Wszyscy chcemy mówić, ale nikt nie chce słuchać


Wymieniamy się z Susan mailami od dawna. Wprawdzie nie jakoś szczególnie często, średnio co pół roku, ale wystarczająco aby uzbierało się tematów na opowieść nasyconą treścią. Niemal zawsze gdy dobiega końca ten półroczny okres zastoju, zaczynają się we mnie odzywać niepokój i wyrzuty sumienia - bo może to już czas by coś napisać? Może Susan powoli zapomina o naszej znajomości?  Siadam więc i piszę. Nierzadko zdarza się też, że gdy tylko rozpoczynam stukanie w klawiaturę, w skrzynce natychmiast pojawia się nowy mail od Susan, zupełnie jakby się czaiła gdzieś w mojej podświadomości.

Dzisiaj mało kto porywa się na pisanie maili jeśli nie są one częścią korespondencji służbowej bądź urzędowej. Obszerne, dłuższe niż kilka zdań, które służą jedynie podtrzymaniu relacji i mają wyłącznie charakter towarzyski zanikają jak dorsz w Bałtyku. Życie stygnie i trudno wygospodarować na ich pisanie czas. Zwolnić, skupić uwagę na tak prozaicznej i monotonnej czynności kiedy wokół świat pędzi. Zaryzykuję i powiem - niewiele osób w dzisiejszych czasach potrafi zatrzymać własne myśli by się im przyjrzeć. Ładowanie strony internetowej przeciągające się do nieznośnych 3 sekund potrafi irytować. Zatem gdzie tu miejsce na pisanie wymagających czasu maili, skoro można wysłać szybki mesydż. Nikt raczej nie rozumuje, że te przemyślane słowa zapisane w mailu, to uwaga poświęcona drugiej osobie. Trochę jak rozmowa, na którą także nie mamy czasu i której umiejętność prowadzenia także powoli bywa zatracana.

Kiedyś pisano listy. I choć nie mówię tego by się chwalić, ale sam również napisałem ich wiele. Życie w butach Felka marynarza stwarzało dogodne temu warunki. Łącza satelitarne raczkowały i nikt nie myślał o wysyłaniu maili, które w lądowej rzeczywistości były nowością, a co dopiero na statkach, gdzie spora część kapitanów nie bardzo wiedziała co począć z komputerem, a na pewno nie odważyła się go dotykać i nie pozwalała również robić tego nikomu innemu. 
Listy pisałem już jako młody chłopak jeżdżąc na letnie kolonie. Wszyscy koledzy z nakazu wychowawczyni wysyłali kartki pocztowe z kilkoma zdawkowymi słowami pozdrowień, a młody Grzegorz skrobał listy i wysyłał do rodziców, siostry, kolegów. Nie, nie czułem się na nich nieszczęśliwy. Wręcz przeciwnie, kolonie to był mój żywioł. Mogłem brylować i gwiazdorzyć czego po mnie nie widać, ale powiedzmy że lubiłem robić. 
Posiadam jeden taki kolonijny list zachowany przez moją siostrę. Nawet myślałem czy się nim nie podzielić, bo śmieję się ile razy go czytam. Napisany 30 lat temu i idę w zakład, że po przeczytaniu opisanych w nim przeze mnie historii, żaden aktualny rodzic nie pozostawiłby swojego dziecka na kolonii 5 minut. I nie o gluten w pieczywie jakie nam serwowano podczas posiłków tu chodzi. 

Listy co zdołało się już chyba nieco zatrzeć w pamięci, tworzyło się ręcznie. Należy im poświęcić uwagę, czas - cenny czas, skupienie by wiedzieć co w nim zawrzeć i jak dobrać słowa by trafiły do adresata. To wyraża szacunek do drugiej osoby, że jest ważna, że o niej pamiętamy. Pisanie listów zanikło. Zanikło jak pisanie ręczne, chociaż akurat ja, w dalszym ciągu lubię pisać ręcznie i często robię notatki na swój użytek. Zazwyczaj mam przy sobie notatnik, długopis, ołówek i zapisuję różne rzeczy, które wydają mi się interesujące, bo wtedy kiedy akurat to robię jestem przekonany o ich przydatności. Najgorszy atrament jest lepszy niż najlepsza pamięć. 

 * * * 

Poczta elektroniczna stała się powszechnością, ale to zbyt wolne narzędzie przepływu informacji. Królują komunikatory i krótkie wiadomości tekstowe. Pisanie maili to anachronizm, zabawa dla zapóźnionych. Zanika również umiejętność prowadzenia rozmów. Ktoś mi powie że opowiadam brednie, być może. Ale wydaje mi się, że coraz rzadziej rozmawiamy. Owszem składamy słowa w zdania, wypowiadamy je, lecz to najczęściej ma niewiele wspólnego z rozmową. Wyrażamy jedynie komunikaty. Nabyliśmy w sposobie komunikowania się styl komunikatorów.

Spotykam się czasami z grupą osób poznanych poprzez portal Meetup. Częściowo są to spotkania towarzyskie, ale również okazja do praktyki i rozwijania języka. Wiele osób, różne historie, mnogość kultur i mentalności. Dzięki takim spotkaniom między innymi poznałem pewnego Bośniaka. Jak zwykle w podobnych przypadkach, na początku spytał mnie skąd pochodzę. Okazało się, że spędził kilka lat w Polsce, a kiedy dodałem, że urodziłem się w niewielkim mieście tuż przy granicy z Niemcami, zaskoczył mnie mówiąc, że wie gdzie leży Szczecin. Mieszkał w nim ponad rok pracując w jednym z teatrów jako operator dźwięku. Poznaliśmy się natomiast w Londynie. Uwielbiam takie sploty. 
Tam rownież poznałem Francesca, zabawnego Włocha z Sycylii, psychiatrę będącego na stażu w Londynie. Zresztą, najłatwiej i najszybciej przychodzi mi zawieranie znajomości właśnie z Włochami. Z Włoszkami zresztą również. Trudno mi powiedzieć czemu tak się dzieje, ale posiadają jakąś otwartość, radość, pogodne nastawienie, aż chce się przebywać w ich towarzystwie. Ze mną, bądź innymi nie Włochami reprezentującymi różne nacje, mówią powoli i w sposób który pozwala rozumieć i nadążać za tym co mówią. Ale kiedy tylko zaczynają rozmawiać między sobą (jeśli po Włosku to jeszcze gorzej) tempo ich rozmowy przyspiesza znacznie. Jeśli miałbym porównać, z marszu przechodzą w sprint. Nagle okazuje się, że bez pomocy rąk nie są w stanie powiedzieć niczego. Ale brzmi to pięknie i nawet angielskiej mowie potrafią nadać melodyjnej formy. 

Zatoczyłem pętlę, ale do czego zmierzam. Podczas któregoś ze spotkań zaczęliśmy rozmawiać na temat - czy ludziom łatwiej jest się komunikować w obecnych czasach? Trafnie ktoś zauważył - co należy rozumieć poprzez komunikowanie się? Jak je zdefiniować? Swobodną rozmowę czy przekaz informacji? Teoretycznie obecne czasy oferują dużo narzędzi - jak się to nazywa w fachowej nomenklaturze - które powinny ułatwiać komunikację. Social media na czele z facebookiem. Ale w tej wymianie słownej panuje byle jakość. Wszyscy chcą bowiem mówić, ale nie potrafimy słuchać. Osoba, która zaczyna zadawać pytania w trakcie czyjegoś wywodu pragnąc poznać szczegóły, spotyka się z irytacją, jakby przeszkadzała, a nie ten kto uważnie słucha i jest żywo zainteresowany. 
Jeśli roześlę pytanie wśród znajomych - organizuję niewielką popijawę w najbliższą sobotę, kto wpadnie? Większość jaka zareaguje to ci którzy nie przyjdą - ja nie przyjdę, bo jedziemy z Kazikiem do jego rodziców, ale bardzo bym chciała. Następnym razem na pewno.
Niezrozumienie, bo przecież pytanie skierowane jest do tych którzy mają zamiar przyjść, ale chęć zabrania głosu bywa silniejsza. Ile razy trafiam na coś takiego, zawsze mnie to ciekawi.

Nie prowadzimy dyskusji bądź rzadko udaje nam się to robić. Bez wyjątku gdzie próbujemy - w sferze wirtualnej czy życiu realnym. Każdy opowiada swoją historię, często ledwie spójną z tym co mówił poprzednik lub z punktem wyjścia. Nie przysłuchujemy się temu co mówi aktualnie mówiący, bo w tym samym czasie szykujemy w głowie własną błyskotliwą przemowę. Rozmowy polegają na głoszeniu starannie przygotowanych statementów. Nie rozmawiamy, nie słuchamy, skupiamy się wyłącznie na tym by wykazać wyższość swoich argumentów. Nie znajdujemy w sobie akceptacji dla odmiennych poglądów, racji. Beczymy między sobą jak stado baranów. Wystarczy pleść by zaistnieć. 
Jakby niechcący i nieświadomie, internet wspiera zjawisko, bo pozwala zdobywać hasłową wiedzę i kreować się na pozorne autorytety. Skutkiem jest postępująca promocja głupoty, której się nie piętnuje, a wręcz przeciwnie, jest ona akceptowana. Autorytetem w dziedzinie wychowania dzieci staje się Kasia Cichopek, fachowcem od DNA Małgorzata Koroniewska, a specjalistką od walki z depresją Beata Pawlikowska.  Mówimy dużo, jak na mój gust dużo za dużo, nierzadko z zatraceniem sensu, ale jednocześnie brakuje cierpliwości by słuchać. Przekrzykujemy się, choć bardzo chcemy by owe krzyki wyglądały jak kulturalna wymiana poglądów. Gadamy choć nie mamy nic do powiedzenia. Śpiewać każdy może… - przed laty oznajmił Jerzy Stuhr, ale fajnie by było gdybyśmy potrafili również słuchać.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.