Poranek na Puławskiej



Niemal jak codzień, powoli, daleko i wciąż jeszcze jakby zza zaświatów, wibrując na nocnej szafce, konsekwentnie przebija się swoim polifonicznym brzmieniem do mojej świadomości. To budzik, bezlitosny żandarm i pozbawione emocji urządzenie. Bezkrwawy zabójca snu, który robi co może by zerwać ze mnie senną błogość w jakiej się jeszcze poruszam i przenieść w świat rzeczywisty. Swym dźwiękiem brutalnie obwieszcza nadejście poranka. Na próżno w nim szukać czegoś charakterystycznego, jakiejkolwiek odmienności, nic go bowiem nie wyróżnia, a scenariuszem przypomina ten wczorajszy jak i ten, który nastąpi jutro. Cykl powtarzalnych czynności i scen. Narastająca nerwowość połączona z odrobiną niepewności - co przyniesie nowy dzień.

Wychodzę z domu później niż powinienem. Zresztą wszystko odbywa się trochę, zaledwie kilka sekund, które scalają się w minuty, później niż powinno się odbyć. W rezultacie, samoistnie i przez nikogo nie zauważony wkrada się pośpiech, a próby nadrobienia tego co utracone, skazane są na porażkę. Czasu nie da się dogonić i jeśli przemija, to bezpowrotnie. Prawda doskonale mi znana, ale w tym momencie zwykle o niej zapominam i robię wszystko, a w zasadzie nic, by temu zapobiec. Spieszę się, a jednocześnie przeciągam w czasie kolejne czynności. Absurd. Flegmatycznie opuszczam łóżko, starając się zrzucić z siebie resztki snu. Za późno wchodzę do łazienki, by równie za późno z niej wyjść. Za późno siadam do śniadania, które jem dłużej niż nakazuje rozsądek. Za późno zakładam buty, odpalam samochód, by finalnie za późno ruszyć spod domu. Choć wszystko wykonane w pośpiechu, w sobie znany sposób tworzy łańcuch za późności. Cecha poranków.

* * * 
Pragnienie posiadania większej powierzchni mieszkalnej przegoniła nas za miasto, jak zresztą miliony nam podobnych. Grodzone osiedle, wykładziny na korytarzach, ogrodnik, zadbane rośliny, ochrona, jacuzzi, meble na wymiar, podgrzewana podłoga, dotykowe kontakty i niezliczona ilość metrów. Razem z nami, krok w krok - kredyt. Będzie nam towarzyszył przez najbliższe 30 lat. Towarzysz doli i niedoli.
Kiedy pierwszy raz jechaliśmy oglądać mieszkanie, zaklinaliśmy rzeczywistość - dojazd nie jest wcale taki uciążliwy i zabiera mniej czasu niż się wydaje - przekonywaliśmy się nawzajem. Chcieliśmy w to wierzyć. Nie inaczej niż wszyscy, którzy twierdzili że to marzenie zamieszkania z dala od miejskiego zgiełku, a nie realia zmusiły ich do kupna mieszkania 30 kilometrów od centrum Warszawy. Przez owe pragnienie posiadania, spędzam w samochodzie dużo więcej czasu niż bym chciał i na pewno o wiele więcej niż sobie wmawiałem że będę.

* * *
Zapuszczam silnik, włączam radio, mijam ochroniarza przy bramie i kilkanaście minut później, stosunkowo sprawnie, docieram do Puławskiej. Są dni kiedy bywa gorzej, a dobry humor pryska już na tym etapie i choćby nie wiem jak pogodny był to poranek, pozytywna energia skumulowana podczas snu ulatnia się ustępując miejsca mieszance złości, agresji i frustracji. Próba wywalczenia sobie miejsca między niebieską Mazdą i czarną Insignią przynosi powodzenie. Tu nikt łatwo pola nie oddaje, lecz na sunącej w bólach o poranku Puławskiej jesteśmy jak rodzina. Niekoniecznie kochająca się, ale połączona tą samą krzywdą. Aby do świateł na Poleczki. Dalej wszystko się rozładowuje. To teoria, którą wyłożył mi pewien taryfiarz - oni tak specjalnie te światła poustawiali żeby za dużo samochodów w jednym czasie do centrum nie wjeżdżało, bo wie pan, miasto by całkiem stanęło.
Nie wiem ile prawdy w jego słowach, podobnie jak nie potrafię również powiedzieć kim są „oni”. Może chłop chciał tylko pogadać? Co mi szkodzi jednak wierzyć? Karmię się usłyszaną w taksówce teorią co ranek i łudzę, że jak już zdołam dojechać do tych świateł, to dalej już z górki.

* * * 
Kieruję spojrzenie na prawo. Tam dziewczyna w Aurisie, którą widuję niemal codziennie. Ciemna marynarka, biała bluzka z kołnierzykiem, pod szyją zaś zgrabnie zawiązana jedwabna apaszka. Przypuszczam, przyglądając się jej, że pracuje w, lub dla tak zwanej korporacji. Może banku? Jest niezachwiana w swoim porannym obrządku i jak zwykle dopełnia poranny rytuał - maluje oczy zerkając w lusterko opuszczonej osłony przeciwsłonecznej. W początkowej fazie naszej znajomości sądziłem, że walczy z czasem i są to próby zrobienia tego, na co czas nie pozwolił w domu. Lecz nie, to nie jednorazowy zabieg, a algorytm poranka. Ale już dawno widok kobiety malującej się za kierownicą przestał budzić moje zdziwienie.
Zmieniam obiekt zainteresowania i spoglądam w lewo. Z tej strony mam młodego mężczyznę w garniturze poruszającego się Audi TT. Auto i właściciel w równym stopniu roztaczają wokół siebie blask. Co najmniej dwie warstwy wosku - on na włosach, auto na masce. Warto było. Dzisiejszego poranka to najbardziej nabłyszczone auto na Puławskiej. Zresztą nie tylko dzisiejszego. Dzień po dniu musi odwiedzać myjnię samochodową -  nie potrafię powstrzymać złośliwych myśli patrząc z zazdrością na jego czyste auto. Ciekawe czy dorobił się już karty rabatowej?
Nabłyszczona para ściśle do siebie przylega. Jakby stworzeni na własne potrzeby. Sportowa sylwetka, slim garnitur z Massimo Dutti, nienaganna fryzura, wystylizowana broda, iphone, poszukujące wszędzie własnego odbicia spojrzenie oraz tik, którego z pewnością jest nieświadomy, a który każe mu co i rusz poprawiać krawat oraz niewidzialne kosmyki włosów nad czołem.

Lewym pasem do spółki z tetetką przemieszcza się Mercedes z atrakcyjną kobietą za kierownicą. Duży, wielki, ogromny i wysoki. Prawie jak lokomotywa z bajki Brzechwy, tylko nie dyszy, nie sapie, a porusza się z niemiecką dostojnością. Z każdym możliwym gadżetem jaki przemysł motoryzacyjny dotychczas wymyślił. Gdybym tylko zdołał wdrapać się na tyle wysoko aby zajrzeć do jego wnętrza, jestem pewien, że ujrzałbym w nim basen, kort do tenisa, saunę, boisko do piłki, automat napojów chłodzących i jeszcze drużynę Brazylii odbywającą właśnie swoje europejskie tournee wraz ze składanym boiskiem. Niestety ze swojej perspektywy dostrzegam jedynie dwójkę dzieci siedzącą z tyłu i zapatrzoną w ekrany LCD umieszczone w zagłówkach przednich foteli. Zapatrzeni i zafascynowani tym co widzą. Podejmowałem już wiele prób by wypatrzyć czym karmią swoje oczy o poranku, ale znajduję się zbyt nisko względem monstrualnego Mercedesa bym mógł dostrzec cokolwiek. Ja tu, tuż przy ziemi, a oni tam, prawie na wysokości nieba. Jeśli zaś istnieje definicja beznadziejności, to bez dwóch zdań wyraża ją twarz mamy - od rana ciągłe krzyki dzieci i organizacyjny chaos. Nie zdążyłam zjeść śniadania, napić się kawy, a na wejściu mam nudnego confcalla z Azją i w dodatku rozbolała mnie głowa. Kurwa! Żeby w domu nie było paracetamolu! Do tego Wojtek, który nigdy nie wie gdzie są jego spinki, organizer i generalnie działa mi na nerwy od momentu, w którym otwieram oczy. Jak on qrwa może zarządzać tą swoją firmą, że w ogóle funkcjonuje?! Stoję w korku jadąc do pracy, która za chuj mnie nie interesuje. Po pracy, pewnie późnym wieczorem, również będę w nim stała. Wrócę do naszego ogromnego domu; dzieci, podobnie jak rano będą się wydzierać i wołać, że są głodne. Wojtek natomiast znów będzie opowiadał o sukcesach bądź intrygach na szczytach firmy, jakby było to coś piekielnie porywającego, całkowicie nie zważając na moje znudzenie. Na koniec położymy się do łóżka, po piętnastu minutach zgasimy nocne lampki i choć już w zasadzie nic do niego nie czuję, zaliczymy szybki numerek po czym równie szybko zaśniemy. Tak, jestem kobietą sukcesu. Szanowaną buisness woman. Wystarczająco dużo powodów by się napić wieczorem. 


* * * 
Ponownie zerkam w prawo. O..., mężczyzny w firmowym Passacie dawno nie widziałem. Czerwony kolor plus biały napis zdradzają jego przynależność klubową. To gracz „Hilti”. Mężczyzna przepełniony spokojem i spojrzeniem skoncentrowanym w jednym punkcie gdzieś w oddali. Albo jeszcze się nie obudził, jest na dragach, albo siła spokoju to efekt jednego z wielu wewnątrz firmowych szkoleń dla kadr sprzedażowych i menadżerskich. Za czerwonym Passatem sunie ciemne i ogromne Audi. Jego właściciel jak zwykle nie próżnuje. Audi to mobilne centrum dowodzenia. Audi Force One. Słuchawka w uchu, stała łączność telefoniczna, rozłożony laptop, dokumenty w dłoni.  Prawostronny pochód zamykają studenci. Tak ich nazywam. Leciwy i wysłużony Nissan Sunny, w tym pochodzie luksusu zjeżdżającym na Puławską z zamkniętych osiedli wokół, to rodzynek. On i Ona. Wyglądają na szczęśliwych i beztroskich. Przynajmniej do najbliższej sesji. Ona owinięta jak zwykle grubym, wełnianym, robionym na drutach, nieco już powyciąganym szaliku w dziwnym i odjazdowym kolorze, który bardziej kontrastuje z podobnie wełnianą czapą aniżeli się z nią spaja. Jakby ktoś kto go dziergał postawił sobie za cel taki dobór kolorów aby żaden do siebie nie pasował. On, można by sądzić, iż kilka ostatnich nocy spędził na ławce. Nieco wymięty. Ale charakteryzuje ich uśmiech i pozorna beztroska ..., chyba że właśnie się kłócą, co czynią zresztą często.

* * *
Powoli i z godnością docieramy do świateł na Poleczki. Może ten taksówkarz faktycznie miał rację? Tu następują codzienne rozstania. Za światłami pustka na drodze i możliwość wrzucenia wyższego, niż drugi, biegu. Część pogna w lewo w stronę Galmoku, inni prosto na Mokotów, a część, jak ja, do Dolinki i dalej Siekierkowskim na Pragę. W tym momencie przestajemy być rodziną. Może w trakcie dnia spotkamy się w którymś miejscu pędzącego miasta, ale taryfy ulgowej nie będzie. Wtedy tylko klakson, qrwy, chuje. Żadnej litości. Niemniej, gdy los nas ponownie zetknie jutro rano, znów będziemy jak brat i siostra. Rodzina. Tymczasem żółte… Naprzód!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.