4 maj 2017

Czytasz? Poczytaj też za mnie


Długo nie pisałem, ale nie miałem ochoty. Wśród blogerskiej braci modnym stało się w takich przypadkach utyskiwanie na brak weny. Zawsze to lepiej brzmi niż - nie chciało mi się bądź nie miałem pomysłu. Poważnie i literacko. Ja pomysł, a nawet kilka w zanadrzu miałem, ale mi się najzwyczajniej po ludzku nie chciało. Na siłę natomiast klepać nie zamierzam, bo pisanie wciąż umieszczam w katalogu przyjemności, nie zaś czynności koniecznych do wykonania.
*  *  * 
Biblioteka Narodowa opublikowała swój coroczny raport o stanie polskiego czytelnictwa. Wynika z niego, że tylko sobie w torbę strzelić, jak mówił Waldek Pochrząszcz, mój kolega jeszcze z czasów kiedy w bocianim gnieździe niebezpieczeństw wypatrywałem. Nic w temacie nie drgnęło od ubiegłego roku. Raport sugeruje nawet, że jest fatalnie. 63% dorosłych Polaków nie przeczytało w 2016 roku żadnej książki, jeśli nie liczyć instrukcji obsługi imponującego kombajno grilla gazowego, którym przed szwagrem wszak trzeba się pochwalić i przynajmniej w dużym przybliżeniu dobrze wiedzieć jak działa by sobie krzywdy nim nie zrobić. Nic ponad to. Naród jak nie czytał, tak nie czyta. Chociaż tu mi się wątpliwości nasuwają, bowiem przypominam sobie, że jakiś czas temu, liczony w tygodniach, trafiłem na artykuł i wyniki innego badania, które wlewały nieco otuchy w serce. Czarno na białym mówiły, że wraz z siłami przyrody trend nieczytania w narodzie udało się zatrzymać, a tendencja pierwszy raz od dawien dawna nie zwyżkuje lecz utrzymuje się na poziomie z poprzedniego roku.
Niestety w pośpiechu przygotowywania niniejszego tekstu oraz przy dużym wkładzie własnego lenistwa, wspominanych wyników nie udało mi się odszukać. Zniknęły niechciane w zalewie nowości jako mało wiarygodne? Być może, ale głową ręczę, że widziałem. Pozostaje mi zatem opierać się o marazm zaserwowany jako danie główne przez Bibliotekę Narodową.

Podszeptuje mi pamięć, że analogiczny raport wykonany przed rokiem także poruszył mną głęboko. Na tyle, że tekst o swoim zapatrywaniu na rzecz wypuściłem. Sprawdziłem, rzeczywiście tekst jest. Odkurzyłem, miotełką przejechałem, pajęczynę zdjąłem, a po przeczytaniu konsekwencji poglądów sam sobie pozazdrościłem. Mogę się nią teraz z czystym sumieniem afiszować i wpisywać we wszelkiego rodzaju kwestionariusze osobowe, gdy przyjdzie mi okazja taki wypełniać.
Poza tym, problem uderzył w serca i umysły blogerskie, bo na wielu blogach temat raportu jako świeży i ważki był się pojawił. A bloger to taka konstrukcja, która nie dość że sama udaje, że pisze, to jeszcze w czytaniu bardzo mocno zaawansowana co głośno Światu stara się oznajmiać. Dlatego nic dziwnego, że z troską temat blogerzy podjeli, ze mną włącznie. Forsuje się w tym może nawet na czoło peletonu, bo jak powiedziałem, wstrząśnięty podejmuję go drugi rok z rzędu, czym być może wytyczam szlaki.
*  *  * 
Wciąż pałujemy się nie czytelnictwem z zapałem wręcz opętańczym. Jakby potrzebne nam było dla większego urozmaicenia życia chodzenie po gwoździach. Ekscytacja przechodząca w modę na lanie łez nad stanem polskiego czytelnictwa trwa. Zapanowała dziwaczna presja na czytanie. Nawet rozmawiałem na ten temat niedawno z Nati, niezaznajomiony jeszcze z liczbami, a dokładnie jedną, podaną przez Bibliotekę Narodową. Podzieliłem się z najkochańszą z moich Żon, że dostrzegam rodzaj snobo mody - hej kto żyw, niech łapie za książkę! Z książką inteligentniej!
Czy aby na pewno? Czy czytelnik kilku tomowych powieści o walkach smoków w gwiezdnych przestworzach albo miłośnik jednej z kilku książek Wayna Rooneya, a wydał ich jako niezwykle płodny autor młodego brytyjskiego pokolenia przynajmniej trzy, posiada szersze horyzonty, niż czytujący regularnie artykuły w „The Economist” lub „New Yorker”? Uprzedzę, wiem, przykłady skrajne.

Wspominany raport Biblioteki wzmiankuje, że lud wprawdzie rzucił się na twórczość internetową, ale optymizm szybko studzą fachowcy od badań społeczeństw i kultury. Treści internetowe, w tym blogi - jak mówią - nie wymagają takiego skupienia, poświęconej uwagi co książki. Wystarczy „lizać” je wzrokiem, ale kiedy poprosić czytającego o krótką recenzję tekstu, który przed chwilą niby przeczytał, okazuje się, że wielu polegnie. Więc porażka na całym froncie.
*  *  * 
Czytanie to rozrywka. Kształtująca, ale jednak tylko rozrywka. Przykładając podobną miarę, grą na pianinie czy jazdą figurową na lodzie para się pewnie jeszcze mniejszy odsetek, choć to czynności równie rozwijające. Lecz z tego powodu nikt (póki co) nie lamentuje. Owszem zgadzam się, czytanie posiada wiele zalet, ale sporym naciąganiem jest mówienie, że ludzie którzy nie czytają są gorsi, by nie powiedzieć głupsi. To ogólnonarodowe rwanie włosów nazwałbym mainstreamową histerią. 

Czytać lubię. Ktoś inny nie. Prawa jednak przy tym nie łamie; szkodzić innym ludziom nie szkodzi. Pozwólmy mu więc na to. Nie mów mi co jest dobre, a co złe - tak chyba śpiewał Lipiński. Ktoś czyta, ktoś nie czyta. To również mieści się w zakresie szeroko pojmowanej tolerancji, która zbyt często ogranicza się w naszych głowach tylko i wyłącznie do nie biegania z kawałkiem gazrurki za osobami obdarzonymi innym odcieniem skóry.

W ubiegłym tygodniu przeszukiwałem internet aby znaleźć odpowiedź na pytanie komu tak na dobrą sprawę w sposób legalny mogę udostępniać ebooki. Po przebrnięciu przez masę informacji zawierających tryb przypuszczający udało mi się. Znalazłem odpowiedź, ale trafiłem również na inną, równie ciekawą informację. Zaledwie 3% e-booków jakimi dysponują Polacy pochodzi z legalnego źródła. Resztę stanowią wersje pirackie. Łamiemy prawo, oszukujemy i nikogo to nie boli; nikt nie pąsowieje ze wstydu. Dlaczego nam to umyka? Czyżby znowu górę brała „polska zaradność”? Moim zdaniem, to dobre miejsce aby wyrazić skruchę i nieco wstydu.
*  *  * 
Nie trafiają do mnie licytacje - a ty, ile książek przeczytałeś? Nie rozumiem ich sensu. Mam wrażenie, że służą wyłącznie po to, aby upajać się nie samymi książkami, ich treścią, ale własną wrażliwością. Nie tyle genialnością zawartą w danej książce ile własną wyższością.
Nie jestem czytelnikiem nazbyt namiętnym. Nie należę do czytelniczych maratończyków. Przeinaczając nieco trójkowe hasło - biegam, bo lubię, ja czytam, bo lubię. Książkę, chociaż nie tylko, ponieważ czytuję również prasę, mam zwykle przy sobie. Czytam w autobusie, czytam w metrze, czytam w kawiarni (omijam klubokawiarnie), czytam na ławce. Czytanie przed snem idealnie mnie wycisza. Ale czasem jestem zbyt zmęczony by czytać. Oczy łzawią, głowa opada. Nie czytam by nabijać statystyki. Czytam, bo chcę i lubię. Licytacje kto ile przeczytał uważam za idiotyczną sprawę.

Na zakończenie składam wniosek aby zaprzestać tej naparzanki z czytelnictwem. Może przyjdzie czas, że Polak zapała miłością dozgonną do książki? Może nie. Ale nie róbmy z tych, którzy nie czytają, wyjętych spod prawa.
Przekaż Post:    Facebook Twitter Google+

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Google+ Followers