana.

CHŁOPCY Z FERAJNY

Nie czuję się bezpiecznie na londyńskich ulicach. Nie, nie mam na myśli zagrożeń bombowych czy ataków terrorystycznych. Mówię o codziennym, zwyczajnym bezpieczeństwie na ulicy.
Czy to Singapur wyśrubował w mojej głowie tak wysokie normy bezpieczeństwa? Nie potrafię odpowiedzieć. Wydaje mi się, że mimo wszystko nie do końca. Nie wiem jak nazwać uczucie, które mi towarzyszy, bo z całą pewnością nie jest to stan nieustannego zagrożenia, ale też nigdy wcześniej i nigdzie indziej nie doświadczałem podobnej bliskości zagrożenia na ulicach. Oczywiście można sobie mówić o unikaniu miejsc, których zdrowy rozsądek nakazuje omijać i tak dalej. Wszyscy to rozumiemy, lecz nie w tym problem.
Dużo w Londynie rozwydrzonej, nie znającej granic wczesnej młodzieży i nastolatków. Funkcjonują w grupach, a ich mowa ciała przy spotkaniu mówi - zejdź mi z drogi. Zwykle połączeni w nastoletnie gangi, co może w takiej opowieści śmieszyć, ale to synki wyposażone w noże, maczety. Im młodszy tym więcej ma do udowodnienia. Najczęściej zajmują się dilowaniem i nierzadko dochodzi do porachunków między młodocianymi grupami, w których ktoś zostaje pocięty. Narkotyki są tak powszechne w Londynie jak zimna woda w kranie.

PODSUMOWANIE

Zatem jaki jest naprawdę Londyn oprócz tego, że przez większą część roku zasnuty chmurami? Z mojego tekstu wynika, że to miasto pogrążone w rozpadzie moralnym i za nic w świecie nie uświadczysz w nim nic pozytywnego. Zaznaczyłem jednak na początku, że coś takiego też uda się znaleźć na mapie Londynu, ale ja o tym pisać nie zamierzam. Napisałem natomiast to, co się pomija w opowieściach o Londynie. Czego zazwyczaj w nich nie ma.

Londyn jak powiedziałem, jest duży, dużo za duży do ogarnięcia. To miasto w ciągłym pędzie i pogoni za jutrem. To co wczoraj, dziś już jest nudne. Jakiś czas temu, wkrótce po naszym zakotwiczeniu w Londynie, umilając sobie podróż pociągiem z Paryża, porównywałem oba te miasta. Co je łączy, co dzieli? W Paryżu panuje szmer, słychać brzdęk filiżanek, donośny, ale i dostojny szum żyjącego miasta. Natomiast w Londynie dominuje nieustający jazgot i harmider. Mam wrażenie, że czasem celowo generowany, bo gdyby choć na chwilę w mieście zapanowała cisza, ludziom podobnie jak zombie na horrorach urywałoby głowy. Londyn budował solidny rzemieślnik, Paryż artysta. Jeśli lubię za coś Londyn to za miejsca głęboko odizolowane od ludzi. Za ogromną ilość niewielkich zielonych skwerków gdzie wiosną i latem można przysiąść z książką. Lubię Londyn za różnorodność twarzy na ulicach, mnogość języków jakie można usłyszeć. Za ludzi ze wszystkich stron świata. To one tworzą bogactwo i niesamowitość miasta, jego kosmopolityczny charakter.


Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers