Krwawa miłość nie rdzewieje


Niedawno zadzwoniła do mnie Siostra, z którą dość nieświadomie, ale stworzyliśmy pewien rytuał według którego odbywają się nasze rozmowy telefoniczne. Wiem, w czym tu się doszukiwać czegoś rytualnego - odblokowujesz, wciskasz przycisk lub kilka, dzwonisz i rozmawiasz. A jednak.
Rozmawiamy ze sobą niemal wyłącznie w piątkowe popołudnia i zasady trzymamy się od lat. Pomijam urodziny lub inne okazjonalne powody, ponieważ tych nie da się uporządkować w taki sposób aby przypadały wyłącznie w piątki, ale każde odstępstwo, odbyta w innym terminie rozmowa, zaburza schemat i sprawia, a nawet jest gwarantem iż wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Ktoś obserwujący ten nasz obrządek z pozycji widza, mógłby powiedzieć że dopełniamy przykrego obowiązku. Z czystym sumieniem oświadczam - byłby w błędzie.

Przeciwwagą dla mojej małomówności jest gadatliwość Siostry. Wyrzuca z siebie słowa nadając im prędkość sporego w rozmiarze wodospadu. Niemniej, nasze rozmowy charakteryzuje powolny początek i niemal za każdym razem te same słowa które je otwierają. Jak hasło w filmie z bohaterskim agentem służącym w mundurze Abwehry - Co słychać Wujuś? U nas nic się nie dzieje, nuda. Mój odzew - U nas w zasadzie też nic -  jest już jak zerwanie blokady w bębnie maszyny losującej. Po nim następuje słowotok z rzadka tylko przerywany krótkimi komentarzami dobiegającymi gdzieś z głębi. To Szwagier na swój sposób próbuje uczestniczyć zza pleców w rozmowie, co zawsze przynosi ten sam rezultat. Nie widzę, ale czuję narastające w Siostrze złość i agresję, by wkrótce usłyszeć - Możesz mi nie przeszkadzać?! Zostaw to! Nie rozpakowywuj tych toreb powiedziałam! Skończę, to się nimi zajmę! Zaraz będzie kolacja Krzysiu! Nie podżeraj nic z lodówki!   Koniec rozmowy wieńczą zaś słowa innego powtarzającego się zaklęcia - Kurczę, znowu prawie cały czas ja gadałam, a Krzysiek wciąż mi powtarza, żebym dawała ludziom dojść do słowa, nie podduszała.  

Gdy kilka dni temu rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu, a na jego wyświetlaczu pojawił się numer zwiastujący Siostrę, zaczęło się jak zwykle. Wolny początek i nagłe przyspieszenie. Usłyszałem relacje z wojny jaką Danuta Matka prowadzi z Ciocią Ireną, nie pierwszą zresztą i bodaj nie ostatnią. Poznałem nieznany mi dotąd, bo najnowszy, wycinek z życia siostrzeńca Kuby mieszkającego we Wrocławiu, gdzie jeszcze do niedawna prowadził sielskie życie studenta, po czym nastąpiło ostre i raptowne hamowanie. Takie, po którym następuje zbiórka pasażerów na przedniej szybie w autobusach - O…, a Ty wiesz… wczoraj Krzysiek, władca pilotów (Zabiję go kiedyś za to, nic nie można obejrzeć, bo lata po kanałach) zatrzymał się na Kronice i wypowiadała się jakaś Małgorzata F., kosmetyczka. Opowiadała jak dbać o ryło w czasie lata i upałów. Zastanawiałam się czy to ta sama twoja (znaczy moja) Małgosia? 
- Nie mam pojęcia Doruś, ale jeżeli wyszła za mąż, to możliwe, że posiada inne nazwisko - uciąłem jak mi się wydawało temat
- Ale ona właśnie była dwojga nazwisk, stylowo, jak dobry lekarz - nie poddawała się Siostra - Może to więc ona?
W okładaniu sarkazmem podążamy w stronę ideału i żadne z nas nie ustępuje drugiemu. Ktoś mądry powiedziałby, że to rodzaj asekuracji bądź obrony przed czymś bliżej nieokreślonym. Całkiem możliwe.
- A w sprawie tego dbania o twarz latem, powiedziała chociaż coś interesującego? Bo numeru telefonu domyślam się pewnie nie podała, więc nie dowiemy się czy to ona.

Wyczerpał się temat Małgosi F., oraz pozostałe. Nasz piątkowy rytuał dobiegł końca, ale Małgosi F. myślami już nie opuściłem. Nie, nie, uprzedzam, nie szukałem jej na facebooku. Kim jednak była? Niewątpliwie moim pierwszym zauroczeniem pierwiastkiem damskim. Jeszcze w przedszkolu. Skąd Siostra o tym wie? Starsze siostry po prostu wiedzą, a i ja chyba musiałem mówić sporo o Małgosi F.
Przyszła mi też do głowy historia, która może się wydawać nieco pokręcona. Jak sen, w którym wydarzenia bywają mocno niespójne, zaczynają się można powiedzieć w środku i podobnie w środku, ni stąd ni z owąd się urywają. Trudno je wytłumaczyć z tej prostej przyczyny, iż niewiele je łączy z logiką. Historia o miłości, nieco platonicznej, zaborczej i mimo wszystko, chyba z tragicznym finałem. Epicka, jak się wiele prozaicznych rzeczy zwykło obecnie nazywać. Wydarzenia nie były wprawdzie dokładnie tym, co poeci ujmują w natchnionych strofach, ale że burzliwe i dramatyczne, to mogę zaręczyć.

 * * *

Do przedszkola chodziłem odprowadzany częściej przez Danutę Matkę, rzadziej przez Józefa Ojca. Mamie było po prostu po drodze, ponieważ przedszkole mieściło się niecałe 100 metrów od miejsca gdzie pracowała. Tak czy owak, wolałem kiedy robiła to Danuta Matka, a przynajmniej kiedy mnie z niego odbierała. Józef Ojciec, na moje nieszczęście i czego nie znosiłem, miał w zwyczaju czesać mnie swoim małym grzebykiem, który nosił jak każdy prawdziwy wówczas mężczyzna w tylnej kieszeni spodni. Przedszkole położone było w pięknej okolicy, nieopodal trzech orłów będącymi jedną z wizytówek Szczecina, w ładnym poniemieckim budynku z czerwonej cegły jakich na Jasnych Błoniach zachowało się do dziś dnia jeszcze wiele. Z racji usytuowania, mozolne wznoszenie Orłów obserwowałem codziennie w drodze do i z przedszkola, chociaż przyznaję, nic z tego nie pozostało mi w pamięci.
Razem ze mną, do przedszkola uczęszczał również Jarek, mój najlepszy w tym czasie przyjaciel. Wchodziliśmy w skład grupy kilkunastu rozwydrzonych dzieci, żywych testerów układu nerwowego Pani Danusi, naszej wychowawczyni. Dla rozwoju wypadków warto nadmienić, że należeli do niej również Marcin oraz jego narzeczona Małgosia. Obecne realia byłyby z pewnością dla rzeczonej dwójki dużo bardziej łaskawe, pozycjonując ich w roli przedszkolnych celebrytów, niestety dla nich, wtedy musiało im wystarczyć, że byli po prostu najfajniejsi. Jak w piosence Majki Jeżowskiej.  Każdy chciał się z nimi bawić i chyba nieprzypadkowo, jak dzisiaj sobie o tym myślę, tworzyli ze sobą parę na wszystkich okolicznościowych występach, czy to z powodu Barbórki, czy 22 lipca, na których publiczność stanowili głównie nasi rodzice.

Nieszczęściem dla wymienionej dwójki byliśmy my - Jarek i ja. Powodowani rozsadzającym nas uczuciem uknuliśmy intrygę, która miała na celu doprowadzić do rozdzielenia pary i przejęcia małgosiowego serca. Postanowiliśmy odbić Marcinowi wybrankę. Chluby nam ów zamiar nie dodaje, bo nasze działanie było wybitnie podłe i nikczemne, jakbyśmy sobie sienkiewiczowskiego Azję za wzór obrali. Aczkolwiek Małgosia była dla nas boginią, jak właśnie Basia dla wspomnianego syna Tuhaj-beja. Mogę być tylko wdzięczny losowi, że koniec historii był dla nas mimo wszystko bardziej przyjemny i nie podzieliliśmy losu Azji.
Kiedy myślę o tym teraz, po latach, w zasadzie nie wiem, czy uczuciem do Małgosi byłem owładnięty tylko ja, a Jarek uczestniczył w planie wyłącznie dla towarzystwa i dobrej zabawy, czy też jej urok uwiódł nas obu? Dzisiaj to już mało istotne.
Pewne natomiast jest, że dawka optymizmu, która prowadziła nas w zamierzeniu musiała być solidnych rozmiarów. Ani bowiem Jarek, gdy przyglądam się przedszkolnej fotografii, do urodziwych młodzieńców nie należał, ani również ja ze swym wielkim łbem - inaczej nie da się tego nazwać - posiadanym we wczesnym dzieciństwie, ponętnością się nie odznaczałem. Skonstruowany przez nas plan raczej trudno zaliczyć do gatunku błyskotliwych i gdy się przyjrzeć, jak na dłoni widać, że jego najmocniejsza strona tkwiła w prostocie. W przybliżeniu zaś wyglądał następująco.  Na przedszkolnym placu zabaw, na zmianę - raz Jarek raz ja - dobiegając do Małgosi, całujemy ją, po czym oddalamy się możliwie jak najszybciej do wcześniej obmyślonej kryjówki. Wyrafinowania jak widać za grosz, a wątek romantyczny niemalże całkowicie przez twórcę pominięty, lecz to wszystko na co było nas w owym momencie stać. 

Dobrnąłem w opowiadaniu do miejsca gdzie rozpoczynają się wydarzenia, których przebieg jest właściwie dla mnie nie całkiem zrozumiały do dziś. Trudno mi je wytłumaczyć. 
Nie pamiętam który z nas ruszył pierwszy aby wcielać plan w życie. Tak czy owak, dziewczęta nam się pomieszały. Jak, dlaczego, w jaki sposób? Kto by potrafił teraz odpowiedzieć? Małgosię znaliśmy dobrze, aż nadto dobrze, przecież była obiektem naszych westchnień, a jednak swoimi zalotami osaczyliśmy nie Małgosię, a Marzenę która choć prawdopodobnie ładna i miła, ale zupełnie nie rozpalała naszych serc. Dodatkowo posiadała spore braki w uzębieniu, co w tym wieku jest wprawdzie częstym przypadkiem, ale mimo wszystko dyskwalifikującym. Do tego jakby było mało, zdawała się być zadowolona z naszego wczesnochłopięcego zauroczenia jakim ją nagle obdarzyliśmy. Być może historia miałaby nawet swój happy end, a nasze głębokie uczucia zmieniłyby adresatkę, zaś Małgosia nieświadoma grożącego niebezpieczeństwa żyła nadal u boku Marcina, ale na drodze szczęściu stanął Igor. 

Kim był i co tu robi u licha Igor? Otóż był Igor narzeczonym Marzeny i bynajmniej nie wyrażał aprobaty dla naszych działań. Nie znalazł w sobie zrozumienia i całkiem słusznie poczuł się urażony. Aczkolwiek chyba nawet nie chodziło o zdeptany honor Marzeny, ile nasze pomyłkowe działania uznał za uszczerbek na swojej godności.  Dał Igor wyraz swojemu niezadowoleniu w bezpośredniej konfrontacji i bitwie na kamienie, która mimo że gwałtowna, szybko znalazła swój epilog. Przykro mi to mówić, ale za moim udziałem. Jeden z kamieni napędzanych ręką Igora trafił mnie w głowę. Z nutą złośliwości powiem, że snajpera to z niego nie czyni, trafić bowiem moją wielką wówczas głowę zapewniam było łatwiej niż trudniej. Niemniej jednak, krwią się zalałem oraz przypuszczam, że i zaniosłem również płaczem. Z placu boju mnie zniesiono, a całe uczucie do Małgosi jakby się ze mnie na zawsze ulotniło. 

* * *  

Małgosia i Marcin do końca przedszkolnych dni trwali w narzeczeństwie. Z Jarkiem mimo przeświadczenia nierozerwalności zdołałem się rozstać i od dnia, w którym po raz ostatni opuściłem przedszkole więcej się nie widzieliśmy. Do Igora żadnego żalu nie chowam. 
Na wspomnienie historii zaś, pozostał mi kawałek kamienia tkwiący w czole nad prawym okiem, który stopniowo i z upływem lat już prawie zanikł. Ciekawe, bo gdy Danuta Matka dawno temu zapytała lekarza, że może byłoby dobrym pomysłem go usunąć, usłyszeliśmy w odpowiedzi iż nie stanowi żadnego zagrożenia i tak pozostał ze mną na stałe.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.