Ja o sobie

Urodziłem się. Ani później, ani nigdy wcześniej, żadnej czynności nie zwieńczyłem podobnej miary sukcesem. To jedyne tak spektakularne i zrealizowane osiągnięcie, którego byłem współtwórcą.

Edukacja nie powala. Brak w niej czerwonych pasków i wyróżnień. Wyjątkiem na tej bezludnej wyspie - funkcja Przewodniczącego Samorządu Szkolnego pełniona w szkole podstawowej. Brzmi dumnie, ale nie ma się czym chwalić. Funkcja sprawowana przecież jeszcze w okowach dawnego reżimu. 13 grudnia 1989 roku, być może by odpokutować grzech kooperacji z systemem, po części by radykalniej wpłynąć na rys nowej rzeczywistości, pojawiłem się na manifestacji rocznicowej upamiętniającej wprowadzenie stanu wojennego. Resztki systemu dobijałem. Miałem prawo, tenże system teleranka mnie pozbawił, w zamian łysiejącego gnoma na tle przekrzywionej flagi oferując. W stronę znienawidzonych suk i gmachu byłej - już wtedy - partii z werwą i zaangażowaniem kamieniami napiżdżałem. Czyniłem to ani chybi zza małym przekonaniem, bo statusu opozycjonisty zyskać niestety nie zdołałem. Co zrobić, ale co sobie porzucałem, to moje. Nigdy później Milicja - po rebrandingu Policja - już mnie nie ganiała, a na pewno w tak szczytnym dla mnie jak obrona Ojczyzny celu. Rzeczone epizody całkowicie mój związek z działalnością polityczną wyczerpały.

Kariery nawet w najbardziej podłej dziedzinie nie zrobiłem i nadzieję porzuciłem, że jakiejkolwiek dostąpię. Z falą panującej obecnie mody podążam. Ścieżkę kariery korporacyjnej porzuć, wyścig z wszechobecnym konsumpcjonizmem odpuść, bieg życia zredukuj, herbatę pij ze słoika, ślij czytelne sygnały wokół, że na wszystko masz wyłożone, przeprowadź się w Bieszczady, a jeśli nie, to przynajmniej na plac Zbawiciela. Trend ów zwietrzyłem - poza przeprowadzką - lata świetlne temu, w czasach jeszcze przedhipsterskich i lansuję nieustająco. Poza tym niewiele potrafię, jeszcze mniej wiem, a mimo wszystko utrzymuje się na powierzchni. Cud.

Zawodowo, dzień za dniem, zajmuję się produkcją nawozu oraz tlen, azot, resztę gazową w dwutlenek węgla przetwarzam. Skomplikowane? Orłem się nie czuje, z ręką na sercu zapewniam, każdy by podołał. Namawiam do prób. Ponadto w życiowym zamieszaniu i zupełnie przypadkiem, w robieniu dobrego wrażenia się wyspecjalizowałem. Dzieje się to gdzieś poza mną i nie do końca czuję się zorientowany w jaki sposób. Blond loczki, anielski uśmiech, niebanalne wnętrze, nieprzeciętny intelekt, a może wszystko razem? Potrafię sprzedać się na salonach jako ostoja mądrości z domieszką inteligencji przechodzących z pokolenia na pokolenie. Inteligentny jestem, nie powiem, ale z mądrością bywa różnie. Zawieszam się cyklicznie, myślami błądzę w innym miejscu niż przebywam ciałem, japy mi się nie chce otwierać, a przypadkiem okazuję się, że to moje nic nie mówienie splendoru mi dodaje. Głupi nie jestem, zaprzeczać nie będę. Niemniej, bywają chwile, gdy nachodzi mnie ochota na zabranie głosu w panelu dyskusyjnym. Niestety gość z „Było sobie życie”(wszyscy wiedzą o kogo chodzi), wędrujący tak sobie po mnie tym swoim śmiesznym ni to batyskafem, ni samolocikiem przemierzając neuroprzekaźniki lub inne moje organy, cykliczną obsówę w czasie notuje. Zamiast pędzić wprost z miejsca gdzie mu ten tekst poskładają w całość, do miejsca gdzie mam tenże tekst z siebie wypluć, on wędruje zawsze najdłuższą drogą i dociera na miejsce po czasie z tekstem mojego przemówienia. Chrząkam więc sobie pod nosem w niby zadumie i dalej trwam w ślubach milczenia. Sądu nad gościem z batyskafu nie oczekuje, ale usprawiedliwić się chciałem - to on winny mojej małomowie.

Poza tym osobnik ze mnie średnio imponujący. 176 centymetrów kolosa ze mnie nie czyni. Jestem złośliwy, uparty i cyniczny. Kocham mieć rację, nienawidzę jej nikomu przyznawać. Dostaje łupieżu na wszystko co „muszę”. Mimo czterdziestu lat wciąż świetnie się zapowiadam. Byłem w Watykanie, widziałem Licheń. Moczyłem pięty w dwóch oceanach. Jadłem frytki w MekDonaldzie, piłem kawę w Starbaksie. Urąbałem się Rakiją i chorwacką śliwowicą. Człowiek - jak mówią - nie wielbłąd, pić musi. Byłem na wieży Mariackiej gdy grali hejnał, przeżyłem zaćmienie słońca. Spałem na ławce w Kaliszu Pomorskim, piłem wodę z kwiatków. Zdobyłem Giewont, przepłynąłem Odrę. Paliłem trawkę i Camele. Chorowałem na zatoki, którymi Danuta Matka straszy mnie do dzisiaj ile razy czapki zimą na czerep nie założę. Mówię po włosku, choć kompletnie go nie znam. Na koniec tego wszystkiego lubię przyglądać się ludziom i temu co mnie otacza. Mój umysł generuje wszystkie spostrzeżenia i w swój nieco pokrętny sposób stara się tłumaczyć na zrozumiały język ludzkie zachowania. Te zaś, im dłużej popylam po świecie coraz większą ilość pytań u mnie wywołują.

Oto Ja.

2 komentarze:

  1. Chylę czoło.
    Nieczęsto zdarza się trafić na blog z tak rozbudowaną zakładką "o mnie".
    Kolejne nieczęsto zdarza się czytać o tak bardzo pikantnych z życia smaczkach, jakim są zatoki.
    I jeszcze jedno chylę czoło przed sobą samą, że przeczytałam ten tekst cały, po bardzo długiej pracy, tuż przed krótką nocą.
    Pozdrawiam, zostaję na dłużej.
    Resztę wyczytam jutro, bo zapowiada się smacznie jak u mało kogo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiem, podbudowałaś mnie o poranku. Rozbudowana zakładka „ O mnie”, znaczy mam bogate życie i wiele dokonałem. Chociaż z drugiej strony może też świadczyć o niewąskim przynudzaniu? Yyyyy… wolę pierwszą wersję, z bogatym życiem.
      Cóż, zatoki pozostawiły mi chyba sporą rysę na umyśle. Trauma lat dziecinnych. Do dnia dzisiejszego gdy tylko słońce zachodzi we wrześniu, zakładam capurek by je chronić, a zdejmuję dopiero późnym majem. Nie wiem czy potrzebnie, czy to tylko skrzywienie, ale musiałem dokonać symbolicznego wyzwolenia i się z tym uzewnętrznić. Pomóc nie pomogło, Żona się śmieje, a ja capurek wciąż zakładam. Można powiedzieć, sukces mojej Mamy. Nanaczyła mnie do końca życia.
      Ciekawi mnie jedno. Skoro zdołałaś dobrnąć do końca, mimo wyczerpującej pracy jak twierdzisz, oznaczałoby to, że być może jednak nie dałaś w tej pracy z siebie wszystkiego, hę? Ni mniej, ni więcej, widzę że się upierasz, a kultura u mnie jest, więc nie będę Cię odciągał od pomysłu pozostania tutaj. Czytaj do woli i ile wlezie. Kawy Ci nie zaproponuję z oczywistych względów, ale siedź tu jak najdłużej. Tylko nie wyczytaj wszystkich literek, bo będę musiał pisać od nowa. A zupełnie poważnie, bo też taki czasem bywam - bardzo miło mi się zrobiło. Dziękuję za takie słowa.

      Usuń

Google+ Followers