Nazywam się bloger..., po prostu bloger



Tekst powstał już dawno, rok albo więcej temu, ale wylądował ostatecznie w szufladzie gdzie odleżał swoje. Dopiero przed paroma dniami coś mnie tknęło i wydobyłem go stamtąd przywracając do życia. Przetarłem kurz, zdmuchnąłem pajęczynę i nieco zmieniłem treść, bo w pierwotnej wersji brzmiał nieco jak list motywacyjny. Gdzieniegdzie więc dodałem, trochę odjąłem, przeszlifowałem i jest jaki widać obecnie.

KIMŻE JESTEM?  

Jestem blogerem..., lub może blogerką, tego do końca nie wiem. Mężczyzna, który postanowił napisać poniższy tekst - mniej więcej czterdziestoletni, szarmancki i niebywale pociągający, jak również nieco sfrustrowany i zgorzkniały - zapomniał określić moją płeć. Na poły go rozumiem, bowiem dzisiaj to nie takie oczywiste.
Usprawnił sobie jednak pracę i w całym tekście traktuje mnie jako mężczyznę. Droga na skróty, ale ponoć tacy są właśnie mężczyźni. Podobnie też, nie posiadam imienia, o którym ów mężczyzna także zapomniał. Przełknę to, chociaż nie ukrywam, że jest mi przykro występować jako anonimowy ktoś.
Zatem jestem osobą prowadzącą bloga, co znaczy mniej więcej tyle, że go piszę. W zasadzie to jestem zlepkiem jaki powstał z obserwacji osób które je prowadzą. Materialnie i czysto fizycznie więc nie istnieje, ale wbił sobie mocno do głowy wspominany mężczyzna, aby wymodelować mnie na podobieństwo częściowo swoje, aczkolwiek w większości, ogółu blogowych autorów. Za wyznacznik przyjął to co zobaczył i wyczytał podczas ich lektury. Jestem więc bezimiennym i nie sklasyfikowanym płciowo odbiciem zjawiska nazywanego blogosferą. Miło mi.

POCZĄTKI 

Zaczęło się jak niemal u wszystkich. Lubiłem i wciąż lubię pisać, lecz pisanie wyłącznie dla siebie, do szuflady, z czasem przestało mnie zadowalać i sprawiać przyjemność. Zapisałem się więc do blogerów. Wydawało mi się, że to wystarczy, że tym sposobem zdobędę czytelników, a moje teksty dotrą do większej liczby odbiorców niż ja sam i grono najbliższych oraz znajomych. Myliłem się, bo blog to produkt, w którym raczej mniej ważne co i jak piszesz, a ważniejsze byś był dobrym sprzedawcą i potrafił go odpowiednio wypromować oraz sprzedać. Dostałem obuchem w głowę, bo inaczej to sobie wyobrażałem.
Dlatego teraz cierpię na syndrom niedocenienia, niedowartościowania i niedostrzegania. Nie jest mi z tym dobrze i czuje się po stokroć zawiedziony, bo chciałbym bardzo by działo się odwrotnie. Pragnę zaistnieć. Marzę o tym i wszystkie wysiłki podporządkowuję tym dążeniom. Bo innym się udaje, dlaczego mi wciąż nie wychodzi?
Na łamach bloga uzewnętrzniam pokłady niespełnionego i nieodkrytego wciąż talentu do pisania. Zapełniam przysłowiowy papier własnymi wizjami, by inni mogli je podziwiać i wyrażać zachwyt. Pragnienie napisania czegoś wzniosłego i jedynego w swoim rodzaju toczy mnie jak nieuleczalna choroba, ale dostarcza również energii. Gonitwę za zaistnieniem doprowadziłem do absurdu, ale jeśli to ma mnie doprowadzić do celu, to może być absurdem.

CO NA TYM BLOGU? 

My blogerzy, chociaż nie tylko, lubimy kreować się na autorytety, a blogi to użyteczne w tym celu narzędzie. Uginają się pod ciężarem porad oraz wskazówek w dowolnym temacie. Czerpię z ich mądrości, jak również sam hojnie nimi obdarowuję. Uważam, że posiadam do tego predyspozycję i dzielić się wiedzą to moja powinność. Czy faktycznie jest to wiedza i czy cokolwiek niesie? W tym wypadku akurat, to poszukiwanie dziury w całym. Jątrzenie zawistnych, bo najważniejsze by mnie słuchano.
Produkuję tutoriale, które laicy nazywają mylnie poradnikami, oraz lajfy podczas których mówię nieograniczany przez nikogo, choć spotkałem się z opiniami, że niekoniecznie do rzeczy. Nie ścierpię żadnej krytyki, bo jako narcyz źle ją znoszę. Zresztą, każde niepochlebne słowo na temat mojej osoby bądź działalności z miejsca i bez chwili wahania banuję. Przyjmuję wyłącznie podziw i uwielbienie.

BLOGER IDEALNY 

Uwielbiam się szkolić i jest to dla mnie niebanalnie motywujące, ponieważ rozwój osobisty jest istotną częścią, jeśli nie istotą, mojego życia. Traktuję go z należytą atencją i nie toleruję na tym polu wymówek.
Szkolę się planowo i planuję to robić przy każdej nadarzającej się okazji, a grzech marnowania czasu jest mi całkowicie nieznany. U innych zaś, to element dyskwalifikujący w moich oczach. Swoje działania wspieram wieloma kalendarzami i organizatorami czasu, które pobieram z internetu. To środek w realizacji moich zamierzeń usprawnienia pracy i życia. Niestety, tak kalendarze jak i organizatory zawodzą i wszystkie okazują się bezużyteczne w starciu z rzeczywistością, lecz nie ustaję w wysiłkach by znaleźć ten idealny, który perfekcyjnie, niczym pani domu zorganizuje mój harmonogram. Uwielbiam stan ustawicznego braku czasu, a najbardziej to, że mogę poinformować o tym fakcie znajomych i zaprezentować im się jako osoba wykorzystująca każdy ułamek swego życia do maksimum. Poza tym, udziela mi się wtedy poczucie robienia rzeczy ważnych, ważkich i niezwykle przydatnych.

Moje życie to ustawiczne dążenie do wymaganej - przede wszystkim od siebie - perfekcji. Każdy mój mięsień, każda komórka, każde włókienko pracuje nad tym bym był bardziej produktywny i efektywny, niczym taśma montażowa najnowszej generacji w fabryce Mercedesa. Bardzo łaknę polepszać swój improve. Na bieżąco staram się śledzić wydawnictwa z dziedziny coachingu i natychmiast rzucam się na nowe pozycje. Interesuje mnie wszystko w tej dziedzinie - każda książka, każdy poradnik. Czuję się bogatszy wewnętrznie nie tyle ze względu na treść tych woluminów, ile na samo wyobrażenie samego siebie podczas ich czytania. Stałem się uzależniony i przesiąknięty coachingową terminologią do granic ocierających się o żenadę. Co wieczór aplikuję sobie jej porządną działkę równie porządną strzykawką. Ale wierzę, wierzę głęboko w produktywność, zwiększanie efektywności i nic to, że według niektórych brzmi to jak wycinek ulotki propagandowej Młodych Junaków PRLu. Zazdrość. Czysta zadrość i zawiść, ale jedno i drugie, produktywność i efektywność doprowadzą do lepszej organizacji mojego czasu, warsztatu pracy oraz mnie jako człowieka i wierzę w słuszne przesłanie tych sformułowań.

O strefie komfortu napisano i powiedziano dotąd wiele. Niejedna światła głowa pochylała się nad tematem. Ale to nadal problem podcinający ogromowi ludzi przysłowiowe skrzydła. Ze mną rzecz się ma przeciwnie - nie zapuszczam korzeni i opuszczam  własną strefę komfortu kiedy tylko nadarza się ku temu okazja. Tkwienie w niej, to skazywanie się na porażkę. Jestem asertywny i kreatywny. Poszukuję rozwiązań tam gdzie inni ich nie szukają, widzę otwarte drzwi tam gdzie inni widzą barykady i zamknięte wrota, dostrzegam wyłom gdzie inni dostrzegają wyłącznie litą skałę.

BLOGER W KUCHNI

Ubóstwiam kawę! Świeżą, mocną i aromatyczną. To napój bez którego nie wyobrażam sobie istnienia. Rano to obowiązkowa, pita oczywiście jeszcze przed 11.00, filiżanka cappuccino doprawionego mlekiem mrówy tamijskiej, które jak żadne inne dopełnia jego idealnie wyśmienity smak. W porze popołudniowej, to latte na odtłuszczonej wodzie z odrobiną - w tym wypadku - mleka wyciśniętego z łupin orzecha brazylijskiego. Niepowtarzalne doznania.
W kuchni jestem veg i preferuję dietę wieśniaków znad Tamy Przełomów. Przepadam za ziarnami quinoli. Ochoczo i w każdych ilościach pochłaniam bezglutenowe pierożki. Najbardziej smakują mi te nafaszerowane jarmużem i topinamburem, oczywiście wykonane DIY.

W WOLNYCH CHWILACH 

Pasjami zagłębiam się w lekturze Yakashito Kogihuty oraz Matsuhiro Inanieki. Z ich książek niewiele rozumiem, tymbardziej że nie jestem pewien czy cokolwiek napisali, w ogóle istnieją i czy to właśnie o nich chodzi. Niemniej ktoś, nie potrafię sobie w tym momencie przypomnieć kto, przekonał mnie że to pisarze wyjątkowi. Pewne kręgi nawet, nie wahają się juz używać w ich przypadku określenia - kultowi. Dobrze jest posiadać książki wspominanych autorów, aczkolwiek niekoniecznie czytać, jeszcze lepiej obnosić się z nimi w towarzystwie oraz na mieście, np. w stylowych kawiarniach, gdzie zresztą często bywam, gdyż tam mieści się mój nieformalny cafe office.
Kino dla mnie oznacza uwielbianego Alena, Almodovara, Benigniego, Kosturice. Innego raczej nie toleruję ja ani mój kot. O, właśnie! Hola, hola, zapomniałem wspomnieć o moim miauczącym rasowym przyjacielu, a kot przecież jest moim drugim ja. Jestem ich entuzjastą.

STYL ŻYCIA 

Hołduję minimalizmowi, ale tylko temu właściwie rozumianemu i odpowiednio zdefiniowanemu, według którego wnętrza spełniają moje wysublimowane gusta idące krok w krok z najnowszymi trendami aranżacji. Kto powiedział, że minimalizm nakazuje tkwienie w baraku o gołych ścianach na zapomnianej podlaskiej prowincji? Nie wiem jak należy to nazwać, ale z pewnością nie minimalizmem. Bo minimalizm w rzeczy samej, to piękne, niekoniecznie tanie przedmioty, równie pięknie ujęte w fotograficznych formach, najlepiej posiadające skandynawski rodowód, który jest obecnie nurtem wiodącym. To właśnie dobrze pojmowany minimalizm, o czym zdaje się niektórzy nie posiadają bladego pojęcia, a zabierają za wyrażanie opinii!

Kiedy mowa o minimalizmie, nie sposób pominąć slow life. Jedno bez drugiego nie istnieje. Są jak ogień i woda, a podobne opinie można znaleźć na niejednym opiniotwórczym i wartościowym blogu. Zgadzam się z nimi i identyfikuję, a pogląd rozsiewam gdzie mogę, jak chłop żyto wiosną, lecz brak mi wyobraźni skąd takie połączenie. W każdym razie, pomijając bądź, bowiem wiele osób popełnia ten kardynalny błąd językowy i korzystając z okazji chciałbym w tym miejscu go uwypuklić, ja się z nią zgadzam w 100%.

WARTOŚCIOWE BLOGI 

Twórczość blogerską uważam za niezwykle inspirującą. Szczególnie blogi parentingowe i zawarte w nich na pierwszy rzut oka banalne, ale jakże odkrywcze rady mam. Kopalnie mądrości. Podobnie jak nowocześni i sfeminizowani ojcowie, świadomie przeżywający swoje ojcostwo. Są prymusami w szkołach rodzenia, a czasami nawet sami, pod nieobecność ukochanej, porywają się na odbycie porodu. Odrzucają społeczną pogardę, zawstydzenie i obawy przed łatką mięczaka. Potrafią ugotować przecieraną zupę niemal ze wszystkiego. Są absolutnie bohaterami tylko i wyłącznie pozytywnymi, a czerpanie z ich bogactwa oraz wnętrza to przyjemność, zaszczyt, a nawet obowiązek. Nie przechodzę obok ich tekstów obojętnie i staram się gdy tylko mogę pozostawiać pod nimi wartościowe komentarze. Wszystko co robię musi być wartościowe i budujące, cokolwiek to znaczy.

SIŁA, INSPIRACJA, WALKA, EFEKTY 

Kiedy ogarnia mnie senność i znużenie, a zmęczenie nie pozwala skupić, energię, nie tylko tą fizyczną, ale i mentalną, zasysam z jogi. Mój jogin, u którego wykupiłem kurs online wraz z materiałami drukowanymi oraz zdjęciami roznegliżowanych azjatyckich kobiet, swą tajemną wiedzę zgłębiał w azjatyckich klasztorach medytacji i zapewnia mnie o błyskawicznym progresie jaki czynię.
Mój najlepszy tekst na temat opróżniania kosza na śmieci przed podróżą, oczywiście zaraz po tym dotyczącym rezerwacji pokoju w hotelu na krakowskiej starówce, znalazł się w topowej dziesiątce tekstów zagrażających zdrowiu psychicznemu. Pod jego wpływem, towarzystwo krasnoludków i bajkopisarzy postanowiło dowalić Kopciuszkowi i zmieniło przebieg bajki. Od tej chwili niczemu winna dziewczyna zamiast oddzielać mak od czegoś tam, będzie uczyć się moich tekstów na pamięć, zaś dziewczynka z zapałkami dokonała publicznego spalenia wszystkich moich wpisów mówiących o dwujęzyczności dzieci.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.